Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

14

wrz
2006

Italia, cz. I

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 08.54

Włochy przywitały nas słońcem..

najdogodniejszą linią tranzytową stanowiącą połączenie Niemiec z Włochami jest położona na wysokości 1370 m npm przełęcz Brenner. rozdziela ona Alpy Zillertalskie od Sztubajów (Stubaier Alpen) w Alpach Centralnych, a widoki są rzeczywiście niesamowite. przejście przez Brenner znane było już w starożytności, wykorzystywano je w średniowieczu, a obecnie przechodzi tędy autostrada A13 łącząca Innsbruck i Monachium z Weroną. na terenie Austrii jest to obecnie jedna z niewielu dróg dodatkowo płatnych -- za przejazd zapłaciliśmy 8E.

z autostrady Innsbruk-Brenner-Bozen zjechaliśmy na wyjeździe 'Trento centro', a dalsza droga w kierunku Riva del Gardana prowadzi już wąskimi górskimi drogami. wjechaliśmy do prowincji Trento -- do przepięknej kombinacja kultury, przyrody i włoskiego słońca przy Lago di Garda. jezioro Garda to największe jezioro w Italii, a położone na jego brzegach stare miasteczka są typowe dla tej okolicy. ich wąskie uliczki, piękna architektura, pociągające tarasy widokowe oraz słoneczny i łagodny klimat regionu przyciągają turystów, głównie Niemców. 'Kraj, w którym kwitną cytryny' -– pisał Goethe, zauroczony pięknem jeziora Garda..

Arco

zwiedzanie regionu należy rozpocząć od obejrzenia samego Arco, które jest pięknym miasteczkiem położonym nad rzeką Sarca. warto przejść się wąskimi przytulnymi uliczkami, obejrzeć placyk Piazza Tre Novembre i znajdujący się tam Kościół Kolegiacki. to najstarsza część miasta, wśród której wyróżniają się kolorowe kamieniczki oraz wystawy sklepikarzy prezentujące produkowane w większości w tym regionie wina. po przejściu 'części reprezentatywnej' warto udać się na południowy-wschód do miejsc, w których mieszkają zwykli Włosi, by brutalnie wedrzeć się w ich prywatność. tu już panuje kompletna cisza, co jakiś czas można spotkać dwoje rozmawiających sąsiadów, czasem jakieś dzieciaki taplające się w miejskiej fontannie czy kogoś mknącego na skuterze w nieznanym kierunku.. do znajdującego się na szczycie klifu zamku Arco prowadzi wąska kręta dróżka z setkami schodów. region ten już od czasów Rzymskich był silnie ufortyfikowany, a pozostałości zamków, murów i wartowni widać tu na każdym kroku. gdzieś na dole przeglądaliśmy kartki pocztowe, a wśród malowniczych zdjęć naszą uwagę przykuła jedna pocztówka, z pustą ławką oraz widokiem z góry na całe Arco. ławkę tą szukaliśmy przez godzinę, wędrując brukowanymi uliczkami, a następnie klucząc przez gaje oliwne. ale było warto: widok rzeczywiście jest wspaniały (go to fotoblog).. za samym miasteczkiem okolicę wypełniają plantacje winorośli oraz wysokie wzniesienie, a za nim już wody jeziora Garda.

aha, i lody, mają tu bardzo dobre lody.

niewątpliwie już sama podróż szosą wiodącą skalistym brzegiem jeziora Garda pozostanie na długo w pamięci. droga po zachdoniej stronie jeziora prowadzi przez liczne tunele, mosty i malownicze miasteczka. szczególnie warte polecenia jest miasteczko Limone sul Garda, którego mieszkańcy od wieków żyją bądź to z rybołóstwa (piękne nabrzeże) bądź z uprawy limonek i oliwek. obecnie w Limone znajduje się cała gama ekskluzywnych hoteli, do których zjeżdżają turyści z całej Europy.. jadąc dalej na południe wkraczamy w region Brescia, gdzie skręcamy na zachód udając się w stronę Mediolanu. specjalnie nie wjechaliśmy na autostradę, jednak jazda starą międzymiastową drogą jest ciężka -- to niewiele ponad 100 km, ale jedzie się długo z uwagi na bardzo częste ronda. od ciągłych skrętów w lewo zawieszenie samochodu wysiada, nie mówiąc już o kierowcy.. do Mediolanu wjeżdżamy ok 23, po godzinie kluczenia parkujemy przy samej katedrze Duomo..

29

wrz
2006

Italia cz. II -- Mediolan nocą

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 14.12

Mediolan (łac. Mediolanum, wł. Milano, ang./fr. Milan, niem. Mailand) to metropolia. w samym miaście mieszka 1,2 mln osób, a w zespole miejskim -- aż 4,3 mln. to spowodowało, że od wjazdu do miasta ok 23 minęło aż półtorej godziny, zanim dotarliśmy do ścisłego centrum..

a samo centrum wywarło na mnie wrażenie. i nie chodzi wcale o wspaniałe arterie miejskie, pięciogwiazdkowe hotele czy wystawy sklepowe najważniejszych projektantów świata mody. chodzi o plac katedralny Piazza del Duomo, który w sensie symbolicznym i geometrycznym wyznacza środek miasta. złożyło się tak, że właściwie byliśmy tam sami. była noc ze środy na czwartek, gdzieniegdzie powracające do domów pojedyncze rozbawione osoby, kilku sprzątaczy przygotowywało centrum na poranny, w pełni niekontrolowany zalew masy turystów. pod pomnikiem Karola V w objęciach przemknęła jakaś parka. byliśmy sam na sam z historią: gotcka katedra Duomo (Duomo di Milano), pod którą pierwszy kamień położono w 1386 roku, a której wnętrze może pomieścić 40 000 osób jednocześnie. właściwie budowla ta istnieje od 5 wieku ne., jednak po zniszczeniach i pożarach odbudowano ją zmieniając wygląd w wieku XIV. oświetlona, bogato zdobiona katedra prezentuje się fantastycznie w ciszy kończącego się lata..

Galeria Viktora Emmanuela II (Galleria Vittorio Emanuele II), która stanowi połączenie między Piazza del Duomo i Piazza della Scala. ogromny łuk triumfalny zaprasza do środka, więc korzystamy, delektując się sklepieniem ze szkła i metalu oraz ogromną kopułą nad skrzyżowaniem korytarzy. to tutaj Gucci, Prada, Armani czy Versace prezentują te swoje specyficzne 'coś do okrycia', za co inni skłonni są płacić grube tysiące euro. to tutaj ja robię kilka ciekawych fotek, na które później być może popatrzy kilka osób.. oświetlony pasaż w formie krzyża przyciąga nocą jak magnes..

i w końcu Opera La Scala (Teatro alla Scala), na widok której przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej. kiedyś, na geografii, bodajże w 6 klasie, przygotowywałem notkę o Mediolanie i wówczas to Pani Łoś, nasza wychowawczyni, zakodowała mi gdzieś na samym dnie mojej świadomości, że Opera La Scala jest ważna i każdy, przynajmniej raz w życiu musi ją zobaczyć. nic nie mówiła o wejściu do środka, zresztą i tak nie byłoby nas na to stać, a poza tym był środek nocy. w 13 lat później, stojąc z Agatką przed omawianą Operą pomyślałem sobie, że Pani Łoś przesadzała -- La Scala wygląda .. zwyczajnie, a sprowadzając Mediolan do rangi Gliwic, zachowując oczywiście wszystkie konieczne perspektywy, to nasza Operetka mogłaby się z nią równać.. no dobra, trochę przesadziłem. w końcu to miejsce, gdzie plejada słynnych śpiewaków olśniewa świat swymi głosami od blisko 200 lat. ale gmach mają niepozorny. na placu opery znajduje się także pomnik Leonarda da Vinci, który swoimi wynalazkami czaruje świat nieco dłużej..

po dwóch godzinach błądzenia oświetlonymi alejkami, po czasie spędzonym w skupieniu sam na sam z milczącą historią wróciliśmy do samochodu. miała być to pierwsza noc spędzona w aucie. oczywiście nietaktem byłoby nocowanie pod katedrą, więc trzeba było coś wymyśleć. ponownie do głosu doszedł mój kibicowski umysł, który wymyślił, że cicho i spokojnie będzie pod stadionem (San Siro, kiedy gra na nim Ac Milan lub Stadio Meazza, kiedy pojedynki na nim toczy Inter Mediolan). cóż, w rzeczywistości cicho i spokojnie nie było, stadionu strzegła włoska policja (Carabinieri), ale udało się znaleźć miły zakątek, w którym przeczekaliśmy do rana. to był długi dzień..

29

wrz
2006

Italia cz. III -- Mediolan za dnia

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 15.39

poranek jak zwykle słoneczny. szybko zebraliśmy się obiecując sobie poranną toaletę w McDonaldzie. śniadania tam sobie nie obiecywaliśmy, w końcu mieliśmy ze sobą jeszcze trochę polskiej zdrowej żywności. po szybkim płukanku, po którym jakiś zniesmaczony pan w pośpiechu opuścił restauracyjną toaletę, zasiedliśmy na głównym placu miasta. wspaniała jest, mówię Wam, taka poranna godzina w słońcu z kawą w ręku, spędzona tylko i wyłącznie na obserwowaniu turystów na Piazza del Duomo. o tak, poranna mocna kawa zdołała unormować naszą sytuację wewnętrzną. wszystko zepsuł jakiś Senegalczyk, który to z okrzykami: 'piece for whole world' i 'i love you' obwiązał nam ręce kolorowymi nitkami. ponoć na szczęście. i chyba szczęście nam przyniosły, bo wróciliśmy do domu cali i zdrowi, a to zawiązane coś noszę do dzisiaj. oczywiście nie był taki friendly z czystej przyjaźni, odważnie przypomniał nam kilka razy o 'donation', które w końcu dostał. jednak nie na tyle duże, by wyglądał na w pełni uradowanego..

Mediolan za dnia jest innym miastem. przede wszystkim jest bardzo zatłoczony. po drugie, głośny, chaotyczny i niezdarny, począwszy od sprzedawców różnych różności, przez czarnoskórych handlarzy i wszechobecnych, wychowanych na drugim końcu globusa japońskich turystów, po zawsze głodne gołębie. jest miastem -- pomnikiem, jednak miastem, w którym osobom nieprzyzwyczajonym mieszkałoby się ciężko.

zwiedzamy katedrę Duomo -- piękna na zewnątrz, okazuje się bardzo surowa w środku. ale wspaniała, majestatyczna. zimne ściany zdobione są jedynie cyklicznymi wystawami malarstwa, interesującymi obeliskami i szacownymi mumiami dawno minionych istnień. zwiedzamy kryptę, gdzie pochowano zasłużonych, głównie związanych z kościołem biskupów. po wyjściu przechadzamy się znanymi na całym świecie ulicami, m.in. Via Monte Napoleone. mijamy kościół Św. Ambrożego (La Basilica di Sant?Ambrogio) -- Św. Ambroży uznawany jest za patrona Mediolanu, a sami mieszkańcy miasta nazywają siebie Ambrosiani. dzień jego imienin (7 grudnia) świętuje się, rozpoczynając sezon operowy w La Scali i urządzając wokół kościoła wielki jarmark. szczątki św. Ambrożego spoczywają w tym kościele, choć po dawnej świątyni, w której najsłynniejszy nawrócony poganin, święty Augustyn, usłyszał po raz pierwszy jego kazanie, nie pozostał dziś ślad.. wstępujemy do butiku Ferrari, gdzie można dotknąć bolidu Formuły 1, pewnie Michaela Schumachera, choć pewny nie jestem. chwilę spokoju osiągamy w klasztornym refektarzu kościoła Santa Maria delle Grazie, który kryje słynną Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci. obrazu nie widzieliśmy, bo kolejną porcję turystów wpuszczano za kilka godzin, a my .. szliśmy na mecz! udajemy się jeszcze na drugi koniec centrum, aby obejrzeć Dworzec Główny (Statione Centrale) -- budowlę znaną z jednostronnego wjazdu pociągów na stację..

metrem przemieszczamy się w pobliże stadionu, gdzie lustrujemy sytuację. dzisiejszego wieczoru odbywa się tu Trofeo Tim, coś na wzór naszego Superpucharu, gdzie najlepsze drużyny z poprzedniego sezonu walczą w meczach każdy z każdym po 45 minut. dla mnie bomba! za jednym zamachem oglądam jeden z najsłynniejszych stadionów świata oraz 3 światowe drużyny: AC Milan, Inter i Juventus Turyn. i to za jedyne 10E. co ciekawe, przy kupnie biletu poproszono nas o ID, tak że na bilecie widniało ręcznie wypisane moje nazwisko.. podczas imprezy stadion zapełniony w 1/3, przyszło ok 25 tys. fanów: po jednej stronie czarno-niebiescy fani Interu, po drugiej czerwono-czarni tiffosi Milanu, na środku, ok 5 tysięczna grupa fanów z Turynu. dopytałem się szybko jak kształtują się relacje między obiema grupami z Mediolanu. o dziwo nie ma między nimi agresji. koleś z fan-clubu Interu opowiadał, że na meczach między sobą wyzwiska ograniczają się do zwykłego 'fuck you', natomiast pięści przygotowywane są na znienawidzonych kibiców Juve. i widać to na turnieju, wyzwiska sypią się gęsto; choć zrozumiałem tylko 'Juve Merda', to po zachowaniu kibiców można było wnioskować, że lubią się jak my z Ruchem Chorzów. doping robi ogromne wrażenie, a przecież trybuna najzagorzalszych fanów Milanu nie była wypełniona nawet w połowie. to dla mnie, kibica Górnika doświadczenie kluczowe: doping tysięcy gardeł wspierany przez niezależne, kilkuosobowe grupy bębniarzy, nieznane mi wcześniej melodie kibicowskich przyśpiewek i bogate oflagowanie. to zdecydowanie światowa czołówka kibicowania.

po kolejnej nocy udajemy się w kierunku Wenecji. olewamy Weronę, bo podobno Julia wcale nie była z nią związana, nie zajeżdżamy też do Padwy. na przyweneckim parkingu meldujemy się w południe..

02

lis
2006

Italia cz. IV -- Wenecja. by Misia Moja..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 23.46

ostatni niezdobyty przez nas bastion włoskiej przygody podeszliśmy od strony morza. statkiem turystycznym z miejscowości Fusina (tu na kampingu zostawiliśmy nasz samochód), nie dbając o bilet, wraz z innymi nam podobnymi zapaleńcami podpłynęliśmy do tej jednej z najsłynniejszych wysp, do najbardziej zachwycającego po dzień dzisiejszy i największego pomnika architektury na świecie. niegdyś rządy sprawowali tu wielcy Dożowie, a bagnista laguna z okolicznymi wysepkami dawała idealne schronienie przed najazdami i napadami plemion Germańskich. Wenecja pochłonęła nas już od portu w dzielnicy Del Academica. było wczesne popołudnie kończącego się powoli lata, gdy zaczęliśmy się przeciskać się przez wąskie uliczki tego państwa w mieście. uliczki pełne uroku i nostalgii za minionymi czasami świetności, gdyż przed podbojami kolonialnymi Wenecja stanowiła jedno z największych i najsilniejszych w Europie miast.

Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..

do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.

udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.