Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

06

paź
2009

w wiosce indiańskiej..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 18:50

mieszkając w Seattle po raz drugi w życiu zetknąłem się z Indianami, lub jak nakazuje amerykańska poprawność, rodowitymi mieszkańcami Ameryki (native americans). oczywiście nie są to już półnadzy szamani ze skórą wilka na głowie, którzy tańczą wokół ogniska i odprawiają czary. te czasy już dawno za nami.. po raz pierwszy, przemierzając Arizonę w 2004 roku przypadkiem wjechałem do wioski Indian Nawaho. tamci Indianie mieszkają w ogromnym rezerwacie, a spragnionym wrażeń turystom oferują ręcznie wykonane pamiątki. drugie spotkanie wciąż trwa -- w Seattle pomieszkuje cała masa ludzi o widocznych wpływach indiańskich i choć są oni zupełnie ucywilizowani (jak to fatalnie brzmi z perspektywy białego człowieka..) to każdego dnia rzucają się w oczy. stan Waszyngton był niegdyś domem niezliczonych szczepów indiańskich, głównie zamieszkujących okolice wybrzeża Pacyfiku, a ich potomkowie, najczęściej wymieszani z innymi rasami, wciąż zamieszkują ziemie swoich przodków. tradycja Indian znika wraz z rozwojem cywilizacji, mimo to gdzieniegdzie można jeszcze spotkać korzennych, czystokrwistych mieszkańców Ameryki. przyznających się do indiańskich korzeni ludzi jest nawet coraz więcej: w roku ok. 1980 żyło w Stanach Zjednoczonych około 2 mln Indian. dzisiaj określa się ich ilość na ok. 4.2 mln w USA i około 1 mln w Kanadzie. gdzieś wyczytałem, że dostają ziemię i inne bonusy od państwa, czyli potwierdzenie korzeni rodzinnych staje się dla nich opłacalne..

odwiedziliśmy ostatnio wioskę Tillicum, która jest jednym z miejsc upamiętniających kulturę Indian. właściwie nie jest to wioska, ale pewien rodzaj przestronnego muzeum, którego pracownicy (potomkowie lokalnych Indian, oczywiście posługujących się amerykańską odmianą języka angielskiego) przybliżają odwiedzającym historię i kulturę swoich przodków. wioska (a raczej kompleks budynków) znajduje się na wyspie Blake położonej ok 8 mil od Seattle, która od wieków zamieszkiwana była przez dwa pokrewne szczepy indiańskie: Suquamish oraz Duwamish. przyjmuje się, że od nich wywodzi się legendarny wódz Seattle którego imieniem nazwano istniejące tu dzisiaj miasto. i choć bardzo ostro zalatuje tu komercją to jednak warto przyjrzeć się życiu i kulturze tych ludzi. można zobaczyć ich lokalne wyroby w postaci mniejszych lub większych totemów, można ujrzeć w jaki sposób przez tysiące lat przygotowywano łososia, a całość podsumowuje 25 minutowy spektakl ukazujący życie i plemienne tańce. zresztą mówił o tym Cejrowski -- dzisiaj już bardzo ciężko dotrzeć do wiosek pozbawionych jakiegokolwiek wpływu cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. dzisiejsi Indianie mają do wyboru rezerwat lub miejską adaptację. oczywiście przywiązanie kulturowe trwa i mimo że szczepy dysponują już własnymi stronami internetowymi, wciąż bardzo mocno pielęgnują własne tradycje..