Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

18

lis
2008

Pszczew

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 19.13

stoję na rynku w Pszczewie -- niewielkiej lubuskiej wsi. wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak zapamiętałem to z moich poprzednich wizyt w tym miejscu. być może jest trochę bardziej kolorowo, dookoła nowsze samochody i piękniejsze reklamy sklepowe, jednak na dobrą sprawę mógłbym przysiąc, że wyjechałem stąd nie dalej niż tydzień temu. gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej miejscowości, a było to już ponad 15 lat temu, zastanawiałem się, jak też można tu żyć. gdzie są tramwaje, stadiony, ludzie.. co robić, gdy nie świeci słońce, jak spędzać czas.. po latach zdałem sobie sprawę, że fenomen małych miasteczek polega właśnie na braku cywilizacji. na spokoju, trwaniu, zaściankowości. w rzekach regionu musiało jeszcze upłynąć wody na niejedną powódź, abym mógł sobie tę prawdę na dobre uświadomić.. a w tym roku przyleciałem tu aż z Wielkiej Brytanii: samolotem z Gatwicka do Poznania, następnie pociągiem oraz trzema autostopami.. fenomen?

Pszczew liczy obecnie 1826 osób -- 889 mężczyzn i 937 kobiet, a sama gmina niewiele więcej, bo tylko 4230 mieszkańców. miejscowość nie posiada obecnie praw miejskich, jednak aby poznać jej historię należy cofnąć się aż o 2 tysiące lat. cały ówczesny region stanowił ciężkie do przebycia pasmo jezior, moczar i bagien. i tylko tędy, wąskim przesmykiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, biegł stary rzymski trakt na wschód i na północ. jako że miejsce miało znaczenie strategiczne, ok IX wieku powstał tu gród, o którym do dzisiaj przypomina głaz z inskrypcją: 'miejsce grodu wczesnopiastowskiego IX-XII w' znajdujący się na Płw. Katarzyna na jednym z brzegów jeziora Miejskiego. pierwsza wzmianka o Pszczewie pochodzi z roku 1256, kiedy to miejscowość była własnością biskupów poznańskich. w późniejszych wiekach miasto wielokrotnie palono (m.in. przez wojska szwedzkie), a ludność dziesiątkowały liczne w średniowieczu choroby, m.in. epidemie cholery. w roku 1918, na skutek nowego wytyczenia granic, Pszczew znajduje się po niemieckiej stronie (zyskuje wówczas nazwę Betsche), jednak wraca do Polski po zakończeniu II wojny światowej..

przez wiele lat odwiedzałem te okolice w każde wakacje -- wraz z rodzicami jeździliśmy nad pobliskie jezioro Chłop do miejscowości Borowy Młyn -- nic więc dziwnego, że region zaczął mi się kojarzyć z beztroską. otoczony kilometrami lasów i jezior, malowniczo położony wśród licznych wzniesień i pagórków. poprzecinany polami uprawnymi, rzekami i niewielkimi leśnymi duktami. w 1986 roku utworzono tu Pszczewski Park Krajobrazowy, a w niektórych miejscach przyroda znajduje się pod ochroną rezerwatową. wstawanie wraz ze słońcem, ranne łowienie ryb, budząca się do życia przyroda. wycieczki rowerowe wzdłuż leśnych ścieżek, spływy kajakowe przez połączone kanałami jeziora (Lejek, Kropa, Crio, Zgardek, pamiętacie to i to jeszcze? ), mijane przydrożne kapliczki, z których każda ma swoją własną historię.. i jakoś tak się złożyło, że dzisiaj, po przejechaniu znacznej części Europy i Ameryki Północnej, wracam do Pszczewa z nieskrywaną radością. mimo całego piękna świata, mimo cudów, budowli, krajobrazów i towarzyszących im emocji, to właśnie tutaj odpoczywa mi się najlepiej. a muszę powiedzieć, że kilka zaprzyjaźnionych osób ma podobnie, więc gdy tylko tam jestem, nadarza się okazja do spotkań i wspominania dziecięcych czasów..

wracając do samego Pszczewa: kolorowy rynek i dwa otaczające go jeziora to nie jedyne atrakcje miejscowości. znajduje się tu również kościół św Marii Magdaleny z 1654 roku, niewielki pałacyk z połowy XIX wieku oraz Dom Szewca, czyli muzeum mieszczące się w odrestaurowanym, krytym gontem domu mieszczańskim, gdzie oprócz dawnych pamiątek z historii miejscowości można przyjrzeć się wykopaliskom archeologicznym z całego regionu. odwiedzając Pszczew w sierpniu tego roku zwiedziłem również Skansen Pszczelarski p Tadeusza Bryszkowskiego, i o dziwo, poznałem samego pana Tadeusza ;) co roku od piętnastu lat odbywa się tu również Jarmark Magdaleński -- oprócz imprez można podziwiać dzieła lokalnych artystów, rękodzielników i rzemieślników. można tu znaleźć niezwykłe naczynia, obrazy, ręcznie kute przedmioty, pachnące miodem świeczki i tego typu klimatyczne sprawy. znajduje się tu, podaję to w ramach ciekawostki, nawet kino, co w przypadku wsi nie jest zjawiskiem często spotykanym. jednak najważniejsza dla mnie jest ta cisza.. nie ma tu zbyt wielu turystów, choć tereny te są zdecydowanie piękniejsze od wychwalanego wszędzie Pojezierza Mazurskiego. można usiąść, przyjrzeć się siedzącym obok mężczyznom o opalonych twarzach tradycyjnie czekającym, aż dzień przyniesie jakąś sensację albo niespodziankę.. kobiety na targu pod gołym niebem, lokalny skup grzybów, wędkarze łowiący ryby 100 metrów do rynku.. przejrzyjcie wrześniowy fotoblog -- to jest dopiero życie..

16

sty
2009

Plener Dużej Rzeźby, Pszczew 2008

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 17.03

czy patrząc na dzieło artystyczne -- nieważne, obraz, odlew, rzeźbę -- zastanawiamy się kto jest jego autorem, ile włożył w to pracy i co czuł podczas długich godzin procesu tworzenia? czy patrzymy na efekt końcowy przez pryzmat przekazu i walorów artystycznych, czy też szybkim wzorkiem zaliczamy dzieło, za nic mając długie godziny obracania talentu artysty w efekt namacalny? nie codziennie dane jest nam przecież przyglądać się Ostatniej Wieczerzy, Słonecznikom, czy przynajmniej pomnikowi Jana Pawła w jednym z polskich miasteczek.. kilka miesięcy temu i ja wziąłem udział w tworzeniu czegoś z niczego i .. po kilku godzinach niewygodnych pozycji, skurczu mięśni, pęcherzy na dłoniach i potu na czole patrzę na to jakby inaczej..

mój zeszłoroczny wypad na Ziemię Lubuską pokrył się z corocznym pszczewskim Plenerem Dużej Rzeźby w Drewnie. wioska jest niewielka, choć jak widać solidnie ukulturalniona, a w sierpniu zaprasza się tu artystów, którzy w ciągu kilku dni zamieniają ogromne drewniane bale w arcydzieła sztuki rzeźbiarskiej. plener jest częścią Jarmarku Magdaleńskiego, a rzeźby docelowo zdobią sam Pszczew oraz inne okoliczne miasteczka. inspiracją rzeźbiarzy jest temat główny proponowany przez organizatora -- hasłem tegorocznego siódmego pleneru było: 'osobliwości, legendy i ginące zawody pszczewskich wsi'. wszyscy zainteresowani mogli odwiedzić miejsce pleneru (Plac Magdaleński) i obserwować cały proces powstawania dzieła, a także poznać twórców i ich warsztaty oraz oczywiście porozmawiać z nimi, bo równe to chłopaki... od kłody drewna, przez prace piłą motorową, siekierą, wreszcie perfekcyjne i żmudne nadawanie ostatecznej formy coraz to mniejszymi dłutkami. rzeźba kończy się w momencie, kiedy oglądający może odczytać emocje z twarzy drewnianego posągu.

po kilkunastu minutach przyglądania się fruwającym wiórom poznałem jednego z artystów. to Tadeusz Bartelas, który co roku stawia się w Pszczewie (i na innych tego typu imprezach), bo jak mówi, rzeźbienie to nie tylko praca -- to głównie pasja. część rzeźbiarzy (większość zna się doskonale) to samoucy z wrodzonym talentem, inni mogą pochwalić się dyplomem ukończenia uczelni artystycznej. przygotowanie artystyczne to jedno, drugim jest talent i ogólna wizja dzieła -- trzeba umieć wyobrazić sobie każdy najdrobniejszy element, bo jeden ciach za dużo i pozbawiamy naszą rzeźbę ucha.. pracuje się najczęściej w miękkim drewnie lipowym, czasem w dębinie. przed rozpoczęciem ogląda się zdjęcia, czy obrazy obiektu docelowego, jednak sam proces to głównie improwizacja, wyuczony przez lata warsztat i ruchy, które powodują, że każda z prac jest unikalna i składa się z pojedynczych, niepowtarzalnych wzorów.. ja wpadłem tam z aparatem, obiektywami i filtrami, czyli całym plecakiem wymaganych akcesoriów. podobnie oni: jedno dłuto nie wystarczy, dookoła wala się więc kilkanaście kilogramów rzeźbiarskiego sprzętu. dłuta, którymi się posługują robione są najczęściej na zamówienie. oczywiście całości materiału nie obrabia się w ten sam sposób, chłopaki (i dziewczyna) używają różnego rodzaju maszyn: od pił mechanicznych, przez wszelkie wielkości dłuta, po nożyki elektryczne, coś w stylu maszynki do wykonywania tatuaży. po ukończeniu dzieła efekt finalny jest impregnowany, czasem malowany, wszystko wg indywidualnych potrzeb klienta. każda wykonywana praca jest dla nich nowym wyzwaniem, daje dużo zadowolenia. dość szybko wkręciłem się w ten świat i po pół godzinie sam trzymałem już dłuto w rękach. przypadła mi w udziale zaszczytna praca wyrzeźbienia pleców XVI-wiecznemu pszczewskiemu poecie. zabrałem się do pracy z odwagą, bo jak mówił p. Tadek: z tyłu i tak nikt nie patrzy.. praca do lekkich nie należy, moje ciosy były koślawe, głębokie, ale mimo pęcherzy i zdrętwiałych palców pojawiłem się tam następnego dnia, by część swoją ukończyć. miałem więc prawo do podpisu artysty, więc dupa mojego poety szybko wzbogaciła się o napis: WWW.TOMXX.NET 2008.

siedziałem tam z nimi prawie dwa dni i najciekawszą teorię usłyszałem na samym końcu: rzeźbienie polega na usunięciu zbędnego materiału. krótko i na temat..

pokaz slajdów i galeria: