Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

25

wrz
2007

misja Portugalia -- mapa podróży

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 22.00



misja Portugalia dobiegła końca -- było to 16 pełnych wrażeń dni, podczas których objechaliśmy ważniejsze miejsca we wszystkich rejonach kraju. nasza Toyotka Auris zrobiła łącznie 2150 km zaliczając na swojej trasie wąskie uliczki największych miast, skaliste wybrzeże Atlantyku, kręte malownicze drogi wzdłuż rzeki Douro, niesamowite górskie wioski i zamki pasma Serra da Estrela i pobliskich wyżyn, cudownie puste przestrzenie Alentejo i wreszcie upalne i piękne plaże Algarve.. była też świadkiem wspaniałych wschodów i zachodów słońca i, przede wszystkim, moich z Agatką zaręczyn! postaram się systematycznie wrzucać dokładny opis, nasze wrażenia i zdjęcia z wyprawy po Portugalii. teraz na szybko prezentuję mapę oraz miejsca, które odwiedziliśmy. liczby obok miejsc określają kolejne spędzane tam dni.. pierwsze 3 dni spędziliśmy w Lizbonie zwiedzając miasto i dopingując Polaków w fantastycznym od strony polskiego kibica meczu z miejscowymi. w 4 dniu naszym oczom ukazała się Sintra oraz Cabo da Roca -- najdalej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy. to miejsce pasjonujące i magiczne, szczególnie dla nas. kolejne dni to droga na północ w kierunku Fatimy. po drodze zaliczamy wioskę rybacką Peniche oraz fascynujące miasteczko zamkowe Obidos. nocleg w Fatimie, a następny dzień to wrażenia związane z klasztorem w Batalhi oraz ruinami największej rzymskiej osady -- Conimgrigą. później przez 3 dni zwiedzamy uniwersytecką Coimbrę oraz znane ze wspaniałych win -- Porto. właśnie w Porto spotykamy się z Tiagiem, moim dobrym kumplem z czasów wymiany na Politechnice. następnego dnia suniemy malowniczymi i krętymi trasami wzdłuż rzeki Douro, a noc zastaje nas już w Guardzie -- pierwszym spośród wielu miasteczek-grodów wzdłuż granicy z Hiszpanią. kolejne dni to zjazd na południe i zwiedzanie chyba najwspanialszych miejsc w tym kraju -- starych jak świat osad-fortyfikacji, w której czas jakby się zatrzymał, a średniowiecze przypomina o sobie na każdym kroku.. po malowniczych góskich wrażeniach czekał nas szybki zjazd nad ocean, jednak rejon Alantejo przez który przejeżdżaliśmy zachwycił mnie malowniczością (i jednostajnością) krajobrazu, w którym dominowały gaje oliwne i drzewa korkowe. ostatnie 5 dni naszej wycieczki to rozgrzane słońcem Algarve, czyli plaże i niewielkie osady rybackie..

było pięknie, choć pechowo. w 3 dniu wyprawy straciłem moją torbę fotograficzną ze wszystkimi akcesoriami, w tym z polaryzatorem, który miał być w Portugalii hitem sezonu :( miał zapewnić fantastyczne zdjęcia, a .. wyszło jak zawsze. w ósmym dniu w Porto zawinęli nam samochód na lawetę, a jego odbiór z parkingu policyjnego kosztował nas.. za dużo. w międzyczasie chłopaki zaliczyli niespodziewany kontakt ze znakiem drogowym, a co za tym idzie przeorali cały prawy bok swojego auta. podsumowując: mnóstwo wrażeń, zróżnicowane okolice i .. nadmiarowe koszty. to w skrócie, wkrótce szersza relacja :)

11

paź
2007

Portugalia cz. 1. -- życie w stolicy..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.57

W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..

brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.

w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..

ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..

16

paź
2007

Portugalia cz. 2. -- kraniec świata

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 11.10

z Lizbony udajemy się na zachód. wzdłuż wybrzeża, aż do kurortu Cascais biegnie tyleż widokowa, co zatłoczona droga N6. równolegle leci szybka autostrada (przejazd 2E), którą podróż do oddalonej o 25km Sintry trwa kilkanaście minut. Sintra to jedno z wielu portugalskich miasteczek, które zostało wyróżnione przez świat i znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. samo miasteczko oferuje kilka ładnie utrzymanych, wąskich uliczek, jednak wystarczy pojechać kilka kilometrów dalej, aby odnaleźć miejsca zniewalające -- w niewielkiej odległości od siebie stoją tutaj trzy zamki; każdy w innym stylu i z innej epoki.. tereny to górzyste, tak więc alternatywą dla kilkugodzinnej wspinaczki po pagórkach masywu Sintra jest szybki podjazd samochodem albo lokalnym autobusem, co też uczyniliśmy..

zdecydowaliśmy się na obejrzenie pałacu Pena (Palácio da Pena) -- zajmującego najwyższe partie Serra de Sintra zamku, podobno jednego z symboli Portugalii. ten dziwaczny wytwór rodem z bajek został wzniesiony w latach 40-ych XIX w. na miejscu XV-wiecznego klasztoru Hieronimitów. kolorowe kopuły, zdobione balustrady, rozległe tarasy i widok na całą okolicę to główne atrakcje tego miejsca. po wejściu do środka zauważamy zdecydowany przerost formy nad treścią -- to podróż w czasie do poprzedniego stulecia, gdyż wnętrza pałacu pozostawiono w takim stanie, w jakim opuściła je królewska rodzina. wokół zamku jakiś dziwak zbudował rozległe ogrody, w których umieścił niezliczone gatunki orientalnych roślin, nietypowych zwierząt, a także baseny, mostki, fontanny i inne cuda. tak nam się spodobało, że aż się tam pogubiliśmy, przypominając sobie historię polskich turystów na Krecie, którzy zagubieni w wąwozie zmarli z braku wody.. w opisie to kilka wierszy, ale po ogrodach chodziliśmy pół dnia, a można pewnie i dłużej.. mając w pamięci przestudiowany przewodnik, omijamy Zamek Maurów -- na takie miejsca poświęcimy kilka dni we wschodniej części kraju..

a później, od północy, wzdłuż wybrzeży Atlantyku kierujemy się do Cascais drogą N247. zachodnie wybrzeże Europy to dość szczególne miejsce -- klimat jest tu w 100% zależny od oceanu, mimo mocnego słońca jest stosunkowo zimno, a to za sprawą mocnego i stałego wiatru. wzdłuż poszarpanych klifów nie ma zbyt wiele roślinności, a jedyne niskopienne chwasty mają dziwny brunatno-brązowy odcień. mniej więcej w połowie 30 km odcinka zjeżdżam w kierunku wioski Azoia, która jest ostatnią europejską mieściną. za nią już tylko kilkukilometrowa górzysta przestrzeń i dojeżdżamy do Przylądku Roca (Cabo da Roca), który to punkt o współrzędnych geograficznych: 38°46'N, 9°30' jest najdalej na zachód wysuniętym skrawkiem kontynentalnej Europy. dla mnie -- idealistycznego podróżnika, ma to wymiar szczególny. dotarcie do tych samotnych klifów przypomina o osiągnięciu pewnej granicy, sprzyja uzmysłowieniu sobie potęgi natury, jest punktem, z którego można już tylko zawracać. znajduje się tu tablica, a na niej słowa Luísa de Camoesa: Aqui.. Onde a terra se acaba e o mar começa.. (tu, gdzie kończy się ląd, a morze rozpoczyna..) jest też oznaczenie współrzędnych geograficznych oraz tekst: Ponta mais ocidental do continente Europeu, żeby nie było złudzeń, w którym miejscu się znajdujemy. to tutaj właśnie zaskoczona Agata przyjęła pierścionek, a pozytywnego płaczu było co nie miara..

jadąc dalej na południe mijamy plażę Guincho (Praia do Guincho) -- długą piaskową przestrzeń pośród poszarpanych skalnych klifów, która z uwagi na silne wiatry przez lata urosła do rangi królowej wietrznych plaż i stała się rajem dla surferów. świetnie rozwinięte drogi rowerowe sprzyjają turystyce, tak więc miejsce tętni życiem. po drodze formacje skalne opadają, a to pozwala nam zrobić kilka fajnych ujęć. W Cascais jemy pierwszy morski posiłek tych wakacji, a na plaży odnajduję napis: 'Tarnowskie Góry z Górnikiem', czyli nasi już tu byli.. samo miejsce to typowa portugalska miejscowość wakacyjna, a że my z założenia takie miejsca omijamy, to następnego ranka, po noclegu u przypadkowej kobiety i śródziemnomorskim śniadaniu, wyruszamy dalej. tym razem na północ, w kierunku Obidos i Fatimy. tego kierunku będziemy się trzymać przez kilka najbliższych dni..

24

paź
2007

Portugalia cz. 3. -- na północ! przez Estramadurę i Ribantejo..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 00.08

kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego kurortu morskiego -- Peniche..

to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja -- nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na dobre..

późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami, białymi domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty, starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce chrześcijan. Castelo w obecnej formie to zasługa niezmordowanego budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się w rozmowę z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie zakręconej nacji..

bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok 22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w 'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja 1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki. humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na każdym kroku. palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki, nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu: wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej otoczce..

około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia przedstawiające średniowieczny światopogląd i postrzeganie świata oraz Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas (Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak manuelińskie zdobienia robią na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato. żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry..

20

lis
2007

Portugalia cz. 4. -- uniwersytecka Coimbra i pijane winem Porto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.53

podróżowanie mniejszymi drogami ma zarówno swoje zalety, jak i wady: zaletą jest możliwość zobaczenia prawdziwego oblicza danego kraju, a naturalną wadą ciągłe światła albo ronda. a najczęściej jedno i drugie, więc tego typu podróżowanie ciągnie się jak dobrej jakości guma, czyli do granic możliwości.. w każdym razie miło zatrzymać się w przydrożnym motelu, gdzie przed wejściem ze ścian zwisają dojrzałe winogrona, a w środku miejscowy lud pracujący w tradycyjnych koszulach i kapeluszach delektuje się zimnymi drinkami..

przed samą Coimbrą zjeżdżamy do Conimbrigi -- jednej z największych osad Rzymian poza terenem cesarstwa. w upale wrześniowego słońca przemawia do nas historia -- zachowane ruiny przedstawiają budynki, ogrody, place i fontanny, a także fragment rzeczywistej drogi, która stanowiła niegdyś jeden ze szlaków handlowych biegnących z Italii na zachód Europy. niesamowite kamienne rozwiązania (oraz np. łaźnie i kanały) świadczą o szerokiej wiedzy ówczesnych konstruktorów, a zachowane mozaiki i wzory podkreślają ich dbałość o gusta artystyczne. współcześni archeolodzy podkreślają, że odkryte ruiny to zaledwie ok. 10% całości. reszta zapomniana wciąż leży zasypana ziemią, przykryta wsiami i biegnącymi nieopodal autostradami. czeka na swój czas ujawnienia się współczesności. wszędzie tam skrywają się szczątki cywilizacji sprzed 2 i więcej tysięcy lat..

dojeżdżamy do Coimbry -- byłej stolicy Portugalii znanej głównie z najstarszego w tej części Europy uniwersytetu założonego w 1290 roku. dzisiejsza Coimbra niewiele ma nam jednak do zaoferowania: położone nad rzeką Mondego miasto liczy obecnie 150 tys mieszkańców i prawdopodobnie prezentuje się bardziej okazale podczas pełni roku studenckiego. podczas naszego pobytu problemem było już samo znalezienie knajpy na wieczór, nie mówiąc już o jakiejś lepszejszej restauracji. po przejściach znajdujemy restaurację 5. klasy, gdzie Agata pokłóciła się z dorszem, a mnie obraziła zupa rybno-ostrygowa, której zresztą nie zamawiałem. no dobra, zamawiałem, ale zostałem wprowadzony w poważny i niechlubny błąd przez zabieganego kelnera -- po 2 próbach podejścia kelner wymienił mi ten pływający z oczami na wierzchu wynalazek na świniaka z frytkami.. następnego dnia w upale zwiedzamy zabudowania uniwersyteckie, które, trzeba przyznać, prezentują się okazale. spacerujemy różnymi podejrzanymi uliczkami starego miasta, jednak nawet w południe trzeba uważać, bo w niektórych jest brudno, a w innych pachnie zepsutą rybą. ale jest klimat, z tym że dosyć specyficzny.. żegnamy się z miastem i jedziemy dalej, tym razem do Porto.. choć szczerze mówiąc dość już miałem tych miejskich klimatów..

Porto jednak nas nie zawodzi -- na pierwszy rzut oka widać, że TO miasto przewyższa Lizbonę. nocujemy w hotelu Universal, nieopodal miejskiego ratusza. tam też parkujemy, co później miało się okazać tragiczne w skutkach. ale to dopiero rano -- wieczór spędzamy jeszcze w fantastycznych humorach. uderzamy do dzielnicy Ribeira położonej na rzeką Douro. to miejsce wieczornych spotkań mieszkańców miasta, ładnie utrzymane, oświetlone i kolorowe. czyste nadbrzeże wypełnione statkami i swoistym morskim klimatem. po drugiej stronie rzeki dumnie pręży się Vila Nova de Gaia -- dzielnica, a właściwie osobne miasto, serce przemysłu winnego i wina Porto. wybraliśmy się tam tego wieczora w 4 osoby, 4 aparaty i 2 statywy: naświetlamy okolicę, a barcos rabelos (wykorzystywane przez setki lat do rzecznego transportu wina) prezentują się przebajkowo. pod charakterystycznym mostem z 1886 roku, projektu ucznia Gustawa Eiffla pijemy miejscową kawę, a o północy przybywa Tiago -- przedstawiony na fotoblogu bliski portugalski kumpel z czasów studenckich. spotkanie pozwala na przypomnienie sobie wszystkich głupich rzeczy, jakie wyprawialiśmy, wśród których fantastyczna gliwicka Krypta była tematem obowiązkowym. dwa lata spędzone prawie każdego dnia w tej knajpce usiadło nam na sumieniach i z nostalgią wspominaliśmy studenckie czasy. kończymy ok 4 nad ranem wycieczką po nocnym Porto. Tiago kierowca obwozi, opowiada i tłumaczy, choć po którymś z kolei kółku i tak było nam wszystko jedno, bo budynki i drogi zlewają się w jedną, nieodgadnioną całość..

dzień następny zaczyna się od afery -- rekwirują nam źle zaparkowane auto, a jego odbiór z policyjnego parkingu kosztuje nas 120E.. postanawiamy sobie jakoś zrekompensować emocje i dla odreagowania fundujemy sobie kilkugodzinne wycieczki po mieście: najpierw łódką po rzece Douro, później po winiarniach testując kilka gatunków wina, a następnie odkrytym autobusem, gdzie cholernie mnie przewiało. ale było warto, bo właśnie tam dostałem sms-a, że Górnik po 30 minutach gry prowadzi z Polonią Bytom 4-0 :) Vila Nova de Gaia to miejsce, w którym każdy szanujący się producent wina Porto ma swoją winiarnię połączoną z muzeum. crio -- znawca i wielbiciel win przoduje w wybranych gatunkach, a wszyscy kupujemy kilkunastoletnie wina, jako prezenty dla najbliższych. dopiero później miało się okazać, że dziadek nie zdążył i wina nie otworzył.. w każdym razie siedziba legendarnego Sandemana robi wrażenie, choć akurat tam byliśmy tylko w muzeum. zwiedzamy również ekstrawaganckie centrum życia kulturalnego Porto -- gmach 'Casa da Musica' co w tłumaczeniu na język polski znaczy Dom Muzyki.. Agata ma radochę, bo architektonicznie wygląda to na budynek rodem z innej planety. warto również wspomnieć, że od nazwy tego miasta z ok V w. wywodzi się nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"), czyli Portugal..

po niespełna 3 dniach opuszczamy Porto -- do końca wyjazdu mamy dość miast, choć trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas duże wrażenie. udajemy się na wschód, w kierunku Hiszpanii. niestety nie ma czasu na położone na północy góry, więc kolejnym krokiem wycieczki miało być kluczenie dorzeczem rzeki Douro. piękne, nasłonecznione wzgórza to mekka winiarni. ciągnąca się wzdłuż rzeki niewielka droga jest tyleż malownicza, co skomplikowana. czasem kluczy tak zaciekle, że po kilku godzinach kręcenia kierownicą odechciewa mi się całego tego piękna. wijemy się jak dżdżownice po deszczu: raz pod górę, raz stromo w dół, czasem mostami, czasem trafi się jakiś tunel. po prawdzie, żałowałem, że nie wybrałem prostej jak drut autostrady, jednak z perspektywy czasu, myślę, że warto było z bliska zobaczyć ten region. mijamy domy farmerów, mijamy również wille milionerów. czasem trafi się jakiś statek, który mozolnie acz wytrwale płynie w górę rzeki na kilkudniową wycieczkę turystyczną. zatrzymujemy się w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, a popołudniową kawę z lodami uzupełnia widok płynącej i połyskującej w świetle dnia rzeki oraz rozciągający się nad nią fantastyczny kamienny, stary jak świat most.. po wizycie w miejscowości Lamego (gdzie jemy pierwszą w Portugalii pizzę, bo rybnych dań mamy chwilowo dość) autostradą kierujemy się już bezpośrednio w stronę granicy. trochę błądzimy, gdyż wszystkie znaki kierują na ESPANHA, a nie na dane miejscowości. ok 22 po dniu spędzonym w większości w samochodzie, docieramy do Guardy, pierwszego miasteczka na trasie grodów-zamków po wschodniej stronie kraju. naświetlamy gotycką katedrę i parkujemy do snu -- dzisiaj noc spędzimy na parkingu najwyżej położonego miasta tego dalekiego kraju..

21

lis
2007

Portugalia cz. 5. -- od zamku do zamku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 23.21

9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta. wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi, na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny. budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..

na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali, że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600 mieszkańców. czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi jedyny dowód XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..

powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny?? krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy, które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste -- jak wszystko w tym regionie..

wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta .. bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000 mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale .. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..

24

lis
2007

Portugalia cz. 6 -- na południe: przez gaje oliwne i dęby korkowe..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 20.14

górskie wycieczki zamkowe wydawały nam się tyleż piękne, co monotonne. monotonia miała się jednak objawić dopiero teraz. i to ze zdwojoną mocą. region Alentejo ciągnący się aż do granic Algarve jest najgorętszym obszarem Portugalii. przewijające się kilometrami krajobrazy wyglądają wręcz identycznie: przeogromne plantacje dębów korkowych (największy w świecie eksport korka) i niezliczone winnice gajów oliwnych. spalone słońcem ziemie nie grzeszą płodnością -- na pożółkłych pastwiskach opalają się stada krów i owiec, a ziemia ma wszędzie tą samą żółtą barwę. to Alentejo. region, który mi osobiście bardzo się spodobał..

zanim dane nam było dostać się na autostradę w kierunku Evory musieliśmy przejechać przez końcówkę pasma górskiego Serra de Estrela. ten pagórkowaty teren urzekł nas niesamowitym zestawem kolorów -- pożółkłe od słońca trawy mieszały się z szarym granitem skał, a występująca gdzieniegdzie zieleń urozmaicała pustynny krajobraz. robimy sobie kilka przerw, wyciągam statyw, a zdjęcia pstrykamy wprost z mało uczęszczanej drogi. tego właśnie ranka dociera do nas, że znowu jesteśmy w trasie. droga, bezustannie ciągnąca się droga -- symbol podróży, wolności i nowych lądów.. warto również wspomnieć o stosunkowo licznych gospodarstwach, które .. gospodarstwami były przed laty. porzucone i zarośnięte trawą straszą zawalonymi dachami czekając na ratunek, który jednak nigdy nie nadejdzie..

w końcu wbijamy się na szybszą drogę i poprzez Estremoz dojeżdżamy do stolicy regionu Alentejo, Evory. całkiem spore, otoczone średniowiecznymi murami miasto, jest siedzibą uniwersytetu z 1559 roku. chyba mamy szczęście, gdyż po starówce ugania się spora grupa studentów w specyficznych odzieniach. są ubrani w czarne płaszcze, co Kropa wdzięcznie określił mianem 'stroju batmana'. warto zobaczyć ruiny rzymskiej świątyni z I w., po której zostały tylko korynckie kolumny i trwałe fundamenty. tak, tak, Evora, podobnie jak inne portugalskie miasta ma już ponad 2000 lat, co w porównaniu do Polski jest bajecznym wynikiem, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. z uwagi na miejskie mury i liczne historyczne zabytki, starówka Evory wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. jadąc dalej na południe drogą IP2, a następnie 34 km mniejszą N258 (widoki jak na preriowych drogach rodem z Dzikiego Zachodu), docieramy do pięknego miasteczka Moura.

sama nazwa dużo mówi o pochodzeniu mieściny i rzeczywiście -- nie zawodzimy się. dominują śnieżnobiałe zabudowania, czerwono dachówkowe dachy oraz dwa nieśmiertelne portugalskie kolory: żółty oraz niebieski. piękno pięknem, jednak największą zaletą tego regionu jest niewielka liczba turystów -- większość wybiera pobyt na plażach lub w Lizbonie. jest to pierwsze miejsce, w którym widzimy tak wielu Portugalczyków spędzających wspólne wieczory pod gołym niebem. ławki głównych skwerów są pełne, wszyscy wyglądają, jakby znali się od lat (bo tak pewnie jest w rzeczywistości), istnieje TEN spokój, którego na próżno szukać w miejscowościach turystycznych. tu każdy żyje swoim i cudzym życiem; dominuje klasyczny portugalski ubiór: wszyscy bez wyjątku faceci ubrani są w kraciastą koszulę i bawełniane spodnie. wszyscy ogorzali od słońca, spokojni i uśmiechnięci. to właśnie z Moury pochodzi to sympatyczne ujęcie dwójki przyjaciół zamieszczone na październikowym fotoblogu. w Alentejo mało kto mówi po angielsku i czasem rzeczywiście ciężko jest się dogadać. Portugale są jednak z natury przyjaźni, widać to w kontaktach międzyludzkich, więc zawsze można starać się porozumieć w języku migowym. z lepszym, bądź gorszym skutkiem. wg przewodnika Portugalia ma 10% analfabetów -- podejrzewamy, że znaczna ich część zamieszkuje właśnie ten region. białe zabudowania Moury wywarły na nas potężne wrażenie, ale czas gonił -- mieliśmy już zapewniony nocleg w oddalonej o 50 km na południe Beji.

Beja to miasteczko położone na wzgórzu, przez co przez lata pełniło strategiczną rolę militarną. europejska historia zapamiętała tę osadę z czasów Juliusza Cezara, który w roku 48 pne zawarł tu rozejm z Luzytanami -- przez co miejscowość nosiła nazwę Pax-Julia. my potraktowaliśmy ją raczej .. wakacyjnie, bo przez cały wieczór nie wychyliliśmy nosa z hotelu :) a residencia owa (której nazwy niestety nie zapamiętałem) była wręcz niesamowita: cudowne miejsce z rodzinnymi fotografiami na ścianach. żółto-niebieskie wystroje pokojów z motywami mauretańskimi -- wszystko zatopione w śnieżnej bieli. fajne zapachy, śródziemnomorskie śniadanie, słońce dookoła. jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że założę własny pensjonat, to będę się wzorował właśnie na tym miejscu. skąd Maurowie we wschodniej Europie? hmm, wzięli się skądś. tak jak Polacy w południowej Portugalii..

a potem było już wybrzeże. cudowne Algarve ze swoimi pięknymi plażami..

03

gru
2007

Portugalia cz. 7 -- spaleni słońcem we wschodnim Algarve..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.16

jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!

szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..

późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..

Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..

rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..

wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..

20

gru
2007

Portugalia cz. 8 (ostatnia) -- śladami morskich podróżników..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.10

dojeżdżamy do Lagos -- miasta znanego z bogatych tradycji morskich i burzliwej historii. zostało założone przez Kartagińczyków w V w. pne., później zajęte przez Rzymian, a w XV w. trafiło pod panowanie portugalskie. to tutaj, na Praca da Republica znajdował się pierwszy portugalski targ niewolników. stoi tu również pomnik Henryka Żeglarza, który z tego miejsca wysyłał statki na średniowieczne wyprawy w nieznane. krążąc po mieście w poszukiwaniu wietrznego internetu docieramy na Praia Dona Ana -- jednej z bardziej znanych plaż zachodniej części regionu Algarve. Lagos ma kilka ślicznych zatoczek i plaż: szczególnie tutaj na Praia Don Ana oraz dalej na zachód, w kierunku Ponta da Piedade, dokąd lokalni rybacy zabierają na wyprawy łódką (10 E od osoby, żadnych zniżek nawet dla kobiet w ciąży). łagodne do tej pory wybrzeże zaczyna się podnosić, a niekończąca się walka morza z wapiennymi skałami wykształciła klify -- swoistą wizytówkę tego miejsca. szybko znajdujemy pensjonat i uderzamy na plażę.. po godzinie mam dość i zaczynam kombinować. ze skał po prawej stronie wystaje kawałek sznura, oczywistą oczywistością wskazując, że .. coś tam jeszcze jest. wspinam się, przechodzę, skaczę, schylam pod ogromnym masywem, czołgam prawie po piasku i .. oto jestem. sam, na plaży odgrodzonej od świata ze wszystkich stron. po chwili odkrywam jeszcze kilka osób, ale zawsze to kilka a nie kilka tysięcy leniwych Europejczyków. po chwili po linie wspina się Agata i rozkładamy się w ciszy i spokoju. jedyny minus takiej lokalizacji to .. brak słońca. plaża przypomina komin z otworem u góry, a że było już mocno po południu i słońce daleko na zachodzie, to nie wpadało na naszą zamkniętą plażę. robię kilka ujęć skalistego wybrzeża, wdając się w pewnym momencie w krótką, acz zażarta dyskusję z krabem, po której ten ostatni obrażając się poszedł poszukać sobie innego wilgotnego miejsca.. wieczorem spacerujemy po okolicy delektując się niesamowitą różnorodnością klifowego wybrzeża. wspinamy się tam gdzie nie wolno, wchodzimy tam gdzie zamknięte. urwiska skalne rzeczywiście robią wrażenie, a potęguje je jeszcze żółtawa poświata pomarańczowo zachodzącego słońca. po chwili docieramy do latarni morskiej, gdzie zakręcająca ścieżka nakazuje powrót do hotelu..

następnego dnia czeka nas ostatni odcinek naszej portugalskiej przygody -- na zachód, do samego końca. jedziemy w stronę Sagres -- miasteczka rybackiego z portem w zatoce Baleeira, a następnie w kierunku Cabo de Sao Vincente (półwysep Św. Vincenta), który niegdyś przez Rzymian i innych starożytnych żeglarzy uważany był za kraniec świata (O Fim do Mundo), a obecnie jest tylko południowo-zachodnim krańcem Europy. tutaj pogoda już nikogo nie rozpieszcza -- wieje bez przerwy, jest zimno i pochmurno. dość długo jedziemy monotonną drogą wzdłuż wybrzeża: dookoła wyłącznie kamienie, brak osad ludzkich, zupełny brak roślinności -- to wszystko wzmaga poczucie zupełnej pustki. mijamy historyczną warownię z XV wieku zwaną Fortaleza de Sagres, gdzie Henryk Żeglarz urządził pierwszą na świecie Akademię Morską zapraszając tu najwspanialszych żeglarzy, kartografów, astronomów tamtych lat. znajduje się tu 43-metrowa róża wiatrów, która była pomocna w kształceniu portugalskich oficerów przygotowując ich do zamorskich wypraw.. jadąc dalej mijamy smaganą wiatrem Fortaleza de Beliche, a po kilku kilometrach naszym oczom ukazuje się ostatnia na tym kontynencie latarnia morska. poubierani w kurtki i swetry ludzie tłoczą się wokół przydrożnego targu, na którym kupujemy Agacie bransoletkę, a mi portugalskiego Marynarza. z każdej wyprawy przywożę jakąś pamiątkę, o Portugalii będzie mi przypominał marynarz prężąc się dumnie na domowej lodówce.. na jednym z urwisk tego niegościnnego wybrzeża odnajdujemy tabliczkę wmurowaną przez rodziców 28-letniego Niemca, który spadając ze skarpy, tutaj zakończył swój żywot. na tabliczce w dwóch językach (po portugalsku i angielsku) rodzice przestrzegają przed niebezpieczeństwem i upamiętniają swojego syna.. zawsze chciałem dojeżdżać w takie miejsca. mimo że nie ma tu niczego godnego uwagi, to człowiek czuje się inaczej, czuje, że dotarł w miejsce magiczne.. jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu Europy..

zawracamy, jako że dalej już nie można. kierujemy się w stronę Faro, skąd za 2 dni mamy wyloty, odpowiednio do Polski i do UK. ostatnie godziny portugalskiej wycieczki spędzamy na plażach i opalamy się, bo za kilkanaście dni bawimy się na weselu u kuzynki Magdy w Zabrzu. warto tutaj wspomnieć o piaskach Quarteiry, gdyż średnio co 2 minuty nad naszymi głowami przelatywał samolot z pobliskiego lotniska. pas startowy w Faro kończy się kilkaset metrów od oceanu, a samoloty po osiągnięciu pewnego pułapu zakręcają na północ przelatując nad głowami opalających się turystów. niektórzy narzekali, że zasłaniają słońce, zapominając jakby o powtarzającym się huku silników odrzutowych..

kolejny kraj zaliczony. tym razem nawet znaczna jego część. co wyniesiemy z Portugalii? na pewno mnóstwo wrażeń i różnorodność krajobrazów. na pewno wspomnienia słońca, przyjaznych ludzi i dobrych dróg. smak owoców morza, wina Porto i niekończącej się drogi.. po drugiej stronie, dla przeciwwagi znajduje się zaniedbanie.. nie można o nich zapominać udając się do Portugalii..