Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

24

paź
2009

tomxx on tour: na południe!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:29

i wreszcie nadszedł ten cudowny dzień pakowania -- wczesna jesienią, jak co roku, przychodzi czas plecaka i ruszenia w drogę! tym razem Ameryka Centralna. ruszamy jutro przed świtem, w zasadzie za 4 godziny: lot ze Seattle do Houston w Teksasie, przesiadka na lot do Cancun na Półwyspie Jukatan. na Meksyk przeznaczamy ok 10 dni, później lokalnymi środkami uderzamy dalej na południe i wkraczamy do Belize. tam jakieś nurkowanie i kilka małych wysepek. później wjazd do Gwatemali głównie w kierunku Tikalu, ale pewnie uda mi się obstrykać kilka małych wiosek. taki jest plan, znając rzeczywistość i tak wyniknie z tego coś niespodziewanego. anyway, jak znajdę jakiegoś hotspota to będę pisał..

25

paź
2009

Meksyk cz. I -- live z Playa del Carmen..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 22:04

mimo ze z plecakiem to taszczę ze sobą laptopa -- firma wyposażyła mnie nie pozwalając zostać offline. no ale po raz pierwszy będę mógł na bieżąco wrzucać gorące myśli i pierwsze z brzegu fotki..

lot bez przygód -- kołowaliśmy nad Houston a w oczy rzucały się tysiące identycznych, pedantycznie zaprojektowanych domków jednorodzinnych. niesamowity widok przedmieść dużego miasta. w Cancun przywitała nas fala gorąca (30 stopni) i odprawa celna. wypełnia się deklaracje wjazdu do Meksyku, a potem następuje losowanko poprzez naciśniecie dużego czerwonego guzika. Agata wylosowała kontrole, wiec z grubsza przeorano nam plecak. akcja jest dosyć szeroka, bo miejscowi boja się wwożenia groźnych chorób (nie powinni pilnować w drugą stronę jakiś czas temu?) nie można miedzy innymi wwozić towarów spożywczych i owoców. a my takowe mieliśmy i oczywiście nie zadeklarowaliśmy. historia zatoczyła kolo -- jabłko, które stało na straży mojego wjazdu do Stanów w '04 także i tym razem mogło nieźle namieszać. no ale Meksyk okazał się szczęśliwy i celnik owego niezgłoszonego jabłka nie znalazł. w Stanach zrobiono z tego dużą awanturę..

przy wyjściu z lotniska stałą armia 50 mężczyzn z informacji turystycznej. śmieszne, bo prawie zupełnie nikt nie rozmawiał z turystami, a wszyscy gaworzyli miedzy sobą. pierwsza rozmowa i pierwszy oblany test: my z hiszpańskiego, on z angielskiego, choć jemu i tak lepiej szlo. dowiadujemy się w końcu, ze do Playa del Carmen jeżdżą autobusy narodowej linii ADO. wcześniej w bankomacie wybieramy 200 peso (koleją wpadka -- chciałem pobrał 200 dolców, ale peso ma bardzo podobny symbol do $ i dostałem odpowiednik 18 dolarów w walucie miejscowej. czyli nic) i kupujemy bilety dla nas dwojga za .. 200 peso. jeden więcej i trzeba byłoby kombinować. w autobusie jedziemy z poznana wcześniej para starszych Amerykanów ze .. Seattle. są tu już 6 raz ale raczej mało oglądają -- takie tam hamerykanskie leżenie na plaży. do Playa droga się ciągnie, autobus (wysoki standard z klima) co chwile zwalnia, dojeżdżamy w niespełna 1.5h. jest już ciemno, ale miasto żyje. główną reprezentacyjna ulica tętni ludźmi -- jest gwarnie, głośno i kolorowo. meksykańskich naganiaczy są tysiące! hola amigo, food, happi auers!! sprzedadzą wszystko, pewnie nawet własne siostry, a głównym tematem zaczepki jest pytanie: w czym płacimy, w dolarach czy w peso i w jakim hotelu mieszkamy. jakby to miało coś do rzeczy. a może właśnie ma i po tym ocenia się ranking bladych gringo?

w sklepach cala masa dupereli, ale jest tez kilka fajnych rzeczy. podobają mi się drewniane cedrowe maski azteckie i figurki bogów majów. ciekawie wygląda procedura handlu -- gdy już uda im się wciągnąć do środka zaczyna się targowanie na cokolwiek się spojrzy. właściwie to nie targowanie. oni sami schodzą z ceny po każdych kilkudziesięciu sekundach zawahania. thou are from polonia? polonia best prizzes. come hier.. lepsze ceny dla polonia, bo tamte ceny dla amerikanejros. wszyscy maja kalkulatory i przy nas skomplikowaną procedurą zbijają na szybko 20% ceny pierwotnej..

dzisiaj zaliczyliśmy już plaże. fajnie się udało bo pod palmami, gdzie się rozłożyliśmy, przesiadywali głównie miejscowi. kapelusz, browar Sol, koszula i maniana na maksa. nawet za bardzo ze sobą nie rozmawiali przez pol dnia -- trochę się rozkręcili jak odwiedził ich inny ziomal z gitara i trochę pograł.. ahhh, od razu polubiłem Mexico! pierwsze ujęcia z Jukatanu:















28

paź
2009

Meksyk cz. II -- ta druga strona..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 05:06

nadal siedzimy w Playa, jak świeci słońce to jest ciężko. 40 stopni, wysoka wilgotność, ciężko egzystować. jak pojawiają się chmury to też niedobrze, bo przyjechaliśmy tu na wakacje. a właściwie codziennie pada deszcz -- taki szybki, tropikalny, chmury pędzą z prędkością cen w morskich kurortach i tak jak szybko pada, tak szybko przechodzi. generalnie jest dobrze, może poza faktem, że nie możemy pobrać kasy z bankomatów. próbujemy z 3 kart i udało się tylko raz. taki jakiś losowy przypadek, a nam nie jest już wesoło. możemy za to płacić kartą za usługi, hotele, drinki, jedzenie, no ale i tak jedziemy już na dolarowej rezerwie..

zapuściłem się swoim stylem poza przygotowaną dla Amerykanów otoczkę i wszedłem w tą normalniejszą stronę Meksyku. w Portugalii rozpierdol strasznie mnie raził, ale tutaj właśnie na to liczyłem, więc mam wielką radochę widząc to na własne oczy. bo rzeczywiście miejsca poza ruchem turystycznym, czyli szeroko pojęta ulica, są strasznie zapuszczone. jest dosyć brudno, zaniedbane budynki, farba schodząca ze ścian po niedoszłych i upadających biznesach. ale jest w tym piękno -- szczególnie patrząc na przesiadujących na zacienionych krawężnikach i rozmyślających całymi dniami Metysów.. szkoda, że nie mówię po hiszpańsku, bo chętnie dowiedziałbym się czegoś o nich i pogadał wokół czego kłębią się ich powolne myśli. wyglądają na bardzo w porządku, chętnie dają się fotografować, zmęczeni słońcem wciąż się uśmiechają. poza tym wszyscy wyglądają tak samo i tak sobie trwają w bezruchu. myślę sobie, że na tym polega ich sekret -- nie tracą na daremno sił. może również dlatego Meksyk wygląda jak wygląda..



















29

paź
2009

Meksyk cz. III -- Chichén Itzá

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 04:37

dosyć leżenia na plaży -- zaczynamy aktywne zwiedzanie. na pierwszy rzut poleciały najbardziej znane ruiny cywilizacji prekolumbijskiej -- Chichén Itzá, co w języku Majów, twórców tego miasta, oznacza Źródła Ludu Itzá. miejsce to obok stolicy i karaibskich plaż stanowi dzisiaj centralny ośrodek meksykańskiej turystyki, nie dziwią więc tłumy zwiedzających i .. tłumy naganiaczy pamiątkowych. pierwsze budynki powstały ok 700 roku, a te najbardziej znane, czyli El Castillo (świątynia Kukulkana), Templo de los Guerreros (świątynia wojowników) oraz boisko do gry w piłkę (pelota) datuje się na XI-XII wiek. trafiliśmy dosyć dobrego przewodnika, który wyjaśnił, ze Majowie byli bardzo kumaci jeśli chodzi o wiedzę i rozwój (architektura, sztuka, astronomia) natomiast średnio byli skorzy to bitki, przez co podbiło ich plemię (kultura?) Toltekow. podobno to wraz z nimi przyszedł zwyczaj składania ludzi w ofierze bogom, przez co piramidy Majów na długi czas skąpały się we krwi nieszczęśników. szacunek należy się chłopakom za perfekcyjne rozeznanie w astronomii, co możemy dzisiaj podziwiać w zbudowanym przez nich obserwatorium (okna ułożone w odpowiedni dla ruchu planet sposób) oraz przez położenie samej piramidy Kukulkana, gdzie w dniach przesilenia wiosennego i zimowego, cienie idealnie padają na ściany świątyni tworząc efekt pełzającego węża. mi osobiście spodobało się boisko do gry w piłkę (jakże mogłoby być inaczej..) -- ma to to 150 metrów, z 4 stron ograniczone jest wysokimi ścianami, a na środku dłuższych boków umieszczone są kamienne obręcze (widoczne na fotkach poniżej). grano po 7 chłopa, a celem było przerzucenie piłki przez obręcz, co mogło być wykonane tylko przez jednego zawodnika poszczególnej drużyny -- kapitana. i teraz uwaga: nie można było piłki dotykać rekami ani nogami. grano innymi częściami ciała, czyli barkami, piersią, udami, a osiągniecie celu (obręcz wisi dobre 5-6 metrów ponad nasypem wzdłuż boiska) przy bardzo niskim wzroście Majów było rzeczą bardzo trudną. ba, wręcz niemożliwą, bo piłka nie mogła dotknąć obręczy. doprowadzało to do tego, iż jeden mecz mógł trwać nawet 10 miesięcy (z przerwami na noc), a zawodników zmieniano kilkudziesięciu krotnie. nagrodą dla zwycięskiej drezyny była za to .. śmierć. tak, obcinano głowę kapitanowi zwycięzców, gdyż Majowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe i wygrana miała być przepustką śmiertelnika do krainy wiecznej szczęśliwości. niesamowite.

na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..














29

paź
2009

Meksyk cz. IV -- Valladolid

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 06:13

wkraczamy do stanu Jukatan i zahaczamy o nieduże kolonialne miasto Valladolid. zostało ono założone przez hiszpańskiego konkwistadora Francisco de Montejo w 1543 roku, a atmosferę dawnych dni odczuwa się jeszcze dzisiaj. nad miastem, w centralnym jego punkcie, góruje katedra San Gervasio, do której budowy wykorzystywano kamienie z budynków podbitych Majów. mimo że katedra prezentuje się dużo bardziej okazale z zewnątrz niż z wewnątrz to warto ja zobaczyć. Valladolid znane jest z miejscowego targu i licznych wyrobów lokalnych rzemieślników (m.in. srebro). miasto wydaje się zaniedbane, a w regionie ważniejszą role odgrywają Mérida i Campeche. mi jednak podobają się takie miejsca, a największą radochę daje mi możliwość spróbowania lokalnego, sprzedawanego bezpośrednio z ulicznych wózków, jedzenia..









30

paź
2009

Meksyk cz. V -- kultura Majów..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 21:10

jedziemy przez Jukatan drogą z Tulum na wschód w kierunku Coby. podróżujemy mini-vanem w 6 osób: oprócz nas i parki Hiszpanów jedzie kierowca i przewodnik Rafael. przewodnik fantastyczny -- prawdziwy pasjonat, lokalny Mexicanos z zacięciem antropologicznym. mówi dość dobrze po angielsku, a swoje opowieści powtarza dwukrotnie, po naszemu i po ichniemu, bo Andaluzyjczycy no habla ingles. mamy szczęście, na wycieczkę zgłosiły się tylko 4 osoby, a zwykle jedzie 13. panuje miła, swojska atmosfera..

z samochodu niewiele widać. szeroką asfaltową drogą, któa znajduje się tu jakby nie na miejscu, dojeżdżamy do granicy stanów Quintana Roo i Yucatan -- po obu stronach rozciąga się gęsta dżungla, tylko gdzieniegdzie mijamy niewielkie, raczej zaniedbane osady. nie wiem jak żyją tu ludzie -- jest tak gorąco, że nie chce się wysiadać z klimatyzowanego samochodu. przed niewielkimi, zwykle zrujnowanymi domkami stoją czasem fajne samochody, ale głównie przeważa totalny chaos. po pewnym czasie nasz kierowca skręca w prawo i odtąd poruszamy się drogą żwirową. dżungla wręcz wchodzi na drogę, przez wiele kilometrów nie widać żywej duszy. kierujemy się do wioski Majów, której mieszkańcy jakby wbrew cywilizacji (z paroma wyjątkami) nadal żyją w XVII wieku.

w pewnym momencie XV wieku kultura Majów zanikła. z niewiadomych przyczyn opuszczono wznoszone przez wieki miasta i nigdy już do nich nie powrócono. Rafael mówi, że do zmian w kulturze doprowadziła wojna klas. prawdziwa rewolucja, podczas której zamordowano lub wypędzono 3-5% społeczeństwa rządzącej klasy. matematycy, architekci, budowniczy, astronomowie przestali istnieć. do zmian przyczyniła się również gleba, która uprawiana przez setki lat po prostu nie nadawała się do rodzenia.. rozwój stanął w miejscu, ale Majowie nie zniknęli -- dzisiaj na terenach Hondurasu, Gwatemali, Belize, Salwadoru i Meksyku językiem Maja posługuje się ok 5 mln ludzi. pielęgnują obyczaje i starają wieść życie w zgodzie z własnymi korzeniami. Majowie z reguły wyznają katolicyzm. tzn głównie, gdyż obok codziennych modlitw do jedynego Boga zdarza im się szepnąć kilka słów do bogów pogańskich. o coś wyproszą boga słońca, w czasie plonów porozmawiają z Chaaciem -- bogiem deszczu. ot tak, na wszelki wypadek..

wioska, którą odwiedzamy składa się z kilku chat. przewodnik prowadzi nas do zagrody jednej z rodzin. mieszka tu małżeństwo, 14 dzieci, małpa Natasza i cała masa przeróżnych zwierząt. mieszkają w dwóch chatach, chodzą na boso, śpią w hamakach, gotują na ognisku na dużej metalowej blasze, po hiszpańsku mówią tylko najstarsi. te kilka położonych w dżungli Jukatanu chat żyje ze sobą jakby w symbiozie. jedna wielka rodzina, wspólna mini-szkoła w jednym z domów. dziewczynki chodzą w plemiennych sukniach a chłopcy najczęściej w samych spodenkach. dookoła walają się śmieci i puszki po coli, ale jedynym poważnym elementem, który zdradza, że mamy XXI wiek, jest panel baterii słonecznych, który zapewnia mieszkańcom prąd na ok 3 godz. dziennie.

kręcimy się po okolicy i robimy sobie zdjęcia z miejscowymi. dzieciaki wystawiają ręce po peso, a matka smaży na ognisku prawdzie kukurydziane tortille. nasza rozmowa toczy się wyłącznie za pomocą gestów. jest dobrze, kompletnie inny świat.











01

lis
2009

Meksyk cz. VI -- cenotes

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 01:14

cenote to szeroko występujące na Jukatanie jaskinie wypełnione wodą gruntową. przed tysiącem lat służyły Majom za centra kultu, a jeszcze do niedawna znajdywano na ich dnach ludzkie kości, srebro i inne dary składane bogom. termin cenote również pochodzi z języka maja i oznacza studnię. cenotes połączone są ze sobą tworząc rozległy i skomplikowany system podziemnych rzek, a co większe bądź ładniejsze jaskinie udostępnione są do nurkowania. odwiedziliśmy dwa takie miejsca, a jako że dzień wcześniej nurkowaliśmy (snorklikng -- nurkowanie w masce z rurką) na otwartym morzu przy wyspie Cozumel, mieliśmy porównanie. nurkowanie w morzu jest ciekawe, ale nieregularne zarysy jaskiń, kolorowe dno i, przede wszystkim, cudownie załamujące się światło, zrobiły na mnie większe wrażenie. my nurkowaliśmy z rurką, ale ci z butlami zagłębiali się w rozległe kanały na znacznie dłuższy czas..









03

lis
2009

Meksyk cz. VII -- Coba

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 04:18

drugim prekolumbijskim miastem, które odwiedzamy na Jukatanie jest Coba. archeolodzy uważają, że było to największe z miast Majów, a w szczycie rozwoju mogło je zamieszkiwać nawet 60 tys ludzi. zasadniczą różnicą w stosunku do innych (najczęściej wrogich) królestw Maja była obecność wody, gdyż Coba położona jest między dwoma dużymi jeziorami. mieszkańcy miasta żyli z handlu, głównie dlatego, iż Coba połączona była z innymi miastami epoki prekolumbijskiej bardzo dobrymi, utwardzanymi drogami. cywilizacja trwała stosunkowo długo, bo aż do XIV wieku -- ostatnie świątynie budowano jeszcze w okresie przybycia hiszpańskiej konkwisty. Coba nie miała zbyt licznej armii, natomiast straszyć miały same piramidy -- potężne, wysokie i, jak na swoją epokę, nowoczesne. w przeciwieństwie do Chichen Itza ruin nie zwiedza się pieszo, gdyż odległości są zbyt duże. wynajmuj się więc rowery albo trzykołowe riksze, którymi można szybko przemieszczać się między zabytkami. plusem jest mniejsza liczba turystów, co pozwala na wsłuchanie się w głos otaczającej Cobę dżungli oraz dzisiejszy stan piramid. są one rzeczywiste, tzn pozostawione w takim stanie, w jakim odkryto je przed stu laty. Chichen Itza odbudowano zwożąc ze wszystkich stron kamienie, Coba jest w tym przypadku trochę bardziej naturalna.. szkoda, że nie można się wspinać na żadną z wyższych budowli -- z góry rozciąga się fajny widok na dżunglę.. tylko trochę drzewa zasłaniają..









04

lis
2009

Meksyk cz. VIII -- samotnia na Karaibach..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Tulum, 01:36

z mini-vana wysiadamy przed miasteczkiem Tulum, skąd po kilkunastu sekundach zawija nas taksówka. naszym celem były drewniane chatki położone na samej plaży, jakich sporo w tej okolicy. było już późne popołudnie i nie bardzo mogliśmy się zdecydować na jakikolwiek kierunek. w końcu zaufaliśmy kierowcy, który za 45 peso zawozi nas do jednego z ośrodków o raczej miernym standardzie. odmawiamy, ale na miejscu poznajemy dwójkę Niemców, którzy podwożą nas w inne miejsce. tam z kolei nie było już wolnych domków (z hiszp. cabañas), ale naszą samotnię znajdujemy 500 metrów dalej..

było już ciemno, więc dopiero rano przekonaliśmy się, gdzie jesteśmy. miejsce nazywa się diamantek i składa się z drewnianych domków o minimalistycznym, choć niezwykle ciekawym, wyposażeniu. właśnie ta pustka w połączeniu z dziką plażą stanowi o wyjątkowości tego miejsca. nocleg kosztuje nas ok 60 USD za dobę. właścicielka dba o rdzennie meksykański klimat, stąd dookoła aż roi się od kolorowo podświetlanych posągów przeróżnych bogów, rzeźb i symboli. dookoła palmy, hamaki i ten niesamowity kolor morza karaibskiego. przez dłuższą chwilę mocuję się z kokosem (coś jak Tom Hanks z Cast Away) -- nie przypuszczałem, że tak ciężko dotrzeć do białej zbitej warstwy owocu i wypełniającego ją mleka. zostaniemy tu przez kilka dni, bo oprócz wyjątkowości, jest to również idealna baza wypadowa do położonych o 3 km stąd ruin prekolumbijskiej osady Majów w Tulum.

na miejscu poznajemy kilka osób z Meksyku, parkę Francuzów, grupę Hiszpanów, ale przede wszystkim naszych rodaków z Krakowa. Ania i Mateusz pokonują Amerykę Centralną w odwrotnym niż my kierunku. naszym kolejnym krokiem będzie Belize, a oni, po przejechaniu środkowego Meksyku i północnej Gwatemali właśnie stamtąd wracają i zamierzają zwiedzić Jukatan. wreszcie możemy pogadać z kimś po polsku.. i to 10k km od domu ;)
















09

lis
2009

Meksyk cz. IX -- Tulum

kategoria: podróże, link bezpośredni

Tulum, 22:38

Tulum to nie tylko palmy i hamaki. oprócz niewielkiego położonego ok 4km od plaży miasteczka są tu również bardzo znane ruiny prekolumbijskiej osady Majów. postanowiliśmy, że mamy już trochę dość tych wszystkich kup kamieni (a przecież jeszcze wybieramy się do Gwatemali zobaczyć Tikal) i że ruiny Tulum będą ostatnimi z meksykańskich miast Majów, które zobaczymy, szczególnie że nasza samotnia jest oddalona od nich o zaledwie dwa kilometry i drogę można pokonać idąc wzdłuż piaszczystej plaży. ruiny Tulum (co w języku Maja oznacza płot lub mur) to jedyne położone tak blisko wybrzeża miasto, które swego czasu pełniło rolę ważnego portu przyjmującego towary płynące ze wszystkich stron dzisiejszej Ameryki Środkowej. gród na 12-metrowej skale pojawił się po raz pierwszy w dzienniku pokładowym hiszpańskiego konkwistadora Juana Diaza w 1518 roku, jednak Europejczycy nie zdecydowali się tu zakotwiczyć. pierwszy kontakt przybyszów ograniczył się więc do minięcia miasta, które zgodnie z biegiem historii Majów zostało w pewnym momencie XVI wieku opuszczone. dzisiejsze ruiny utrzymane są w bardzo dobrym stanie i są jedną z głównych atrakcji turystycznych Jukatanu..

wyjątkowe dbanie o szczegóły to nie tylko świetnie utrzymane ruiny miasta Majów. to ścieżki, opisy i trawa przycięta równo niczym na polu golfowym. wszędzie dookoła kręcą się ogromne iguany, spokojnie i wytrwale szukając cienia przed lejącym się z nieba żarem. szczególne wrażenie robią masywne mury oddzielające miasto od morza i niewielka wolna przestrzeń, która prawdopodobnie służyła do cumowania statków przy plaży. super atrakcją jest tu również drewniane zejście z wysokiego klifu na piaszczystą plażę i możliwość wskoczenia do lazurowej wody. z czegoś podobnego korzystaliśmy w Chorwacji zwiedzając Dubrownik -- w pewnym miejscu miejskich murów znajdowało się przejście na skały skąd można było skoczyć do morza. zajebista sprawa..









10

lis
2009

wyboista droga z Meksyku do Belize..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Caye Caulker, 00:28

trochę posiedzieliśmy pod palmami, ale czas ruszyć w drogę na południe. w Tulum łapiemy autobus do meksykańskiego miasta Chetumal położonego przy samej granicy z Belize. podobnie jak z Cancun, tu również jedziemy jedynym słusznym w Meksyku środkiem transportu -- klimatyzowanymi autobusami linii ADO, koszt: 164 peso/osoba. taksówki grupowe (colectivos) nie jeżdżą tak daleko. podróż trwa niecałe 4 godziny, a dookoła tylko dżungla -- problemem podróżowania w Ameryce Centralnej, o czym wkrótce mieliśmy się dobitnie przekonać, jest maniakalne wręcz wykorzystanie drogowych zwalniaczy, tzw leżących policjantów. gorące głowy latynoskich kierowców są więc studzone nieraz co 50 metrów, a zwalniacze nie przybierają tak delikatnej formy jak u nas w dzielnicach sypialnych -- są 5 razy wyższe i 20 razy dłuższe. zdarza się, że tego typu ograniczenie jest jednocześnie przejściem dla pieszych (musi więc być odpowiednio szerokie). tego typu huśtawka -- przyspieszenie, hamowanie, w górę i w dół na początku może być wesołe, ale nieprzystosowane zawieszenia samochodów/vanów/busów kiepsko sobie z tym radzą, a człowiek wysiada po kilkudziesięciu kilometrach. spowalniacze czasami znajdują się w totalnie abstrakcyjnych miejscach -- pośrodku niczego, nakazując zwalniać i porozglądać trochę po dżungli lub wysokich na półtora metra trawach..

w autobusach puszcza się filmy, niestety zawsze z dubbingiem hiszpańskim. warto również zabrać ze sobą cieplejszą bluzę, bo po pewnym czasie, mimo że na zewnątrz 35 stopni, w środku tworzy się lodówka. autobus staje co jakiś czas, a na przystankach miejscowe meksykanki sprzedają home made żarcie. w Chetumal mamy szczęście -- autobus do Belize City ma odjechać za 10 minut. szybko więc kupujemy bilety (ok 10USD za osobę płacone w peso, lub w dolarach amerykańskich lub belizeńskich, wszystko jedno) i za chwilę wskakujemy do nowego pojazdu linii Premier Lines, którego cel podróży ręcznie wypisany jest farbą na drewnianej tabliczce za szybą autobusu. następuje tu zmiana na jaką liczyłem: przenosimy się do wczesnych lat siedemdziesiątych. autobus jedzie, ale średnio mu to wychodzi. w środku wszystkie odmiany człowieka: od białych po hebanowoczarnych, od starych po dzieciaki. większość jedzie obładowana tobołami -- dopiero na granicy dowiedzieliśmy się, że różnice w cenach są tak duże, że Belizeńczycy jeżdżą sobie na zakupy do sąsiedniego państwa, coś w stylu naszych wycieczek na Słowację w latach dziewięćdziesiątych..

na granicy duża kolejka -- każą nam wyjść z autobusu z wszystkim co mamy i na nogach dojść na punkt graniczny. trzepią równo wszystkich miejscowych, a nas traktują lekko z przymrużeniem oka. informują o cle wyjazdowym i zabierają mi melona -- wwóz świeżych owoców do królewskiego Belize jest niedopuszczalny, zły byłem strasznie. cała operacja graniczna trwa dobrą godzinę, a gdy wszyscy ponownie pakują się do pojazdu możemy ruszać dalej. bus wlecze się niemiłosiernie. w międzyczasie zachodzi słońce (o tej porze roku na Karaibach ciemno jest już ok 17-stej) i oprócz wstrząsów niewiele wynosimy z podróży. co jakiś czas mijamy niewielkie wioski i w oczy rzuca się jedno: drzwi większości domków z tektury są pootwierane, tak że widać wszystko co dzieje się wewnątrz. ktoś ogląda telewizor, ktoś inny się przytula, ale większość i tak siedzi na dworze. światła spotyka się rzadko, a jeśli już to są one punktowe, tak że jedziemy od jednej do drugiej oświetlonej wysepki. w miasteczku Orange Walk wysiada spora grupa miejscowych -- planowałem nawet zatrzymać się tu na wypadek, gdyby nie udało nam się złapać niczego jadącego do Belize City, ale po tym co zobaczyłem byłem wdzięczny, że mieliśmy bezpośredni transport. nie ma tu niczego ciekawego (oprócz cukrowni i wytwórni alkoholi), a krajobraz tak jak poprzednio składa się z drewniano-papierowych, wściekle kolorowych domków na palach i czarnych podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. w naszym busie oprócz nas i pary młodych Amerykanów jadą sami miejscowi.. w końcu, po kolejnych 4 godzinach dojeżdżamy do Belize City..