Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

14

cze
2009

Dublin, Irlandia

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 02:06

Baile Atha Cliath, czyli Dublin. stolica Zielonej Wyspy, w mocnym irlandzkim akcencie wymawiana jako doblin. raz na jakiś czas zdarza się nam odbyć tego typu wesołą wycieczkę. wesołą, bo kompletnie nieprzygotowaną, bez planu, listy zabytków i mapy. ot tak, polecieć, wypić piwo i przez chwilę na luźno popatrzeć na miejscowych..

zamieszkaliśmy w jednej z nowoczesnych dzielnic położonych u ujścia rzeki Liffey. ta nowoczesność, szerzej znana w świecie (i to nie dzięki spotom wyborczym PO) jako 'irlandzki cud gospodardczy' może budzić podziw. w ciągu 15 lat Irlandia przekształciła się z jednego z najbiedniejszych krajów w Europie w jeden z najbogatszych. oczywiście nie chcę powiedzieć, że szkło i metal całkowicie opanowały Dublin. istnieje wiele takich miejsc, w których nowoczesny hotel styka się z zaniedbanym budynkiem przemysłowym, które swoje lata świetności przeżywał w okolicach wojny. to chyba najbardziej spodobało mi się w tym mieście -- taka różnorodność, chłód nowoczesnej architektury i ciepło ceglanych, wymalowanych wiele lat temu farbą budynków..

ścisłe centrum to ulica O'Connell. tu już full Londyn, wpizdu ludzi, sklepy i piętrowe autobusy. a na środku, pomiędzy dwoma ruchliwymi pasami spire of Dublin -- 120 metrowy modernistyczny monument, przez miejscową Polonię nazywany Szpilą. warto jednak zejść z głównej ulicy i zagłębić się w prostopadle odchodzące alejki. to, co od razu rzuca się w oczy to oczywiście puby. niesamowite, bajecznie kolorowe, z mottem przewodnim dumnie wymalowanym u góry. Howl at the Moon, Break for the Border, The Auld Dubliner, the Temple Bar i setki innych irish pubs. Guiness smakuje podobnie jak w Brighton, choć być może jest coś nie tak z moim podniebieniem.. agata mówi, że puby irlandzkie są jakoś bardziej friendly..

podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można spokojnie zrobić -- przechodzą, krzyczą, rzucają się na szyje i obejmują. rude twarze młodych, wychowanych na Guinessie, ludzi. i fajnie, bliżej im do nas niż Angolom. są jakieś minusy? oczywiście, pogoda. niby czerwiec, a tu 12 stopni i wiatr taki, że głowę chce urwać. podobno tak jest tam zawsze. Peter, koledza Czech, mówił mi dzisiaj, że jak u nas (w brighton) pada, to u nich też pada. a jak u nas świeci, to u nich też pada. coś jak w Szkocji, mniej więcej. no i ceny. to skandal, żeby kanapka w supermarkecie kosztowała 5 euro, a piwo w knajpie 5.80. z torbami można pójść po samym weekendzie.

ach i jeszcze jeden element, o którym nie wiedziałem. to ich język, zwany iryjskim (Gaeilge). obok angielskiego jest urzędowym językiem Zielonej Wyspy. brzmi niesamowicie, mitologicznie, celtycko. nie jest podobny do żadnego języka, z którym wcześniej się zetknąłem, przypomina bardziej język elfów z prozy mistrza Sapkowskiego.. wiele dzisiejszych nazw pochodzi właśnie z tego języka, np. Belfast to Béal Feirste –- zatoka piaszczystych brzegów, a Cork to Corcaigh, czyli bagno. język irlandzki jest nauczany w szkołach, a w samym Dublinie można go spotkać na wszystkich ważniejszych tablicach, ogłoszeniach, przystankach autobusowych.. od 1 stycznia 2007 roku język irlandzki jest także jednym z 23 oficjalnych języków Unii Europejskiej..

a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.