Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

17

wrz
2008

Chorwacja cz. I -- PN Jezior Plitwickich..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.29

koniec każdej wycieczki to czas podsumowań, wrażeń, opisów i .. przeglądania zdjęć. nie inaczej jest tym razem -- z Chorwacji wróciliśmy już jakiś czas temu, więc powoli zaczynam kompletować materiały.. Bałkany odwiedziliśmy po raz pierwszy, choć region jest położony stosunkowo blisko Polski. wybraliśmy najczęściej wykorzystywaną trasę, a więc Cieszyn -> Brno -> Mikulov -> Wiedeń -> Graz -> Maribor -> Zagreb i sruuuu na południe chorwacką autostradą. podróż bez większych niespodzianek, tym razem hieny czeskie na mnie nie zarobiły, bo jak jednostka w stadzie baranów nie przekraczałem w miastach 50 km/h. Seat Cordoba rodziców sprawował się dzielnie, jednak czym bliżej Południa tym brak klimy coraz bardziej dawał się we znaki.. za Grazem występują już liczne oznaczenia kierujące na Klagenfurt (tam już byliśmy w tym roku), a my zaczynamy operację 'cwaniak' polegającą na zaoszczędzeniu 35E na winiecie słoweńskiej. od lipca tego roku przejazd kilkunastoma kilometrami ich autostrady obliguje do zakupu półrocznej winiety, a ja, podobnie jak cała masa rodaków, nie dam się robić w balona, więc jedziemy mniejszymi drogami. daje nam to możliwość przypatrzenia się małomiasteczkowej zabudowie Słowenii, w końcu jesteśmy tu po raz pierwszy. objazd jest dość łatwy, detale opisane na forum strony cro.pl. warto tu zatankować, gdyż litr benzyny kosztuje (sierpień 2008) tu zaledwie 3.30 zł. wjeżdżamy do Chorwacji, wbijamy się na autostradę, która ciągnąc się wzdłuż malowniczych pustkowi miała nas zaprowadzić do Dalmacji, regionu, który wybraliśmy..

pierwszym przystankiem naszej chorwackiej przygody był Park Krajobrazowy Jezior Plitwickich. miejsce tłumnie odwiedzane przez światowy ruch turystyczny przelewający się we wszystkich kierunkach po słonecznej Chorwacji, głównie z powodu swojego dobrego położenia w samym centrum kraju. dojeżdżamy tu w środku nocy, a więc krótki sen i o 8 rano rozpoczynamy zwiedzanie Parku. bilet kosztuje 120 Kn (ok 65 zł), a w zamian, oprócz wstępu, otrzymujemy mapy, ulotki i możliwość skorzystania z transportu wewnętrznego, czyli autobusu wyglądającego jak pociąg (choć poruszającego się po asfalcie) oraz statku na największym z jezior. organizatorzy opracowali cały szereg tras przystosowany właściwie do .. liczby godzin, jaką turysta zamierza spędzić na miejscu. my wybieramy trasę H, której ścieżki powinny nam zabrać ok 6 godzin spokojnego marszu..

Park Narodowy Jezior Plitwickich (chor. Nacionalni Park Plitvička jezera) obejmuje 16 jezior krasowych, które są połączone licznymi rzekami i wodospadami. Jeziora zasilane są przez strumienie, co powoduje ciągły przepływ wody -- ogółem ciąg wodny rozciąga się na powierzchni ponad 8 km, a ich łączna powierzchnia to ok 200 ha (nigdy nie umiałem sobie tego wyobrazić, ale teraz porównuję do swojej działki i już mi się we łbie układa, jaki to ogrom).. flora parku obejmuje ok 1100 gatunków roślin, a całość uzupełnia fauna z mnóstwem latającego, pełzającego, pływającego i pohukującego dziwactwa. wody w jeziorach mają odcień turkusowo-wściekle-zielonkawy, są niezwykle czyste, co sprzyja podziwianiu tysięcy ryb kłębiących się wszędzie w pobliżu ludzkich tras. wszech głodne ryby zjedzą wszystko, co empirycznie stwierdziłem rzucając im na pożarcie słonecznik niełuskany, duże winogrono, a nawet kawałek pomostu. coś w stylu mojego psa za czasów swojej młodości, kiedy zwykł jadać obierane ziemniaki z surową cebulą.. teren dzisiejszych Parków, z uwagi na swój oczywisty walor turystyczny, był kwestią sporną pomiędzy Serbią, a Chorwacją -- w marcu 1991 roku, na Wielkanoc, doszło tu do starć między wojskami obydwu państw, w wyniku których zginęło dwóch żołnierzy. wydarzenie wzmogło napięcie pomiędzy dążącej do autonomii republiką Chorwacji a władzami Jugosławii i istotnie wpłynęło na późniejsze wydarzenia, w tym wojnę jugosłowiańsko-chorwacką. gonitwa po lasach i jeziorach skończyła się zwycięstwem armii chorwackiej i wypędzeniem z regionu wielu tysięcy serbskich mieszkańców..

trasy wokół jezior są zadbane i dobrze oznakowane. przebiegają głównie małymi pomostkami, po których w obydwie strony suną zastępy ludzi (w sezonie letnim nawet 4k dziennie). często trzeba wspinać się na wzgórza, a przy 35 stopniowym upale sprawa nie jest taka prosta. dookoła skaliste wzniesienia, przypomina mi się śmierć dwójki polskich turystów na Krecie, którym podczas wędrówki skończyła się woda. po pewnym czasie docieramy do Wielkiego Wodospadu -- osiąga on wysokość 78 metrów i pod tym względem jest największym w Chorwacji. podobno najpiękniej prezentuje się na wiosnę, gdy topnieją śniegi w okolicznych górach (Park Jezior Plitwickich znajduje się w południowej części gór Kapela, wchodzących w skład Gór Dynarskich), rzeki wzbierają, a hektolitry wody spadają z hukiem na teren parku. co prawda w Kalifornii, w PN Yosemite widziałem już wodospad 740 metrowy, jednak byłem tam w porze suszy, więc nic z góry nie leciało. tutaj przynajmniej ściemy nie było i można sobie było posiedzieć pod waterfallem. jeziora prezentują się niezwykle malowniczo z góry -- kilka tras pnie się coraz wyżej, skąd można podziwiać rozległe, poprzedzielane kaskadami, jeziora, mostki oraz tysiące ludzkich kształtów nieustannie się mijających.. raj dla fotografów..

Park zdecydowanie warto zwiedzić. ale moim zdaniem warto to zrobić raz. jedyny. piękne widoki po pewnym czasie stają się monotonne, szczególnie, że podobnych parków jest w Chorwacji kilka. wracając z urlopu zatrzymujemy się w Parku Narodowym Krka, jednak.. wydaje się, że wszystko to już widzieliśmy..

zewnętrzna galeria z Parku znajduje się tutaj.

18

wrz
2008

Chorwacja -- PN Jezior Plitwickich

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 13.17



19

wrz
2008

Chorwacja cz. II -- Dalmacja i Riwiera Makarska by Agata

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13.14

wakacje tego lata nie zapowiadały się różowo kolorowo. w zasadzie nie chciało mi się nigdzie jeździć, nigdzie ruszać, nic oglądać; byłam zmęczona jak nigdy wcześniej, bo w końcu ile nowo zdobytych państw można odhaczyć w ciągu 9 miesięcy.. a ten rok pod względem podróży był wyjątkowo intensywny -- Hiszpania, Szkocja, Austria, Polska dwa razy i prawie każdy weekend wypełniony wypadami i zwiedzaniem okolic Brighton). tego lata zupełnie nie miałam pomysłu na wakacje. gdzieś tam przelatywało hasło Chorwacja, ale bez entuzjazmu, bez euforii, bez niczego.. najlepsze rzeczy przydarzają nam się w życiu kiedy się ich najmniej spodziewamy. powoli wkradają się w nasze życie ukazując kawałek po kawałku ich piękno aż do momentu, w którym na myśl o rozstawaniu twarz zalewa się łzami. taka jest właśnie Chorwacja..

niby nic, w głębi lądu wszystko wygląda iście polsko, tylko trochę cieplej (no i mają tam autostradę z tunelami!! i to jaką!).. jednak prawdziwe serce Chorwacji to Dalmacja -? wybrzeże ciągnące się wzdłuż Adriatyku, od wyspy Pag na północy, aż po Zatokę Kotorską na południu, tworząc pas o szerokości do 50 km i długości około 400 km. z jednej strony stromy grzbiet górski pasma Biokovo schodzący nagle do morza, a z drugiej całość zamknięta przez około tysiąc przybrzeżnych wysp. wszystko to rozgrywa się na szerokości niecałego kilometra. jest tutaj jedna droga, jedna siec komunikacyjna i infrastrukturalna łącząca wszystkie miasteczka ciągnące się wzdłuż wybrzeża. wszystkie domy są białe lub w jasnych odcieniach, pokryte jednakową ceramiczną dachówką, gdzieniegdzie sterczące wysokie palmy, sady drzewek oliwkowych czy figowych. wszystko to tworzy niesłychanie ciekawy śródziemnomorski klimat. prawdziwa uczta dla zmęczonych angielskim chłodem, przepracowanych ciałek, dla oczu wpatrzonych codziennie w komputerowe monitory i w końcu niemała gimnastyka dla naszych mięśni, bo żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się wspiąć, zejść, podejść..

Trzy rzeczy zawładnęły tutaj moim sercem:

Pierwsze: MORZE. niesamowicie czyste i ciepłe. pływając 20 metrów od brzegu można dostrzec to, co znajduje się na dnie.

Drugie: MIX NADMORSKIEJ ARCHITEKTURY Z OTOCZENIEM. dla mnie, jako architekta, nie sposób o tym nie wspomnieć. to miejsce potwierdza, że tradycja jest piękna i dobrze podkreślona i wyeksponowana daje właściwe efekty.

Trzecie: SPOKÓJ. tam się po prostu odpoczywa, a pojęcia takie jak praca, problemy wydają się czystą abstrakcją.

Udało nam się zobaczyć kilka miasteczek Riwiery Makarskiej (w tym miejscowość Podaca, w której mieszkaliśmy) o czym wkrótce w kolejnych notkach..

22

wrz
2008

Chorwacja cz. III -- kamienne miasteczka nad Adriatykiem

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.27

mimo że nie jestem tytanem pracy, to błogie lenistwo cieszy mnie przez niezwykle krótki okres. czasem lubię zmarnować dzień na plaży z książką, albo zasnąć na wodzie na materacu, gdzie moim największym problemem jest niewiadoma, gdzie też zniosą mnie fale.. słońce jest fajne, ale po chwili (czyt. dniu, max. półtorej) szlag mnie trafia, że siedzę i mitrężę czas. jak kilku innych moich znajomków, preferuję wypoczynek aktywny. więc zaczynam iść, szukać, oglądać i dziwować się. a jest czemu, gdyż wystarczy odwrócić głowę, aby podziwiać pasmo górskie Biokovo, z którego rozciąga się wspaniały widok na ruiny dawnych miasteczek, obecne kurorty nadmorskie oraz wyspy Brac i Hvar.. wieczorem, kiedy temperatura zbliża się do normalności, ruszamy na podbój okolicznych miasteczek. jest ich sporo, wszystkie kamienne, zadbane, urzekające..

na początek trochę historii: tereny o których piszę przez wiele wieków (przynajmniej przez 2000 lat przed Chrystusem) zasiedlone były przez lud Ilirów. świadczą o tym kamienne ruiny wznoszonych przez nich budowli. w czasach świetności Imperium Rzymskiego lud ten został podbity, a na terenie dzisiejszych Zachodnich Bałkanów powstała prowincja Iliria, a następnie Dalmacja i Panonia. z tego okresu pochodzą liczne znaleziska archeologiczne oraz szczątki rzymskich murów obronnych. musiało minąć kilkaset lat by wędrówka ludów przygnała na te obszary Chorwatów. było to pomiędzy VI, a VIII wiekiem, jednak dla bezpieczeństwa wybierali wysoko położone tereny na stokach Biokova, które były korzystniejsze ze względu na możliwości obronne. rozpoczęły się walki z Wenecją -- potężnym miastem-państwem kontrolującym żeglugę i handel na morzu Adriatyckim. po wielu latach walk region upadł w roku 1280, co było kresem średniowiecznej potęgi chorwackich sił morskich.. w kolejnych wiekach obszary przechodziły panowanie Habsburgów, Turków osmańskich oraz Napoleona, co tłumaczy ogromne zróżnicowanie kulturalne tego regionu..

największym miastem Dalmacji jest Makarska, od której nazwę wzięła cała riwiera. poza sezonem mieszka tu ok 15 tys. ludzi, a w okresie letnim aż 3 razy więcej. Makarska jest kurortem nazywanym chorwackim Saint Tropez, głównie z uwagi na wspaniały port, niezliczone knajpy, restauracje i dyskoteki. pomimo dynamicznego rozwoju miejscowości zachowała się tu przepiękna starówka z wąskimi uliczkami i kamiennymi domkami. dzisiejszy rynek, kościół parafialny Św. Marka i pobliskie uliczki uformowały się w XVII i XVIII w. na samym rynku stoi posąg pisarza z okresu oświecenia, mnicha franciszkańskiego Andrija Kacic Miosie, a w okolicach przylądka Osejava na południe od portu stoi klasztor franciszkański z roku 1400, którego wygląd współczesny pochodzi z roku 1614. sama nazwa 'Makarska' po raz pierwszy wspomniana była w roku 1502 w dokumencie bośniackiego sędziego Muhameda Musina. miasto było wówczas pod okupacją turecką i tutaj odbywał się handel między Turkami i pozostałymi krajami Adriatyku. powstały wówczas wieże obronne przed Wenecjanami, co jednak nie zapobiegło podbojowi miasta w 1681 roku, kiedy Makarska staje się częścią Wenecji. w XVIII wieku, wraz z rozwojem handlu i dzięki bardzo dobrej sytuacji materialnej miasta, powstają kościoły i pałace, a młoda szlachta buduje swoje rezydencje w stylu barokowym. pomijając zabytki, już samo włóczenie się po brukowanych uliczkach Makarskiej ma swój urok. chłodne zaułki przypominają te z miast północnych Włoch -- natrafiamy na niewielkie placyki, niekiedy w całości kamienne, niekiedy wypełnione trawą i palmami.. najwięcej zieleni występuje jednak na nadmorskim bulwarze, których Makarska posiada aż dwa. tu znajduje się ładny port, skąd można popłynąć na całodniowe wycieczki na okoliczne wyspy oraz oczywiście plaże.. plaże, jak w przypadku całego wybrzeża, są głównie kamieniste, a woda.. krystalicznie czysta.

podobnie zresztą jak w miejscowości Gradac.. tu jednak, głównie z uwagi na wielkość miasteczka, zauważyliśmy wzmożony handel produktami własnej roboty. kamienne murki, a także wiele innych miejsc (np. domowe okna) zmieniają się na wieczór w niewielkie stoiska, gdzie wiele rodzajów rakii, a także oleje, figi, migdały, czy cytrusy czekają na nowych właścicieli. sprzedawcami są najczęściej starsze osobniczki pochodzenia lokalnego, a po zainteresowaniu można się domyśleć, że wakacyjny handel stanowi solidne podreperowanie domowego budżetu. ceny są w porządku, litr chamskiej (czyt. domowej, w używanej szklanej butelce zakręcanej nakrętką) rakiji można już kupić za 25 kun, czyli ok 13 zł. hitem kolekcjonerów są natomiast alkohole w przyozdabianych butelkach, najczęściej z detalami pochodzenia morskiego: mamy więc butelki z muszlami, piaskiem i skorupiakami. całość stanowi barwne przedsięwzięcie, gdyż stoiska są oświetlane kolorowym światłem, a jak uczono na marketingu, otoczka sprzyja sprzedaży i pozytywnie wpływa na kupującego..

podobnie rzecz się ma w innych miasteczkach Riwiery Makarskiej. jadąc krętą malowniczą drogą na południe mijamy kilkanaście turystycznych miasteczek, z których każde może budzić sympatię. Baska Voda, Brela, Tučepi, Podgora, Drvenik, Igrane i wiele innych to leniwe i wyludnione mieściny podczas dnia, oraz centra gastronomiczne wieczorami. wszystkie w zabudowie kamiennej, zwykle z górującym nad całością kościołem pod wezwaniem jednego z setek świętych. gdy stygną plaże, nad brzegami rozpalają się grille, zaczyna grać muzyka, a turyści wychodzą na promenady. i tak to wygląda, od kwietnia, do późnej jesieni..

a jak wygląda świat między miasteczkami? dość jednorodnie, choć malowniczo: dookoła ktoś wszechmocny porozrzucał głazy, które w towarzystwie traw królują na długich setkach kilometrów. już od wysokości Splitu krajobraz pustoszeje, a ziemia nie nadaje się do niczego. z tego powodu oprócz oliwek i mandarynek (ale to i tak na dalekim południu, w okolicach miasta Metkovic) nikt jej tu nie uprawia. ten region nie jest rozpieszczany przez pogodę. Goran, nasz chorwacki gospodarz, załamuje ręce i prosi o deszcz. w tym roku nie padało już od 3 miesięcy -- krajobraz wyraźnie pożółkł, drzewka oliwne nie dadzą nawet litra oliwek, w różnych miejscach regionu wybuchają pożary. w dzień wyjazdu Goran pokazuje nam lokalną gazetę, gdzie piszą, że przez najbliższe 10 dni nie ma ani 1% szansy na opady. jak to, przecież jadąc tutaj w okolicy Splitu przeszła ogromna burza?, pytam. w Splicie tak, mówi Chorwat, u nas nie pada prawie nigdy.. nawet we wrześniu każdego dnia jest tu ponad 30 stopni, a do jakiejkolwiek aktywności nadają się tu tylko poranki i wieczory. i pewnie dlatego Chorwacji wstają o 6 rano, aby w spokoju, na własnym tarasie, oczekiwać tego, co przyniesie nowy dzień..

24

wrz
2008

Chorwacja: wieczorowy widok z Górnej Podacy

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.12


26

wrz
2008

Chorwacja cz. IV -- Wioska

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.25

Wioska męczyła mnie od kilku dni. spokojna i autorytatywna spoglądała na mnie z góry. jej zabudowa lśniła w upalnym słońcu, białym kamieniem wyróżniając się spośród położonego wyżej pasma górskiego. nie byłem dla niej przeciwnikiem -- przez wiele lat stawiała twardy opór Wenecjanom i Turkom, dawała schronienie tysiącom istnień ludzkich. emanowała wiekami historii. tego ranka podjąłem decyzję o zmierzeniu się z Wioską. przed sobą miałem spokojne wody Adriatyku z wyraźnie zaznaczoną na horyzoncie wyspą Hvar, za sobą masywny łańcuch Biokova. Wioska położona była za moimi plecami, 350 metrów wyżej..

na Wioskę wołano Podaca, z 'ca' na końcu, nie 'ka'. w przeciwieństwie do tej dzisiejszej, tą na górze zwano 'Gornja'. oczywiście nazwa powstała niedawno, kiedyś Wioska była jedyną znaną Podacą w okolicy. budziła szacunek. jej dzieje sięgają w głąb wczesnej epoki kamienia, o czym świadczą liczne znaleziska archeologiczne -- nie można się więc dziwić, czemu dzisiejsza Górna Podaca, z brutalnie skradzioną osobowością i nazwą, czyha na turystów takich jak ja. Wioska chce się pokazać..

dla lepszej dramaturgii postanowiłem wyruszyć wieczorem. nie mogąc się jednak doczekać aktywnych emocji wypuściłem się już po piętnastej. słońce grzało niemiłosiernie, 35 stopni spowalniało moje ruchy, a Wioska bez przerwy patrzyła na mnie z góry. droga wiodła zakosami, łapczywie szukałem najmniejszego wręcz kawałka cienia. duchota straszna, żadnej palmy daktylowej, gdzieniegdzie tylko niewielkie krzewy oliwne. 350 metrów pokonałem z bijącym nerwowo sercem, z litrem wypitej wody i kilkoma przystankami. wchodząc do Wioski cieknąca od potu koszulka znaczyła moje ślady. trzymając się jedynej większej ulicy, w milczeniu mijam zabudowania po obu stronach piaskowej drogi. niewielka kapliczka, jednopiętrowe coś, co kiedyś było willą, kamienna stajnia, murowana altanka i zacieniony placyk z polem do gry w bule. po lewej stronie niewielki kościółek z wysoką wieżą zegarową i skromny, wioskowy cmentarz.. kilkanaście metrów dalej majestatyczna owalna wieża i bezładnie porozrzucane, pokryte roślinnością kamienie. niedaleko mnie ukradkiem przebiega czarny kot. dookoła panuje cisza, jestem tu zupełnie sam..

Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. kolejne nawiedzające te tereny trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do zejścia niżej, aż nad samo morze. rozpoczęto prace nad nową wioską, jako pierwszy oczywiście powstał nowy kościół. wysoko pod masywem górskim żyło się bezpiecznie, choć niewygodnie. zajmująca się rolnictwem i rybołówstwem ludność miała do pokonania kawał drogi, co przy ostrym słońcu nie było zadaniem prostym, ani przyjemnym. tego typu wioski nie są w Dalmacji niczym szczególnym -- właściwie każda z większych dzisiejszych osad ma swój odpowiednik wysoko na stokach górskich. Gornja Podaca, mimo że opuszczona, częściowo nadal utrzymywana jest przez państwo, co przejawia się we względnym porządku i remontach głównych budowli. niedawno wymieniono tu dach kościoła, a świeżo otynkowana kaplica emanuje białym światłem.. co jakiś czas odbywają się tu niewielkie festiwale, a w dni świąteczne celebrowana jest msza święta. oczywiście nie wiedziałem tego podczas mojego pierwszego spotkania z Wioską -- klucząc po opuszczonych miejscach czułem się wyjątkowo, a tajemniczość miejsca wpływała na moją pewność siebie. tu Wioska wygrała zdecydowanie -- często zatrzymywałem się nasłuchując, czy ktoś aby się nie zbliża, nie czai za rogiem, nie czyha na błąd. i to dziwne uczucie, to plaskate coś na twoich plecach kiedy wydaje ci się, że jesteś obserwowany. brrrr, jak w jakimś Ghost City gdzieś w Meksyku, albo przynajmniej na bezdrożach Nevady..

zwiedzanie zaczynam od placu kościelnego, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. budynki są zamknięte, jednak przez szpary w drzwiach widzę dobrze utrzymane wnętrza. zbudowany w okresie przedromańskim (XI i XII w.) kościół pod wezwaniem św.Jana Chrzciciela został ufundowany przez rodzinę niejakiego Kacića, w poszukiwaniu której lustruję niewielki cmentarzyk. groby ludzi, najczęściej ze zdjęciami na pomnikach, uruchamiają wyobraźnię. każdy ma tu swoją historię zaczynającą się najczęściej jeszcze w XIX wieku. wspólnie z dziećmi pochowane małżeństwo, samotna kobieta, młody, żyjący niespełna szesnaście lat chłopak.. zauważam kilka późniejszych dat -- niektórych pochowano tu w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku -- widać ich życzeniem było pozostanie w swoim rodzinnym miejscu. w takim miejscu przypominam sobie książki Andrzeja Stasiuka -- osadzone w realiach Wschodniej Europy i Bałkan nostalgiczne opowieści o minionych wydarzeniach i o nieustannym upływie czasu.. o zapomnianej Europie, czyli miejscu, gdzie teraz się znajduję. odnajduję średniowieczny kamień nagrobny, tak zwany stećak, będący najlepszym dowodem na historię tego miejsca. wychodzę na główną ulicę i przyglądam się stojącym tu i ówdzie murkom. jak to możliwe, że prze lata waliły się całe budynki, a te kilkudziesięcioletnie konstrukcje (powstałe przecież bez użycia cementu) nadal stoją i mają się dobrze? największe wrażenie sprawia jednak ogarniający wszystko bluszcz. wydaje się, że niepodzielnie panuje we Wiosce, otacza i umacnia zabudowania, wychodzi przez okna, zsuwa się z dachów. to właśnie bujna roślinność tych wzniesień zapewnia równowagę środowiska, a jej korzenie zapewniają utrzymanie w jednym kawałku rozgrzanych i kruszących się wapieni. wchodzę do kilku pomieszczeń -- wnętrza są surowe, jakby niedokończone. gdzieniegdzie pozostałości łóżek, zawalone stoły, milczące, jakby zamyślone ściany. wśród dzikiej roślinności jest cała masa drzew figowych, ochoczo korzystam z gościnności Wioski, choć wciąż czuję, że mnie obserwuje i wytycza trasę mojego zwiedzania. wchodzę w wąską boczną uliczkę, gdzie znajduję pożółkłą gazetę, o dziwo wciąż nadającą się do czytania. data wskazuje na 18 czerwiec 1998 roku. z ciekawości otwieram drzwi niewielkiej zagrody -- jest pusta, wypełniona suchą i pożółkłą pozostałością traw. wyciągam aparat i nagrywam krótkie filmiki -- starając się uchwycić moment chwili, puste odrzucające okiennice, zarośnięte altanki czy surowe schody. w mojej zuchwałości zapuszczam się w coraz to bardziej niedostępne miejsca, z bijącym sercem krocząc wśród pozostałości ludzkiej osady.. gdzieniegdzie odnajduję porozrzucane noże, ledwo rozpoznawalne potłuczone talerze, miski i inne dziwactwa. większość domostw jest pozamykanych, łuszcząca się farba drzwi nadaje im makabryczny wygląd..

docieram do zabytkowych murów obronnych z wieżami. cóż, wieżami to one kiedyś może i były, gdyż wzniesiono je w celach obronnych przeciw częstym najazdom tureckim, dzisiaj wszystko jest tu ruiną. ruiną tym lepszą, że kontrastującą z mozaiką pożółkłych wzgórz, bieli okolicznych miasteczek, lazurowego morza i dalekich, widocznych na horyzoncie, wysp. raj dla fotografa -- pstrykam jak oszalały, choć nie wiem, jak zareaguje na to sama Wioska. chyba jednak się polubiliśmy -- daje dużo cienia, pasjonuje widokami i tajemniczością. odnajduję miejsce z folderów turystycznych: kamienne domy pozbawione dachów stojące nad samym wzgórzem; kilkaset metrów niżej zabudowania dzisiejszej Podacy. wracając ponownie spoglądam na małą kapliczkę z figurką Matki Boskiej i zardzewiałym krzyżem. ktoś o nią dba, w jej wnętrzu ustawiono zakurzone plastikowe kwiaty. nieopodal wchodzę na rozległą, porośniętą winnym gronem, altanę. wygląda jakby ktoś wyniósł się stąd w trakcie swoich codziennych prac: wyschnięty płyn do mycia naczyń, spleśniały chleb na kiwającym się stole, pożółkła chorwacka flaga. później dowiaduję się, że ktoś wykupił ten budynek i co jakiś czas się tu pojawia. sprawa wydaje się oczywista, chleb nie może mieć przecież 40 lat.. na koniec mojej wycieczki zapuszczam się do najwyżej położonych punktów Starej Podacy i odnajduję .. samochód. nie spodziewałem się tego zupełnie. po chwili wychodzi do mnie jego właścicielka -- całkiem komunikatywnie mówi po angielsku i tłumaczy, że domek jest na wynajem, a jednorazowo może pomieścić osiem osób. ona zostawia nam klucze, więc mamy dla siebie cały domek. i całą wioskę, dodaje po chwili.. schodząc na dół mijają mnie dwa samochody wjeżdżające za moją rozmówczynią w kierunku wynajmowanego domku. ich rejestracje rozpoczynają się od liter: KR i polskiej flagi..

29

wrz
2008

Chorwacja: Gornja Podaca -- filmik

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.23



10

paź
2008

Chorwacja cz. V -- Dubrownik -- perła Adriatyku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.19

przedostatni dzień w Chorwacji poświęcamy na Dubrownik. noszące miano perły Adriatyku miasto znajduje się na południowym krańcu państwa, a jadąc z północy należy przejechać kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i Hercegowiny. z Podacy, miejscowości w której mieszkaliśmy, mieliśmy do pokonania odcinek ok 130 km. biegnąca wzdłuż wybrzeża, tyleż malownicza, co pokręcona droga, gwarantuje jednak ponad 2.5 godziny pięknych widoków spędzonych w do czerwoności rozgrzanym samochodzie. do tego, standardowo już w wypadach zagranicznych, nie ominęły nas przygody z lokalnymi stróżami prawa. tym razem jednak zakończone happy endem. posłuchajcie.. wlokę się już dwudziestą minutę za tirem, droga wąska, nie ma jak wyprzedzić. i nagle jest -- łagodny zjazd z górki, przerywana linia, nic nie jedzie z naprzeciwka. po chwili znowu ograniczenie do 50-ciu i zakręt w lewo. hamuję delikatnie (po co zwalniać, skoro za chwilę i tak jest podjazd), a tu panowie w dziwnych czapkach z radarem machają mi życzliwie. Dobar dan -- miło zagaduje ten młodszy i prosi o paszport. było 50 km/h, pan miał 72, to jest 1000 kun mandatu. szybko przeliczam i niezbicie wychodzi mi kwota 500 zł. no tyle to nawet w Stanach nie zapłaciliśmy! szybko wprowadzam w życie kilka nabytych w redakcji Helionu kruczków negocjacyjnych i po 5 minutach dyskusji po angielsku zbijam cenę o połowę. zapraszają mnie 'do poloneza' i pokazują wyświetlacz radaru. jak byk 72, choć kto im udowodni, że nie jest to liczba poprzedniego kierowcy? brnę dalej w tonie służalczo-przepraszająco-uniżonym i po pewnym czasie starszy z dwójki radarowców obniża mandat do 300 kun, z zastrzeżeniem, ze niżej nie może, bo takie jest prawo. no nic, idę do Agaty po kasę -- a tu zonk, w portfelu mamy łącznie 240 kun, reszta na karcie. dobrze, że wcześniej tego dnia zatankowaliśmy do pełna ;) dyskusja i zabawa w dyplomację zaczyna się na nowo, ale kolesiom wcale nie jest już do śmiechu: coś tam straszyli sądem, potem wspominali groźnego oficera na posterunku w miejscowości Metkovic -- jednym słowem byli twardzi. ja jednak byłem jeszcze twardszy, bo stojąc w szczerym polu nie miałem lepszego wyjścia z sytuacji. w końcu z odsieczą przyszedł kolejny z polskich rajdowców wypadając zza zakrętu z większą niż ja prędkością.. chłopaki gościa capnęli, a oddając mi paszport usłyszałem na do widzenia: powoli Polaku!. rejestracja wybawcy zaczynała się od liter GD..

dojeżdżamy do Dubrovnika. tłoczno, duszno, ale po chwili kluczenia po mieście znajdujemy free parking na jakimś blokowisku. w 10 minut dochodzimy do Starego Miasta i wbijamy się przez jedną z dwóch imponujących kamiennych bram obronnych. właściwie o kamieniu nie powinienem wspominać, gdyż, jak przystało na gród wczesnośredniowieczny, jest to jedyny wykorzystywany tu surowiec. począwszy od murów miejskich, przez posadzki, schody, fontanny, na budynkach kończąc. wszystko fantastycznie wypolerowane, w posadzkach można się wręcz przeglądać. z uwagi na przepotężny ruch turystyczny (czyt. tysiące turystów każdego dnia) był to proces wręcz nieunikniony. Dubrownik jest przecież najbardziej znanym nadmorskim miastem Chorwacji, należy do światowego dziedzictwa UNESCO i konkuruje z Wenecją o miano najpiękniejszego miasta śródziemnomorskiego.. historia tego miejsca sięga VII wieku, kiedy to Słowianie założyli tu osadę o nazwie Dubrava. już w VIII wieku osada została otoczona murami, rozwinął się port, co wspólnie z położeniem geograficznym gwarantowało rozwój osady. w XIII wieku miasto zrekonstruowano, a miejskim kręgosłupem stała się ulica Stradun, od której odchodzą dziesiątki mniejszych odgałęzień. zaczęły powstawać budowle publiczne, kościoły i place. o sile miasta decydowała potężna flota morska z 200-oma statkami i ponad 5 tys czynnych marynarzy. rozwijał się handel, wzrastała siła ekonomiczna, a kwitnąca literatura, malarstwo i nauka podniosły poziom kulturalny.. przez wiele lat miasto szczyciło się monopolem na handel w ogromnej części regionu śródziemnomorskiego, posiadało własną monetę, czy np. pierwszy w Europie szpital i aptekę. w latach 1204-1806 istniała tu Republikę Dubrownicką, która swoją niepodległość przez kolejne wieki utrzymywała głównie dzięki potędze handlu i sprawnej dyplomacji polegającej na sprytnym lawirowaniu między Turcją a Wenecją.. kresem samodzielnego bytu tego państwa-miasta było wkroczenie doń wojsk Napoleona..

spacer po Starym Mieście należy rozpocząć z samego rana. przed przybyciem zmasowanej zgrai turystów jest również szansa na odrobinę chłodu. śródziemnomorski klimat miasta sprawia, że każdego dnia temperatury przekraczają tu 30 stopni, a wiatr powiewa z rzadka. zabytki historyczne obejmują pałac Rektora (XV w), pałac Sponza (XVI w), kościół św. Błażeja (patrona Dubrownika z XVIII wieku) oraz najstarszą europejską aptekę ( 1317 r). na pierwszy plan wysuwają się oczywiście obronne mury miejskie, które można obejść oglądając miasto z góry, choć swoisty urok miejsca można wyczuć na targu owocowym znajdującym się na jednym z placyków starego miasta. szlajając się z wolna coraz to większymi zaułkami dochodzimy niespodziewanie do niewielkiego przejścia w murach, gdzie na skale nad samym morzem wyleguje się kilkanaście osób. krótki moment zastanowienia i .. skok z wysokiej skały do chłodnego morza. rewelka, pływanie w Adriatyku pod samymi murami miasta. z biegiem czasu na kamiennej plaży przybywa ludzi, część z plecakami, będąc jakby w ciągłej podróży.. uliczki miasta są niezwykle czyste, słychać wszystkie języki świata, Polaków, jak zwykle, jest bardzo wielu. o odpoczynku (jak np w Wenecji) nie ma tu mowy. aby polubić to miasto należy zaakceptować tłum, lub przyjechać tu w okolicach listopada. architektura rzeczywiście jest piękna i bez zbytniej fantazji można sobie wyobrazić jak wyglądało tu życie kilkaset lat temu. część zabytków została oczywiście zrekonstruowana, gdyż Dubrownik ucierpiał w trakcie wojny między państwami byłej Jugosławii. generalnie jednak miasto jest piękne i przynajmniej raz w życiu warto go zobaczyć. Bernard Shaw powiedział kiedyś: 'ci, którzy szukają raju na ziemi, muszą przyjechać do Dubrownika'.. i pewnie coś w tym jest, choć upał, tłumy i wszędobylska komercja w żadnym przypadku nie są dla mnie wyznacznikiem raju..