Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

2.

maj
008;

z wizytą na Camp Nou -- katalońskiej arenie snów..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 7.47

był 8 sierpnia 1992 roku. kończą się Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, trwa finałowy mecz na stadionie Camp Nou w którym Hiszpanie walczą z Polską, okrzykniętą rewelacją tego turnieju. z jednej strony Abelardo, Guardiola, Alfonso, Luis Enrique i Kiko. z drugiej Wałdoch, Brzęczek, Juskowiak, Kowalczyk, Świerczewski, Koźmiński i Kłak. byłem dzieckiem, ale emocji, których wtedy doznałem (na przemian zdenerwowanie, radość i smutek) nie zapomnę nigdy. i ten niepowtarzalny głos komentatorów Dariusza Szpakowskiego i Andrzeja Zydorowicza. na początku Szpakowski przekonywał, że marzeniem każdego sportowca jest zdobycie medalu na olimpiadzie, a w końcówce I połowy na całe gardło wykrzyczał: Kowalczyyyk, Kowalczyk.. będzie gol i taaaaaaak!!! piękna sprawa, prowadzimy na Camp Nou jeden do zera! oto radość w polskich domach. teraz trzeba będzie to utrzymać, Hiszpanie natrą z furią.. i rzeczywiście natarli, choć Zydorowicz znalazł czas, żeby podzielić się z nami swoimi odkrywczyni racjami: wspaniała akcja świadcząca o dużym refleksie i dużych umiejętnościach technicznych Juskowiaka, który wykonał tak zwaną siatkę mówiąc językiem piłkarskim-bramkarskim. w drugiej połowie i on miał swoją chwilę podczas strzelenia przez nas wyrównującej bramki: nie ma spalonego, znakomita sytuacja, gooooool, dwa do dwóch, Ryszard Staniek. tak proszę państwa, jeszcze Polska nie zginęła, walczymy do końca.. aż ciężko uwierzyć, że od tego dnia minęło już ponad 15 lat.. moja przygoda z piłką i kibicowaniem dopiero się rozpoczynała -- kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy byłem na stadionie Górnika na meczu ze Stalą Mielec, kilka miesięcy później pojechałem na pamiętny mecz z Anglią na stadionie Śląskim w Chorzowie, gdzie kibice Lechii Gdańsk rzucali milicjantami..

po wielu latach odwiedziłem arenę finału z 1992 roku -- największy stadion w Europie, legendarną siedzibę potężnej FC Barcelony, dumy Katalonii. obiekt początkowo nazwano El Nou Estadi del Futbol Club Barcelona, jednak powszechniej zaczęto używać krótszego Camp Nou. budowa stadionu rozpoczęła się w marcu 1954 roku, a pierwszy oficjalny mecz rozegrano na nim 24 września 1957 roku, w którym Barca zagrała z ... Legią Warszawa. pierwszego, historycznego gola strzelił Paragwajczyk Eulogio Martinez.. pierwotnie trybuny mogły pomieścić 90 tys. widzów, jednak ich pojemność stale wzrastała, by w 1982 roku, specjalnie na rozgrywane w Hiszpanii Mistrzostwa Świata, mogła na nich zasiąść 120 000 kibiców. obecnie stadion może pomieścić 109 815 osób, jednak na mecze FIFA widownia ograniczona jest do 98 tys.

jadąc z centrum niebieską linią metra wysiadamy na stacji Collblanc, a po 500 metrach naszym oczom ukazuje się stadion. pierwsze wrażenie jest .. nijakie. widok nie jest tak okazały jak nowego Wembley, czy amsterdamskiej Areny A, głównie dlatego, że Camp Nou znajduje się pośrodku blokowisk, szczelnie otoczony betonem i drzewami. długo szukamy wejścia (całkiem podobnie jak na stadionie Ruchu w Radzionkowie), ale po przejściu bramy głównej.. show się zaczyna. na powierzchni 15 ha, oprócz ogromnego Camp Nou wybudowano tu halę sportową na 6 tys miejsc, sztuczne lodowisko, drugi stadion na 16 tys miejsc (dzisiaj trenują tu grupy młodzieżowe Barcy), parking na kilkaset samochodów, boczne boiska treningowe z trawą jak dywan, korty tenisowe i cały szereg budynków klubowych. po wejściu na stadion (bilet tour de Camp Nou kosztuje 16 euro) trasa prowadzi nas przez wszystkie warte poznania zakamarki obiektu. zaczyna się od kiczowatego 3d show, potem przechodzimy do centrum informacyjnego, w którym odbywają się konferencje prasowe. mijamy szatnie gospodarzy i wchodzimy do szatni gości. na stadionie byłem w poniedziałek, dwa dni później przebierali się tu piłkarze Manchesteru United przed półfinałem LM. szatnia duża, jednak z wyjątkiem ogromnego zestawu jakuzzi i wodnych masaży nie ma tu nic powalającego na kolana. następnie przechodzimy obok stadionowej kapliczki, a po kilkudziesięciu metrach zamkniętego tunelu wychodzimy na murawę. efekt jest piorunujący. co prawda stadion jest pusty, panującą dookoła ciszę przerywa tylko warkot koszącego trawę traktorka pana Stasia, jednak jest coś fantastycznego w majestatycznym wyglądzie pionowych trybun.. na równo skoszonej trawie wymalowano emblemat klubu, a za moimi plecami znajdują się wygodne ławki rezerwowych. trwają przygotowania przez środowym spotkaniem, ekipa remontowa zakleja niedozwolone na Lidze Mistrzów reklamy. robię zdjęcia. zmieniam obiektywy, pstrykam wszystko, szczególnie, że wyszło słońce i obiekt jest pięknie oświetlony. wchodzimy na górę, gdzie znajdują się miękkie siedzenia kilkutysięcznej loży honorowej. zaczepia mnie starszy kibic z synem i czyta znajdujący się przy smyczy z moimi kluczami napis GÓRNIK ZABRZE. mówi, że jest Szwajcarem z St. Gallen i pamięta z lat 70-tych i 80-tych pojedynki szwajcarskich klubów z Górnikiem. pyta się, czy nadal gramy w pierwszej lidze i życzy powodzenia w przyszłości. robi mi się bardzo miło. ponownie wchodzę do środka: wejście prowadzi nas do szklanego tunelu z tablicą informującą, że obiekt uzyskał najwyższą możliwą rangę (5 gwiazdek) wśród stadionów piłkarskich. potem jeszcze dwukrotnie wchodzimy na trybuny, a widok z coraz to wyższych krzesełek jest jeszcze lepszy. w końcu docieramy na koronę stadionu, gdzie ulokowano stanowiska komentatorskie. właśnie stąd docierał do moich 12-letnich uszu niezapomniany wrzask Szpakowskiego i Zydorowicza. zresztą nie tylko ich, przecież na Camp Nou rozgrywano tak wiele ważnych meczów, na czele z pamiętnym finałem Ligi Mistrzów w maju 1999 roku, w którym Manchester po super dramatycznym meczu pokonał monachijski Bayern 2-1.. widoku trybun z katalońskim napisem 'MES QUE UN CLUB' (więcej niż klub) nie da się porównać do tego znanego z telewizorni. sam nie wiem, czy stadion wydaje się mniejszy, czy większy. jest inaczej, jest wyjątkowo i dla tego widoku warto się tu pojawić..

a potem przechodzimy do muzeum. w ogromnych salach rozłożono liczne pamiątki klubu. historia FC Barcelony sięga 1899 roku, więc eksponatów jest bardzo dużo. oczywiście dla mnie najważniejszymi są pamiątki po sławnych w przeszłości piłkarzach klubu: korki, koszulki, zdjęcia, autografy Koemana, Stoichkova, Maradony, Cruijffa, Michelsa, Linekera, Laudrupa, Ronaldo, Romario i wielu, wielu innych. oczywiście nie mniej ważne są dzisiejsze gwiazdy, z Ronaldinho i Messim na czele. wrażenie robi na mnie Puchar Europy zdobyty po meczu z Sampdorią Genua, który to mecz oglądałem w swoim pokoju 20 maja 1992 roku. w innym miejscu znajduje się puchar Ligi Mistrzów z 2006 roku zdobyty po zwycięstwie w finałowym meczu na paryskim Stade de France z Arsenalem Londyn. muzeum jest świetne, utrzymane w stylu osi czasowej: przechodzimy obszernymi salami, a etykiety obrazują kolejne lata historii klubu. wszystko efektownie oświetlone i niezwykle zadbane. po pewnym czasie przechodzimy do sztuki -- rzeźby, figury woskowe, obrazy, plakaty -- wszystko obrazuje historię Barcelony. klubu znanego na całym świecie również z powodu swojego obiektu. spędziłem na nim ponad 1.5 godziny, ale tylko dlatego tak krótko, gdyż na zewnątrz czekała na mnie Agatka. meczu nie widziałem, ale chwilowo widok samego Camp Nou mi wystarcza -- przecież i tak kiedyś pojawimy się tu z Torcidą i Drużyną Śląskich Miast na finale Ligi Mistrzów..

zewnętrzna galeria z tour de Camp Nou znajduje się tutaj.