Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

17

paź
2008

Bośnia i Hercegowina

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.28

granicę Bośni i Hercegowiny przekraczamy w chorwackim mieście Metkovic. bośniacki urzędnik nie chce nas wpuścić, bo nie mamy wykupionej zielonej karty. ubezpieczenie takie można nabyć w baraku obok i kosztuje, bagatela, 20 Euro. wyjścia nie było, więc po zakupie wjeżdżamy do kraju i jak się okazuje, żadnych problemów tego dnia już nie mieliśmy.. jesteśmy tylko 1500 km od Polski, jednak odległość, zwłaszcza ta kulturowa, wydaje się znacznie większa. znajdujemy się w kraju historycznie podzielonym, którego ziemie przez wieki na przemian wchodziły w skład Bizancjum, Serbii i Królestwa Węgier. znajdujemy się w miejscu, gdzie styka się ze sobą kilka znaczących religii -- w tych samych miasteczkach mieszkają tu ze sobą muzułmanie, katolicy i wyznawcy prawosławia. kościoły mieszają się z cerkwiami, a wszędzie dookoła piętrzą się minarety. jesteśmy w końcu w kraju, który w znacznym stopniu został spustoszony niedawną Wojną Bałkańską -- ślady po walkach, w przeciwieństwie do takiej Chorwacji, są tu aż nadto widoczne. szczególnie na tym polu wyróżnia się stolica -- Sarajewo, w której jednak nie byliśmy. spędziliśmy w tym kraju cały dzień odwiedzając Pocitelj, Mostar i Medjugorje, czyli najważniejsze miejsca Hercegowiny.. tereny te są w dużej mierze zamieszkane przez mniejszość chorwacką, co widać w każdej wiosce po flagach wiszących nad drogą.

ok 30 km na wschód od Chorwacji znajduje się miejscowość Pocitelj. z uwagi na bliską odległość do morza oraz przepływającą obok rzekę Neretwę, miasteczko przez lata stanowiło kryjówkę dla piratów. właściwie niewiele wiadomo o średniowiecznych losach tego miejsca, oprócz faktu, że w XV wieku miasteczko zostało przejęte przez Turków i to właśnie ich architektura pozostawiła tu najtrwalsze ślady. wkraczamy więc na terytorium Cesarstwa Ottomańskiego, tego samego, z którym nasz Janek wojował kiedyś pod Wiedniem. przed samym wejściem do miasteczka atakuje nas zgraja kobiet w chustach sprzedająca lokalne dobra. kupujemy kosz nektarynek, jednak zakup podziałał budująco na resztę kobiet, które na zmianę próbowały wcisnąć nam kamienne figurki, dorodne figi, czy bawełniane chusty. Pocitelj w całości zbudowane jest z kamienia -- wspinamy się powoli brukowaną uliczką ciągnącą się wzdłuż starego muru obronnego. na horyzoncie majestatycznie pręży się pierwszy meczet, który miałem okazję zobaczyć z bliska. świątynię z białego kamienia zbudował w 1563 roku turecki władca Hadżi Alli. ściągamy buty i wchodzimy do środka. chłód, dywany, świece, specyficzny zapach, egzemplarze Koranu. wszystko to wpływa na dreszczyk emocji właściwy przebywaniu w zupełnie odmiennej niż nasza kulturze. samo Pocitelj przypomina mi portugalską Sortelhę -- domki są prawie niewidoczne, wrośnięte w leżące na wzgórzu głazy, wtopione w kamienie średniowiecznych murów obronnych. wspinamy się coraz wyżej, w kierunku ruin tureckiego zamku z XV wieku. wchodzę na jedną z wież, skąd rozciąga się wspaniały widok na niedaleką dolinę, przez którą przepływają turkusowe wody rzeki Neretwy. w mieście jest pusto -- na swojej drodze spotykamy tylko grupkę Łotyszy i rodzinkę Bośniaków, która ostatnie lata spędziła w Niemczech. powoli schodzimy w dół, jest bardzo ciepło, jednak od kamienia bije przyjemny chłód. na końcu jedna z przekupek prosi nas o transport do Mostaru -- miała spokojną poczciwą twarz człowieka, od którego bez wahania można kupić używanego konia, tak więc z chęcią ją zabieram. niestety była na tyle średnio kumata, że nie pogadaliśmy sobie ani po angielsku, ani po niemiecku, ani po rosyjsku, ani po żadnemu.. bezproblemowo za to kieruje nas do samego centrum Mostaru, gdzie parkujemy i uderzamy w kierunku starówki..

na pierwszy rzut oka Mostar wydaje się miastem zniszczonym. skutki wojny oglądamy na każdym kroku, dookoła mnóstwo ostrzelanych ścian, krzywe kamienice, szkielety budynków grożące zawaleniem. metamorfoza widoczna jest gołym okiem po przejściu kilkuset metrów i wkroczeniu w najbardziej znaną część miasta -- starówka została pięknie odrestaurowana i to właśnie ona przyciąga turystów zainteresowanych pozostałościami ottomańskimi. spacerujemy brukowaną uliczką i podziwiamy dziesiątki kolorowych kramów, których właściciele sprzedadzą nam wszystko -- od szpilek, przez cukierniczki, po obietnice zbawienia (to ostatnie oferowało kilku wędrownych proroków).. sprzedaje się to co jest w cenie -- tutaj mamy więc głównie do czynienia ze sztuką turecką. jest kolorowo, głośno i chaotycznie. ktoś kogoś woła, ktoś się śmieje, czasem zza pleców słychać język polski. gdzieniegdzie ukryte w mniejszych uliczkach pachnące dymem restauracyjki, kawiarenki i małe herbaciarnie, w których na puszystych dywanach delektuje się przeróżnymi wymyślnymi napojami. w cieniu dostrzegam starszego jegomościa (to ten z wcześniejszej notki), lat ok 70-ciu (a może tylko tak wyglądał), bez emocji przyglądającemu się zgrai turystów. dochodzimy w końcu to Starego Mostu, symbolu tego miasta. jednoprzęsłowy most został zbudowany w 1566 roku na polecenie sułtana Sulejmana II. proporcje, kształt, kolor przez wieki zachwycały przyjezdnych, a Europejczycy podobno przez lata nie mogli uwierzyć, że coś tak wspaniałego zbudowali Turcy. średniowieczny most został wysadzony przez Chorwatów w 1993 roku, a moje serce na tą myśl drży z podziwu, że aż tak można mieć ten świat w dupie. totalna ignorancja i wyższe cele doprowadziły do zniszczenia symbolu, jak i wielu innych placyków, budynków, kościołów.. jednak kiedy nastał cudowny dzień, gdy umilkły strzały, a w sklepach pojawiło się mydło, Mostar zaczął się odradzać. dzisiaj miasto kwitnie (odbudowany za pieniądze UE most i starówka zostały wpisane na listę UNESCO), a mieszkańcy choć z pewnością wojnę mają głęboko w sercu, to raczej nie odnoszą się z tym publicznie. i tylko czasem, w jakimś zaułku, w jakimś niewielkim sklepie można natknąć się na zdjęcia, mapy, plakaty obrazujące wojnę. na zarys rozmieszczeń poszczególnych jednostek, fotografie zniszczonych miast i miasteczek. ktoś światły zastanowił się i doszedł do wniosku, że skoro dzisiejszy Mostar żyje z turystyki to dlaczego nie rozszerzyć oferty miasta? zaczęto więc handlować akcesoriami sztuki wojennej -- na każdym targu możemy dzisiaj spotkać naboje, granaty, blaszki identyfikacyjne i całą resztę sentymentalnego metalowego złomu. i nie jest to żaden akt publicznej, rozdzierającej manifestacji -- obowiązują ceny w Euro, kasa płynie, interes się kręci.. ale wracając do Starego Mostu: lokalni chłopcy organizują skoki do wody. wysokość rzeczywiście imponująca, więc i kasa musi się zgadzać. chodzą, proszą, pytają, a turyści sypią eurosami. po uzbieraniu pewnej kwoty jeden z odważnych skacze w dół. taki skok to cała procedura, stopniowanie napięcia, kilkudziesięciominutowe przygotowania. nikt przecież za darmo nie będzie tutaj ryzykował zdrowia. tego dnia widzieliśmy tylko jeden taki skok, i to siedząc w ciszy i spokoju pod kamiennym mostem przy domu tureckim z 1635 roku. rzeczywiście wyglądało to imponująco.. po kilku godzinach tułaczki wstępujemy jeszcze na dziedziniec meczetu Karadjozbeg -- podobno jednego z najwspanialszych w całym kraju, a później raczymy się lokalnym przysmakiem -- coś na kształt dużego pieroga z mięsem, chyba zwie się to 'burak'..

w drodze powrotnej zjeżdżamy z głównej trasy i kierujemy się na Medjugorie. jest to jedno z najbardziej znanych i najczęściej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w świecie katolickim. Watykan wciąż nie potwierdził, ani nie zanegował objawień Matki Boskiej na tzw. Górze Objawień. według świadectwa sześciorga, wtedy młodych parafian (dwóch chłopców i cztery dziewczynki), od 24 czerwca 1981 roku we wsi Bijakovici w parafii Medziugorie codziennie objawia się Najświętsza Maria Panna. miasto wygląda jak mniejsza wersja Fatimy -- te same Matki Boskie we wszystkich rozmiarach, kolorach i światełkach. dużo plastiku, gipsu i święconej wody. jest też czysty klasztor, choć nie ma on nic wspólnego z majestatycznymi katedrami innych miast europejskich. więcej informacji o tym miejscu na polskiej wikipedii. wracając trochę błądzimy -- mieliśmy przeciąć Biokovo i przejechać prawie centralnie nad wybrzeże, niestety zafascynowany widokami źle skręcam i wracamy tą samą ruchliwą drogą, którą przyjechaliśmy..

pełna galeria zdjęć z Bośni i Hercegowiny dostępna jest w dziale podróże.