Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

03

kwi
2009

na Wschód: Litwa i Białoruś

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15:32

dalszy ciąg gonitwy, pakowania i organizowania Wielkiej Przeprowadzki. w międzyczasie w londyńskiej ambasadzie udało mi się dostać pozwolenie na wjazd na teren Republiki Białorusi -- ich wiza i procedura przyznawania jest strasznie zamotana, a do tego kosztowna. śmiesznie, bo mam prawo przebywać u nich łącznie przez 5 dni -- więc dłuższe pokręcenie się po polach, choroba, czy awaria samochodu nie wchodzi w grę..





celem wyjazdu jest odnalezienia miejsca urodzenia i wychowania się mojego taty. chcemy odszukać chatę w której dorastał (przed II wojną światową były to tereny Polski), szkołę do której chodził, jak również cmentarz, na którym pochowano mojego dziadka. chcemy zagłębić się w sprawy genealogii naszego nazwiska (niedawno wyszło, że mamy pochodzenia szlacheckie, herb Sulima) i odszukać ew. członków naszej gałęzi. odszukaliśmy kilka osób, które nas przyjmą, przenocują i opowiedzą to i owo. wszystko zostanie opisane, ułożone, a może uda się stworzyć jakieś drzewo genealogiczne..

oprócz Białorusi planujemy krótki przystanek w Wilnie i przynajmniej teoretyczne 'zaliczenie' Litwy na mapie krajów odwiedzonych. w ogóle tam też już Europa pełną gębą, a hotel średniej klasy kosztuje dokładnie tyle samo co w Paryżu. a i tak wszystko jest pełne, choć pogoda jeszcze zimowa. planem nadrzędnym jest odwiedzenie granicy białorusko-ukraińskiej i przyjrzenie się strefie wokół Czarnobyla. do samej elektrowni wjechać nie można, ale można wjechać do miasta Prypeć -- opuszczonego przed laty Miasta Widma, które pozostaje niezamieszkane od 1986 roku i stanowi prawie że skansen epoki radzieckiej. wkrótce szersza relacja i foty na fotoblogu. mam nadzieję, że wreszcie go zaktualizuję.

21

kwi
2009

Białoruś -- pierwsze wrażenia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17:41

Białoruś, dziwny kraj -- chciałoby się powiedzieć po powrocie z tygodniowej wycieczki parafrazując słowa skeczu Zdradliwa Geografia kabaretu Ayoy. choć geograficznie nam bliska, odcięła się od Polski i reszty zachodniej Europy ciężkim do przeskoczenia murem politycznym, kulturalnym i wizowym. Białoruś to kraj cudu. w państwie postradzieckim, w państwie kierowanym silną ręką pseudo dyktatora, w państwie dużego zacofania, braku inwestycji, drewnianych chat i szutrowych dróg płaci się za wszystko dolarami. kwoty za mieszkanie, samochód, czy nawet łapówkę podawane są w walucie amerykańskiej. i choć ludziom żyje się tu niespecjalnie, choć zarobki i emerytury są znacznie poniżej poziomu polskiego, a ceny dóbr przewyższają te po naszej stronie, ludzie są tu szczęśliwi. mimo walących się chat, azbestowych blokowisk, depresyjnie długiej zimy i braku większej szansy na wzbogacenie się ludzie wciąż są szczęśliwi. właściwie nie spotkałem jeszcze państwa, w którym mieszkańcy byliby tak pogodni, tak gościnni i tak uśmiechnięci jak Białorusini. to fenomen, istny kraj cudu..

zaczęło się od niewielkiego przejścia granicznego w okolicach Wilna. 10-sekundowe pokazanie paszportów strażnikom litewskim i żmudne, męczące półgodzinne manewry po stronie białoruskiej. obywatel wysiądzie, pokaże paszport, ubezpieczenie, prawo jazdy. pokaże dowód, kartę wjazdu, wypełni dokument tu i tu i tu. zapłaci 3 dolary za to, pójdzie do pani w okienku, podjedzie do szlabanu. wysiądzie i otworzy bagażnik. a co wiezie, dokąd jedzie, czemu i na jak długo. kogo zna, kiedy wraca i właściwie po co chce tu wjechać.. dobrze, że tata z wszystkimi od razu się zaprzyjaźnia, bo procedura mogłaby trwać w nieskończoność..

po drugiej stronie muru na równiny spadła ciemność. o 20-stej jedziemy już przez czystą czarną pustkę mijając nieznane zarysy pejzażu, pola i lasy. mijamy niewielkie wioski, wszędzie ciemno, wydaje się jakby kraj zamarł. nigdzie nie można dostrzec nawet pojedynczej sylwetki, nikogo nie można zapytać o drogę, czasami w oddali widać tylko ciemne okna samotnych chat. i w tym najbardziej archaicznym regionie jakim było mi dane prowadzić samochód, pośrodku 50-cio kilometrowej pustki zatrzymuje mnie milicjant. prędkość przekroczona o 32 km, znak ograniczenia podobno był wcześniej, 150$ mandatu. jak to, przecież 150$ to miesięczna pensja białoruskiej kobiety, pytam? takto, zatrzymujemy prawo jazdy -- twardogłowy nie wydaje się skory do negocjacji. po 20 minutach zrywanej rozmowy i 10 pytaniu 'to jak będzie?' niechlujnie rzucanym w moją stronę wypisuje mi na kartce papieru kwotę łapówki. 50$ i możemy jechać. a białoruska milicja ma się bez zmian, za to rodzina milicjanta jakoś sobie radzi. bo radzić sobie jakoś trzeba..

ale do wioski Karaby, naszego docelowego miejsca, był jeszcze spory kawałek i spora trudność w kluczeniu szutrowymi drogami. tylko główne trasy na Białorusi pokryte są asfaltem, a te miejskie zresztą strasznie podziurawionym. cała reszta to drogi kamienne, piaskowe, szutrowe i żwirowe. chcąc przeprowadzić po niej swój samochód nie należy przekraczać 30km/h, bo grozi to urwaniem zawieszenia. docieramy do nigdy nie widzianej kuzynki ze strony taty. powitanie, uściski, całowanko. od razu stół nakrywa się jedzeniem, wręcz pęka pod jego ciężarem. Białorusini częstują gościa wszystkim, co tylko mają w domu. począwszy od misek z ziemniakami, przez kotlety, kiełbasę, boczek i sery. śledzie, ogórki, pomidory i jajka. pełne misy, wszystko czym żywią się normalnie. panuje tu generalna zasada, że gość stołuje się jak gospodarz, czyli ani lepiej, ani gorzej, dokładnie tak samo. i tak jest wszędzie. żeby było weselej z reguły nie podaje się tu talerzy, a jeśli już to takie niewielkie. każdy ma widelec i nabiera ze wspólnych mis, najczęściej bezpośrednio na chleb. obficie leje się wódka, wyłącznie 50ml kieliszkami. jest wesoło, Białorusini mówią głośno, krzyczą wręcz, mocno gestykulując przy tym rękoma. przy pierwszym kieliszku, który wypiłem do połowy, zostałem wytykany palcami. u nas pije się na raz, wszystko, do dna. w świetle pokoju błyszczą złote zęby, a szary wystrój ubarwiają kolorowe chusty na głowach kobiet wszelkiego wieku.

tak wyglądały moje pierwsze godziny na Białorusi. później było jeszcze przyjemniej, zrozumiałem, że nie ma szybszego i tańszego sposobu na podróż w czasie do okolic polskich lat 70-tych, które znam z filmów Stanisława Barei. przez te kilka dni bardzo polubiłem ten urodziwy i starodawny kraj, bo nie da się nie lubić kraju ludzi prawdziwych. tu nikt nie kłamie, nie oszukuje i otwarcie mówi jak jest. na pytanie: 'jak wam się wiedzie?' ogromna większość odpowiada: 'normalnie'. ani dobrze, ani źle, po prostu żyje się normalnie. tu nikt nie oczekuje cudów, tu wszyscy znają swoje położenie i nawet nikt specjalnie nie narzeka, bo 'i tak niczego się nie zmieni'.. aha, no i Polaków się tu uwielbia, wbrew zdaniu i zachowaniu białoruskich polityków. wkrótce kolejne wrażenia.

27

kwi
2009

Białoruś -- miasta i wioski..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13:07

wjeżdżamy do miejscowości Hlybokaye (biał. Глыбокае, po naszemu: Głębokie), a z kamiennego podwyższenia wita nas potężny MIG 21 z demobilu. i oto pierwsza ciekawostka -- lokalna, pamiętająca lepsze czasy stacja benzynowa firmy LukOil oferuje przedział benzyn od 92 to 98, z tym że najpierw podaje się tu liczbę litrów i oczywiście za nią płaci, a potem można wlewać. zastanawiam się podejrzliwie, co będzie, jeśli zapłacę za więcej, a do baku wejdzie mi mniej. na to odpowiada uczynna pani w zakratowanym okienku, że przecież każdy wie, jak duży ma bak. wychodzi mi więc na to, że nikt tu nie leje do pełna, bo do pełna ciężko trafić. łatwiej przecież 10 razy w miesiącu podjechać tankując .. 10 litrów za każdym razem.. a potem wymieniamy pieniądze: na Białorusi bankomaty są jeszcze rzadkością, w mieście zdarza się, że jest tylko jeden. jeden jest również kantor, w którym najchętniej biorą dolary -- kilka, podobno, zużytych banknotów nie chcą jednak przyjąć..

samo miasto nie ujmuje. socjalistyczna zabudowa, ogromne blokowisko, kilka większych wytwórni przemysłowych, bardzo złe drogi. z pewnością na uwagę zasługują dwie potężne świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy z 1628 roku i prawosławna Cerkiew p.w. Narodzenia NMP. weszliśmy do tej drugiej podczas ortodoksyjnego nabożeństwa i wpatrzeni w nietypowe zachowanie kleru pozostaliśmy przez jakiś czas. odwiedziliśmy lokalny cmentarz, gdzie szczególne miejsce zajmują nagrobki poległych tu polskich żołnierzy w czasie I wojny światowej. co ciekawe w sklepach, szczególnie odzieżowych, przeważają towary polskie. polskie metki, polskie ceny do których sprzedawcy doliczają najczęściej 15-20% marży. raz w tygodniu jeździe się stąd do Grodna lub na Ukrainę i przywozi cały van polskich dupereli. tylko ceny wysokie w porównaniu do lokalnych zarobków.. o miastach nie będę się rozpisywał, bo szkoda czasu -- podobno lepiej i ładniej mieszka się tylko w Mińsku, gdzie Łukaszenko tworzy drugą Moskwę. nie wiem, nie byłem..

białoruska wieś ma w sobie jednak dużo więcej kolorytu, a to głównie za sprawą drewnianych, malowanych na przedziwne pastelowe kolory chat. nie ma tu zasady, że malujemy swój drewniany dom w określonych barwach (jak np w Skandynawii), albo w kolorach podobnych do sąsiada obok. nie, tutaj każdy maluje jak mu się podoba, a żeby było śmieszniej, najczęściej w innym kolorze niż płot, słupek, okno, czy bramka. jest więc radośnie i bardzo oczojebnie. oprócz tego jest czysto. może i kraj ten jest niedoinwestowany, ale brudu tutaj nie ma. obowiązują tzw. subotniki, czyli ogólnonarodowe (albo ogólnowiejskie) sobotnie czyny społeczne, podczas których każdy porządkuje swoją okolicę w myśl hasła: 'oczyśćmy Białoruś!' ludzie gromadzą się tłumnie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie zwalnianie się z tego obowiązku. Białoruś jest nietypowa -- z jednej strony biedne drewniane chaty wypełnione stalowymi piecami i naściennymi dywanami, z drugiej, murowane domy ze stałym połączeniem internetowym. z jednej zachodnie auta, z drugiej zgarbione kobiety w kolorowych chustach. wystawne kościoły i facet na chudym koniu. przeszłość i teraźniejszość dzieją się równocześnie -- nowe nadchodzi, ale stare wciąż trwa w najlepsze..

w większości miejsc, które odwiedzamy, w oczy rzucają nam się pomniki. anonimowi przedstawiciele ludu pracującego czy też bohaterscy i prawi żołnierze Armii Czerwonej nie zniknęli w pomroce dziejów. właściwie to nikt nie odwołuje się tu do królów sprzed tysiąca lat, jak jest w sąsiedniej Litwie, gdzie co krok trzynastowieczny Giedymin spogląda na nas z dumą wypolerowanego mosiądzu. na Białorusi zastępują go radziecki żołnierz, Lenin i czerwona gwiazda. szczególnie wyjątkowo prezentują się ci dzielni radzieccy żołnierze, do których najczęściej lgną młode dziewczynki, dziękując za wszystko polnymi kwiatami. zdarza się, że pomniki są całkowicie pokryte kolorową farbą i otoczone łańcuchem i zadbanymi trawnikami..

zatrzymujemy się w jakiejś zapadłej dziurze w pobliżu miasteczka Duniłowicze (biał. Дунілавічы). wchodzimy do wiejskiego sklepu i moim oczom ukazuje się widok wręcz niekonwencjonalny. ogromne błękitne pomieszczenie z piecem kaflowym i kilka rzędów półek zawalonych towarami spożywczymi. stara zardzewiałą waga i nie mniej wysłużona sklepikarka z niezwykle czerwoną twarzą. chleby, dżemy, konserwy, piwa i soki. a obok 3 pary skarpetek, pięć zeszytów i dwa wiadra. skrzynka jaboli i kredki świecowe. kobieta liczy na liczydle: strzelają przesuwane drewniane klocki i już mamy cenę finalną: 11 250 białoruskich rubli.. niesamowite, powrót do lat powojennych. wychodzę z 'magazynu' i robię fotki ludziom siedzącym przed swoją chatą. brudni, nieogoleni, w starych codziennych łachmanach. to ojciec z synem, którego nos przestawiano kilkakrotnie na wiejskich zabawach, a za chwilę zjawia się żona oraz drugi syn. rozmawiamy ponad pół godziny, tłumaczymy cel naszej wizyty, chętnie pozują do zdjęć. są radośni i mimo zaledwie kilku (srebrnych) zębów prawdziwie uśmiechnięci. nie chcą nas puścić, zapraszają na obiad, młodszy syn już poleciał po ziemniaki. i gdy byłem pewny, że nic już nie może mnie zaskoczyć, młodszy, uwalony jak świnia syn, wyciąga nagle Nokię i zaczyna do kogoś dzwonić..

później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..

zapraszam do białoruskiego fotobloga.

15

maj
2009

Białoruś cz.3 -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16:32

dobra, nawijam o białoruskich zwyczajach, a przecież nie opowiedziałem jeszcze najważniejszego, czyli po co tam właściwie pojechaliśmy. otóż głównym celem naszego wyjazdu było odszukanie korzeni rodzinnych i wszelkich innych informacji o ludziach noszących nazwisko Ankudowicz. mój ojciec urodził się na dzisiejszych terenach północno-wschodniej Białorusi, które przed samym wybuchem II wojny światowej należały do Polski. i choć dojechać tam było równie ciężko co kupić używaną trumnę, misja zakończyła się sukcesem. posłuchajcie..

przed samym wyjazdem nie wiedzieliśmy za dużo. tereny, których szukaliśmy znajdują się w okręgu witebskim, a większymi miejscowościami, wśród których mieliśmy kluczyć miały być miasta Hlybokaye (biał. Глыбокае, pol: Głębokie) oraz Varapayeva (biał. ВОРОПАЕВО, pol: Voropajewo). znaliśmy oczywiście samo miejsce urodzenia mojego taty, czyli Malkowicze oraz miasteczko, w którym uczęszczał do szkoły, czyli Duniłowicze. na szczęście los zetknął nas z panią Felicją, która również urodziła się i wychowała w Malkowiczach. Felicja i siostra mojego taty, Maria (moja ciocia) były najlepszymi przyjaciółkami, dodatkowo Felicja mimo swoich prawie dziewięćdziesięciu lat dysponuje wspaniałą pamięcią. to właśnie ona była nieocenionym źródłem naszych informacji podczas tej emocjonalnej wędrówki w czasie..

zaczęliśmy od Duniłowicz odwiedzając lokalną parafię i miejscowy urząd gminy w poszukiwaniu informacji zapisanych w składowanych tu przez lata księgach. dużo się tu nie dowiedzieliśmy, bo księgi albo wywieziono do większych miast, albo bezpowrotnie, głównie podczas wojny, utracono. przychylny urzędnik odnalazł jednak dla nas adres kuzynki mojego taty, widzianej ostatnio przed 60-laty. piaskowo-szutrową drogą jedziemy więc w kierunku Malkowicz. po drodze, zupełnie przypadkowo, zatrzymujemy się w lokalnym sklepie (opisanym w poprzednich notkach) oraz nawiązujemy kontakt z miejscowym chłopem, który w czasie wojny chował przed Rosjanami ojca p. Felicji. droga przeradza się w sam piasek, którym jedziemy przez kolejne 10 km i w końcu docieramy do miejscowego cmentarza, na którym do dnia dzisiejszego chowa się mieszkańców kilku okolicznych wiosek. udaje nam się odszukać nagrobek babci mojego taty (mojej prababci), która zmarła w 1958 roku, w 3 miesiące po wyjeździe do Polski mojego taty. obok, prawdopodobnie, znajduje się grób ojca mojego taty, czyli mojego dziadka. prawdopodobnie, gdyż nie ma nagrobka ani żadnych dokumentów, które mogą to potwierdzić. dookoła znajdują się groby ponad 30 innych osób noszących nazwisko Ankudowicz, z ogromną większością nie jesteśmy jednak spokrewnieni, o czym za chwilę. cały cmentarz został przeze mnie solidnie sfotografowany i łącznie z nagrobkami i ich opisami będzie częścią mojej nowej witryny genealogicznej (adres wkrótce).

później błądzimy w lesie przez ponad godzinę, aż ciężko w to uwierzyć, ale nawet Felicja nie mogła trafić do samych Malkowicz. w końcu, po wielokrotnym błądzeniu w lasach i zakręcaniu na pobliskim polu buraczanym, udaje nam się ta sztuka i wjeżdżamy do rodzinnej wioski mojego taty. właściwie nie do samych zabudowań, bo na wysokich koleinach urywamy przedni zderzak, a potem przez ponad godzinę walczymy z wyciągnięciem z tego marazmu samego auta. Malkowicze liczyły kiedyś ponad 200 mieszkańców i takim zapamiętał je mój tata. dzisiaj, w 2009 roku, mieszka tu już zaledwie 9 osób, wszyscy w wieku powyżej 65 lat. był to dla nas pierwszy, ale od razy powalający na kolana szok. chodzimy między kilkoma zamieszkanymi jeszcze chatami i witamy się z mieszkańcami, którzy w większości również nazywają się Ankudowicz. tata poznaje się ze swoimi znajomymi z dzieciństwa, których nie widział przez pełne 60 lat. ciekną łzy, jest sentymentalnie, ale widać szczęście na ich twarzach. w końcu dochodzimy do miejsca, w którym mieszkała moja rodzina. chaty już nie ma, zburzono ją kilkanaście lat temu, a wszystkim co z niej zostało jest niewielka górka porośnięta trawą. robię tacie pamiątkowe zdjęcie, przypominające jedyną zachowaną fotografię z tamtych czasów, na której mój tata w obecności swojego ojca, mamy i babci stoi przed swoim domem. zdjęcie pochodzi z 1944 roku..

wchodzimy do domu Benka, jednego z kolegów mojego taty, z którym razem chodzili na wiejskie zabawy. na stole od razu pojawia się jedzenie i wódka i zaczynają się emocjonalne opowieści. tworzą się legendy, a dawno minione czasy ponownie stają im przed oczyma. jest niesamowicie! Benek i jego żona również nazywają się Ankudowicz, jednak nie jesteśmy jedną rodziną. cała komplikacja polega na tym, że w Malkowiczach mieszkały 3 niespokrewnione ze sobą rodziny Ankudowicz: mojego taty, Felicji oraz Benka. każda z nich miała oczywiście wielu potomków, którzy przez lata porozjeżdżali się po świecie, umarli, bądź wciąż żyją w tej wiosce. żona Benka, również wyposażona we wspaniałe 4gb pamięci ram szybkiego dostępu, opowiedziała o historii mojego rodu. otóż rodzicami mojego dziadka Mieczysława byli Modest Ankudowicz (zmarł ok 1935 roku, miał ok 65-70) lat i Anna, której nagrobek odnaleźliśmy na cmentarzu. w momencie kiedy pozostałe rodziny Ankudowicz przybyły do Malkowicz, Modest już tu mieszkał, co sugeruje, że jesteśmy najstarszą rodziną zamieszkującą to miejsce. pozostałe rodziny wywodzą się z leżącej nieopodal wioski Ankudy. w tej wiosce również mieszkali Ankudowicze, choć początek drugiej gałęzi w Malkowiczach wziął się z prostego faktu tworzenia nazwisk w XVIII wieku. osoba poślubiająca kobietę tworzyła nowe nazwisko wywodząc je z wioski, z której pochodziła. czyli koleś przybyły z Ankud tworzył nowe nazwisko Ankudowicz i zamieszkiwał we wiosce żony. Katarzyna Ankudowicz, polska gwiazda wśród aktorek, pochodzi właśnie z rodu Benka, u którego w chacie siedzieliśmy pijąc czystą białoruską wódkę. oh, dużo trzeba by pisać, więc zabieram się czym prędzej za moją witrynę genealogiczną, gdzie postaram się zebrać wszelkie wartościowe informacje o nazwisku Ankudowicz..

i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..