Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

10

wrz
2006

Austria, relacja.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 21.05

poruszanie się po tak niewielkim kraju, do tego poprzecinanego siecią idealnych autostrad, nie jest żadnym problemem. dziwne rozwiązanie zastosowano w samym Wiedniu, gdzie obwodnice prowadzą prawie przez centrum miasta. już po powrocie doczytałem, że jest to XIX wieczna staromiejska obwodnica (zwana Ringiem), a jadąc tą międzynarodową drogą łączącą wschodnią i zachodnią Europę mija się parlament, a liczne zabytki starego miasta można obserwować zza szyby pojazdu. po przejechaniu Wiednia jest już z górki: na pierwszy ogień poszedł Salzburg: wyjeżdżając ze stolicy uderzyliśmy na Linz, a później tą samą autostradą do samego Salzburga. die Westautobahn (zachodnia autostrada) to najważniejsza droga w Austrii, ciągnie się przez 301 km, tak więc sam Salzburg po jeździe ze średnią prędkością 120km/h osiąga się w 2,5h.

Salzburg

miasto zbudowane na filozofii Wolfganga Amadeusza Mozarta. to własnie tutaj, na Getreidegasse 9 urodził się i wychował słynny kompozytor. Salzburg czerpie z tego faktu od lat, a turystyka stanowi źródło największych dochodów tego 150-tysięcznego miasta. jak wszędzie indziej w Europie, ciężko znaleźć darmowe miejsce do parkowania: my zostawiliśmy auto w hotelu Sheraton za standarodwą stawkę 2,5E za godzinę. koniecznie należy zwiedzić prawy brzeg rzeki Salzach, gdzie rozciąga się stare miasto, czyli Altstadt. dominuje tu barokowa zabudowa wraz z wieloma kościołami. gdy wpadniecie w tłum turystów to znaczy, że dotarliście do Getreidegasse -- poróbcie kilka fotek przy Mozartshaus i idźcie szybko w stronę Salzburger Landestheater. mieliśmy to szczęście, że odbywała się premiera dramatu Mozarta 'LA Flinta Giardiniera' w trzech aktach.. przemknęliśmy wśród garniturów i ładnych kiecek, była też telewizja i szampan, ale byliśmy samochodem.. przyjrzeliśmy się z bliska kościołowi franciszkanów z XIII wieku, pałacowi arcybiskupów oraz katedrze salzburska z XVII wieku. na koniec udaliśmy się na wzgórze w stronę twierdzy Hohensalzburg z początku z XI wieku. rozciąga się stąd fantastyczny widok na całe miasto.

po kilku godzinach w mieście Mozarta ruszyliśmy do naszego celu, do Kufstein. co dziwne, aby w prostej linii dojechać do miasta w tym samym kraju musieliśmy ten kraj .. opuścić. autostrada prowadzi przez Niemcy, należy się kierować na Monachium i Innsbruck. po dwukrotnym przekroczeniu granic zameldowaliśmy się u Miśka, który odebrał nas spod siedziby swojej firmy.

Kufstein

małe przytulne miasteczko w kraju związkowym Tyrol, przy samej granicy z Niemcami. mieszka tu ok. 15 tys. mieszkańców, przepływa rzeka Inn, prawy alpejski dopływ Dunaju. warto zwiedzić rynek i przepiękną, klasyczną wręcz uliczkę Römerhofgasse (szczegóły w galerii). najbardziej znanym zabytkiem, podobno sławnym na całą zachodnią Europę jest die Festung Kufstein -- twierdza obronna z XIII wieku. znajduje się ona na wzgórzu, poprzez wspaniałe oświetlenie okazale prezentuje się szczególnie w nocy. Kufstein jest idealnym centrum wypadowym na liczne aplejskie szlaki. my weszliśmy na kilometrową (!!) górę Pendling, wspinaczka zajęła nam ok 3,5h. na szczycie rozpadało się, a chmury uniemożliwiły mi zrobienie dobrych fotek widokowych. w zamian wypiliśmy po Radlerze, miejscowym specyfiku, w którym połączono piwo z lemoniadą. innego dnia wjechaliśmy wyciągiem Kaiserlift (jedzie się ok. 30 minut za jedyne 8E/osoba) na wysokość ok 1500m, gdzie trawa jest bardziej zielona, nie ma elektryczności a zwierzęta dzwonią dzwonkami uwieszonymi u szyji. niestety znowu padało.

Innsbruck

z Kufstein do stolicy Tyrolu jest tylko 80 km. mieliśmy jednak pecha, bo po drodze pękła sobie przednia lewa opona w Clio siostry Anny. zabrałem się profesjonalnie za naprawę, ubrałem odblaskową kamizelkę, postawiłem trójkąt w przepisowych 100 metrach, a Agata pstrykała fotki. po 3 minutach zatrzymała się policja, uspokoiłem chłopaków, że sobie poradzimy.. nad samym Innsbruckiem góruje przebudowana w 2002 roku skocznia Bergisel -- jeden z obiektów Turnieju Czterech Skoczni. wjazd na górę jest płatny: bilet kosztuje 8E, ale po krótkich, acz zażartych negocjacjach przekonałem strażnika, że jesteśmy studentami i wpuścił nas po 5.5E! z tarasu widokowego na wieży rozciąga się fantastyczny widok, gdyż samo miasto położone jest w dolinie. ujrzeliśmy to, o czym co roku mówią nasi sprawozdawcy TVP -- zawodnik przed skokiem patrzy w dół i widzi .. cmentarz. przynajmniej nie mają daleko..
starówka zachowała średniowieczny układ urbanistyczny. warto przejść się zabytkowymi uliczkami, popatrzeć na liczne kafejki, fontanny i kolorowe kamieniczki. pełno tu malarzy, połykaczy ognia i .. skośnookich turystów. do najbardziej znanych zabytków należą (to z wikipedii) zamek cesarski Hofburg z XVI w. po przebudowie w XVIII w., w stylu rokokowym, kościół dworski (Hofkirche z XVI w.) z nagrobkiem cesarza Maksymiliana I oraz wieża miejska (Stadtturm) z XIV w. my olaliśmy wieżę, gdyż obok, na 7 piętrze znajduje się restauracja 360° z której widać lepiej, a do tego na wszystkie strony i za free. Innsbruck jest obecnie przebudowywany -- za niespełna dwa lata odbędą się tu mecze Mistrzostw Europy 2008, w których prawdopodobnie nie zagrają Polacy.

16

cze
2008

euro, euro i po euro..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.45

euro, euro i po euro. przynajmniej dla Polaków, bo szanse na awans z grupy są iście iluzoryczne. przez tydzień udało nam się odwiedzić Innsbruck, Kufstein, Klagenfurt, Kitzbühel i Salzburg. oprócz tego w czwartek wybrałem się na samotną podróż do Monachium -- tak więc również Niemcy, w których bywałem wielokrotnie wcześniej, będę mógł oficjalnie wrzucić do mapy moich podróży.. Euro nie rozczarowało (no może z wyjątkiem postawy Biało-Czerwonych, co powoli staje się normą), choć nie mogę powiedzieć, żeby miasta austriackie były jakoś szczególnie przygotowane czy wystrojone. oni od dawna mają całą infrastrukturę (stadiony, drogi, hotele, restauracje), więc budować nie ma ani gdzie, ani po co. często można było spotkać niezakończone budowy, prowizoryczne rozwiązania, walający się dookoła gruz. oczywiście dopisali kibice i był to dla mnie najfajniejszy aspekt Euro. wielotysięczne grupy kolorowych kibiców, zabawa na maksa, śpiewy, tańce, malowanie twarzy. raj dla fotografa.. no ale po kolei:

Innsbruck

w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..

Klagenfurt

nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.

Salzburg

lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..

18

cze
2008

Tyrol i Kitzbühel..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.09

czas odpocząć od piłki. w przerwach między Euro wybraliśmy się na kilka alpejskich wycieczek. wysokie góry dookoła i ten sam codzienny rytuał: otwieram jedno oko wczesnym rankiem i patrzę na niebo. jeśli niebiesko dookoła to zrywam się w pośpiechu, budzę blondynkę i zaczynam parzyć kawę. jeśli, co znacznie częściej, pochmurno, brzydko, szaro i wilgotno to daję sobie jeszcze parę godzin snu.. Kufstein leży w północnej części austriackiego Tyrolu, rzut beretem od granicy z Niemcami. granica jest o tyle fajna, że w ogóle nieoznakowana. idąc/jadąc mija się takie same zielone przestrzenie i podobne wioski, więc (mówię zupełnie poważnie) przypadkiem można obudzić się w innym kraju i potem mieć wyrzuty sumienia, że coś nas ominęło.. położone na wysokości 499m npm miasto otaczają dwa łańcuchy górskie: Wilden Kaiser i Zahmen Kaiser, które wspólnie tworzą pasmo Kaisergebirge. kierujemy się na Pyramidenspitze (1998 m) i choć przeszkadza nam burza, docieramy do kilku ciekawych miejsc. góry obfitują tu w klasyczną alpejską zabudowę -- bielone domki o spadzistych dachach w znacznej części składają się z drewna, a ogromne balkony przystrajane są kwiatami. w wielu z nich znajdują się gospody serwujące tradycyjne tyrolskie jedzenie. to, co zaskoczyło mnie 2 lata temu to fakt, że Austriacy nie używają powitań w stylu 'dzień dobry' czy 'cześć', a w zamian korzystają z utartych 'grüß dir' (bądź pozdrowiony) lub, częściej, 'grüß Gott' (niech będzie pochwalony). kościoły rzadko zapełniają się tu ludźmi, ale religijność obyczajowa widoczna jest na każdym kroku -- psalmy wypisywane na murach, ściany przyozdabiane malowidłami, krzyże wiszące w gospodach. zresztą same kościółki i kapliczki są formą wyrażania tradycji i bardzo często można je spotkać na górskich szlakach.. na największą jednak uwagę zasługują sami ludzie. najczęściej w wieku emerytalnym, ubrani w drogi markowe ciuchy, z kijkami w rękach maszerują szlakami górskimi. mają tak wyrobioną kondycję, że byliśmy mijani w zawrotnym tempie i aż nam było głupawo. ponadto w momencie w którym my na górę wchodziliśmy (rano), wielu z nich już ze szczytu schodziło! wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni i pozdrawiający się dookoła. kilkakrotnie wcześniej widywałem podobnych podróżników w samolotach na różnych lotniskach Europy i zawsze z dużą dozą pewności można powiedzieć, że pochodzą z Tyrolu lub Bawarii..

***

innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)