Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

29

lis
2006

nowa ojczyzna

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 00.43

[..] na wszystko jeszcze raz popatrzę..
i ruszę drogą, gdzieś .. [..]

wylatuję za 5 godzin. o ile mgła odejdzie precz..

paryż zajebisty, wkrótce relacja..

30

lis
2006

już w brighton

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.16

mgła ustąpiła. jestem w Brighton już drugi dzień, ale dzień zlewa się z nocą, śpię w dziwnych porach, niekoniecznie gdy ciemno na zewnątrz.. dojazd do Nowego Domu był sporym wysiłkiem, szczególnie dlatego, że nadwagę mojego bagażu określono na .. 830 zł.

jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..

w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.

1.

lut
006;

first day..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 3.31

pierwszy dzień w nowej pracy wypadł obiecująco. mnóstwo muszę się jeszcze nauczyć, ale jak mawiał Einstein (a może Sokrates?), czym więcej się uczysz, tym więcej zauważasz możliwości doskonalenia się. najważniejsze, że mój angielski nie jest taki zły, a najmilsze, że przyjęto mnie serdecznie. na firmowym intranecie poświęcono mi nawet całego newsa (!!). oto przeklejony on:

News
Welcome Tomasz Ankudowicz


08:06:00, 01 December 2006 | News / Announcements

Posted by James Spafford

Hiring one Tom / Thomas wasn’t enough for NCsoft. Two Toms only wet the appetite, and the recent acquisition of the third Tom still wasn’t enough to quench NCsoft’s thirst for Tom.

That’s why we hired Tomasz. He may spell his name slightly differently but do not be fooled, this is another of the same breed, and our Tom count is now at a mighty 4.

Tomasz hails from Poland, where he has worked in or trained in many, many areas including HR management, retail, IT services, programming, networking and localisation. And it’s that last one that’s the key – because today Tomasz joins us as a Localisation Linguistic Manager. What’s that? I don’t know. But luckily (and thankfully seeing as he hired him) David Bonin does: “he’ll be managing the linguistic resources for Eastern European Territories, with maybe some translation thrown in” well that clears that up then!

I asked Tomasz’s good friend Marek for some interesting info on him, maybe some dirt.

“He’s interested in many things, from programming, through chess, football, cutting my hair off, when I’m drunk, traveling, reading books, chess, football, chess & etc. Oh one more thing! Both me & him are heavily addicted to sunflower seeds..[..]”

and I guess that clears that up too!

a po pracy uroczyście nawaliłem się Guinessem i dwoma Grolschami. maras mówi, że takie szybkie tempo to wina morskiego powietrza, ja myślę, że to przez ten stres. w każdym razie, było miło. dobranoc.

5.

lut
006;

kolejne wrażenia..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 2.41

każdego dnia Wielka Brytania przedstawia mi definicję swojej pogody. i nie chodzi o to, że pada, bo pada wszędzie. tu jednak, jak na jakimś górskim szczycie, pogoda zmienia się co kilka minut. dzisiaj rano na przykład lało poziomo.. wiatr był tak silny, deszcz tak rzęsisty, że przez moment miałem obawy, czy szyby w oknach wytrzymają. i padało tak sobie kilka minut, po czym.. wyszło słońce, na niebie, na małą chwilę pojawił się błękit. pomyślałem: to dobry moment na wyjście do firmy. wyszedłem i .. wszedłem do pracy przemoczony, od blond włosów, do nowych butów z Kłobucka. a moja kurtka, zamiast chronić od deszczu, zachowuje się jak gąbka, więc najwyższy czas poszukać czegoś bardziej odpowiedniego na tą szerokość geograficzną..

wciąż mam problemy z kierunkiem ruchu pojazdów. jako że samochodem tutaj ani nie jeżdżę, ani tym bardziej go nie posiadam, mój problem dotyczy wyłącznie chodnika i przejść na drugą stronę jezdni. za cholerę nie mogę zapamiętać w którą stronę powinienem spojrzeć przy przekraczaniu ulicy. to niby proste: w przeciwną niż u nas. ale to proste nie jest, mylę się notorycznie, a aby nie zginąć tu marnie pod kołami rozpędzonego autobusu, patrzę jak oszalały na wszystkie kierunki. oni mają taki dziwny system, niby droga ma dwa pasy, ale za tymi pasami jest jakiś szczególny odcinek drogi jednokierunkowej. plus jest taki, że tu nikt nie czeka na zielone światło, przechodzi się zawsze i wszędzie tam, gdzie droga jest wolna. lewostronny ruch dotyczy także chodnika; kilka razy zderzyłem się już z innymi pieszymi, bo oni twardo stąpają po swojej stronie i nie są skłonni pomóc obcokrajowcowi. o tępym wpatrywaniu się w witryny sklepowe nie ma więc mowy..

w pracy super: coraz więcej znajomości, zwiększa się grupa twarzy przeze mnie rozpoznawalnych, pamiętam nawet te skomplikowane światowe imiona, jak Foucauld, Cintzia czy May.. wczoraj po raz pierwszy grałem z NCsoft team na hali w piłkę -- w drużynie z brytyjczykiem, dwoma niemcami i francuzem, który kilka lat mieszkał na Węgrzech. dzisiaj już tłumaczyłem, choć z ważniejszych zadań należy wspomnieć o konferencji telefonicznej (kilka sekund nad tym sformułowaniem myślałem, bo przecież prościej powiedzieć: phone conf) z chłopakami ze Seattle na temat odmiennych reguł gramatycznych j. polskiego, a z rzeczy śmieszniejszych o przygotowywaniu słownika wyrazów zabronionych do najnowszej edycji gry Guild Wars. amerykańcom nie przyszło do głowy skomplikowanie polskiej gramatyki, przez co nie uwzględnili w kodzie programu możliwości występowania odmian. mamy więc zwroty w stylu: ciężki tarcza czy kryształowy zbroja.. przy bad language filter miałem natomiast straszny ubaw, tu także nikt nie spodziewał się tak ogromnych możliwości poetyckiej naszego języka. nie zdawali sobie sprawy, że mamy tyle seksualnych określeń i taką różnorodność znaczeniową znanej już ze starożytności 'kurwy'. musiałem także wyodrębnić pozycję blokowanego członu w wyrazie lub w całym zdaniu. przykładowo: ustalając blokadę zaczynającą się od: 'jeb' uwzględniłbym zarówno 'jebany', jak i 'jebaj się' czy 'jebię'. ale przeszło by już: 'pojebany', czy 'zajebana'. taka językowa zabawa :)

z technicznego punktu widzenia, mam tu najszybszy komputer świata, a pracuje się na dwóch monitorach, bo to pomaga w wydajności..:P

18

sty
2007

beacon

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.53

przemierzając południowe wybrzeże Wielkiej Brytanii, wychodząc z Dover i kierując się na zachód w stronę Portsmouth, dojdzie się do Brighton. utrzymując kierunek zachodni miniemy Marinę, następnie molo Palace Pier, a przy odrobinie wysiłku także pałac Royal Pavilion. co wytrwalsi miną oceanarium Sea Life Centre, zamknięte od 1975 roku molo West Pier, wielki skwer poświęcony pamięci którejś z koronowanych głów brytyjskich, boisko do koszykówki, miejsce do gry w bule, dochodząc wreszcie do małej osady rybackiej. ci bardziej światowi dotrą w końcu do Hove -- miasta, które wspólnie z Brighton tworzy wcale nie małą nadmorską aglomerację. miną liczne hotele, miną przystań surferów, mały park wodny, kolorowe budki plażowe, by przy jeszcze większym wysiłku dotrzeć do plaży piaszczystej. i właśnie tam, w miejscu gdzie kończą się kamienie, postanowiono przypomnieć historię..

postawiono średniowieczną latarnię morską zwaną BEACON, jedną z tych, które w roku 1588 uformowały sławną brytyjską narodową sieć sygnałów świetlnych, których głównym zadaniem było wczesne ostrzeganie ludności cywilnej i wojska przed zbliżającą się Grande y Felicísima Armada, czyli Wielką Armadą Hiszpańską. 19. czerwca 1988 roku Jego Ekscelencja Jim Buttimer postawił tu replikę takiej latarni morskiej, aby w ten sposób upamiętnić 400-rocznice tego wydarzenia. oczywiście latarnia morska jest tu pojęciem na wyrost -- w rzeczywistości postawiona replika składa się z drewnianego słupa zakończonego metalowym 'koszem' wypełnionym materiałami palnymi.. zastanawiam się, jak wyglądała praca operatora takiej latarni -- od ciągłego wypatrywania się w rozległe wody oceanu można było oszaleć, a była to praca odpowiedzialna. w końcu to ważny punkt średniowiecznej obrony kraju..

replikę latarni umieszczę w lutowym fotoblogu..

20

lut
2007

lewes

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.24

Lewes to historyczne miasteczko we wschodnim Sussex, leży nad rzeką Ouse, jakieś 10 mil na północny wschód od Brighton. podróż piętrowym autobusem trwa ok pół godziny, dojechać tam można liniami 28, 28a lub 29 za 2 funty w jedną stronę -- ja wybrałem 29, co nie było rozwiązaniem ani lepszym, ani gorszym. choć, gdy się tak powazniej zastanowić, to trafił się wporzo kierowca, z którym można było chwilę pogadać, jechał pewnie i wcale nie zwalniał tam gdzie teoretycznie powinien.. znalazłem się tam więc 17. lutego bez jakiegoś większego planu, bez ustalonego harmonogramu dnia.

na moście przy głównej ulicy na wprost browaru Harvey stali kolesie o zmęczonych twarzach i tradycyjnie czekali, aż dzień przyniesie jakąś okazję albo niespodziankę. dwóch odważniejszych wystukiwało coś na bębenku, jakaś dziewczyna w berecie próbowała śpiewać. pod tym względem uliczni artyści nie róznią się za bardzo od tych w innych krajach. było też kilku meneli ubranych w to, co znaleźli lub w to co ukradli. choć to nie było najważniejsze. najważniejszym był fakt, że przez miasto przemawiała historia..

nazwa Lewes wywodzi się z anglosaksońskiego słowa 'hlew', co oznacza wzgórze. rzeczywiście miasteczko położone jest na wzgórzu i jak głosi wieść stugębna, wywodzi się z czasów, gdy spokojna wówczas wieś leżała na dnie doliny, a kamienne kościółki na pagórkach czuwały nad jej pomyślnością. w roku 1264 miała tu miejsce jedna z ważniejszych bitew tamtych lat -- już wtedy nad miastem górował potężny zamek, a badania dowodzą, że niektóre z dzisiejszych kościołów także już istniały. dzisiejsze Towarzystwo Archeologiczne ma masę roboty.

ja skupiłem się na chodzeniu wąskimi brukowanymi uliczkami i podziwianiu starych domków. zrobiłem kilka fotek starego miejskiego zegaru i udałem się w stronę zamku i przyzamkowego muzeum. budynek był wypełniony wszelakimi pamiątkami, bilety sprzedawała młoda, niezbyt urodziwa dziewczyna. zapytała, czy jestem studentem, oczywiście odpowiedziałem, że jestem. sprzedała mi bilet ulgowy za 4.2 i zaprosiła na show, strasznie sie przy tym denerwujac. gdy zapytałem o jaki show chodzi, to wyjaśniła, że świetlny (light show), ale ze kilka świateł nie dziala.. była poważna i wyglądała na głęboko wierzącą w swoją misję i wpływ historii tego miejsca na losy świata.. muzeum przedstawiało kilkutysięczne losy ludzkości tych ziem, począwszy od ery kamienia, poprzez wynalazki ery brązu, żelaza i rewolucji przemysłowej. wykopaliska celtyckie przedstawiały pierwsze bronie, narzędzia i inne takie pierdoły, które zwykle przewijają się w tego typu miejscach..

sam zamek to dość dobrze utrzymana budowla, ciepły wiatr na baszcie miło zapowiadał pierwsze oznaki wiosny. widok był fajny, z jednej strony na część południową w stronę morza, z drugiej na wzgórze i pozostałą część miasteczka. baszta wypełniona jest licznymi rysunkami, militarnym ekwipunkiem średniowiecznym i licznymi strojami, które można nawet przymierzać. nie próbowałem wciskać się w te suknie, bo nie lubię koronek.. na dziedzińcu znajduje się rosyjskie działo z 1800-któregoś roku. nie pasuje do tego miejsca i nie wiadomo jakim cudem się tu znalazło. tzn wiadomo, bo była tabliczka, ale nie doczytałem, bo mi się sikać chciało..

najważniejszym, chyba, duchem Lewes są liczne kościoły. jest ich sporo, jak na takie małe miasteczko.. a wśród nich przykościelne cmentarzyki. przystanąłem na jakiś czas i poświęciłem kilka chwil na odczytanie dat z nagrobków. 1795, 1828, 1919, 2001. nie było to smutne miejsce, choć bardzo nostalgiczne. krzyże pokryte kilkudziesięcioletnim zółtawym mchem, kamienne tablice najczęściej poprzechylane, tak jakby uciekający czas chciał podkreślić rolę pamięci w naszym życiu. w moich fotkach z tego miejsca wykorzystalem sepię, to pomaga w stworzeniu atmosfery, sztucznie dodaje lat, skłania do refleksji. ale to nie było smutne -- nagrobki czasem 10 (!) metrów od domów prawdopodobnie są dla miejscowych zbyt neutralne, zbyt normalne. zresztą jest to jedyny sposób na to, by sens życia nie podciął nam nóg, jak w 'Time', kultowej piosence Pink Floydów..

And you run and you run to catch up with the sun, but it's sinking
And racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way, but you're older
Shorter of breath and one day closer to death
w każdym razie warto czasem zastanowić się nad czasem.. wszystkie te pagórki, rzeki, kamienie.. ten zamek, kościoły, wykopane z ziemi narzędzia. tyle już przeżyły, tylu wydarzeń były świadkami i będą znacznie dłużej, gdy mnie już tu nie będzie, odporne na zmiany pór roku i pogodę..

01

kwi
2007

on the road..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 10.55

tej książki szukałem latami.. jeśli jest bowiem jakakolwiek pozycja podróżnicza, która ukazuje przemierzanie zachodu Stanów Zjednoczonych w tak niekonwencjonalny sposób, która jest głosem ówczesnych młodych ludzi, ich reprezantacją, ucieczką od codziennych problemów, to na pewno jest to 'on the road' Jacka Kerouaca. książka kultowa, osadzona w realiach powojennych, swoista realizacja Amerykańskiego Snu o Wolności, wiesz, Route 66, Kalifornia i te klimaty.. nie czytałem tego przed moją wyprawą na Zachód, bo moje poszukiwania tej pozycji były, delikatnie mówiąc, nieudolne i nieskuteczne. tutaj w Anglii zauważyłem natomiast występowanie narodowego fioła na punkcie książek używanych. sobotnia wyprzedaż książek na chodnikach bocznych uliczek, dziesiątki antykwariatów z półkami na zewnątrz, markety książkowe na plaży -- wszędzie drukowany papier, choć osobiście wątpię, aby Angole byli tak zaczytanym narodem. przeszukując liczne tytuły zawsze pytałem o 'w drodze', bo przeżywam ostatnio drugą młodość zgłębiania literatury podróżniczej. pechowo nikt tej książki nigdy nie miał.. aż do wczoraj, gdy gościu z zaprzyjaźnionego antyriatu wyciągnął rękę robiąc pół kroku w prawo i naturalnym ruchem podał mi poszukiwany tytuł za darmowe wręcz 2.95. wyobrażam sobie, że wyglądałem przekomicznie: w zasadzie pytanie to było tak częste, że wcale nie spodziewałem się sukcesu, a tu koleś robi coś najnormalniejszego na świecie, jakby każdego dnia podawał komuś 'on the road', wiedząc gdzie dokładnie leży, jak wygląda i co znajduje się na 135 stronie. dokładnie jakby sam kiedyś przemierzył rozgrzane słońcem bezdroża Dzikiego Zachodu.. zabieram się więc za lekturę -- oryginał zobowiązuje.

***

wrzuciłem nowe klimaty na fotoblog -- jeszcze większość z cyfrówki, ale już udaje mi się pstrykać więcej ludzkich twarzy. w końcu może zrealizuje podział: ludzie i momenty na 'fotoblogu', miejsca w 'podróżach'. z lustrem biegam każdego dnia, to potężna maszyna, do której dopiero JA muszę się dostosować i przyzwyczaić, bo to zupełnie inny świat niż w standardowym cyfrzaku. wczoraj uciekł mi fantastyczny moment -- modelowy wręcz klimat na zajebistą fotkę: wieczorna plaża, czerwona kula słońca nad samym horyzontem, ekipa z amatorską kamerą filmową na solidnym statywie kręci film; reszta ekipy (występująca w roli aktorów) tańczy przed zachodzącym słońcem, jakaś laska z lampką szampana, jakiś koleś za nimi gra na gitarze. kręcili sobie film, a ja miałem przy sobie aparat -- taki moment zwany idealnym. niestety spieszyłem się strasznie, bo mało co już było widać, a zostawiłem 4 kilometry dalej na plaży małą część mojego obiektywu :) wiedziałem gdzie wchodziłem na plażę, wiedziałem gdzie z niej schodziłem i jakimś cudem, po 10 krokach wśród kamieni ową część odnalazłem..

***

a w piątek stuknęły nam z Agatą 2 latka -- 731 dni razem -- dzięki za wszystko Misiaku :*

09

kwi
2007

wielkanocne podróżowanie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 20.00

cztery wolne dni pozwoliły mi wreszcie ruszyć się za miasto -- odwiedziłem kilka fantastycznych miejsc, w skrócie: 300km samochodem, 30km pieszo, ok 400 fotek. po kolei:

Netley Abbey, hrabstwo Hampshire

abbey to opactwo, czyli zespół historycznych budowli przeznaczenia religijnego wznoszonych przed wiekami przez mnichów. pierwszym tego typu urokliwym miejscem, na które się natknąłem w Anglii były ruiny w miasteczku Netley, niedaleko Southampton. zespół budynków wznoszonych ok. roku 1239 składał się oczywiście z kościoła oraz z mniejszych zabudowań, które łącznie składały się na dużych rozmiarów klasztor. do roku 1700 Netley Abbey było zamieszkiwane, później, gdy miejsce zostało porzucone, rozpoczęła się kariera jednego z najpiękniejszych na południu Anglii obiektu fotograficznego. eksploracja tego miejsca to jak wędrówka w czasie: porusza się po małych niezadaszonych pomieszczeniach, przechodzi się przez kolejne drzwi, mija toalety, pomieszczenia pracy, szpital, by wreszcie dojść do ogromnego miejsca, które kiedyś było świątynią. jest w tym coś niesamowitego -- samotna wędrówka przez opustoszałe ruiny, przy święcącym słońcu, po zielonym trawiastym dywanie. wspaniałe gotyckie łuki, gdzieniegdzie z murów kwitnąco wyrastają żółte kwiaty, a przez jedno z pomieszczeń nadal przepływa strumień -- pozostałość pomysłu gwarantującego budowli stały dostęp do krystalicznej wody.. miejsce fantastyczne i jak napisali w przewodniku: hidden in a leafy corner that seems worlds away from the suburbs of Southampton that surround it..

omijając Southampton na które jeszcze pzyjdzie czas udaliśmy się do Winchesteru. to piękne średniowieczne miasteczko, gdzie naszym celem była Winchester Great Hall z historycznym Okrągłym Stołem kojarzonym głównie z rycerzami Króla Artura. gdy jednak okazało się, że to fake i że obraz stołu został namalowany w roku 1522 miejsce to opuściliśmy skupiając się na obiedzie i znanej, wzniesionej w XI wieku katedrze. była ona świątynią Zakonu Benedyktynów, pozostała od czasu Reformacji macierzystym kościołem Diecezji Winchesterskiej i domem dla społeczności ludzi, którzy pracują dla chwały Boga i dla tworzenia lepszego świata. całkiem ciekawie prezentują się tereny przykościelne zwane 'the Close', gdzie wśród zieleni odpoczywają turyści jedząc i pijąc wśród grobów różnych średniowiecznych postaci. przekomicznie wyglądała scena młodzieżowego pijaństwa siedzącej okrakiem na grobach ekipy..

wieczór Wielkiego Piątku zarezerwowaliśmy sobie dla Stonehenge w hrabstwie Wiltshire -- dla surowych kamiennych bloków, które od lat otacza aura odwiecznej tajemniczości. kto i kiedy wzniósł tą budowlę? w jakim celu podjęto się tak trudnej jak na owe czasy pracy? teorii dotyczących Kamiennych Kręgów (z języka staro-angielskiego: stan oznaczało kamień (ang. stone), a hencg -- otaczać (ang. hinge)) powstały setki, niektóre poparte naukowymi badaniami, a inne zupełnie niedorzeczne. dowiedziono, że Stonehenge powstawał przez kilkaset lat ery megalitu, począwszy od roku 2950 pne, jednak miejsce na którym powstała budowla zyskało znaczenie kulturowe jeszcze wcześniej -- świadczą o tym liczne groby w okolicy. sama budowla składała się z dwóch kręgów ułożonych w kształcie podkowy -- jej oś wskazuje wschód Słońca w okresie przesilenia letniego oraz kierunek zachodu Słońca podczas przesilenia zimowego. pierwsza grupa kamieni pochodzi z okolic Marlborough (35 km stąd), druga -- aż z płd-wsch. Walii, 250 km od Stonehenge. wiele powstających przez lata teorii dowodzi, że miejsce i sam kształt Kręgów świadczą o ogromnej wiedzy mieszkańców Ziemii sprzed 5000 lat, że dokładnie zbadano ruchy Księżyca, że znano terminy zaćmień Słońca, znano wszystkie (!) planety układu słonecznego, potrafiono przewidywać kulminacyjne dla życia na Ziemi momenty w roku.. okazuje się bowiem, że pradawna astronomia stanowiła istotną część życia społecznego i systemu światopoglądowego..

mój pierwszy 'kontakt' ze Stonehenge to gra komputerowa Moonstone z 1993 roku, która zawładnęła moim umysłem. po latach udało mi się wreszcie dotrzeć na tą wietrzną równinę w okolicy miasta Salisbury i choć oficjalnie na teren budowli nie wszedłem -- Stonehenge zrobiło na mnie duże wrażenie. napisano, że Stonehenge ma ogromny dar do rozczarowywania odwiedzających -- dwie ruchliwe autostrady, komercyjny parking, itp. dla mnie jednak było coś wspaniałego w fakcie, że stoję nieopodal (przeskoczyliśmy z ziomalami przez płot i leżąc na starym jak świat kurhanie pstrykaliśmy fotki) tak znanej i tajemniczej budowli. co myśleli jej twórcy? czy zdawali sobie sprawę, że tworzą coś historycznego? czy wiedzieli, że 5 tysięcy lat później ludzkość wciąż będzie miała problemy z rozwikłaniem ich zagadki? pewnie nie wiedzieli, że pewnego kwietniowego wieczoru taki jeden zwykły tomxx, który urodził się 1500 km od tego miejsca, przyjrzy się ich dziełu, przeczeka na trawie do zachodu słońca, by później w skupieniu zrobić fantastyczne zdjęcia.. pewnie nie wiedzieli, pewnie nie myśleli wówczas o tym, mieli inne zmartwienia..

kolejny dzień upłynął mi na wędrówce wzdłuż South Down trail. to jeden z najpiękniejszych i najefektowniejszych szlaków turystycznych w Anglii. to trasa, która oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności -- to get away from it all, jak mawiają miejscowi. rozciąga się na długości ponad 100km południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii od Eastbourne do Winchesteru, charakteryzując się malowniczymi trawiastymi przestrzeniami, pofałdowaniem terenu i potężnymi wapiennymi śnieżnobiałymi klifami. trasa może być pokonana pieszo w ok. tydzień, konno lub rowerem w 2 dni (na całej długości występują liczne schroniska). począwszy od kurortu Eastbourne (który, jak każdy szanujący się angielski kurort wyposażony jest w ogromne molo), kierując się na zachód szlak pokrywa się ze starymi ścieżkami i drogami, niestety jest to tak popularne miejsce, że częstotliwość występowania istnień ludzkich zbliżona jest do naszych Tatr w długi weekend majowy. ja przeszedłem szlakiem ok 12km, do parku krajobrazowego przy klifach zwanych Seven Sisters. jednak najpiękniejszym momentem wędrówki jest..

Beachy Head -- malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się 162m nad poziom morza. miejsce to nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego gdzie oznaczała Przepiękny Przyczółek. znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni 'spanish ladies', czy jak kto woli -- 'hiszpańskie dziewczyny':

The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
po naszemu trochę inaczej, jednak kultowo i pięknie:

A potem znów żagle na masztach rozkwitną,
Kurs szyper wyznaczy do Portland i Wight,
I znów stara łajba potoczy się ciężko
Przez fale w kierunku na Beachie, Fairlee Light.

legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (czyli Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma jasnymi światłami, które widoczne są do 26 mil morskich od brzegu, na skutek erozji znajduje się już 17m od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka.. choć nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem to na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji -- myślę nawet, że nie tylko ja, wystarczy spojrzeć na całą masę odwiedzających to miejsce turystów. wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno biało-czerwonego budynku..

Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób -- ja zauważyłem 3 krzyże, na dwóch były imiona: Michael i Maggie.

18

cze
2007

stopem przez Sussex

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.54

wczorajszy wypad pognał mnie aż na koniec East Sussex, do samej granicy z hrabstwem Kent. w planach miałem kierunek dokładnie odwrotny: chciałem obejść, a raczej objechać całą Isle of Wight przy Portsmouth. kupiłem już nawet mapę, ale sobota była deszczowa, więc został tylko jeden dzień..

za 14 funtów kupiłem bilet na pociąg w dwie strony na trasie Brighton -- Rye. Rye (czyt. 'raj') to niewielke malownicze miasteczko o historycznym znaczeniu i charakterze. pięknie odnowione zachowało charakter osady z XI (!!) wieku, żyje głównie z turystów nadciągających zarówno lądem (przez Rye przechodzi stary szlak wytyczony jeszcze przez Rzymian), jak i morzem. Rye leżało kiedyś nad samym kanałem, obecnie wody cofnęły się o ok 3km i zamek (znany pod nazwą Ypres tower), który przed wiekami strzegł południowego brzegu Sussex (a później Normanów, których do zdobycia południowych ziemi Wielkiej Brytanii poprowadził Wilhelm Zdobywca), obecnie strzeże .. rozciągających się aż po horyzont pól. główne zabytki miasteczka skupione są przy Marmaid street -- wykładanej grubym kamieniem wąskiej uliczce, ponoć z 1066 roku; należą do nich głównie puby, które w większości odrestaurowano na wzór swoich pierwowzorów z przeszłości. do Rye planuję wrócić pod koniec lipca tego roku, kiedy odbędzie się tam festyn Oblężenia Rye (The Siege of Rye) -- inscenizacja średniowiecznego oblężenia zamku, turnieje rycerskie, zawody łuczników i inne tego typu ciekawe zabawy..

drugim punktem programu był oddalony o 20 km od Rye zamek w Bodiam. postanowiłem, że po raz pierwszy w UK pokonam tę trasę .. autostopem -- częściowo poszukując wrażeń, częściowo nie mając innego wyjścia, gdyż nie kursuje tam ani pociąg ani autobus. wychodząc z Rye drogą numer A268 na północ po ok 2 minutach machania zdobywam pierwszy samochód. miłe małżeństwo w starszym wieku podwozi mnie pod sam zamek, znacznie nadkładając drogi, gdyż sami mieszkają w zupełnie innym kierunku. cały problem, a może właśnie przyjemność (cóż, na pewno wyzwanie) w podróżowaniu na stopa leży w konieczności wywarcia miłego wrażenia na swoim kierowcy. pisał już o tym Kerouac w On the road, a później Kinga Choszcz w Prowadził nas los -- pierwsze kilka minut (a może sekund?) należy poświęcić na uspokojenie i upewnienie kierowcy, że nie zrobił błędu zapraszając do własnej bryki obcego autostopowicza. umiejętność zjednania sobie ludzi podczas krótkiej rozmowy decyduje o atmosferze jazdy, a czasem może zapewnić dodatkowe bonusy, jak w moim przypadku..

zamek w Bodiam można zaliczyć do kwintesencji zamkowości: cały otoczony fosą, z wieżą na każdym z boków, otoczony wysokim murem.. nic dziwnego, że w głosowaniu dzieci na najpiękniejszy brytyjski zamek zwyciężył właśnie ten. podobnie jak inne zamki na południu Anglii, także ten powstał w średniowieczu w celu obrony przed najazdami hord rozwydrzonych Francuzów. oprócz kupy kamieni warto zwrócić uwagę na most (przed setkami lat były to 3 zwodzone mosty) prowadzacy ponad fosą oraz na .. ryby w owej fosie pływające: wyglądało mi to to na karpie, ale tak strasznie spasione, że czegoś podobnego w mojej długiej karierze wędkarskiej nie złowiłem nigdy). przed zamkiem spotkałem kolesia z Nikonem D200 na statywie i takim samym jak mój obiektywie. no i się zaczęła dyskusja o fotografii, miejscach wartych opstrykania, trikach i sposobach łapania ostrości. co ciekawe, gość mieszka w Burgess Hill, a sklep, w którym kupiłem akcesoria fotograficzne należy do jego przyjaciela.. opstrykałem jeszcze zamek z małego wzgórza z winnym gronem i ruszyłem w drogę powrotną, w stronę Hastings.

tym razem przeszedłem ok 4km do skrzyżowania drogi z Bodiam z Junction Rd, która leci bezpośrednio na południe kończąc się nad samym wybrzeżem w Hastings. tutaj zeszło mi na machanie dobre pół godziny -- w końcu zatrzymał się gościu i podwiózł mnie do samego dworca kolejowego. od razu wiedziałem, że jest wporzo -- na przednim siedzeniu miał plecak i trekkowe buty. okazało się, że zajmuje się wspinaczką, Polskę zna tylko z tatrzańskich szczytów, a jego ulubionym miejscem wspinaczkowym jest czeski Liberec. rozmawialiśmy o sytuacji gospodarczej naszych krajów, o roli Polaków w rozwoju UK, o podróżach, mentalności i jeździe na stopa. W Hastings ruiny zamku były już zamknięte więc z kubkiem mocnej kawy wpakowałem się do pociągu w powrotną podróż planując już miejsca na kolejne, znacznie dalsze wypady! fotki z wyjazdu w lipcowym fotoblogu.

11

lip
2007

Kentish Tour de France

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.26

najbardziej znany światowy wyścig kolarski -- Tour de France, wzorem lat poprzednich wyjeżdża poza kraj ojczysty i zahacza o inne europejskie państwa. tegoroczna edycja rozpoczęła się w sobotę w Londynie, a po etapie czasowym przyszła pora na pierwszą jazdę szosową -- na południe w kierunku Francji. nafaszerowane sterydami chłopaki jechały do historycznego miasta Cantenbury, a ja przeciąłem ich tor nieco wcześniej, w miasteczku Tonbridge w hrabstwie Kent..

pierwsza zaskakująca sprawa: tłok w pociągach. wbrew temu co mówi Wiewióra (a co podobno pisali we francuskich gazetach), Angole tłumnie stawili się na trasie wyścigu, choć oczywiście nie mam pojęcia ile osób dopinguje kolarzy we Francji. w pociągach tłok, pot, przekleństwa i gorączkowe spojrzenia -- głównie przez to, że jajogłowi Angole nie wiedzą, że należy się przesunąć w stronę środka składu. wydaje mi się, że nie znają takiego pojęcia, jak zapełnione środki komunikacyjne i osobiście wiele dałbym, aby ujrzeć ich w pociągu z Katowic do Gliwic w godzinie szczytu.. miasteczka na trasie przejazdu pełne. trzeba im przyznać, że organizacja wspaniała: festyny, występy, prezenty, wsparcie informacyjne, ulotki, na każdym kroku woda..

jakieś 2h przed kolarzami trasa wyścigu zapełnia się tzw. public caravanem -- różnymi dziwnymi pojazdami, głównie sponsorów wyścigu. zewsząd muzyka, tańce i zrzucane z platform upominki. fajnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że 100% jadącej kolumny to samochody francuskie. widać oprawa weszła Żabojadom w krew i z roku na rok są coraz lepsi. to nie pierwszy rok, w który wyścig pojawił się na terenach Wielkiej Brytanii i widać to było po miejscowych, ryczących na nastolatki skaczące na platformach jak my na stadionie Górnika.. po caravanie postanowiłem opuścić miłe Tonbridge i udać się drogą przejazdu wyścigu w stronę Royal Tunbridge Wells, jakieś 10km. i właśnie po opuszczeniu miasteczka zobaczyłem piękną i subtelną różnicę. otóż wszystkie mijane wiochy wypełnione były Angolami, którzy na ten dzień wyprowadzali się z domu na ulicę. na chodnikach ustawiane były krzesła, stoły i grille. na płotach powiewały brytyjskie flagi, obficie lało się wino. widać było, że dla mieszkańców wiosek na trasie przejazdu to duże święto i każdy -- młody, stary, interesujący się kolarstwem, czy nie -- postanowił wziąć w nim udział..

sam przejazd trwał sekundy. najpierw pięciu kolarzy z grupy uciekinierów, po jakichś pięciu minutach przemknął cały peleton. za dużo z tego momentu nie pamiętam, bo skupiłem się na pstrykaniu zdjęć. po 20 sekundach było po wszystkim -- that's it, jak powiedziała jedna ze stojących obok mnie starszych pań. po przejeździe peletonu mijali mnie jeszcze amatorscy kolarze, którzy przemierzali trasę wyścigu po swoich bardziej znanych idolach. trasa opustoszała, ale bawiący się Angole przez długie godziny piekli kiełbaski, tłumnie wypełniali klimatyczne puby, ciesząc się fenomenem dnia.. plusy na hrabstwa Kent są podobno ogromne. najwyżej ceni się rozległe relacje i reklamę tego regionu -- Kent nazywane jest Ogrodem Anglii (Garden of England), a piękne widoki i rozległe zielone przestrzenie mają przyciągnąć turystów, którzy do tej pory skupiali się na Londynie. miejscowi zdawali sobie sprawę, jak medialne to wydarzenie, ale myślę, że takie momenty są głęboko zakorzenione w ich mentalność. część z mojej pieszej wędrówki przeszedłem z Nowozelandczykiem, który opowiadał, że cała otoczka wygląda fajnie, ale u nich, życie rodzinno-przyjacielskie jest kilka razy bardziej rozwinięte. nie chciałem mu mówić, jak to wygląda w moim kraju..

23

lip
2007

Portsmouth, czyli pan już tu był..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.27

(na początek należy zapodać sobie melodię dla zapewnienia klimatu)

zimne północne wiatry zagnały mnie 80 km na zachód -- do Portsmouth w hrabstwie Hampshire. przeciętnemu Polakowi ów miasto kojarzy się (nie mylić z ignorantami, którym, niczym Amerykanom, nie kojarzy się z niczym) z potężnym portem marynarki wojennej, odgrywającym kolosalną rolę podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. jednak już znacznie wcześniej miasto przeszło do legend będąc główną bazą dla imperialnej wówczas floty Zjednoczonego Królestwa -- wystarczy wspomnieć sławną bitwę pod Trafalgarem (21 paź 1805, w której flota brytyjska rozgromiła zjednoczone siły francusko-hiszpańskie i śmierć dowódcy eskadry angielskiej, admirała Nelsona). największym skarbem miasta jest więc historyczny port (historic dockyard) wraz z historycznymi zabudowaniami i infrastrukturą oraz nowoczesną przebudową, na którą w ostatnich latach wydano ponad 300mln funtów.

'Portsmouth'

Do Portsmouth do Portsmouth To piękne miasto jest Tam wypijemy wina dzban i zabawimy się Za dzielny statek co nas wiódł Szklanice wznieśmy też Gdy forsę puścimy pójdziemy w nowy rejs
spacer po porcie stawia przed naszymi oczami wszystko to, czym żyli przed laty ludzie morza. mamy tu stocznię, suchy dok, magazyny, porozrzucane tu i ówdzie części statków, muzea, morskie restauracje, pomniki uznanych osób, centra multimedialne, no i przede wszystkim statki. do najbardziej znanych należą:

:: HMS Warrior -- zbudowany w 1860 roku, pierwszy światowy statek oceaniczny nazwany statkiem wojennym (battleship). więcej informacji w wikipedii.
:: HMS Victory -- zbudowany w latach 1759-1765, 104-działowy liniowiec wsławiony w bitwie pod Trafalgarem. więcej informacji w wikipedii.
:: wrak Mary Rose -- największy XVI-wieczny okręt królewskiej floty wojennej w Wielkiej Brytanii. zbudowany w latach 1509-10, posiadał aż 91 armat, zatonął niespodziewanie 19 lipca 1545 roku i do roku 1982 (!!) spoczywał na dnie cieśniny Solent, znajdującej się pomiędzy wyspą Wight i Anglią. na początku lat siedemdziesiątych okręt został odnaleziony, a w 1982 roku wyciągnięty na powierzchnię..

'Royal Oak'

Trzy spaliliśmy, trzy poszły na dno, Trzy dały dęba, gdy trwała ta noc. A ostatni pryzem na hol wziętym był, By w Portsmouth świadczyć o układzie sił.
wstęp do portu jest darmowy, ale już zwiedzanie muzeów i statków jest płatne, a cena biletu na wszystkie atrakcje wynosi tyle, ile kosztował mój marcowy lot do Polski :) tak czy inaczej wbiliśmy się w kilka miejsc na, jak to mówi Łuki, krzywy ryj. oprócz tej prostackiej metody udało nam się znaleźć jeden bilet, a wchodząc na jego podstawie do jednego z muzeów pani na bramce delikatnie mi zwróciła uwagę, że .. 'pan już tu był'. równie grzecznie udałem zdziwionego, przeprosiłem panią (ona mnie, niczym wytrawna Brytyjka, również) i wyszedłem..

następnie wjechaliśmy (bilet: 6 funtów) na górę 170 metrowej wieży widokowej Spinnaker tower, z której rozciąga się niezapomniany widok na Portsmouth (i kilka innych przyległych miasteczek), port, zatokę i wyspę Isle of Wight. widok przecudowny, który mogę porównać, jak na razie, tylko z widokiem z góry Empire State Building oraz z najwyższego tarasu widokowego wieży Eiffela. wieża przypomina wydęty wiatrem żagiel, co wg architekta Scotta Wilsona ma symbolizować morską historię miasta. więcej informacji o tej wspaniałej budowli dostępnych jest, jak zwykle, w wikipedii. później przeszliśmy się miłymi portowymi uliczkami, oglądając architekturę mieszkalno-magazynową oraz puby -- pozostałości sprzed kilkuset lat morskich opowieści.

'Czarnobrody kapitan'

Z Portsmouth ogłosił nagrodę za nasz bryg, Złoto za naszą śmierć. Więc żywy dziś nie wyjdzie nikt, Kto Teacha pragnął mieć.
do Portsmouth wrócę na pewno -- po pierwsze, aby pokazać to miejsce innym, a po drugie, gdyż odchodzą stąd promy na wyspę Isle of Wight, na którą planuję się wybrać jeszcze tego lata na dwa weekendowe dni. warto również pospacerować wąskimi staroportowymi uliczkami miasta, obejrzeć stary fort obronny, powspominać żeglarskie dzieje w którymś z lokalnych, starych jak świat, pubów. i czasem posłuchać, co szanty mówią o tym pełnym wrażeń miejscu, bo oprócz nieśmiertelnych 'hiszpańskich dziewczyn' miasto jest wspominane w wielu innych morskich piosenkach..

29

sie
2007

Eastbourne

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 10.26

miasteczko Eastbourne na południowym krańcu Wielkiej Brytanii ma w sobie coś urzekającego. właściwie to nie wiadomo co: kurort nie przejawia takiej siły przebicia jak Brighton, choć oczywiście żyje z turystów i zostawianych przez nich pieniędzy z podobizną królowej. główną atrakcją miasteczka położonego w hrabstwie East Sussex jest plaża oraz skupiona przy niej zabudowa układająca się w długą na kilka kilometrów nadmorską promenadę. geograficznie miasto mieści się na południowym końcu obszaru South Downs (down w tym przypadku pochodzi od staroangielskiego dun, co oznacza wzgórze), czyli pagórkowatych zielonych terenów rozciągających się aż od pierwszych zabudowań Londynu. Eastbourne nie przyciąga ludzi młodych -- kluby nocne są tu rzadkością, więc trzeba traktować to miejsce jak nasz Ciechocinek, czyli miasteczko spotkań ludzi starszych. wikipedia kojarzy z Eastbourne dwie postacie: Alesitera Crowleya -- najbardziej zdeprawowanego człowieka świata, oraz Johna Bodkina Adamsa -- lekarza, seryjnego mordercę, podejrzewanego o uśmiercenie 163 swoich pacjentów..

W świecie miasto rozsławiają dwa wydarzenia: profesjonalny turniej tenisowy oraz najbardziej znane w UK pokazy samolotowe. International Women's Open to turniej na kortach trawiastych, który bezpośrednio poprzedza wielkoszlemowy Wimbledon. grała tam w tym roku także nasza Agnieszka Radwańska, ale odpadła już 2 II rundzie z późniejszą zwyciężczynią -- Justin Henin. drugie wydarzenie to 4-dniowy pokaz lotniczy Eastbourne Airshow, na który zjeżdża co roku kilkanaście tysięcy gapiów. wybrałem się na to cudo w tym roku z Marasem -- spędziliśmy cały dzień celując naszymi obiektywami w przelatujące cuda, a rozpiętość prezentowanych maszyn była, moim zdaniem, największym atutem pokazu. na dzień dobry zaprezentowała się drużyna Red Arrows, czyli Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii. później były znane wojskowe myśliwce Hawk, dwu śmigłowy helikopter Chinook, brytyjskie Tucano oraz akrobacyjne Tutory. mi najbardziej podobały się dwupłatowce rodem z II wojny światowej, choć zaimprowizowana bitwa powietrzna z niemieckimi Albatrosami (która, jakżeby inaczej, zakończyła się ku uciesze miejscowych zwycięstwem Sił Jej Królewskiej Mości :), nie była już tak okazała. było też wiele innych pokazów, ale wszystko przebiły dwa wydarzenia: pokaz myśliwca Eurofighter Typhoon oraz Jumbo Jeta 747, który .. wyłonił się zza wzgórz Beachy Head niczym szybowiec, czy paralotnia. warto było dać się przewiać, bo swoisty ryk silników i zapach spalanego paliwa to coś fantastycznie niepowtarzalnego..

31

sie
2007

South Downs trip

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 11.10

nasłuchując informacji o sytuacji w polskiej polityce można się załamać. coraz bardziej utwierdzam się w tezie, że rządzą nami ludzie, którzy odstają od szeroko pojętego kanonu zdrowia psychicznego. rządzą nami ludzie o skłonnościach paradoidalnych, kraj się nie rozwija, a pozostałe państwa UE patrzą na nas jak na idiotów. prace nad EURO nie posuwają się do przodu ani o krok, firmy bukmacherskie już przyjmują zakłady, czy Polska straci prawo do organizacji Mistrzostw Europy. banda nieudaczników i zakompleksionych karierowiczów powoduje, że na zachodzie już teraz postrzega się Polskę na równi z Białorusią.. Martin, Niemiec z mojej firmy, wysłał mi ostatnio link do wypowiedzi europosła Giertycha, w którym porównuje rządy kanclerz Angeli Merkel do wybryków Hitlera sprzed ponad 50 lat. Martin się oburzył, a po moim objaśnieniu sytuacji przyznał, że nie wiedział, iż takie osądy to odosobnione słowa niektórych polityków. media zachodnie uogólniają, przez co typowy chudy Niemiec nie zdaje sobie sprawy z aktualnej sytuacji w naszym kraju i myśli, że każdy Polak jest anormalny. taki właśnie funkcjonujący w świadomości społecznej uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości nazywa się fachowo stereotypem. ja miałem już okazję przekonać się, że Rumuni są całkiem normalnym narodem, dobrze, że teraz mam okazję prostować stereotypy, które kształtują postrzeganie Polski w bardziej rozwiniętych krajach..

jakby na przekór temu wszystkiemu zabrałem się ze statywem na wzgórza South Downs. byłem tam ostatni raz w lutym, a ciepłe powietrze pozwalało otrząsnąć się i skupić na czymś fajniejszym, niż polityka. podziwiałem paralotniarzy, którzy jakby wbrew prawom fizyki wzbijali się w powietrze kołując nad nami i unosząc się nierzadko przez 15-20 minut! przyszły mi na myśl słowa Einsteina, który powiedział kiedyś, że czasami wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, a wtedy przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. tak pewnie musiało być z tym sportem i wykonywanymi przez paralotniarzy lotami żaglowymi. zamieniłem z jednym takim hardcorowcem kilka zdań, a na pytanie: 'czy to niebezpieczne?' odpowiedział innym pytaniem: 'a uprawiałeś kiedyś niezabezpieczony seks?'. ja mówię, że i owszem, a on na to: 'oo widzisz, to to jest niebezpieczna sprawa'.. tak więc: everything's relative..

wypad podsumowałem małą panoramką:

13

gru
2007

podróż na Stamford Bridge, czyli Żabole na Lidze Mistrzów..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 12.41

zewnętrzna galeria z meczu dostępna jest TUTAJ.

dyrektor generalny, czy jak kto woli CEO, mojej firmy to wierny fan londyńskiej Chelsea. a że kibic z kibicem zawsze się dogada, to od pewnego czasu miałem obiecane bilety na mecz the Blues. wypadło na ostatni grupowy mecz w Lidze Mistrzów edycji 2007/2008 w którym Londyńczycy podejmowali hiszpańską Valencię. Chelsea to, dzięki Rosjaninowi Abramowiczowi, jeden z najbogatszych klubów świata. w jej składzie próżno szukać kogoś nieznanego w piłkarskim świecie -- właściwie każdy jest tu reprezentantem swojego kraju, a takie nazwiska jak Petr Čech, Ashley Cole, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, John Terry, Claude Makélélé, Michael Essien, Frank Lampard, Michael Ballack, Andrij Szewczenko czy Didier Drogba zna każdy kibic, nawet ten z gliwickiego Piasta. nie inaczej jest w przypadku Valencii -- fantastyczna drużyna w której grają m.in. Santiago Ca?izares, Iván Helguera, Edu, David Albelda, Rubén Baraja, David Villa, Fernando Morientes, Miguel Angel Angulo czy Nikola Žigić od kilku lat jest postrachem całej Europy. co prawda mecz o pietruszkę, bo Chelsea wywalczyła już awans, a Valencia od początku sezonu jest kompletnie bez formy, ale to jednak Champions League z całą swoją medialną otoczką i transmisjami telewizyjnymi na cały świat. taaak, 11 grudnia 2007 w tych elitarnych rozgrywkach zadebiutowałem także i ja. reprezentując oczywiście silną ekipę zabrzańskiego Górnika :)

z Maćkiem, drugim Żabolem z Gliwic, opuściliśmy Brighton pociągiem o 17.19 w kierunku Clapham Junction. tu, w obecności tysięcy korporacyjnych ważniaków przesiadamy się na pociąg którym dojeżdżamy do West Brompton, stacji w okolicy stadionu. stadion Chelsea położony jest w dzielnicy Fulham, w zachodniej części Londynu. jest zimny wieczór, liczni sklepikarze sprzątają po całym dniu, a ulica przypomina wysypisko zgniłych owoców. dookoła budynki z ponurej brytyjskiej cegły, a ciapackie fast-foody straszą obskurnymi wnętrzami. wbijamy się na stadion dokładnie godzinę przed meczem -- jest jeszcze pusto, a pierwsi kibice skupiają się wokół restauracji rozmieszczonych przy każdym sektorze. na dzień dobry dostaję bana na używanie aparatu, bo .. 'masz za duży obiektyw i jest to niezgodne z wymogami prawnymi Ligi Mistrzów'. masakra jednym słowem. robię ok 100 ujęć, wszystkie z mniejszego lub większego ukrycia. zaczyna się rozgrzewka -- piłkarze wybiegają na murawę, a na tablicach pojawiają się dzisiejsze składy. rzeczywiście mecz to ulgowy i kilku znanych, np Drogba, dzisiaj nie wystąpią. wybiega także sędzia Gilewski -- Polak, który pogwizda dzisiaj na murawie. w końcu zbliża się 19.45 czasu brytyjskiego, drużyny wychodzą na murawę.. na środku murawy chłopaki falują ogromną piłką -- emblematem LM, a z głośników leci piękny utwór tych rozgrywek:

Ce sont les meilleures equipes
Es sind die allerbesten Mannschaften
The main event
Die Meister
Die Besten
Les grandes equipes
The champions
w końcu zaczyna się mecz. tempo szybkie, techniczne mistrzostwo świata. żartujemy z Maćkiem, że liga polska jest przy tym za wolna nawet na rozgrzewkę. Maciek macha flagą Chelsea, które rozłożono na pustym stadionie przed meczem. widoczność mamy idealną, choć sam mecz nie jest porywającym widowiskiem. na trybunach ok 40 tys fanów, jest trochę wolnych miejsc, ale można powiedzieć, że stadion jest zapełniony. miejscowi fani, szczególnie na naszej głównej trybunie, to w większości garniturowcy, ułożeni i dystyngowani, nie plamiący się kibicowskimi pieśniami. siedzą cicho, zajadają się hot-dogami, czasem sobie głośno westchną -- dla efektu przy niewykorzystanych sytuacjach. gdzie się podział ten fantastyczny angielski duch kibicowania? nie ma, zero. kibice dowolnego polskiego klubu biją tych z Chelsea na głowę. śmialiśmy się ze specyficznego hasła miejscowych: come on Chelsea, powtarzanego przy efektownej modulacji głosu. niestety widowisko na trybunach bardziej przypominało atmosferę teatru, niż święta piłkarskiego. Maciek mówi, że na Liverpoolu jest inaczej, choć nie był, więc nie może tego udowodnić.. z Hiszpanii przybywa ok 300 fanów zajmujących dolną na rożną trybunę. mecz kończy się bezbramkowym wynikiem, choć w drugiej połowie się chłopaki trochę rozkręcili. były dwa słupki, jedna nieuznana bramka, a nawet strzał w poprzeczkę z .. 4 metrów po ładnym dośrodkowaniu z prawej strony boiska. Chelsea jest zdecydowanie lepszejsza, ale, ku naszemu rozczarowaniu, do samego końca spotkania bramki nie padają. Gilewski dość dobrze prowadzi zawody, choć trzeba przyznać, że nie miał za dużo roboty. podsumowując: piłkarsko fajnie, a kibicowsko do bani. wystarczy spojrzeć na doping kibiców Celticu Glasgow i ich Never walk alone, albo na fanów PAOKu Saloniki i ich Paokarę, aby określić w którym miejscu znajdują się fani Chelsea. Stamford Bridge z pewnością potrafi się lepiej zaprezentować, choć trzeba przyznać, że ilość kobiet na meczu robi wrażenie.. do Brighton dojeżdżamy po 23 czasu lokalnego..

skrót spotkania:

23

sty
2008

drewniany ładunek na plaży w Brighton

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15.12

co jakiś czas na morskich i oceanicznych wodach zdarzają się katastrofy. niedawno przeżywaliśmy 15-stą rocznicę zatonięcia promu Jan Heweliusz -- katastrofa płynącego do Ystad promu, wskutek czego śmierć poniosło łącznie 55 pasażerów i członków załogi, to jak do tej pory największa polska tragedia morska. nie tak dawno, bo w styczniu 2007, głośna była sprawa brytyjskiego kontenerowca MSC Napoli, który płynąc z Belgii do Portugalii został uszkodzony przez huragan Kyrill. ogromny statek został porzucony przez swoją załogę, a świat z uwagą i pewnym niepokojem śledził dalsze losy porzuconej jednostki. przypominał mi się film Statek Widmo, tyle, że w rzeczywistości dramatyczne wydarzenia wypełnione były wstawkami humorystycznymi.. otóż na skutek przechylenia Kanał La Manche wzbogacił się o setki ton przewożonych przez statek materiałów, począwszy od pieluch, na motorach BMW kończąc. Brytole penetrowali plaże, bo nigdy nie było wiadomo, co też im dzisiaj morze ześle. BBC pisało o pewnej Szwedce, której szabrownicy zawinęli cały jej majątek, który jakimś cudem nienaruszony dopłynął do brzegu Kornwalii.. Parę dni temu na Kanale zatonął kolejny statek. tym razem był to transportowy okręt Ice Prince płynący pod banderą grecką i przewożący kilka tysięcy ton drewna. statek nadał sygnał SOS w nocy z wtorku na środę będąc ok 42 km od brzegów hrabstwa Dorset. członków załogi szybko uratowano, a statek po kilku godzinach zatonął. ponad 250 0 ton drewnianego ładunku znalazło się na wodach Kanału, by po kilku dni dotrzeć do południowych brzegów Wielkiej Brytanii. największe skupiska pięknie heblowanych desek znalazły się w okolicach miasteczka Worthing, ale i cała plaża w Brighton pokryta została ładunkiem. ludzie zaczęli podjeżdżać samochodami i pakować darmowy budulec. ktoś napisał kredą na chodniknie pozwalała na kradzież niczyjego towaru. w każdym razie warto się przejść na plażę, bo oprócz zdrowego powietrza można poczuć się jak w lesie -- piękny sosnowy umila plażowe przygody..

31

mar
2008

St. Patrick day w Londynie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.17

jeszcze przed świętami Wielkiej Nocy udało nam się odwiedzić Londyn by z bliska przyjrzeć się paradzie z okazji Dnia Św. Patryka. ów Św. Patryk (w lokalnych dialektach irlandzkich zwany również Pádraig Mac Calprainn, i Naomh Pádraig) żył sobie na terenach wczesnośredniowiecznej Brytanii jakieś 1600 lat temu, a wsławił się ewangelizacją północnej, środkowej i zachodniej części wyspy. był synem diakona i wnukiem kapłana, oczywistym więc było, że młody Patryk również zostanie duchownym (swoją drogą nikt wówczas nie starał się ukrywać faktu, że kapłani to zwykli ludzie i potomstwo mieć muszą). zjednoczył Irlandczyków, doprowadził do chrztu kraju (u nas dokonał tego Mieszko I kilkaset lat później) i częściowo to właśnie dzięki niemu dzisiejsza Ameryka mówi chrześcijańskim głosem.. jest również uważany za patrona fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz opiekuna zwierząt domowych, choć ja osobiście wątpię, aby miał czas i chęci zajmować się oraz dbać o zdrowie i ogólne powodzenie każdego z należących do tych grup -- no taki uniwersalny to on być nie może. no ale do rzeczy: parady odbywają się właściwie w całej Europie. oczywiście te największe wciąż mają miejsce na Zielonej Wyspie, jednak Irlandia jest tak lubianym krajem, a kultura celtycka zyskała taką popularność, że wszyscy chcą z niej mieć coś dla siebie. na paradę w Londynie wybraliśmy się z Marasem już w zeszłym roku, jednak ta odbywała się w niedzielę, a my dojechaliśmy tam w sobotę :P tym razem solidnie przemyśleliśmy z Agatą sprawę i wsiedliśmy do pociągu w odpowiednim dniu. zawiodła pogoda -- cały dzień lało, a jak nie lało to mżyło, a jak nie mżyło to kropiło. do tego było zimno, wietrznie i wcale nie wiosennie. parada oczywiście się odbyła i wypadła całkiem fajnie. jak przystało na dobrą paradę było wesoło, głośno i kolorowo. w wielokulturowej uroczystości wzięły udział amatorskie i zawodowe grupy folklorystyczne oraz orkiestry wielu krajów. przejeżdżające platformy wiozą tańczących ludzi, a także żonglerów, cyrkowców i różnej maści grajków. większość przyodziana na zielono, co symbolizuje koniczynę, tradycyjnie przypisywaną Św. Patrykowi. jedni jechali, inni jeździli dziwnymi środkami lokomocji, a jeszcze inni chodzili na szczudłach, rozrzucając dookoła wypracowane uśmiechy.. święto to związane jest przede wszystkim z serwowaniem tradycyjnego, irlandzkiego 'zielonego' piwa oraz pokazami irlandzkich tańców i muzyki. całość kończyła się na Trafalgar Square, gdzie do późna trwały koncerty i kabarety.. kilka zdjęć z parady znajdziecie w marcowym fotoblogu..

15

kwi
2008

przez łąki przez pola, czyli pieszo do Alfriston..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.53

celem pierwszej tegorocznej wycieczki weekendowej było miasteczko Alfriston. tak wypadło w losowaniu, a ja żyję w zgodzie z naturą i losem, więc mimo że pogoda nie rozpieszczała, zebraliśmy się do drogi. Alfriston oddalony jest od Brighton zaledwie o 30 km, jednak dojazd nie jest sprawą prostą: kursowym autobusem linii Brighton&Hove buses dotarliśmy do Seaford, gdzie rozpoczynają się fantastyczne kredowe klify, a dalej musieliśmy kombinować. dwa razy dziennie odchodzi stąd minibus organizacji Cuckmere Community, my jednak trafiliśmy w lukę czasową i, nieco z przymusu, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na nogach. po raz kolejny okazało się jednak, że największą przyjemnością podróży jest samo jej odbywanie, a fizyczne dotarcie do celu. szlak do Alfriston wytyczony jest wśród malowniczych łąk regionu South Downs -- dookoła zieleń, pasące się zwierzęta i cudowne widoki pobliskich wzgórz. naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od samego morza, które w pełnej okazałości widoczne jest dopiero z odległości kilku kilometrów. w międzyczasie rozpogodziło się, co pozwoliło zrobić użytek z nowego obiektywu Agatki -- Sigmy 10-20mm oraz polaryzatora Hoyi i uzyskać ciekawe ciemnobłękitne niebo oraz białe chmury. idąc wzdłuż średnio ruchliwej drogi docieramy do miejsca widokowego, na którym William Rees Jefreys (pisarz i publicysta angielski) postanowił podzielić się ze światem swoimi odczuciami wystawiając mały pomnik przedstawiający różę wiatrów z kierunkami i odległościami okolicznych miejscowości. ze wzgórza rozciąga się fantastyczny widok na meandrującą Cuckmere River, która po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wpada do Kanału przy klifach Seven Sisters. stoję na wzgórzu, wiatr urywa głowę, a ja cierpliwie testuję nowy obiektyw, polaryzator i filtry połówkowe. od możliwości wyboru kadru kręci się w głowie (widok ok 270 stopni), ale szczególnie podoba mi się ujęcie, w którym łapię zarówno okalający wzgórze płotek, jak i stertę białych jak śnieg kamieni kredowych oraz samą rzekę i okoliczne pola.. o tym, że historia śmieje mi się w twarz dowiedziałem się dopiero później, w domu. otóż stałem 2 metry od Białego Konia z Littlington (Littlington White Horse), który w pełnej okazałości można podziwiać z doliny rzeki Cuckmere lub ze zdjęcia satelitarnego. kredowe dzieło powstało w 1924 roku, nie jest to więc megalityczna budowla minionej cywilizacji porównywana ze Stonehenge lub pobliskim Long Man of Wilmington, jednak wciąż robi wrażenie, głównie dlatego, że utrzymana jest w fantastycznym stanie..

wracamy na drogę. idziemy kilka kilometrów dochodząc wreszcie do Alfriston. na terenach dzisiejszej wioski (która wraz z pobliską mniejszą Litlington liczy zaledwie 769 osób) osady ludzkie istniały już w Neolicie -- końcowym okresie epoki kamienia. wioska rozkwitła w czasach Saksonów (miejsce to nazywano Aelfrictun) oraz w średniowieczu, kiedy odbywał się tu znany w regionie targ.. tak długa historia pozostawiła ślad w architekturze miasteczka: przez jego środek ciągnie się główna High Street, a na każdym kroku spotykamy tu kilkusetletnie budynki, kamienne kościoły i drewnianą anglosaską zabudowę. jednym z najważniejszych domów o budowie szachulcowej (ang. timber-framed house) jest gospoda Star Inn -- zbudowany w 1345 roku budynek był początkowo hostelem religijnym, a w XVI przemianowano go na gospodę, która w prawie niezmienionej formie istnieje do dzisiaj. historia Alfriston mówi również o gangu przemytniczym (ang. smuggling gang), który miał tu swoją kryjówkę, a którego pozostałością jest dzisiejszy pub Ye Olde Smugglers Inn. fenomenem tego miejsca jest również Market Cross, czyli wyjątkowy placyk miasteczek handlowych będący jednocześnie ich centralnym punktem oraz miejscem, w którym krzyżują się wszystkie najważniejsze drogi wioski. dookoła tego miejsca rozłożyły się pachnące smołowanym drewnem restauracyjki, kilkusetletnia apteka oraz miejscowa niewielka lodziarnia. nieopodal znajduje się chyba największa atrakcja miasteczka -- zbudowany w 1360 roku kościół poświęcony Św. Andrzejowi. z uwagi na swoją wielkość St.Andrew Church zwany jest potocznie Katedrą regionu South Downs. mieliśmy szczęście -- błękit nieba był oszałamiający i mogliśmy zrobić fajne fotki kościoła wraz z przyległym doń cmentarzem. przed kościołem rozciągają się rozległe zielone tereny, które również wywodzą się z czasów saksońskich, gdzie tego typu przestrzenie nazywane były The Tye. wydaje się dzisiaj, że miasteczko cierpi z powodu swojego piękna i długiej historii -- mieszkańcy mogą zapomnieć o spokoju, gdyż każdego dnia miejsce odwiedzane jest przez całe rzesze turystów, a my mieliśmy to (nie)szczęście, że zetknęliśmy się z 30-osobową grupą Francuzów, którzy na tak małym terenie zrobili niezłe zamieszanie.. miejscowi w każdym razie nie wydają się tym zmartwieni i można powiedzieć, że dzisiejsze piękno trwa właśnie dzięki pieniądzom odwiedzających Alfriston ludzi..

zewnętrzna galeria z wycieczki dostępna jest tutaj.

17

kwi
2008

w 30 sekund dookoła Alfriston

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.23

12

maj
2008

wizyta rodzicieli w UK

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15.59

wczoraj wieczorem do Polski odlecieli rodzice -- gościli w Anglii przez 10 dni. mieli szczęście, bo od środy połączenie WizzAira London Gatwick - Katowice zostaje zawieszone. mieli również fantastyczną pogodę: przez 9 dni z nieba lało się słońce i wskazane było leżenie na kamienistej plaży, a jeden pochmurny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Londynu. zauroczeni Anglią zapewne zaczną zauważać szare polskie budynki, krzywe chodniki, niemiłych urzędników i wiecznie spóźnioną miejską komunikację. udało mi się pokazać im kilka atrakcji hrabstwa Sussex, w którym mieszkam, więc ogólna ocena wizyty jest bardzo pozytywna.. ogromna galeria z wizyty rodzicieli w UK dostępna jest tutaj.

a że dzisiaj mam urodziny, to postanawiam przypomnieć notkę, którą napisałem dokładnie 4 lata temu. Portugalia zdobyta, więc jedno marzenie jest już spełnione.. zresztą, sam nie wierzę w ten swój wiek: kupując rano czekoladki dla workmates zostałem zapytany przez przemiłą panią sprzedawczynię, czy na pewno mam 16 lat, bo niektóre z czekoladek zawierają alkohol i ona musi się upewnić..

17

lip
2008

szlakiem South Downs do Lewes..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.39

o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..

sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np. Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów. kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..

26

lip
2008

żul angielski jaki jest każdy widzi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 00.23

dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..

angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..

menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..

ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..

coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..

21

sie
2008

Brighton Pride 2008

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.44

sierpniowy fotoblog w całości poświeciłem Brighton Pride -- dorocznej Paradzie Równości promującej kulturę homoseksualną. imprezy Pride od lat odbywają się na całym świecie, a odmiana południowo angielska ma miejsce każdego roku w pierwszy weekend sierpnia. pierwszy raz zdarzyło mi się być świadkiem parady, która jest najważniejszym elementem obchodów gejowskiego święta, jak mawia się o Pride (choć oczywiście znaczna część aktywnych uczestników należy do płci pięknej). organizatorzy określają imprezę jako:

registered charity from Brighton and Hove in England promoting equality and diversity, and advances education to eliminate discrimination against the lesbian, gay, bisexual and transgendered (LGBT) community.
nastawiłem się na kolorowe focenie i sztuka ta udała się w pełni, bo gejostwo wszelkiej maści pozuje chętnie i otwarcie. mimo przerażającej pogody (wietrznie i deszczowo) udało się uchwycić tych co bardziej zakręconych, przez strój i zachowanie manifestujących swoją inność. a akceptacja inności to podstawa, gdyż naczelnym założeniem Parady Równości jest zrozumienie i szacunek drugiej osoby, bez względu na rasę, płeć, orientację, czy jakiekolwiek wyznania. pełen luz i, muszę potwierdzić, uśmiech oraz przyjaźń na każdym kroku. nikt tu z nikim się nie naparza, nikt niczego nie niszczy, choć jak na każdej imprezie była muzyka, alkohol i narkotyki. daleko nam, Polakom, do takich zachowań i czasem przykro, że jest w nas wciąż tyle uprzedzenia.. co ciekawe, oprócz tych najbardziej zakręconych pełno tu rodzin z dzieciakami od małego wychowywanymi w pełnej tolerancji dla bliźniego.. z czystej ciekawości przywiózłbym tu kiedyś braci Kaczorów -- być może spodobałoby im się wielokolorowe i dobrze bawiące się bractwo..

15

cze
2009

Eastbourne Aegon International 2009

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14:06

tegoroczny turniej w Eastbourne właśnie się rozpoczął. rozgrywany na trawie turniej jest ostatnim sprawdzianem przed Wimbledonem, w zeszłym roku wygrała go nasza Aga Radwańska. nie udało mi się wtedy dostać biletu, więc tym razem pojawiłem się tam już w pierwszym dniu turnieju. plus był taki, że większość gwiazd odbywała treningi na bocznych kortach, do których miałem dostęp. tak więc udało mi się porozmawiać z Agnieszką Radwańską i Caroline Wozniacki oraz zrobić fotkę z Aną Ivanović. dziwnie przypatrywała mi się zwyciężczyni ostatniego French Open Swietłana Kuzniecowa, naocznie przekonałem się o sile uderzenia Amélie Mauresmo, a mecz Urszuli Radwańskiej oglądałem siedząc zaledwie metr od jej ojca-trenera i matki kibicki. Ula pewnie wygrała, choć strasznie nerwowa to dziewczyna: kilka razy głośno wyraziła swoją dezaprobatę, a ojciec z przekąsem dodawał, że 'tak, tak Ula, nawet sam Bóg ci dzisiaj przeszkadza..' kilka fotek poniżej, pełna galeria znajduje się tutaj na Picasie..

Agnieszka Radwańska:

z Agnieszką Radwańską:

Ana Ivanović:

z Aną Ivanović:

Urszula Radwańska:

Swietłana Kuzniecowa:

Caroline Wozniacki:

Amélie Mauresmo:

nogi Karoliny Sprem:

17

cze
2009

moja Anglia żółto-czerwona..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 23:48

najpierw był rzepak, czyli gatunek rośliny dwuletniej lub byliny, należący do rodziny kapustowatych, a później maki, czyli oleiste rośliny jednoroczne (Papaveraceae Juss) zawierające biały sok mleczny i trujące alkaloidy. rzepak dojechałem w pobliżu Long Man of Wilmington (mapa), a maki w pobliżu Devil's Dyke (mapa).. uwierzcie mi, że te żółte i czerwone bluzki to dobór zupełnie przypadkowy.. więcej fotek wkrótce na fotoblogu, a pełna galeria jak zwykle na picasie..









19

cze
2009

foty z Eastbourne 2009

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16:24

moje zdjęcia z Eastbourne pojawiły się w serwisie tenis-ziemny.pl. link do galerii tutaj.

09

lip
2009

Isle of Wight

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14:05

wyspą Wight zainteresowałem się na wiosnę 2007 roku. położony 3 km na południe od Portsmouth skrawek lądu o kształcie przypominającym romb miał być tą prawdziwą Anglią. historia sięgającą milionów (w przypadku dinozaurów) i tysięcy (w przypadku ludzi) lat, wspaniałe krajobrazy, aura tajemniczości płynąca z porozrzucanych po zielonych łąkach megalitycznych głazów. do tego fantastyczne zdjęcia Jamiego Russela i setki kilometrów ścieżek rowerowych -- kupiłem mapę i starannie zacząłem planować swój wypad, który miał być rowerową objazdówką. ale.. jak to czasem bywa, niekiedy ciężko o realizację planów. wyspę odwiedziłem dopiero 2 lata później. i to nie z rowerem, a z grupą sześciu podobnych mi zapaleńców..

pierwsze wrażenie? wakacje. pierwsze promyki słońca (wyprawa odbyła się w maju), małomiasteczkowy klimat, zieleń, morze i wiatr. okazuje się, że Isle of Wight rzeczywiście ma w sobie coś z podstaw angielskiej historii. podobno przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby choć przez chwilę pobyć w eleganckiej i dystyngowanej XIX-wiecznej Anglii epoki wiktoriańskiej. nienaruszone piękno i zupełnie nieznany mi model Anglika. zresztą miejsce to nazywane jest 'wyspą starców' -- większość jej mieszkańców jest w wieku średnim i .. ponad średnim. osiedlają się tu Brytyjczycy z pokaźną emeryturą, aby w ciszy i w zgodzie z naturą spędzić jesień swojego życia. niektórzy zakładają pensjonaty i żyją z przyjmowania turystów. generalnie wszyscy są pomocni i skłonni do udzielania wskazówek..

nazywana brytyjskimi tropikami (choć to nieco na wyrost) wyspa Wight jest znana w świecie z bogatych wykopalisk szczątek dinozaurów. oprócz tego znajdziemy tu średniowieczne zamki i dziewiętnastowieczne królewskie rezydencje. Zadbane, czyste plaże i dzikie, strome wybrzeża. my osiedliliśmy się w Shannon, gdzie wybrzeże z reguły jest płaskie jak nos Afrykańczyka. na zachodzie za to dominują strome, pionowe, kredowe klify.

nie wyszło mi z rowerem więc uderzyliśmy w lokalne linie autobusowe. miejscowa firma 'Southern Vectis' oferuje dwu i trzydniowe bilety, na których bez problemu można objechać całą wyspę wyskakując w dowolnym jej miejscu. od plaży do plaży, we wszystkich kierunkach, przez wsie i miasteczka, łąki i wzniesienia. wyspa Wight znana jest również z farm lawendy i czosnku, który sprzedawany jest tu na setki róznych sposobów (włącznie z lodami czosnkowymi i najlepszym czosnkiem na odstraszanie wampirów).

co ponadto? corocznie odbywa się tu ponad 1000 różnego rodzaju imprez sportowych, muzycznych i kulturalnych. w Bembrige stoi jedyny zachowany na wyspie zabytkowy wiatrak z 1700 roku. Osborne House w East Cowes na północy wyspy to ulubiona rezydencja byłej brytyjskiej królowej Viktorii i księcia Alberta. w stolicy -- Newport należy obejrzeć twierdzę Carisbrooke, a w Yarmouth -- szesnastowieczną twierdzę Henryka VIII. ale to wszytsko pic na wodę. na wyspę jedzie się po to aby odpocząć. dla jej wyjątkowego klimatu, dla latarni morskich, dla wzniesień, spacerów i morskiego wiatru. dla tradycyjnych kilkusetletnich knajp, gdzie leje się piwo i serwują angielskie potrawy. nam trafił się zgrany zespół -- był więc grill na plaży do północy, a potem ucieczka przed odpływem. ja zebrałem się nawet w sobie i wstałem o 3.30 na wschód słońca! taki byłem ambitny -- problem tylko, że było pełne zachmurzenie...

pełna galeria z wyprawy znajduje się na majowym fotoblogu oraz na picasie.

11

lip
2009

Bourton-on-the-Water..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21:34

są takie miejsca na ziemi do których chcemy wracać. dla niektórych to ciągnące się kilometrami plaże w Międzyzdrojach, dla innych świątynie Angkor Wat.. jedni ciągną do ludzi, inni szukają spokoju w środku lasu. zależy co kogo kręci. ja upodobałem sobie małe miasteczka. żadne Wiednie, Nowe Jorki czy Mediolany. niewielkie, klimatyczne i dobrze utrzymane miejsca. wszędzie tam gdzie można usiąść, poczuć i spowolnić w dłuższej czy krótszej wycieczce. strasznie spodobało mi się włoskie Arco. godzinami mógłbym siedzieć na murach portugalskiego Marvao, podobnie zresztą jak na niewielkim ryneczku angielskiego Alfriston. ostatnio znów odkryłem takie miejsce -- to Bourton-on-the-Water, wioska w hrabstwie Gloucestershire w Wielkiej Brytanii.

miasteczko nazywane jest 'Wenecją regionu Cotswolds', głównie z uwagi na szereg niewielkich kamiennych mostków przerzuconych przez przepływającą przez Bourton rzekę Windrush. rzeka jest super czysta i mega płytka. co ciekawe, co roku w lecie odbywa się w niej mecz średniowiecznej piłki nożnej, a bramkami są owe mostki. do tego mamy sieć klasycznych brukowanych uliczek, mnóstwo zieleni, klasyczną angielską zabudowę i pozostałości biegnącego nieopodal starego traktu rzymskiego. żyć nie umierać. trochę dużo turystów, no ale nie można mieć wszystkiego.. a Cotswolds nazywane jest 'sercem Anglii'. jest jednym z nielicznych okręgów z własną hermetyczną architekturą. lokalne prawo nakazuje wznoszenie budowli wyłącznie z wydobywanego w regionie żółtego piaskowca.

13

lip
2009

leaving the UK..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 11:50

dzisiaj kończy się moja brytyjska przygoda. w Brighton, na południu Anglii, dane mi było mieszkać 2 lata, 7 miesięcy i 14 dni. 957 dni wrażeń. przenoszę się z żoną za ocean, do Seattle, a plusem tego przedsięwzięcia jest fakt, że lecimy Boeingiem.. minusów jest jakby więcej, bo przez ostatnie miesiące bardzo zżyliśmy się z tym miejscem i przede wszystkim z ludźmi. żal nam opuszczać Brighton, bo rzeczywiście jest w tym mieście coś niesamowitego.. no ale czas na kolejny krok.. może niedługo się zbiorę i bardziej poważnie opiszę Anglię i jej mieszkańców.. podsumowanie made by Agata:

3 years in the UK from Tomasz Ankudowicz on Vimeo.


tą notkę skleciłem na szybko z brajtonowskiej plaży. jest tu zupełnie pusto i świeci słońce. tomxx-in-the-UK off.