Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2013:

06

sty
2013

katolicka misja Santa Barbara, cz. I. -- architektura..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 22:10

w połowie grudnia, przy lekkim wietrze i 22 stopniach Celsjusza, znowu wyruszyłem w trasę. w wypożyczonym samochodzie i z rozdmuchaną klimatyzacją uderzyłem na północ, przez Camarillo i Venturę, w kierunku miasteczka Santa Barbara. w Polsce jakoś w tym czasie panował środek zimy, śniegi nieprzebrane, a ja ponownie mnąłem przez Kalifornię.

celem wypadu była historyczna misja katolicka w Santa Barbara. samo miasteczko interesowało mnie tylko na tyle, aby kupić mocną kawę i zatankować samochód, choć przyznaję, że zza szyb samochodu prezentowało się bardzo korzystnie. żadne tam plastikowe Malibu, a w miarę poprawne centrum, gdzie nie dociera już cały ten rozidiocony tłum hollywodzkich poszukiwaczy pamiątek. no więc misja... nigdy wcześniej w żadnej nie byłem, choć wielokrotnie natykałem się na znaki drogi El Camino Real -- prawie 1000-kilometrowego szlaku, wzdłuż którego rozłożyły się Katolickie Misje Kalifornijskie. kręcą mnie tego typu miejsca, bo to czysta historia, żadne tam późniejsze doklejanki. począwszy od końcówki XVII wieku hiszpańscy misjonarze na osiołkach przemierzali te miejsca by w 21 różnych lokalizacjach utworzyć misje, własne oazy modlitw i ciężkiej pracy. oczywiście w owym czasie chodziło o duchową przemianę Bogu ducha winnych Indian, którzy w 95% zamieszkiwali te tereny, ale fakt jest faktem, że 21 misji pozostawiło trwały ślad w rozwoju tej części świata. wystarczy tylko spojrzeć na nazwy dzisiejszych miejscowości, wszystkie te Święte (Santa) i ci Święci (San) wywodzą się z linii prostej od tych spoconych mnichów w zakurzonych i brudnych habitach. o samych misjach poczytacie sobie tutaj, a historię założonej w 1786 roku misji w Santa Barbara wklepię w następnej notce. bo tak, wyjątkowo mieli otwarte i udało mi się dostać do środka..

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

10

sty
2013

katolicka misja Santa Barbara, cz. II. -- wnętrza..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 12:57

Santa Barbara była 10 z kolei misją katolicką założona przez hiszpańskich Franciszkanów. nazwaną ją La Misión de La Señora Bárbara, Virgen y Mártir, pierwszy krzyż został wbity w ziemię 4. grudnia 1786 roku, a pierwsze budynki, z których część stoi do dzisiaj, zbudowano w 1790 roku. głównym celem tej misji była chrystianizacja Indian z plemienia Chumash. Indianie, lub natywni Amerykanie, jak lubią ich nazywać miejscowe oficjalne źródła, chętnie garnęli się do tego typu katolickich społeczności -- z jednej strony z powodów ekonomicznych, z drugiej dla bezpieczeństwa własnego i swojej kultury. misja edukowała i chrystianizowała przez setki lat stając się ważnym ośrodkiem kulturalnym i handlowym w regionie. dzisiaj misja nadal spełnia rolę kościoła, ale również jest fajnym muzeum historii tych ziem.

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbarakatolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

katolicka misja Santa Barbara

14

sty
2013

Dublin story..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Dublin, 19:53

amatorski, ale świetnie zrobiony filmik z Dublina. pomyślałem, że warto to wkleić, bo na filmie widać ścieżki, którymi się poruszamy, puby dzielnicy Temple Bar, ulice St Stephen's Green i przede wszystkim kolejkę LUAS, którą codziennie przyjeżdżam do firmy. good stuff!

17

sty
2013

Katowice, po raz pierwszy z LoL-em..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Katowice, 13:46

w grudniu, podczas mojego wypadu do Kalifornii, do siedziby głównej Riot Games, okazało się, że będę przygotowywany do objęcia produkcji naszych imprez eSportowych w Europie. pierwszy event przewidziany była na styczeń i .. aż nie mogłem w to uwierzyć, miał odbyć się w Katowicach. impreza organizowana jest przez Intela i pod logiem IEM (Intel Extreme Masters) -- reklamowanym w mediach jako Mistrzostwa Świata w Grach Komputerowych -- odbędzie się w Spodku. to pierwsze tak duże wydarzenie w świecie sportów elektronicznych w 2013 roku, do tego w naszym kraju, a pojedynki w LoL-a i Starcrafta II potrwają od piątku do niedzieli..

no więc siedzimy sobie teraz w Katowicach, a ja, naturalną koleją rzeczy, uznawany tu jestem za przewodnika. mamy tu kilka osób z Los Angeles, Anglii i Niemiec, a zawodowi gracze przyjeżdżają z kilkunastu krajów świata z większości kontynentów. mamy kilka dobrych polskich teamów, więc zawody zapowiadają się ekscytująco; tutaj znajdziecie rozstawienie teamów w grupach.. my wykonujemy tu pracę organizatorsko-produkcyjną, naszym zadaniem jest upewnienie się, że turniej w League of Legends odbędzie się bezproblemowo. pod względem socjalnym jest bardzo solidnie, wczoraj szlajaliśmy się po Katowicach by skończyć wieczór późno w nocy przy Żywcu i innych polskich browarach. Amerykańcom się podoba, choć są nieprzystosowani do naszych mrozów -- ich wyobrażenie o Polsce, jako o zaśnieżonym kraju na drugiej półkuli, tylko się pogłębi. są zachwyceni piwem, obsługą, nawet polskimi reklamami, które opisują jako dynamiczne i zupełnie inne niż nasze. mój pokojowy sublokator o ciemniejszym kolorze skóry w ogóle opuścił Stany po raz pierwszy: ma czysty paszport dopiero wczoraj splamiony pierwszą pieczątką, więc Polska jest dla niego wyznacznikiem inności, terenem wartym eksploracji, nie-Ameryką, której jeszcze nigdy wcześniej nie oglądał. to duże wyzwanie dla mnie, ale jest dobrze -- co chwilę mi tu wzdycha z podziwu, tweetuje i wysyła opinie w świat na facebooku, coś tam mruczy o polskich blondynkach. moim personalnym zgrzytem było jednak szukanie wczoraj restauracji w Katowicach -- jest bieda, nie ma co ukrywać, znalezienie czegoś oryginalnego było trudne i zajęło nam na mrozie zbyt wiele czasu.. w końcu udało nam się odnaleźć niewielką rodzinną restaurację i pierwszy wieczór na końcu świata, przystemplowany 5 półlitrowymi Żywcami, zakończył się sukcesem. jakby na przekór szrości zaniedbanych katowickich kamienic..

08

lut
2013

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

kategoria: pasje, link bezpośredni

Dublin, 20:10

przyjemny, choć strasznie zimny wieczór przeżyliśmy w środę na Aviva Stadium w Dublinie. Dublin to prawie polskie miasto, więc tego dnia na meczu reprezentacji Irlandii z naszymi Orłami-nielotami stadion był biało-czerwony. rodacy byli wszędzie, miasto było nasze, jak powiedziałby klasyk, a stadion w 60% kibicował naszej reprezentacji. z Anglii specjalnie przyleciał Maciek, a pod kurtką miał na sobie nową czarną koszulkę Górnika. Polska zagrała słabo, doping się trochę rwał -- ciężko pokierować takim tłumem w różnych częściach stadionu, ale było wesoło. na przykład taka zabawa poniżej do legendarnej już piosenki disco-stadionowej. ja już dawno nie byłem na meczu naszej kadry, więc wszystkich tych Perquisów i Obraniaków widziałem na żywo po raz pierwszy. zza bramki widoczność fatalna, perspektywa z poziomu murawy też jest zupełnie inna, ciężko przywyknąć. kończyło się na tym, że gdy nasi atakowali, to patrzyłem w telebim, zamiast na murawę, bo ciężko było ocenić, czy oni biegną gdzieś w kole środkowym, czy jest już w szesnastce... pograł trochę nasz Arek Milik, ale w decydującym momencie, gdy już mógł coś zrobić, to się wypieprzył. trzeba mieć tylko nadzieję, że w meczu o punkty z Ukrainą zagramy i wypadniemy inaczej.

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

Dublin: Irlandia - Polska 2-0

15

lut
2013

Kolonia, Niemcy..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:24

zimowy wypad do Kolonii, czwartego co do wielkości miasta naszych zachodnich sąsiadów. z ciekawości sprawdziłem, czy obecna nazwa pokrywa się z polskim znaczeniem tego słowa i rzeczywiście: miasteczko zostało założone ponad dwa tysiące lat temu przez rzymską Cesarzową Agrypinę i funkcjonowało jako osada legionowa dla wojsk cesarskich. z czasem nazwę zmieniono na Colonia Claudia Augusta Agrippina, a osadę podniesiono do rangi miasta. później miasto zostało stolicą prowincji, dzięki czemu stało się jednym z ważniejszych centrów handlowo-produkcyjnych Imperium Rzymskiego na północ od Alp. w średniowieczu nazwę skrócono do Coellen, a później Kölle. tak więc dzisiejszy Köln, w międzyczasie zwany również Cöln, rzeczywiście wywodzi się od słowa kolonia..

miasto zaliczane jest dzisiaj do najważniejszych historycznych ośrodków kultu religijnego w Europie. widoczne poniżej wieże ratusza, kościoła św. Marcina (Groß St. Martin) i Katedry św. Piotra i Najświętszej Marii Panny to, oprócz Renu i dziesiątek spinających oba brzegi mostów, trzy charakterystyczne elementy panoramy Kolonii. pokręciłem się trochę po starówce, pobłądziłem w średniowiecznych wąskich uliczkach wypełnionych pubami i restauracyjkami, pooglądałem wspaniałą gotycką Kölner Dom i porobiłem trochę fotek. o katedrze wałkowaliśmy bardzo często podczas naszych młodzieńczych intensywnych lekcji języka niemieckiego, choć ja nigdy wcześniej w tym mieście nie byłem. nie był to dobry okres na zwiedzanie starego miasta, bo w Kolonii trwał wtedy karnawał i całe miasto egzystowało w jednym wielkim przebraniu klauna..

a w małym sklepiku przed katedrą znalazłem fajne pocztówki. takie panoramiczne, w moim stylu. dramatycznie wyglądało miasto po wojnie, w 1945, prawie zupełnie zniszczone, zrównane z ziemią. tylko katedra ocalała, alianccy piloci mieli zakaz bombardowania tego zabytku, choć oczywiście z powietrza ciężko nie trafić w tak duży obiekt, gdy na miasto zrzuca się dziesiątki tysięcy bomb. w rezultacie katedra została trafiona 70 pociskami, ale się nie zawaliła. stara dobra gotycka konstrukcja. no więc na jednej takiej panoramicznej pocztówce zestawiono Kolonię powojenną z dzisiejszą. zdjęcia wykonano z tego samego punktu w odstępie jakichś 50 lat. wszystko się zmieniło i tylko katedra stoi tak jak stała.

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, GermanyCologne, Germany

Cologne, GermanyCologne, Germany

Cologne, GermanyCologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, Germany

Cologne, GermanyCologne, Germany

18

lut
2013

karnawał w Kolonii -- cz. I.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 12:13

kilka minut karnawałowej zabawy z Kolonii, lub może lepiej: parę minut wspólnych pląsów kilku odmiennych kultur i religii. a wszystko to w Niemczech, w centrum Europy.. nie jest to część karnawałowej parady, którą pokażę w kilku kolejnych notkach z Nadrenii Północnej-Westfalii..

21

lut
2013

karnawał w Kolonii -- cz. II.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 21:04

z tym karnawałem to się nieźle wpieprzyłem. chciałem zobaczyć miasto, a w zamian zobaczyłem siedemnaście milionów klaunów. no dobra, trochę przesadzam, bo podobno koloński karnawał jest największym tego typu świętem w Niemczech, że odzwierciedla nadreńską mentalność i tutejsze obyczaje. podstawową zasadą jest przebranie: nie 50, nie 75, ale 99 procent ludzi w tym mieście podczas tego weekendu wyglądało jak skrzyżowanie odpicowanego średniowiecznego piechura marchii południowej z czymś pomiędzy kaczką a cyrkowym zabawiaczem tłumów. ja byłem nieprzebrany, a oni patrzyli na mnie z ukosa. było kolorowo i wesoło, to na pewno. w ogóle ci Niemcy to się chyba lepiej potrafią bawić od nas, ja jakoś nie mogę sobie wyobrazić mojej sąsiadki rozpierdzielającej system zza ukrycia swojej firanki przebranej za zebrę. jakaś taka solidna pogoda ducha emanuje z tych Nadreńczyków, tańce i śpiewy, pełne wszystkie lokale, ich classic music ze wszystkich pubów. i nocne życie, hektolitry miejscowego piwa „kölsch“ i współistnienie wszystkich innych kultur powoli wchłaniających niemiecki sposób zabawy...

fotki poniższe to zdjęcia z parady, wrzucam tylko niewielki procent, bo szło ich i szło bez końca. aha, wszyscy rzucali cukierki, czekolady walały sie po chodnikach, z całymi torbami przychodzili i krzyczeli karamellen, co chyba oznacza daj słodycza do mojej pustej reklamówki, bo zbieram właśnie słodkości na cały boży rok!!!. no więc dookoła przez 3 godziny tylko to karamellen i karamellen, więc się w końcu wkurzyłem i poszedłem pod katedrę, gdzie było trochę luźniej.. karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

25

lut
2013

karnawał w Kolonii -- cz. III.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 15:22

jeszcze trochę przebierańców..

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Koloniikarnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

karnawał w Kolonii

01

mar
2013

irlandzka pogoda..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 17:26

jakiś czas temu wziąłem Kubę na spacer nad morze i po raz pierwszy przekonałem się, jak kapryśna może być tu pogoda. gdy obudziłem się rano na niebie pełny błękit. godzina spaceru, na niebie pełny błękit. nagle pojawiają się trzy tęcze i nie wiadomo z czego zaczyna padać deszcz. po 2 minutach od tych kropel cały horyzont zmienił barwę na granatową i jak trzepnęło wodą, to padało przez godzinę. w międzyczasie byliśmy świadkami przekomicznej sytuacji, bo z jednej strony ulewa i taki wiatr, że ciężko ustać, a z drugiej słońce tak razi, że chciałoby sie poopalać. a po godzinie ostrego deszczu i przemoczeniu mnie do suchej nitki, znowu pełne słońce. ciężko tu cokolwiek planować, przynajmniej fajne z tego fotki wychodzą. te poniżej zrobione są w jednej z południowych dzielnic Dublina i było to pierwsze przywitanie Jakubka z Morzem Północnym..

irlandzka pogoda..

irlandzka pogoda..

irlandzka pogoda..

irlandzka pogoda..

irlandzka pogoda..

irlandzka pogoda..

05

mar
2013

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Hanower, 16:47

po kilku miesiącach dublińskiego życia wyruszyliśmy w irlandzki świat. pierwsze wrażenie jest dosyć oczywiste: 10 minut drogi poza Dublin i okolica zmienia się w przestrzenną zieloną wieś. zaczyna pachnieć bydłem i trawami, a małe murki rozciągają się na długości całych kilometrów pofałdowanego terenu..

uderzamy do Glendalough, średniowiecznej osady położonej w Parku Narodowym Gór Wicklow (ang. Wicklow Mountains National Park). Glendalough to również nazwa malowniczej doliny, w której owa osada jest położona, a słowo to wywodzi się z języka irlandzkiego (również zwanego iryjskim, Gaeilge), i oznacza dolinę dwóch jezior. o jeziorach i spacerze po dolinie opowiem w kolejnej notce, teraz kilka słów o osadzie. jest to jedno z najbardziej znanych miejsc kultu religijnego w Irlandii, założono je w VI wieku jako centrum monastyczne kościoła iroszkockiego (celtyckiego). kościół ów, jak podaje wiki, ukształtował się na przełomie V i VI wieku wskutek przerwania kontaktów z kościołem rzymskim w wyniku anglosaskiego najazdu na Brytanię. charakteryzował się własnymi obyczajami, niehierarchiczną, opartą na monastycyzmie formą organizacji i własnym sposobem wyznaczania daty Wielkanocy. klasztor w Glendalough został założony przez Świętego Kewina, pustelnika, później opata i służył kościołowi do roku 1398, w którym osada została zburzona przez atakujące oddziały brytyjskie.

dzisiaj osada jest zrekonstruowana i stanowi fajne miejsce wypadu za miasto. w oczy rzuca się przede wszystkim kamienna wieża (ang. round tower) -- typowa dla irlandzkiej architektury średniowiecznej. moim pierwszym skojarzeniem były gry na Amigę w których wędrowało się przez druidzkie okolice i od czasu do czasu można było się natknąć na tego typu wieże. ta tutaj jest wysoka na 32 metry z wejściem na wysokości 3,6 metra od ziemi i położona jest na starym celtyckim cmentarzu. jak widać na zdjęciach poniżej, panuje tu spory chaos, nagrobki w większości są przekrzywione i malowniczo pokryte róznego rodzaju roślinnością i mchami. również na cmentarzu mieszczą się dwa największe budynki: pozbawiona sklepienia katedra z nagrobkami rozrzuconymi na ziemi oraz najlepiej zachowany kościół św. Kevina, czyli kamienna budowla z kamiennym dachem, widoczna na zdjęciach poniżej. spędzamy tu trochę czasu, fotografujemy co bardziej malownicze zabytki, a potem udajemy się poza osadę, gdzie wykonuję zdjęcia budynków z oddali, m.in. znad przepływającego przez osadę strumyka z pobliskiego jeziora..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..Gleann Dá Loch, czyli Glendalough.. Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

Gleann Dá Loch, czyli Glendalough..

09

mar
2013

CeBIT 2013

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Hanower, 14:24

od początku tygodnia siedzę w Hanowerze, gdzie na targach CeBIT rozgrywamy finał Intel Extreme Masters. wcześniej, relacjonowałem z Katowic, trwały eliminacje, dzisiaj rozegra się wielki finał o 150 kawałków dolarów amerykańskich uesde. no więc tkwię tutaj na hali, głośno strasznie, ale kilka razy udało mi się wyskoczyć i coś tam pooglądać. polskie stoiska prezentują się fajnie, tylko ludzi jakoś mało się przy nich zatrzymuje, prawdziwą furorę robi chińskie badziewie: setki niewielkich stoisk przeróżnych azjatyckich wytwórców, wszystko w celach b2b, może kupić wszelkie rozmaitości, od opakowań na telefon z własnym zdjęciem, przez zdalnie sterowane telefonami samoloty po poważną elektronikę. cała masa tabletów dziesiątek wykonawców, każdy chce w Europie upolować potencjalnych odbiorców. a z polskiego ogródka najbardziej doceniłem dostawę świeżych ... krówek -- z takimi pysznymi cukierkami Europa uklęknie u naszych polskich stóp. a w tej chwili mój największy problem to to, gdzie obejrzę jutrzejszy mecz Górnika z Lechem. neistety mam lot o 19, więc będę misiał znaleźć jakieś łącze na lotnisku. a z tym jest kiepsko..

ten tydzień cały w Hanowerze, ale później wcale nie będzie łatwiej. po weekendzie jestem w Irlandii i pracuję przez 10 dni, później lecimy do Rzymu na imprezę promujacą wydanie League of Legends po włosku. do Rzymu doleci także Agata, która zostawia Kubę w Polsce u dziadków (Jakub po raz pierwszy będzie świadomie spędzał czas bez rodziców na zimowisku w Polsce!!), a potem robimy sobie tygodniowe wakacje objazdowe po środkowo-południowej części Italii. potem lecimy na Śląsk na święta, zostajemy tydzień, a następnie, bezpośrednio z PL, ja lecę do Stanów na 2-tyg wizytę w HQ w Santa Monica. do domu zawitam więc pewnie koło maja. ale, ale, to ważne, Agata do Irlandii zabiera rodziców, więc w rodzinie szykuje się duża wymiana geograficzno-osobowa ;)

CeBIT 2013

CeBIT 2013

CeBIT 2013

CeBIT 2013

CeBIT 2013

CeBIT 2013

19

mar
2013

Glendalough Valley..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 16:48

kilometr dalej od średniowiecznych zabudowań monastycznych z jednej z notek poniżej docieramy do doliny Glendalough. jest to bardzo przyjemne i spokojnemiejsce, z obydwu stron zamknięte stosunkowo stromymi zboczami. w środku znajdują się dwa jeziorka, a na obu wzgórzach rozciagają się fajne trasy widokowe. z wózkiem oczywiście na górę nie udało nam się wejść, ale zostawiamy to na następny wypad. ci mili ludzie prowadzący Jakubka za obie ręce to Antonio, Włoch z mojej firmy wraz ze swoją żoną Eleną, rodem z Ukrainy.

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

Glendalough Valley

01

kwi
2013

Dún Laoghaire..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Kłobuck, 21:47

dawno już nie odbyliśmy weekendowej wycieczki podmiejskim autobusem. ostatnio jakieś 4 lata temu w Anglii na klify w Eastbourne, a teraz poza Dublin do miasteczka Dún Laoghaire. wpakowaliśmy wózek z Kubą do piętrowego autobusu linii Dublin Bus i za zawrotną kwotę 2.40 euro na osobę pojechaliśmy na wybrzeże. niewiele pogodnych dni mieliśmy tej zimy w Irlandii, ale ta sobota była w miarę słoneczna. nazwa osady oznacza fort Laoghaire i bierze swoją nazwę od historycznego fortu wzniesionego w tym miejscu już w V wieku w celu obrony przed najazdami Brytyjczyków i Francuzów. obecnie Dún Laoghaire jest przyjemnym, jakby wakacyjnym, miasteczkiem, który nam osobiście w pewnej części przypominał nasze angielskie Brighton. oprócz podobnego położenia nad wodą i stosunkowo dużej mariny, mamy tu sporo kamiennych budynków, szeregi kolorowych kamieniczek, masę restauracji i szerokie pasma zieleni. widoczny na zdjęciach poniżej port oferuje główne w Irlandii połączenie promowe z Wielką Brytanią..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

Dún Laoghaire..

11

kwi
2013

18 i pół godziny..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Los Angeles, 23:39

nowy rekord w pracy. 18.5h, od 4 nad ranem do wpół do jedynostej, bez większych przerw. kiedyś, dawno temu, oraliśmy z kolegami na wschodzie Stanów po 12-14 godzin dziennie. to były maratony pracy fizycznej, ale były to również inne czasy, człowiek był młodszy i chciało mu się więcej. teraz, tym razem na zachodzie Stanów, takie akcje dzieją się rzadko, ale jednak czasem obowiązki nie pozwalają odejść sprzed komputera.. bo jestem znowu w Los Angeles, tym razem na dwa tygodnie sync-up'u z moim teamem..

to w ogóle jest bardzo napięty czas, bo od 5 tygodni na dobrą sprawę nie miałem dłuższej chwili dla siebie. najpierw była wyprawa do Kolonii, potem chwilowy powrót do Dublina i znowu wyprawa do Niemiec, tym razem do Hanoweru. ten wypad na Cebit zapamiętam z uwagi na nie wykonanie ANI JEDNEGO zdjęcia miasta. miałem aparat, ale nie trzepnąłem ani jednego zdjęcia, oprócz tych z samych targów. potem znowu Dublin, później Rzym na nasz League of Legends Italian Launch, a po tym evencie mieliśmy tygodniowe wakacje na południu Włoch, pod Neapolem. tu oczywiście fotki już robiliśmy, ale trochę potrwa zanim je zaprezentuję. z deszczowej Italii polecieliśmy do śnieżnej Polski, tutaj święta, kilka dni z rodzinką i lot do Kalifornii. za 10 dni powrót do Irlandii i może zdarzy się tak, że usiądę sobie na sofie wieczorem i obejrzę jakiś film z Agatą. fajnie by było..

15

kwi
2013

Korean Barbecue w LA..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Los Angeles, 04:05

będąc w Los Angeles zostaliśmy zabrani na koreańską kolację przez jedną koreańską Amerykankę z firmy. cała istotą takiego barbeque, czyli grilla, jest przygotowanie sobie kolacji własnoręcznie, na rozpalonej płycie pośrodku okrągłego stołu. dania są różne, ale głównie są to mięsa (wołowina w dużych ilościach i wieprzowina na kilka sposobów) i owoce morza. z tych ostatnich mieliśmy rewelacyjne krewetki, i mówię to bez przekory, bo ja zwykle krewetek nie jadam, ale i małe ośmiorniczki. te z kolei były hitem obiadu już z samego faktu dziwnego poruszania się podczas przypiekania. nagrałem z tego nawet film dostępny poniżej. z reguły nie boję się takich eksperymentów, więc spróbowałem i ośmiornicę, ale zachwycony być nie mogłem: mięso pachnie oceanem, jest miękkie, ciągliwe i gumowe, i chyba nie uderza w melodię kubków smakowych Europejczyków. moje dwie irlandzkie koleżanki też nie były tym zachwycone. poza tym cała masa koreańskich przystawek, rzeczy głównie marynowane, duszone i podawane na surowo, a do tego koreańskie piwo i alkohol mocniejszy, taki 20% sikacz stojący gdzieś na pograniczu wódki i wina. z przewagą wina.

zabawa byłą fajna, najadłem się strasznie, ale ważniejszą od samego jedzenia była chyba cała ta otoczka kuchni azjatyckiej. po pierwsze własne grillowanie z atrakcjami typu cięcie płatu mięsa nożyczkami, po drugie fakt, że w pierwszej minucie naszego pobytu w restauracji otoczyłą nas zgraja niewysokich kelnerów i kelnerek, którzy nie opuścili nas już do końca. co kilka minut przychodzili sami donosząc kolejne specjały, aż do naszego skinienia ręką, że już wystarczy. większość tego typu restauracji działa na zasadzie eat as much as you want, czyli za $25 na osobę jemy do upadłego. zdjęcia z telefonu, jakościowo słabe..

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LAKorean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LAKorean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LAKorean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

Korean Barbecue w LA

17

kwi
2013

Torcida on-tour: Śląsk Wrocław - Górnik!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Los Angeles, 05:20

będąc w Polsce wybrałem się na wyjazd naszych Orłów do Wrocławia. kiedyś, jakieś 10 lat temu, wyjazdy to była normalka, co dwa tygodnie, czasem co miesiąc, cały czas z tymi wariatami. teraz, z uwagi na fakt, że od dawna mieszkam poza granicami kraju, rzadko zdarza mi się stawić na obiekcie innego zespołu i jechać z dopingiem przez 90 minut. ostatnio byłem chyba aż na Wielkich Derbach na Stadionie Śląskim, całe lata temu...

do Wrocławia natomiast się wybrałem. na dworcu spotkałem kolegę Łukasza, z którym swego czasu byliśmy w Niemczech na mistrzostwach świata. ten przedstawił mnie swoim kumplom, więc mieliśmy fajną paczkę wyjazdową. zawsze miło jest spędzić kilka godzin w pociągu rozmawiając o starych wyjazdach, nietypowych zgodach, akcjach chuligańskich, czyli standardowych tematach kibicowskich. oprócz nich rozpoznałem może z 10 innych twarzy -- starych wyjazdowiczów, których pamiętam jeszcze z lat 90-tych. cała reszta, a jechało nas 1500 osób to ludzie nowi. ich twarze nie mówią mi nic i mógłby to być wyjazd dowolnego innego teamu, efekt byłby podobny.

pojechałem również dlatego, aby zobaczyć nowy stadion we Wrocławiu. fajnie to wszystko wygląda już od strony nowe dworca Wrocław-Stadion. podziemne przejścia, później bezproblemowe wejście na sektory, w środku sklepik z jedzeniem, napojami. nawet piwo jest do kupienia w tej naszej nowoczesnej Polsce. kulturka, gdyby nie ceny, które były 3 razy wyższe niż poza bramami stadionu. na sektorze jesteśmy 1.5h przed pierwszym gwizdkiem i marzniemy w oczekiwaniu na mecz. samo spotkanie w pierwszej połowie pod dyktando Górnika, prowadzimy do przerwy 1-0 po golu Nakoulmy. w drugiej Śląsk nas miażdży i wygrywa całe spotkanie. doping fajny, jedziemy non-stop, a w pewnym momencie pada komenda -- rozbieramy się! większość grupy bez koszulek, przy temperaturze 2-3C bawi się śpiewająco. kilka chwil dopingu na moim filmiku poniżej:



a tak się prezentowaliśmy po strzelonej bramce:

Torcida on-tour: Śląsk Wrocław - Górnik!

19

kwi
2013

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. VI. Iron Lord, C64, 1991

kategoria: pasje, link bezpośredni

Los Angeles, 04:32

artykuł dla magazynu Komoda nr 7

Słońce nie zdążyło jeszcze rozproszyć porannej mgły, gdy oczom jeźdźca ukazała się rozległa, rozzieleniona późną wiosną dolina. Przystanął i z uczuciem wzruszenia delektował się niezwykłym widokiem krainy swojego dzieciństwa. Rozciągający się poniżej kamienny trakt, pachnące żywicą lasy, podmokłe łąki pełne rozśpiewanego ptactwa i roziskrzona ostrym porannym blaskiem rzeka budziły emocje. Sprzyjały wspomnieniom. Pamięć szczęśliwego dzieciństwa, dawniej znanych ludzi i minionych zdarzeń, w jednej chwili uprzytomniły rycerzowi misję, jaką ma do wypełnienia. Po latach niebezpiecznych wypraw wracał na ziemie ojczyste, do krainy rządzonej niegdyś przez jego ojca, a teraz opanowanej i uciskanej ręką zdradliwego wuja. Wracał z misją odbicia korony z ręki tyrana, ale aby to uczynić musiał najpierw pozyskać zaufanie i przychylność miejscowej ludności. Pogodny i ciepły czerwcowy dzień dopiero budził się do życia, gdy rycerz skierował konia wprost na zachód, na mało uczęszczany szlak wiodący przez okryte borem wzgórza ku dolinie swojej młodości.

Tu właśnie rozpoczyna się nasza rola w Iron Lord -- przygodowej grze z 1990 roku francuskiej firmy Ubi Soft, prekursora dzisiejszego Ubisoft Entertainment. Grze wybitnej, która wiele lat temu ujęła mnie od pierwszego wejrzenia i która wyprzedzała swoją epokę na tyle, że w owym czasie mógł się z nią równać jedynie Defender of the Crown. Iron Lord proponuje nam bowiem prześliczną grafikę, rozbudowaną i pełną intryg przygodową fabułę, a także rewelacyjne średniowieczne ścieżki muzyczne.

Naszym celem będzie stawienie czoła wujowi i zdobycie korony na polu walki. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że na początku jesteśmy zupełnie sami, a naszym jedynym przyjacielem i pierwszym przewodnikiem jest stary pustelnik zamieszujący niewielką chatkę po południowej stronie doliny. To właśnie z jego ust dowiadujemy się, iż naszym zadaniem będzie zdobycie szacunku przedstawicieli kilku miejscowych grup społecznych, którzy zgodzą się nam pomóc w walce tylko w przypadku spełnienia kilku ich próśb i życzeń. Każda z gildii wspomoże nas wówczas swoimi żołnierzami, a jeśli zbierzemy ich odpowiednią ilość, będziemy mogli stawić czoła armii wroga. Poznawanie krainy rozpoczniesz od swojego rodzinnego zamku, który przez lata niestety popadł w ruinę. Po zamku, jak i innych tego typu miejscach, można się poruszać, wówczas widzimy naszego bohatera z lotu ptaka. W zamku odnajdziesz wieżę, która odtąd będzie twoim miejscem dowodzenia. Odwiedzisz niewielką wioskę Chatenay, w której to po raz pierwszy przekonasz się, jak wielu sprzymierzeńców ma twój wuj: zostaniesz zaatakowany przez nieznanego rycerza i w walce na śmierć i życie sprawdzisz swoje umiejętności szermierki. Walka polega na odpowiednim parowaniu ciosów przeciwnika i zadawaniu własnych w odpowiednim momencie. Tego typu pojedynków odbędziesz sporo, ważne, abyś wychodził z nich z maksymalnym poziomem zdrowia. Następnie odnajdziesz zielarza, a później udasz się na coroczny turniej rycerski, w którym oczywiście weźmiesz udział. Strzelanie polega na dobraniu odpowiedniego kierunku, kąta i siły strzału, przy czym położenie tarczy oraz siła wiatru przy każdej serii ulegają zmianie. W położonym dalej na zachód miasteczku Lorando spotkasz sklepikarza o złej sławie, z którym jednak warto ponegocjować, gdyż dysponuje on unikalnymi w tej krainie przedmiotami. W gospodzie dowiesz się sporo o produkcji miejscowego wina, oraz o niechęci współpracy lokalnego opactwa wytwarzającego najlepszy trunek w tej części świata. W malowniczo położonym nad rzeką młynie porozmawiasz z ubogim młynarzem i obiecasz mu swoją pomoc w odzyskaniu należności za dostarczoną barmanowi mąkę. Z kolei w położonym na północy opactwie dowiesz się o chorobie nękającej klasztornych mnichów, a także spróbujesz przekonać dzielnego rycerza zakonu do przyłączenia się do twojej misji. Na północnym wschodzie doliny odnajdziesz architektoniczną perełkę -- miasteczko Torantek, w znacznej części zamieszkiwanego jednak przez zbirów i różnoraki element bandycki. Zdobycie zaufania tej grupy społecznej jest jednak obowiązkowe, staniesz więc z najemnikami do zawodów siłowania się na rękę, a stan swojego mieszka podreperujesz (lub nie) zasiadając do gry w kości. Właśnie tego typu przygodowe, sportowe i zręcznościowe atrakcje, a w końcowej fazie także spora dawka bitewnej strategii czekają na ciebie w walce o odzyskanie korony.

W założeniu gra miała być początkowo wydana na Atari ST, jednak złożony proces produkcyjny spowodował, że wersje na Amigę i Commodore 64 powstawały równolegle. Głównym programistą wersji na C64 był Yves Grolet, znany później z prac m.in nad grą Far Cry, a jeden z grafików, Franck Sauer, wspominał po latach, że z uwagi na ówczesne ograniczenia sprzętowe i systemowe konwersja obrazów z Atari ST była niemożliwa, tak więc całość ręcznie tworzonej grafiki na Komodę powstawała niemal od zera. Autorem fantastycznej ścieżki dźwiękowej jest z kolei Jeroen Tel (znany również z założenia grupy Maniacs of Noise) i po dziś dzień muzyka ta jest uznawana za arcydzieło gier ośmiobitowych. Jeroen nadał SID-owe brzmienie rzeczywistym utworom renesansowym, które 500 lat wcześniej zawarto w Śpiewniku Pałacowym – Cancionero de Palacio, manuskrypcie zawierającym dawną muzykę katolickiej Hiszpanii. I tak utworem będącym częścią intra Iron Lord jest Pase el agoa, a muzyką niezmiennie cieszącą nasze zmysły podczas samej rozgrywki jest Gaudete, polecam przesłuchanie ich zarówno w grze, jak i w wersji oryginalnej na YouTubie. Wiele innych z kilkuset utworów manuskryptu wykonywanych jest na całym świecie do dzisiaj, a w grach komputerowych wykorzystywano je również później, m.in. w Europa Universalis II. Sam muzyk, z pochodzenia Holender, do dzisiaj tworzy muzykę do gier komputerowych, a jego bogate portfolio obejmuje ponad 100 różnych produktów.

Iron Lord, jak na czasy, w których królowały proste zręcznościówki czy strzelanki, było produkcją wybitną. Klimat gry odczuwalny jest również dzisiaj, 20 lat później, w dobie zaawansowanych technologicznie przygodowych RPG-ów, jak nasz rodzimy Wiedźmin, czy Assassin Creed, wywodzący się w linii prostej od naszego Iron Lorda. Gra jest niezwykle wymagająca i szczerze mówiąc nie znam nikogo, komu udałoby się ją ukończyć. Niemniej również dzisiaj warto w nią zagrać, mnogość mini-gierek i prawdziwy średniowieczny klimat zapewniają świetną zabawę.

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

Iron Lord, Commodore 64

07

maj
2013

18-miesięczny Kuba..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 13:41

Półtorej roku Jakubka, kilka fotek z ostatnich tygodni..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

18-miesięczny Kuba..

14

maj
2013

Włochy 2013 -- Rzym..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:07

po raz drugi odwiedzamy Włochy. pierwsza podróż z roku 2006 ograniczała się do jeziora Garda, Mediolanu i Wenecji, teraz zwiedzamy Rzym, a następnie kierujemy się na południe, jeszcze za Neapol, nad wybrzeże Amalfi.

poniżej trochę fotek i dziennego życia ze stolicy. ciężko uciec poza turystyczny kicz, poza te tłumy ludzi oblegających Rzym przez wszystkie miesiące w roku. Rzym jest miastem zatłoczonym, miastem ścisku, krzyku i tumultu. ale jest również miastem, w którego zaułkach można odnaleźć spokój, można wypić kawę, zjeść obiad w cieniu i popatrzeć na ludzi. z murów codziennego Rzymu bije ciepło -- budynki poza stary miastem pomalowane są farbą w kolorze wyblakłych mandarynek, co dla nas, mieszkańców Dublina, wprowadza miłą odmianę. jednak tym, co urzekło mnie najbardziej, jest włoskie jedzenie. przyznam się, nigdy nie jadłem tak smacznych serów i wędlin. uroku dodawał fakt, że mieliśmy świetnych włoskich przewodników (nie w sensie turystyki, a w sensie włoskich przyjaciół), którzy zabierali nas tylko do swoich sprawdzonych miejsc, najlepszych restauracji, niekoniecznie tych w dzielnicach turystycznych. świeży chleb, oliwa, sery, wędliny. do tego wino. rewelka.

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

Włochy 2013 -- Rzym..

25

maj
2013

Włochy 2013 -- miejscowi

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:13

przemierzając południe kraju natykam się na kilkunastu miejscowych płci głównie męskiej. w niewielkich miasteczkach bezczynnie mitrężą swój czas. siedzą na ławkach lub stoją oparci o ścianę. w każdym odwiedzanym miejscu znajdziemy kogoś stojącego bez celu, obserwującego okolicę i, mówiąc łagodnie, prezentującego swobodny, a nawet lekceważący stosunek do czasu. jest to cecha ogólna wszystkich światowych kultur i niezależnie, czy jesteśmy w u nas w kraju, czy może w Stanach, Chorwacji, czy na Kubie, mężczyźni zachowują się podobnie i prezentują podobnie dobroduszną szczerość na gębach. róźnią ich detale -- u nas piją piwo, inni sączą rum lub piją kawę. ci dżentelmeni poniżej nałogowo palili papierosy, a jeden z nich pracował nawet w Polsce w epoce PRL-u. wśród Włochów to duża rzadkość. zjawisko bardziej wyjątkowe niż tygrys ussyryjski..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

Włochy 2013 -- miejscowi..

04

cze
2013

Włochy 2013 -- Sermoneta..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 20:02

szukając wrażeń na południu Włoch trafiamy do Sermonety -- średniowiecznej kamiennej wioski zbudowanej na samym szczycie ciężko dostępnego wzniesienia. dość długo pniemy się zakosami i po dobrej godzinie ostrej wspinaczki na pierwszym i drugim biegu naszego wypożyczonego Fiata Punto, docieramy do niewielkiej, sennej mieściny. jest późne popołudnie, wieczór prawie, ale czujemy, że trafiliśmy w dobre miejsce. wszystko z kamienia, żadnych tam wypalanych cegieł -- klasyczny placyk z fontanną, dwa sklepy, kilka punktów z pamiątkami. w większości zresztą wszystko pozamykane.

a wcześniej wcale tak pięknie nie było. wypożyczamy samochód i próbujemy prowadzić po Rzymie. ciężkie to zajęcie, niebezpieczne, Włosi prowadzą agresywnie, bez świateł, przyspieszają i nagle hamują. taka szkoła jazdy, jakiej oczekuje się po południowcach, ale bardziej tych z mniej cywilizowanych miast. w takim chaotycznym świecie kierowców tacy amatorzy jak ja grzęzną beznadziejnie. pojawiają się nerwy i ostra chęć skorzystania z autobusu. potem mkniemy autostradą i mijamy kilka strasznie brzydkich miasteczek z idiotyczną, pomarańczową barwą tynków, która może przyprawić o depresje. do tego jakieś warsztaty, wysypiska, składownie metalu i innych dupereli. wcale mi się to południe nie podobało.

no ale potem wreszcie odnajdujemy tą Sermonetę -- miejsce, o którym usłyszałem od jednego znajomego Włocha, który reklamował je jako charming, medieval village. powoli zapada już zmrok, ale spacer po takich osadach zawsze wlewa do mojego serca sporo otuchy. historia, kamienna architektura, brak turystów, spokój. rewelka jednym słowem, gdyby nie fakt, że w miasteczku było tylko jedno miejsce, w którym mogliśmy się przespać. do tego w cenie 90 euro za dobę, za to w starym XVII wiecznym zamku przerobionym na hotel. trochę to za dużo jak za noc, więc wpadam na pomysł wręcz spartański w swojej prostocie i zaczepiam przyglądających się nam miejscowych. niestety na 8 osób żadna nie mówi słowa po angielsku, ani nawet nie rozumie. w końcu ktoś ciągnie nas za rękaw wąskimi uliczkami, coś opowiada nieskładnie, aż wreszcie doprowadza pod hostel z ceną 25 euro. fajnie, tylko miejsca brak. był za to nasz rodak, ale wcale nie pogadany i niechętny do udzielenie swoim braciom jakiejkolwiek pomocy. spoko, wracamy więc do naszego zamku i tam spędzamy noc. tej nocy jesteśmy tu zresztą chyba jedynymi klientami.

bywaliśmy już w takich miejscach w Portugalii. najlepsze są poranki -- ciche, rześkie, klimatyczne. spacerujemy uliczkami, do góry, w bok i na dół. czasem się gubimy, ale miasteczko ma 200 na 300 metrów, więc ciężko o jakieś tam przygodowe szaleństwo. gdziekolwiek by się nie szło i tak zawsze trafiamy na główny placyk. tu pijemy poranną kawę za 1 euro i przyglądamy się lokalnym facjatom. na pierwszy rzut oka cechuje je wrodzona, naturalna niedbałość wobec dóbr doczesnych. mężczyźni po prostu siedzą, palą papierosy, ubrani są nieszczególnie. kilka młodych osób, ale większość to emeryci, przyglądający się światu z wysokości 257 metrów, na jakiej położona jest Sermoneta. detalem odróżniającym miasteczko od tych znanych nam z Portugalii jest fakt istnienia tu małego posterunku policji. chociaż w Portugalii widzieliśmy bankomat wmurowany w ścianę zabytkowej fasady.

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, ItaliaSermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, ItaliaSermoneta, Italia

Sermoneta, ItaliaSermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, ItaliaSermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, ItaliaSermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

Sermoneta, Italia

13

cze
2013

Włochy 2013 -- Amalfi Coast..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 14:37

przemierzamy wybrzeże Amalfi. nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, ale każdy napotkany Włoch polecał to miejsce, więc spośród trzech róznych kierunków wybraliśmy właśnie południe..

dziwny to był pobyt. miejsce strickte wakacyjne, z wszystkimi tymi nazwami (Sorento, Capri, Positano, Solerno) przynoszącymi na myśl południowe jedzenie, szum morza i błogie lenistwo, jednak nas nie zauroczyło. celowaliśmy w środek wiosny, w rozbujałą przyrodę, słońce i delikatny wietrzyk, a natura zaoferowała nam w zamian chłodną otoczkę wczesnej jesieni. przewiało nas i zlało do suchej nitki, morze tak zimne, że nogi zanurzyć nie można i ogólnie jakoś wbrew oczekiwaniom. okej, nasze oczekiwania zwykle nie pokrywają się z rzeczywistością, i bogu ducha winny region nie jest od tego, aby spełniać nasze zachcianki, ale jednak czegoś nam tam brakowało.

w zamian dostaliśmy klimat Twin Peaks. jesli przypomnicie sobie ten kultowy serial, albo spojrzycie do moich notek z przeszłości, to przed oczami staną wam wilgotne, zamglone obszary, skąpane jakby w dziwnej mrocznej tajemnicy. taki był właśnie nasz nastrój podczas tego wypadu. tak się właśnie czuliśmy podróżując tym wybrzeżem i przechadzając się uliczkami starych włoskich miast. uliczkami obskurnymi, zaniedbanymi, z obsypującym się tynkiem, takimi, w których za rogiem dostać można pałką przez głowę i stracić wszystko, co ma się przy sobie. tak właśnie zapamiętaliśmy większość miasteczek. a drogi, jak już wcześniej wspomniałem, wąskie, kręte, czasem z ponad 20-stopniowym nachyleniem. niebezpieczne jak szlag, a brak parkingów, kilkugodzinna podróż zakosami i niezrównoważeni południowi kierowcy, strasznie mnie wymęczyli. z plusów to oczywiście fajne widoki. pocztówki na każdym kroku. do tego urokliwe (jeśli patrzyć z odległości) miasteczka pamiętające czasy średniowiecznych szlaków handlowych. pyszne jedzenie, dobra i tania kawa i ten niezapomniany widok cytryn w każdym przydomowym ogródku. z tym się wcześniej nie spotkaliśmy: zamiast ogórków i pomidorów -- pomarańcze, mandarynki i cytryny przed domami i na ulicach. czad.

na zdjęciach poniżej wrzuciłem Positano (to pierwsze, na wzgórzu w zatoce), a dalej w całej swojej okazałości prezentuje się Amalfi -- dawna rzymska kolonia z piękną architekturą Duomo di Amalfi. miasto z ponad tysiącletnią tradycją, położone na przecięciu szlaków handlowych: bizantyjskiego, arabskiego i zachodnioeuropejskiego, gdzie kupcy handlowali towarami aż z Konstantynopola, Egiptu czy Tunezji. dawny splendor czasami jeszcze naweć widać na wąskich uliczkach miasteczka. kręcimy się tu trochę, a potem udajemy się na plażę -- i wtedy mnie olśniło, że to miejsce odżywa w lecie. gdy słońce, lazur wody i zapach morza tworzą tu perełkę turystyki, nie tylko dla okolicznych Neapolitańczyków..

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, ItalyAmalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

Amalfi Coast, Italy

26

cze
2013

Włochy 2013 -- Sorrento

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 18:12

do Sorrento, miasteczka zamieszkiwanego przez 16k ludzi, dojezdzamy pociagiem. mamy dosc waskich i niebezpiecznych dróg, wiec troche zwalanimy i przygladamy sie codziennemu zyciu. przynajmniej ogladamy lokalne systemy komunikacyjne i z calym szacunkiem do Wloch, ale po tym co zobaczylismy, to nasze slaskie koleje sa 30 lat do przodu. brud i niepunktualnosc jest zatrwazajaca.

Sorrento sprawia troche bardziej pozytywne wrazenie: miasteczko ma glówny placyk i szereg waskich uliczek wypelnionych straganami z pamiatkami, owocami i lokalnymi wyrobami. wsród tych ostatnich króluja napoje i kosmetyka wykonana na bazie cytrusów, glównie cytryn, które, jak pisalem wczesniej, wypelniaja wszystkie przydomowe ogródki. krecimy sie troche po zaulkach, a nastepnie schodzimy na dól, na plaze. tutaj w restauracyjce zjadam kilogram szprotek, a fale monotonnie odbijaja sie od slupków tarasu na którym siedzimy. otoczenie kontrastuje brzydota plazy i tanim plastikiem róznokolorowego majdanu, wytworem ludzkiej wesolosci, ewidentnie sprzeciwiajacemu sie poszarzalej naturze. czarny grafit rozleglego i martwego jakby piasku uwydatnia blekity, czerwienie i zielenie rozrzuconych wokól lódeczek, te z kolei pokrywaja sie z resztkami pastelowych tynków tutejszej architektury. siedzimy i patrzymy na ten rozklad swiata, a wszystko to poteguje jeszcze dziwnie siarkowa jaskrawosc swiatla. slonce juz od tygodnia swieci zza grubej warstwy chmur, cieni brak, wszystko jest tak beznadziejnie plaskie, ze musialem uzyc tego dziwnego szablonu do wywolywania zdjec, aby cokolwiek bylo na nich widac. cisza i pustka, choc z tylu i z boku dociera do nas jezyk angielski -- wiec jednak jest to w jakims stopniu miedzynarodowe miejsce. ponownie dociera do nas, ze latem musi tu byc zupelnie inaczej..

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, ItalySorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

Sorrento, Italy

05

lip
2013

Włochy 2013 -- Neapol..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 20:54

z wybrzeża Amalfi przebijamy się górami na północ. drogi takie na pół samochodu, zwierzęta, zagrody, w końcu chmury na trasie. brniemy tymi górami dobrą drugą godzinę i nagle wyjeżdżamy wprost na panoramę miasta. Neapol, właściwie jego przedmieścia. efekt tym lepszy, że jakoś się tego miasta po drugiej stronie gór nie spodziewaliśmy. zatrzymujemy się na małym parkingu i pstrykam zdjęcia teleobiektywem. do miasta wjeżdżamy tylko na chwilę, bo spieszy nam się na Wezuwiusza, na którego zresztą i tak nie zdążamy, bo ostatni tour organizowany jest stosunkowo wcześnie, o 15.30. więc tego dnia nie zaliczyliśmy ani siedziby mafii ani wulkanu..

Neapol, Italy

Neapol, Italy

Neapol, Italy

Neapol, Italy

19

lip
2013

Dublin Mountains..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:50

góry, choć bezpieczniej byłoby napisać pagórki, rozciągają się po płd-zach stronie Dublina. są widoczne z kilku dzielnic miasta i zachęcają do odwiedzin swoją zielenią, pochylonymi stokami i odludnością. jakiś czas temu w piątek wziąłem więc urlop i pobiegłem zobaczyć to cudo.

na górze sielanka: właściwie brak drzew, stoki porośnięte są niskopiennymi krzakami, ścieżki są przyjemne i przestronne. pogoda tego dnia była świetna, a z góry rozciąga się panorama na całą stolicę i zatokę na wschodzie miasta. po zachodniej stronie spora dolina i kolejne wzgórza, które wiele kilometrów dalej kończą się w Glendalough. szlaki Dublin Mountains Way są dobrze wytyczone i łącznie tego dnia przeszedłem jakieś 20km. miło wiedzieć, że tuż pod domem mamy taką zielono-brunatną ucieczkę od życia miejskiego..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

22

lip
2013

Dublin Mountains -- panoramy miasta..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 17:23

jeszcze 3 panoramki złożone z 5-8 mniejszych fotek. pierwsza na płn-wschód, na port i południowe dzielnice Dublina. druga na wschód, na morze Północne i dalszą część górek. trzecia, z najwyższego punktu punktu na szlaku -- Fairy Castle na szczycie górki Two Rock, który otoczony jest drewnianym podestem, jako że w czasie deszczu torfowe podłoże zamienia się w miękką glinę..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

Dublin Mountains..

30

lip
2013

Bray Walk..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 12:58

dwukrotnie wybraliśmy się do Bray -- nadmorskiego miasta położonego 20km na południe od Dublina. Bray ściąga Dublińczyków z powodu szerokiej, piaszczysto-kamienistej plaży i kusi odwiedzających tradycyjną rybą z frytkami. to kurort podobny do Brighton, w którym wcześniej mieszkaliśmy -- zdecydowanie mniejszy, ale równie wiktoriański w swojej zabudowie.

miasto to jedno. drugie, to nadmorska ścieżka ciągnąca się przez 10 kolejnych kilometrów do miasteczka Greystones. trasa ta położona jest wzdłuż linii kolejowej DART, ciągnie się wśród malowniczych klifów i bujnej zielonej roślinności. w słoneczne dni (tak, też tu czasem takie mamy) woda zmienia kolor na lazurowy. nagrodą za przejście całego szlaku jest Guinness wypity w nadmorskiej knajpie w sąsiednim miasteczku..

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

i trochę fotek Jakubka na plaży..

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

Bray Walk

27

sie
2013

Ring of Kerry -- Killarney..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 18:09

po dłuższej chwili wracamy do podróży. wraz z Crio i Miśkiem wyruszamy drogami zielonej Irlandii w kierunku hrabstwa Kerry. chcemy w 4 dni przejechać malowniczą trasę znaną tu i ówdzie jako Pętla Kerry. trasę, na której w niewielkich od siebie odlegościach natykamy się na rozległe jeziora, zielone łąki, morskie klify, wysokie góry, farmy, plaże, czyli kwintesencję Irlandii w pigułce..

wypad ten jest również moim pierwszym razem za kółkiem samochodu prowadzonego po złej, czyli lewej, stronie drogi. tyle się o tym nagadałem przez ostatnie 10 lat, tyle marudziłem, że nie wiem, nie znam się, nigdy nie prowadziłem auta w UK, a tu wystarczyło usiąść za kółkiem i ruszyć. po 5 minutach byłem już w miarę przestawiony.

no więc wyruszamy wczesnym rankiem, połowa trasy w płd-zach kierunku wyspy przebiega autostradami, ale później wjeżdżamy na mniejsze drogi i podziwiamy miejscowe zadupia. Irlandia ma podobnie dziwny sposób wytyczanie dróg jak UK, gdzie oprócz dwóch pasów nie ma żadnych poboczy, żadnych chodników dla pieszych. wręcz przeciwnie, droga jest jakby zapadnięta w metrowe dolinki, lub totalnie zarośnięta ze wszystkich stron żywopłotami, tak że nic nie widać. dodatkowo, ciężko czasem na tych wąskich trasach wyminąć większy gabarytowo pojazd -- po prostu nie ma na to miejsca.

do Killarney dojeżdżamy wczesnym popołudniem i zajeżdżamy pod nasz B&B. niestety, check-iny są tu stosunkowo późne, więc od razu robimy pierwszy wypad do pobliskiego parku narodowego. Killarney NP, ze swoimi jeziorami, lasami i otwartymi przestrzeniami, wygląda bardzo zachęcająco przy pięknej pogodzie -- leżymy trochę nad jeziorem na kamienistej plaży i tam właśnie robię zdjęcia wrzucone poniżej. wieczorem tego dnia uderzamy do miasta i przy Guinnessie i pubowym jedzeniu wsłuchujemy się w lokalną muzykę na żywo. Kuba podchodzi do sprawy bardzo poważnie, czasem nawet odnosimy wrażenie, że wyrośnie z niego muzyk. słucha uważnie, cieszy się i klaszcze zaciekle po każdym kawałku.. na fotce poniżej siedzmy se właśnie z Miśkiem -- Agatę i Crio wrzucę przy innej okazji, bo jakoś nikt nie zrobił im dobrych zdjęć..

Ring of Kerry -- Killarney..

Ring of Kerry -- Killarney..

Ring of Kerry -- Killarney..

Ring of Kerry -- Killarney..

Ring of Kerry -- Killarney..

05

wrz
2013

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 15:42

Kilkanaście kilometrów od Killarney docieramy do parkingu przy północnym wjeździe do Gap of Dunloe -- przepięknej doliny rozciągającej się na długości 11km pomiędzy Purple Mountain a Macgillicuddy's Reeks. dolina jest jedną z topowych atrakcji Irlandii, a jej nazwa wywodzi się z irlandzkiego Dún Lóich, co można przetłumaczyć jako warownia Lóich.

jest sobota, środek lata, zapowiada się długi i pełny wrażeń dzień. jak zwykle w naszych podróżach dopisuje nam pogoda, co w tym regionie jest sprawą wyjątkową. słońce świeci jak oszalałe przez cały dzień, przyroda mieni się wszystkimi kolorami zieleni, a krajobrazy drgają w delikatnym letnim powietrzu. samochód zostawiamy na parkingu i rozpoczynamy długi marsz wąskim dnem doliny. jest nas pięcioro, z tym że Kuba podziwia okolicę z poziomu swojego wózka. mamy dwa aparaty fotograficzne i jednego diwajsa, jak utarło się nazywać Miśka iPada wykorzystywanego w kreatywnej fotografii krajobrazowej. maszerujemy, a początkowe lasy szybko ustępują miejsca poszarpanym skałom, stromym stokom i pierwszym jeziorom. w całej dolinie jest 5 jezior, wszystkie położone malowniczo odbijają w swich taflach kamieniste zbocza gór. jeziora połączone są ze sobą rzeczką, na której gdzieniegdzie wybudowano kamienne, przywodzące na myśl średniowiecze, mostki. idzie się przyjemnie wąską asfaltową drogą, chociaż co jakiś czas mija nas samochód tej leniwszej części odwiedzających to miejsce turystów. co jakiś czas napotykamy pojedyncze domki, niekiedy wciąż zamieszkiwane. po paru godzinach powolnej wspinaczki docieramy do najwyższego punktu doliny, z którego rozciągają się fajne widoki na obydwie strony świata. robimy tu sporo zdjęć, które wrzucę jeszcze w jakichś kolejnych notkach.

była kiedyś piosenka, w której jeden taki dudek śpiewał, ze Irlandia podobno jest taka zielona.. w mieście trudno te słowa zrozumieć, ale w takiej dolinie, gdzie wszystko przykryte jest dywanem bujnej roślinności, słowa te trafiają w sedno. świat mieni się wszystkimi odcieniami zieleni, a jedyną różnicę robią jaskrawe odcienie ostrych skał mieniące się bielą ze stromych stoków. kiedyś widzieliśmy coś podobnego w Montanie, podczas naszej podróży do Yellowstone, z tym że tu wszystko wygląda na chaotycznie niedokończone -- jakby ktoś nagle przystanął na chwilę i proces tworzenia świata zatrzymał się w malowniczym i barwnym nieładzie.

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

13

wrz
2013

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe - b&w..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 19:27

kilka czarno-białych ujęć tej malowniczej dolinki..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

20

wrz
2013

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 15:38

po raz ostatni dolinka, ale tym razem z nami, cobyście nie pomyśleli, że nas tam nie było..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

Ring of Kerry -- Gap of Dunloe..

18

paź
2013

Luk podbija niebo..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Los Angeles, 06:14

gliwickie lotnisko..

21

paź
2013

priorytety..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Los Angeles, 07:26

nudą coś ostatnio powiewa z tej mojej flagowej witryny, nie? brak akcji i treści jakoś niewiele. już pal licho fakt, że podtytuł strony nijak ma się do miejsca, w którym aktualnie pomieszkujemy. martwić może jednak stagnacja, z którą w poprzednich latach tak uparcie walczyłem i, poprzez to moje wewnętrzne samozaparcie, całkiem efektywnie pchałem ten wózek do przodu. heh, te setki godzin spędzonych w edytorze tekstu lub na analizie zdjęć z kolejnych wypraw. przyznam, że zawsze byłem dumny z tego mojego miejsca w sieci i jak tylko mogłem, starałem się coś nowego odkrywać, stawiać kolejne kroki. kiedyś nawet, ale było to już wiele lat temu, więc się nie liczy, wymyśliłem sobie, że otoczenie patrzy na mnie przez pryzmat tej strony, że własne miejsce w sieci robi różnicę. głupi byłem, owszem, ale nigdy nie żałowałem tego ogromu czasu spędzonego nad rozwojem tej strony. od zawsze dawała mi dużo radości.

i nadal daje, nie przeczę. problem jednak w tym, że trochę pozmieniały mi się priorytety. że wartości trochę się wypaliły, że wszystkie te hasła w stylu łap plecak i heja dookoła świata straciły na swojej wyrazistości. rozleniwiłem się i, co może martwić, chwilowo straciłem zainteresowanie. chociaż, gdyby tak się poważniej zastanowić, to piszę te słowa z hotelu w Los Angeles, więc karuzela podróżnicza kręci się nadal. jest połowa października, a ja już w tym miesiącu byłem i w Polsce, i w Rosji, i w Irlandii i teraz w Stanach. materiału mam dużo, w tym roku przecież znowu byliśmy na Karaibach, a ja z aparatem wędrowałem brudnymi i śmierdzącymi zaułkami dominikańskich miasteczek, do których statystyczny Europejczyk z reguły się nie zapędza. tak, mam takie zrywy podczas których pędzę do przodu jak dawniej. słucham, czuję, oglądam, ale niestety nie zapisuję. a doznania się rozpływają, zacierają w natłoku zdarzeń.

może więc chodzi o czas? pamiętam kolegę hiTowera, który za każdym razem pytał się mnie, kiedy ja na to wszystko znajduję czas. a ja nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, bo przecież na pasję czas znajdzie się zawsze. teraz tego czasu nie mam, bo praca bardziej wymagająca, bo stres, zmęczenie, a po godzinach wolę Jakubka wziąć do parku na trawę, czy obejrzeć z Agatą film. bo jest tysiące innych spraw, które jakoś tak z kolejnymi latami wywindowały się ponad nowe treści na tomxx.net. zmiana wartości przychodzi jednak naturalnie.

nie ma też zresztą powodów do siania paniki: lada dzień przedłużę domenę na kolejne 10 lat i dalej będę się wirtualnie zabawiał. piszę to jednak, jako pewnego rodzaju wytłumaczenie: że aktualizacje są rzadsze, że treści mało odkrywcze, że zdjęcia nie wnoszą niczego nowego. mam takie wrażenie, że wszystko już było, że mało w tym wszystkim oryginalności. myślę, że też to zauważyliście. chciałbym w końcu przestawić się na opis sytuacji, procesów, a nie miejsc. od zawsze miejsca wyznaczały pory roku na mojej stronie, były rozdziałami tej długiej podróży. chciałbym skończyć z tandetnymi pocztówkami odwiedzanych miejsc, spojrzeć głębiej, coś ciekawego powiedzieć. ale w zamian wkrótce znowu zafunduję wam kilka obrazków z karaibskiej plaży i widokówkę z Placu Czerwonego. i wszystko zostanie jak dawniej, choć ze zdecydowanie mniejszą częstotliwością..

03

lis
2013

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 00:44

późnym popołudniem dojeżdżamy do wioski Cahersiveen na zachodnim brzegu półwyspu. jest środek lata i wyjątkowo słoneczny dzień -- dobry moment na wieczorne wyjście w "miasto". dość szybko odnajdujemy nasz bed&breakfast, choć nie spisałem adresu, a budynek widziałem tylko przez chwilę na fotce ze strony rezerwacji. instalujemy się w środku i wyruszamy na podboje kulinarne. tego typu miasteczka są dobrym źródłem lokalnej kuchni, choć był weekend i wszystkie dwie restauracje miały już komplet zgłodniałych turystów. w końcu lądujemy w lokalnym pubie, a crio jak zwykle cuduje coś z lokalnymi drinkami piwnymi z domieszką brandy.

następnie kierujemy się na wybrzeże, gdzie siedzimy chwilę nad dokiem małego promu łączącego stały ląd z wyspą Valentia. prom odpływa sprzed małej knajpki portowej i po kilku minutach dobija do brzegu Knight's Town -- rewelacyjnie brzmiącej wioseczki, którą zamierzamy odwiedzić następnego dnia. zresztą cały następny ranek chcemy spędzić na wyspie i już cieszymy się widokiem majestatycznych wzgórz, z których podobno rozciąga się wspaniały widok na ocean i zachodnie krańce Irlandii. obok nas z dumą widnieje znak linii telegraficznej, ale o celu jego postawienia napiszę w kolejnej notce.

zachód słońca spędzamy na patio naszego hostelu. śledzimy powolny ruch czerwonej kuli słońca i przy piwie rozmawiamy o pierdołach do późnej, rozgwieżdżonej nocy. dawno nie widzieliśmy chłopaków: marasa chyba od ślubu, a miśka od chrztu jakubka. dobrze jest się spotkać w środku lata gdzieś na dalekiej neutralnej ziemi i powspominać stare czasy. myślę sobie, że dla takich chwil warto uderzyć w trasę z przyjaciółmi..

a gdy już wszyscy poszli spać to ja jeszcze siedziałem z miśkiem patrząc na gwiazdy przez pryzmat Google Sky View. niesamowitym jest móc zobaczyć na własne oczy blask Marsa (i wiedzieć, że to właśnie on!), śledzić ruch stacji kosmicznej i wierzyć elektronicznemu pudełku, że niewidoczny księżyc jest gdzieś ponad naszymi stopami.

poranek okazał się być mglisty, ale nie przeszkodziło nam to w wizycie na zamku Ballycarberry. zamek to za duże słowo, choć właśnie fakt, że została się ino ruina, świadczy o jego wyjątkowości. Japończycy i Amerykanie zapytaliby o tytuł filmu, do którego posiadłość ta zostałą zbudowana, ale nam, mieszkańcom Starej Europy, nie w głowie takie żarty. Ballycarberry Castle w rzeczywistości postawiono w XVI wieku, choć w miejscu tym odkryto ślady zamku pochodzącego już z 1398 roku, czyli jakoś wtedy, gdy hordy półnagich Litwinów ze swoimi ziomalami z rodu piastowego, szykowały się do skopania 4 liter kilku osobnikom z krzyżami na piersi. ruiny zamku są malowniczo oblepione roślinnością, a pozostawione gdzieniegdzie schody pozwalają nam na wdrapanie się na wyższe kondygnacje. robimy kilka dobrych fotek i chwilę szlajamy się po podziemnych korytarzach. przez chwilę jesteśmy tu sami, dopiero później przyjeżdża jeszcze jedna wycieczka z aparatami. potem leżymy na trawie i wyobrażamy sobie, jak mógł wyglądać armatni atak ze strony morza, który odbył się tutaj w 1652 roku..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

Ring of Kerry -- Cahersiveen i Ballycarberry Castle..

07

lis
2013

Ring of Kerry -- Valentia Island I..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 16:54

po wizycie w zamku wjeżdżamy na wyspę Valentia. tak, wjeżdżamy: wyspa to bowiem tylko z nazwy, a ze stałym lądem łączy ją .. most. jak mówi wiki, Valentia znana jest jako wschodni punkt końcowy transatlantyckiego kabla telegraficznego, łączącego ją ze wschodnim wybrzeżem Nowej Fundlandii. pierwszy udany przesył wiadomości z wyspy tą drogą miał miejsce w 1857 roku. stałe połączenie uruchomione zostało w 1866 i było użytkowane do 1966, kiedy to firma Western Union International zrezygnowała z jego eksploatacji. obecnie w miejscu dawnej stacji telegraficznej, nazwanym Telegraph Field, znajduje się pamiątkowy monument.

z obiecanych nam widoków nic nie wynika: poranny świat spowity jest gęstą mgłą. początkowo nie widać niczego, cała okolica pozostaje skąpana w spokojnej białej nicości. otaczają nas tylko wzgórza, trawa i wolno pasące się tu i ówdzie barany. obszar wyspy to 33 km2 i mieszka tu zaledwie 650 osób. godzinę później z widokami jest trochę lepiej i łapiemy kilka kadrów, misiek zdobywa kamienną półkę, a marek chowa się za pofałdowanym dywanem zroszonej trawy.



Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

11

lis
2013

Ring of Kerry -- Valentia Island II..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 14:00

po godzinie spaceru na wzgórzach zjeżdżamy w dół kierując się w stronę latarni morskiej na skalistym urwisku. latarni nie zwiedzamy, bo lokalny przedsiębiorca rządał ceny zdecydowanie przewyższającej wartość poznawczą dobra lokalnego, ale dość owocnie spędzamy czas na skalistym brzegu. morze, choć właściwie to już ocean, jest tu groźne, spienione, dzikie. pod tak zachmurzonym niebem przypominają mi się wszystkie te celtyckie pieśni i mitologie ludów nordyckich zakochanych w stromych klifach smaganych wiatrami i wszelakich morskich opowieściach.

choć może właśnie brzegi Valentii przypominają bardziej świat mistrza Sapkowskiego z opowiadania Trochę poświęcenia? mgliste i wilgotne Bremervoord, w którym książę Agloval walczy o względy syreny Sh'eenaz wśród scenerii pachnącej wilgotnym morszczynem? myślę, że te dwa miejsca są ze sobą ściśle powiązane: przylądek Bremervoord kończył się wulkanicznymi rafami, zwanymi Smoczymi Kłami, w których okolicy znajdowały się schody do zatopionego miasta -- Ys. podobnie jest tutaj: wędrujemy po kamienistych półkach, popękanych i wypłukanych milionami lat walki z morzem i szukamy ukrytych schodów do podwodnego miasta. skały wypełnia woda, gdzieniegdzie mienią się rozgwiazdy, wiatr rozwiewa uderzające w półki skały. a dalej u Sapka były już wyspy Skellige, które przecież idealnie pokrywają się z mapą zachodniego wybrzeża Irlandii. przed nami, na horyzoncie, wyrastające pionowo z wody mienią się dwie kamienne trójkątne wieże -- Wyspy Skellig, dzisiaj pozostające rezerwatami ptaków, choć przez laty zamieszkiwane były przez mnichów. piękny, choć surowy to świat..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

Ring of Kerry -- Valentia Island..

20

lis
2013

Ring of Kerry -- gdzieś na zachodnim wybrzeżu Irlandii

kategoria: podróże, link bezpośredni

dublin, 19:42

po wyspie Valentia kierujemy się niewielką dróżką wśród wzgórz na wybrzeże. droga o szerokości jednego samochodu zabiera nas na wysokie wzniesienie, z którego rozciąga się widok na dolinę, z której przyjechaliśmy. parkujemy samochód i kierujemy się pieszą ścieżką na jeszcze jedno wzgórze, z którego roztacza się widok na niesamowitą zatokę i sporą część oceanu. przeskakuję przez drut kolczasty i robię kolejne panoramy hrabstwa Kerry: ciemnoniebieskie zatoki, malownicze mozaiki pól i wypełniająca całą przestrzeń zieleń traw.. później zmieniam obiektyw na 200mm zoom i strzelam kilka fajnych ujęć wiosce poniżej. klasyczna Irlandia, taka o której śpiewa się piosenki. magia!

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

Ring of Kerry -- Ireland's West Coast..

27

lis
2013

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 14:56

a potem dojeżdżamy do plaży w pobliżu wioski Ballinskelligs (z języka irlandzkiego: Baile an Sceilg). długie łachy piasku widoczne były już z odległości kilkunastu kilometrów, gdy na wzgórzu robiłem fotki zielonych wzgórz i nieregularnych klifów linii brzegowej. miejsce to jest o tyle ciekawe, że podczas odpływu plaża ma kilkaset metrów szerokości, a po ciężkim i wilgotnym piasku można jeździć samochodem. wjeżdżamy więc na piasek i chwilowo bawimy się w kierowców rodem z rajdu do Dakaru. parkujemy gdzieś pośrodku i spędzamy beztroskie kilka godzin na słońcu..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

i kilka ujęż z Instagrama:
Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

Ring of Kerry -- Ballinskelligs..

28

lis
2013

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 19:12

mknąc z irlandzką prędkością na krętej klifowej drodze wyłania się naszym oczom taki oto obrazek: kamieniste wysepki na granatowym morzu, klify kończące delikatnie pochyłą i wściekle zieloną łakę z mnóstwem murków i kilkoma domkami. malownicza zatoczka z kilkunastoma zacumowanymi żaglówkami, górski brzeg na horyzoncie, a wszystko to skąpane w rewelacyjnym świetle zachodzącego słońca. marzenie fotografa krajobrazu. wyskakujemy z samochodu na parkingu i przy włączonym silniku pstrykamy pocztówki w różnych kierunkach. wszystkie zdjęcia poniżej, w tym dwie panoramki z dziwnie nieprecyzyjną linią horyzontów, powstały w kilka krókich minut. po wszystkim pakujemy się do nissana i mkniemy dalej, już w kierunku Dublina. szkoda, w takim miejscu chciałoby suę spędzić cały wieczór..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

Ring of Kerry -- Kerry Coastal Way..

02

gru
2013

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:13

a potem mkniemy już w kierunku Dublina sporadycznie zatrzymując się na ostatnie fotografowanie. zamykamy pętlę Ring of Kerry kierując się ponownie w stronę Killarney. przejeżdżamy przez malownicze doliny, a szczyty gór przykryte są niskimi chmurami. w połączeniu z przebijającym się przez nie słońcem robi to fajne wrażenie. wieczorem, już po zachodzie, jedziemy przez odludne krainy gdzie na długich kilometrach nie znajdujemy żadnego miasteczka, a Crio rzuca, że warto byłoby tu jeszcze kiedyś wrócić i wejść na kilka z tych szczytów. kiedyś wrócimy, na pewno.

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

Ring of Kerry -- Kerry Mountain Road..

02

gru
2013

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:20

zamykając tą serię wpisów wrzucam jeszcze kilka naszych ujęć z aparatu Crio. wujek Marek jak zwykle w formie, a nie swoje zdjęcia wstawiam na stronę, bo kilka osób marudziło, że tylko same krajobrazy ostatnio..

na tym kończę opowieść o hrabstwie Kerry -- malowniczo zielonym skrawku Irlandii, w którym w niewielkiej od siebie odległości spotykamy wysokie góry i brzegi oceanu, malownicze doliny wypełnione jeziorami i gęste lasy, ruiny zamków i małe wioski napędzane, wydaje się, tylko pieniędzmi przejeżdżających tędy podróżnych. warto było tam pojechać, a to dopiero pierwsza nasza poważniejsza eskapada na Zielonej Wyspie!

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

Ring of Kerry -- foty wujka Marka..

17

gru
2013

Rosja, Moskwa -- po raz pierwszy w stolicy Imperium..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 21:51

po raz pierwszy na terytorium Imperium. w państwie, które do tej pory poznawałem głównie z kart mistrza Kapuścińskiego i prozy Jacka Hugo-Badera. z tym że Kapuściński uchwycił Rosję zlotu ptaka przekazując nam jego specyfikę, obyczaje i całą furę odmiennej dziwaczności, natomiast Hugo-Bader przekazał nam rosyjskie i sowieckie obyczaje z poziomu tropiącego psa. nisko przy ziemi, bezkompromisowo, głęboko i z przekonaniem.

nigdy wcześniej w Rosji nie byłem. byłem z Związku Radzieckim przed '91 rokiem, ale nigdy w Rosji nowoczesnej. w Moskwie, w której obecnie mieszka ponad 10 tys. dolarowych milionerów, w której ceny nieruchomości i ziemi dorównują tym z Nowego Jorku i po której drogach jeździ więcej Mercedesów klasy S, niż w państwie, z którego pochodzą. mówi się, że Moskwa jest wyjątkową stolicą -- taką, która zamazuje całkowity obraz kraju. bo poza stolicą Rosja jest nadal krajem zacofanym, rozdartym, niedoinwestowanym. no ale o tym się nie przekonałem -- mój wypad trwał tydzień i ograniczył się do centrum i kilku ościennych dzielnic Moskwy.

ląduję na lotnisku Szeremetiewo. to wypad biznesowy, odbiera mnie młody taksówkarz z karteczką z napisem MR. ANKUDOWICZ. opuszczamy lotnisko i wbijamy się na autostradę. dosłownie, wbijamy się. pierwsze wrażenia są dwa: kultura jazdy jest ... nietypowa i jest brudno. jest jesień, wilgotno i pochmurno, to i świat musi się ubrudzić. dookoła walają się tony śmieci, reklamy straszą podobnie jak w Polsce, a droga jest bardzo kanciata. kierowcy trąbią na siebie i bez ustanku zmieniają pasy. mają ich 6 i zachowują się bardzo agresywnie. stoimy w korku i będziemy tak jeszcze stali przez kolejne trzy godziny. Moskwa w godzinie szczytu.. wróć, Moskwa o dowolnej godzinie dnia, jest całkowicie, totalnie zakorkowanym miastem. prowadzić samochód w Moskwie to wyzwanie. a mój taksówkarz przez te kilka godzin nie odezwał się do mnie ani słowem. wpuścił mnie do samochodu gestem ręki i pożegnał machnięciem pod hotelem. mniej więcej w połowie drogi dał mi swojego tableta z mobilnym dostępem do internetu, oczywiście też nie wypowiadając przy tym słowa, a posługując się czymś, co z fotelu pasażera przypominało jakiś dziwny i wymuszony gest mimiką twarzy. no więc spędziliśmy kilka godzin na zakorkowanej drodze do centrum, ja surfowalem po internecie i podziwiałem okolicę.

drugie wrażenie pochodzi już z centrum stolicy. w ogóle jest duża zmiana w obrazie Moskwy na jej obrzeżach i w jej centrum. po pierwsze jest o wiele czyściej. miasto jest aż do przesady wyczyszczone, w co ciężko byłoby mi uwierzyć, gdybym sam tego nie zobaczył. Moskwa jest dzisiaj miastem pozbawionym śmieci, brudu i rozpierduchy. owszem, króluje socjalistyczna architektura, która na pierwszy rzut oka powalająco nie wygląda, ale jest mega czysto. po drugie ludzie: elegancko ubrani, ładni i przystojni, w dużej mierze z rysami niesłowiańskimi. dzisiejsza Rosja to pomieszanie kultur, naród ma w sobie coraz większy odsetek krwi emigrantów zakaukaskich i tych z innych republik kraju, co widać gołym okiem na ulicach. a po trzecie samochody: średnio mnie kręci motoryzacja, ale standard samochodów jest niewyobrażalny. nigdy nie widziałem takiego nagromadzenia tak wypasionych bryk. i tylko gdzieniegdzie, bardzo rzadko, widuje się starą ładę, albo czarną wolgę z poprzedniego systemu. ale rzadko, bardzo rzadko.

zaczynam więc moją opowieść o Moskwie. na początek tradycyjnie: trochę symboli, tablice rejestracyjne, waluty. zawsze tak zaczynam notki z nowego kraju i tak też będzie tym razem. a potem będzie trochę ciekawiej..

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, MoskwaRosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, MoskwaRosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

23

gru
2013

Rosja, Moskwa -- poranny spacer..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Kłobuck, 17:22

wspólnie z Metinem, naszym firmowym kolegą ze Stambułu, i Artjomem, miejscowym informatykiem z Moskwy, wybraliśmy się na poranne zwiedzanie stolicy. jest siódma rano, środek jesieni, idziemy wzdłóż rzeki Moskwy, a ja nucę sobie pod nosem słowa klasycznej ballady Scorpionsów: I follow the Moskva, Down to Gorky Park, Listening to the wind of change...

Moskwa jest ogromnym miastem, ale najważniejsze punkty znajdują się w ścisłym sąsiedztwie Kremla. najbardziej rozpoznawalnym punktem jest największa prawosławna świątynia na świecie -- Sobór Chrystusa Zbawiciela. jak mówi wiki, świątynia jest votum dziękczynnym za uratowanie Rosji przed najazdem napoleońskim w 1812 roku, a budowę rozpoczęto 25 grudnia 1812, gdy ostatni żołnierze napoleońscy opuścili granice Rosji. historia soboru była burzliwa, a w 1931 roku podjęto decyzję o budowie na jej terenie Pałacu Rad. w grudniu tego roku kościół wysadzono w powietrze, co wymagało dwóch eksplozji, ponieważ świątynia przetrwała pierwszą. Budowa Pałacu Rad, rozpoczęta w 1937, nigdy nie wyszła z cyklu zerowego, a jej kontynuowaniu stanęła na przeszkodzie II wojna światowa. dopiero w roku 1958 w znajdującym się na miejscu cerkwi wykopie rozpoczęto budowę otwartego basenu pływackiego, a ponad 40 lat później postanowiono odbudować sobór. uroczyste poświęcenie odbudowanej świątyni miało miejsce 19 sierpnia 2000 roku i jest to stan, jaki można oglądać dzisiaj.

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, MoskwaRosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

24

gru
2013

O pochodzeniu i średniowiecznych korzeniach rodu Ankudowiczów..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Kłobuck, 22:48

od kilku lat prowadzę genealogiczną witrynę poświęconą mojemu nazwisku. średnio co kilka tygodni pojawia się nowy kontakt, kolejna osoba szukająca swoich korzeni. jakiś czas temu nawiązałem kontakt mailowy z p. Wiktorem Sybilskim, który, podobnie jak ja, tropił historię rodu Ankudowiczów. dotarł on do wspaniałych danych historycznych i całe opracowanie podesłał na moją skrzynkę. zanim wrzucę ją na genealogia.ankudowicz.com, przedstawiam tutaj. miłe czytadło, prawdziwa podróż w czasie, nie tylko dla wielbicieli dociekań genealogicznych. gorąco polecam:

Wiktor Sybilski, O pochodzeniu i średniowiecznych korzeniach rodu Ankudowiczów

Korzenie rodu Ankudowiczów herbu Sulima sięgają średniowiecza i związane są zeskomplikowanym procesem kształtowania się państwowości litewskiej. Ponieważ nie dysponujemy dużą ilością materiałów źródłowych nasz wywód ma charakter miejscami hipotetyczny, jednak część z jego założeń możemy przyjmować z dużą dozą prawdopodobieństwa. Część jego elementów ma zaś poświadczenie w dokumentach, których nie znali autorzy opracowań genealogicznych, stąd brak ich w dotychczasowych publikacjach. Pozostaje nadal wiele pytań, ale mam nadzieję, że niniejsze krótkie „robocze” opracowanie pomoże podsumować najważniejsze dane, którymi do tej pory dysponujemy i pozwoli na dalsze uzupełnianie i owocne poszukiwania.

Na początek chciałbym stwierdzić, że w mojej opinii teoria o tatarskim pochodzeniu Ankudowiczów wysnuta przez S. Dziadulewicza wydaje się być niesłuszna i nie poparta dowodami, dodatkowo przeczy tym dokumentom, które sami Ankudowiczowie przedkładali i cytowali przed komisjami wywodowymi. Historyk-amator jakim był Dziadulewicz co prawda używa sformułowania „niewątpliwie”, ale możemy je traktować jako ciekawostkę pokazującą ówczesne, jeszcze nierzadko fantastyczne, podejście do źródeł historycznych. Tylko jeden element z informacji Dziadulewicza możemy brać pod uwagę, ale na zasadzie podpowiedzi dopatronimicznej etymologii nazwiska, przy czym sam autor nie trudzi się nawet by ją wyjaśnić i tym samym choć spróbować przedstawić tok swojego rozumowania. Dziadulewicz najwyraźniej nie znał dokumentów legitymacyjnych Ankudowiczów, co doprowadziło go do błędnej konkluzji. Skojarzył jedynie imię Tatara puńskiego Akidzia vel Akudzia z nazwiskiem Ankudowicz. Miałby on więc być protoplastą rodu. Nie zgadza się jednak: 1. czas, 2. geografia (miejsce zamieszkiwania rodziny), 3. kwestia wyznania. O pochodzeniu tatarskim nie wspominają wreszcie żadne źródła, brak ich także w przekazach rodzinnych.

Stanisław Sawicz Ankudowicz herbu Sulima był według legitymujących się przedwileńską komisją wywodową w r. 1820 Ankudowiczów protoplastą rodziny „posiadał majętność Trynulce z własnego nabycia od Gaspra Paszkiewicza w roku 1500 sobie wydanym prawem”. Żyjący w 1526 Tatar Akudź nie mógł być więc nijak protoplastą rodu, nie przyjęła rodzina chrztu w XVI wieku, ponieważ nastąpiło to znacznie wcześniej, a jej proweniencja jest prawdopodobnie litewska i okolice zamku w Puniach jako rzekomego gniazda rodowego nie potwierdzają dostępne nam wiadomości o miejscach zamieszkiwania Ankudowiczów.

W aktach wywodowych z guberni witebskiej z r. 1832 cytowany jest przywilej króla Zygmunta Augusta dla Stefana i Łukasza Chrystoforowiczów (synów Krzysztofa) Ankudowiczów z 28 lutego 1564 r., w którym król powołuje się na wcześniejsze przywileje rodziny nadane przez: wielkiego księcia Witolda, Świdrygiełłę, królów Kazimierza Jagiellończyka i Aleksandra. Witold panował na Litwie w latach 1401-1430, Świdrygiełło natomiast w latach 1430-1432. Jasno wynika stąd, że ród Ankudowiczów funkcjonował na Litwie już w I poł. XV wieku. Nie był więc Stanisław Ankudowicz faktycznym założycielem rodu, a protoplastów należy szukać jeszcze wcześniej, lecz bliższych faktów ani dat życia ustalić nie możemy, choć nie można oczywiście wykluczyć odnalezienia kiedyś jakiegoś potwierdzającego hipotezę źródła.

Rodzina Ankudowiczów bierze swój początek od Ankudyna (wersja „potoczna” pochodząca od pierwotnej Akindin). Imię Akindin znane było w prawosławiu i ma proweniencję wschodnią i wywodzi się z greckiego Akindinos.[1] Stanisław Ankudowicz, jak jego imię wskazuje, był już katolikiem. Jego przodek Ankudyn Sawicz herbu Sulima musiał być zaś prawosławny, co wpisuje się w historię chrystianizacji elit litewskich, która, w uproszczeniu, najpierw następowała ze wschodu, dopiero zaś później wkroczył na Litwę katolicyzm. Ankudyn Sawicz był potomkiem, należącego do litewskich elit bojara o imieniu Sawa herbu Sulima. Mógł być Ankudyn jego synem, tego jednak nie wiemy, mógł być równie dobrze dalszym potomkiem, założyć więc jedynie możemy, że od Sawy wywodzi się ród Ankudyna Sawicza od którego początek bierze już dalej wyznająca katolicyzm rodzina Stanisława Sawicza Ankudowicza i jego potomków.

Przydomek Sawicz [2] (a de facto patronimik), później przez rodzinę już nie używany, który wymienia konsekwentnie dokument wywodowy Ankudowiczów z roku 1820 jest więc bardzo ważną wskazówką, co do pochodzenia rodu. Dokumentu tego nie znali autorzy herbarzy stąd brak u nich informacji o średniowiecznej historii rodziny lub też jak w wypadku Dziadulewicza błędny wywód. Dzięki informacjom z akt legitymacyjnych Ankudowiczów stwierdzić można więc, że wywodzą się od litewskiego rodu Sawiczów herbu Sulima. Są oni więc najwyraźniej jeszcze jedną gałęzią tego rodu obok Sawiczów Ryczgorskich herbu Sulima.[3] Można też wysnuć hipotezę, że gałąź Ankudowiczów jest starsza niż Ryczgorskich, ponieważ nazwisko to powstało już jako odmiejscowe, a nie patronimiczne. Nazwiska szlacheckie odmiejscowe na -ski, -cki były nowszym tworem na Litwie, niż patronimiki i pojawiły się wraz z umacnianiem się wpływów polskich wśród elit litewskich. Dlatego założyć można, że Ryczgorscy biorą swój początek już w czasie umocnienia się katolicyzmu wśród elit litewskich, a Ankudowiczowie jeszcze w okresie, gdy na Litwie prawosławie rywalizowało z katolicyzmem o prymat w państwie.

Skoro na lata panowania Witolda 1401-1430 przypadają przywileje dla Ankudowiczów (dokładnej daty nie znamy), to należy przypomnieć, że adopcja rodów litewskich do polskich herbów nastąpiła na mocy Unii Horodelskiej w roku 1413. Wówczas też do herbu Sulima został przyjęty przez Stanisława Gamrata z Klimontowa możny litewski Rodywił (Radvilas). Jest to więc ten okres, kiedy żyli przodkowie Stanisława Sawicza Ankudowicza. Czy już sam Rodywił został ochrzczony? Jest to bardzo prawdopodobne. Nie wiemy natomiast czy to właśnie on przyjął wschodnie chrześcijańskie imię Sawa czy może raczej jego syn. W każdym razie w tym wczesnym okresie kształtowania się państwowości litewskiej bierze swoje początki ród Sawiczów/Ankudowiczów herbu Sulima. Szkicowa, hipotetyczna, genealogia protoplastów rodu Ankudowiczów przedstawiałaby się następująco:

I. Rodywił h. Sulima, w. 1413

II. Sawa h. Sulima, ur. +­ 1420

III. Ankudyn Sawicz h. Sulima, ur. +­ 1450

IV. Stanisław Sawicz Ankudowicz h. Sulima, ur. +­ 1470, w. 1500

Jeśli zaś chodzi o gniazdo rodowe Ankudowiczów, to komisja wywodowa guberni witebskiej podaje powiat oszmiański jako miejsce skąd pochodziła rodzina. Wydaje się być to twierdzenie prawdziwe, zważywszy wiadomości jakie mamy o występowaniu jej członków, a przede wszystkim fakt istnienia miejscowości Ankudy, dziedziczonej przez Ankudowiczów w tym powiecie. Co ważne dekret wywodowy z guberni litewskiej wyraźnie pokazuje, że zarówno Ankudowiczowie zamieszkujący pod Oszmianą jak i ci z okolicy Duniłowicz, należą do jednego rodu. Można natomiast jedynie przypuścić, że Ankudy Duniłowickie są drugim, „młodszym”gniazdem Ankudowiczów. Ta kwestia nie była do tej pory badana i poszukiwania pana Tomasza Ankudowicza mogą rzucić nowe światło na to zagadnienie. Nadal nierozwikłana jest także zagadka, gdzie znajdowały się owe tajemnicze „Trynulce”, które zakupił Stanisław Ankudowicz.

Dokumenty wywodowe z guberni wileńskiej, kowieńskiej, witebskiej i mińskiej podają tak dużą ilość członków rodu Ankudowiczów, że wyłania się z nich obraz rodziny bardzo licznej, dlatego często może się zdawać, że poszczególne gałęzie nie są ze sobą powiązane, ale wymaga to za każdym razem dokładnego przestudiowania genealogii. W większości przypadków z dużą dozą ostrożności zakładać można pokrewieństwo (choć czasem bardzo dalekie) żyjących dzisiaj przedstawicieli rodu Ankudowiczów.

Na przykład jeden z najbardziej zasłużonych przedstawicieli familii Wincenty Ankudowicz (1792-1756) matematyk, profesor Uniwersytetu Petersburskiego wywodził się zgałęzi kowieńskiej.[4] Jego dzieci były wyznania prawosławnego i ich potomkowie zapewne żyją gdzieś jeszcze w Rosji. Natomiast znacznie już wcześniej Ankudowiczowie przenieśli się do ziemi witebskiej, połockiej i smoleńskiej. Jak podaje wywód Ankudowiczów z gub. Witebskiej, Stefan Ankudowicz (syn Krzysztofa; wspomniany wyżej) sprzedał część majątku Ankudy w pow. oszmiańskim i nabył majątek Ostrówki w pow. brasławskim. Fakt ten musiał mieć miejsce gdzieś na początku XVII wieku, skoro już w 1657 jego synowie nabyli od Konopackich dobra Dołhe pod Siebieżem.

Istnieją tutaj jednak rozbieżności pomiędzy genealogią sporządzoną dla komisji wywodowej mińskiej i witebskiej. Jest ona nieco inaczej ułożona i według pierwszej syn Stefana - Jan Ankudowicz, otrzymał nadanie obrębu ziemi w parafii duniłowickiej od Radziwiłłów w 1619 roku, natomiast z Metryki Litewskiej (uzupełnić przypis) wiemy, że w r. 1657 Bazyli Ankudowicz (syn Łukasza) otrzymuje od Jana Kazimierza nadania królewszczyzn w województwie połockim.

Choć rozwikłanie skomplikowanej genealogii wymaga jeszcze dalszych studiów, do których niezbędna będzie pomoc Krewniaków, to już z tych faktów widać, że nie tylko mówią one nam o przemieszczeniu się Ankudowiczów na wschód w kierunku Witebska na początku XVII wieku, ale być może potwierdzają także hipotezę o przeniesieniu się części rodziny z Ankud „starszych” oszmiańskich do „nowych” duniłowickich. Część Ankudowiczów z okolic Siebieża weszła w skład szlachty guberni tulskiej - również przedstawiciele tej gałęzi rodziny mogą żyć dzisiaj w Rosji. W wersji „brudnopisowej” można by wyliczyć następujące gałęzie rodu Ankudowiczów, które uznać można za główne czy też starsze i od nich dopiero wywodzą się młodsze pomniejsze:

I. Wileńska – pow. oszmiańskiII.
II. Kowieńska (czy tutaj Duniłowicze?)
III. Siebiesko-witebska (pow. siebieski, lepelski)
IV. Połocka (jeżeli osobno?)
V. Tulska - młodsza, wywodząca się od siebieskiej
VI. Petersburska – młodsza, wywodząca się od Wincentego Ankudowicza z gałęzi kowieńskiej

Wiktor Sybilski, marzec 2013.

przypisy:

[1] W języku rosyjskim istnieją wersje potoczne imienia - Ankudin, stąd w Rosji występuje nazwisko Ankudinow.

[2] Należy przestudiować książkę C. Sawicza „500 lat rodu Sawiczów herbu Sulima. Zbiór dokumentów”, Warszawa

[3] Niesiecki wymienia również Sawiczów Zabłockich, ale nie jest pewny ich powiązania rodzinnego. Fakt, że członkowie tej rodziny używali także herbu Łada może wątpliwość Niesieckiego potwierdzać.

[4] W jednym z XIX w. rosyjskich opracowań błędnie podano jako miejsce urodzenia gubernię kijowską zamiast kowieńskiej.

29

gru
2013

Rosja, Moskwa -- wieczorny spacer..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Kłobuck, 17:20

przed późnym spacerem po Moskwie przestrzegali mnie wszyscy. różnorodny element przestępczy podobno w ciemności wychodzi z zaułków i może być nieciekawie. ale i tak poszedłem.

nie mam żadnych obaw przed nocnymi wypadami, ale w przypadku Moskwy trzymałem się miejsc w centrum. przez rzekę głównym mostem, panoramka na Kreml, później przez park do Placu Czerwonego, główną arterią do centrum sklepowo-restauracyjnego, a później przez okolice Teatru po wcześniej opisany Sobór. nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nie niepokoił. w miłej atmosferze wędrowałem uliczkami aż do północy. dookoła sporo ludzi, również turystów z aparatami lub podnoszonymi na wysokość głowy fotograficznymi iPadami, słychać wiele różnych języków, miasto długo tętni życiem.

innym wieczorem wybraliśmy się w kilka osób do centrum w celach piwno-konsumpcyjnych. w restauracjach ceny światowe (za 3 osoby zapłaciłem rachunek 140 euro), ale i wystrój knajp na podobnym poziomie. wnętrza bogate, świetnie utrzymane, jedzenie rewelacyjne. Rosjanie, i tutaj zadam kłam ugruntowanym i długoletnim opiniom, kulturalni i eleganccy -- siedzą w knajpach przy lampkach wina i dyskutują. nie ma knajp serwujących wódkę w szklankach, są za to wszystkie marki znane z zachodniego świata. i coś więcej, np knajpa Hollywood, gdzie dziewczynki na wrotkach bawią się w kalifornijską wizję świata, a hamburgerów w menu jest piętnaście tysięcy. wszystkie z poduralskich krów. jest czysto, jasno i miło. oczywiście zdaję sobie sprawę, że to Moskwa, a nie środek kraju. że to stolica, okno wystawowe na świat, a nie zadupie biedne i zacofane..

no i korki. ulice stolicy są pełne aż do północy. zdjęcie z zakorkowanej 4-pasowej trasy w centrum zrobiłem jakoś po 23..

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, MoskwaRosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa

Rosja, Moskwa