Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2012:

07

sty
2012

World of Tanks..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:05

niewiele nowoczesnych, czyt. wydanych na pecety, gier komputerowych zawładnęło mą wyobraźnią w sposób szczególny. owszem, całymi miesiącami zagrywałem się w pierwsze dwie części Age of Empires, po kablu mojej osiedlowej sieci SportNet męczyliśmy z kolegami Unreal Tournament oraz jego mod Tactical Ops, wałkowałem w końcu całe sezony w Championship Managera zdobywając z moim Górnikiem Puchar Europy. to już nie te lata, nie tak grywalne produkcje jak w przeszłości. ale w końcu, po wielu latach, ponownie znalazłem swoją grę, która poprzez połączenie kilku ważnych dla mnie elementów ponownie przybiła mnie do monitora na długie, hmm, miesiące. owymi ważnymi elementami są: MMO, czyli współzawodnictwo (bo niezmiennie i niezmiernie miło jest przeciwnikowi strzelić prosto w czajnik), strategia i taktyka (bo lubię spokój i gry z głową), konflikt (wojna, jako podstawa problemu) i stosunkowo krótki czas pojedynczej rozgrywki (to chyba zostało mi po C64). a wszystko to zapakowane w najnowsze osiągnięcia komputerowych rozwiązań graficznych..

Panie i Panowie, grą tą jest World of Tanks -- produkt zza naszej wschodniej granicy, rodem z Białorusi (pomyślałby ktoś), gra darmowa, oparta na coraz popularniejszym modelu mikropłatności. nie będę zagłębiał się tu w zalety tej gry, odsyłam na strony WoT, wiki i Tuby, gdzie możecie zobaczyć rzeczywisty gameplay w formacie HD. nadmienię tylko, że gram w to cudo od ponad pół roku i że jest to jedyna z moich pasji, która nijak nie może się pogodzić z oczekiwaniami mojej żony, co do spędzania wolnego czasu. a jeszcze dziwniej wypadam w jej oczach mówiąc do monitora, bo działam nawet w polskim klanie (Armia Krajowa, AK, jakżeby inaczej) i miło jest pograć z chłopakami używając do tego mikrofonów. lubię pograć radzickimi niszczycielami czołgów (jak np SU-100), czy też niemieckimi czołgami średnimi (jak klasyczna Pantera).

notka ta pewnie w ogóle by nie powstała, bo przecież gram już w WoT bardzo długo i wcześniej tego typu reklama do głowy mi nie przyszła. ale dzisiaj pobiłem mój osobisty rekord i ustrzeliłem 11 wrogich czołgów podczas jednej gry, co jest wynikiem budzącym szacunek. zapraszam więc do gry, mój nick to oczywiście tomxx.

World of Tanks..

06

sty
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. I. Asteroids, arcade, 1979..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:22

pół roku po zapowiedzi nowego działu na mojej stronie wreszcie możemy wystartować! pograjmy jak za dawnych lat będzie dosyć nieregularną rubryką prezentującą legendarne gry komputerowe, które z jakichś tam powodów utkwiły mi w pamięci. będą filmy, filmiki z gier, screeny i trochę ciekawych opisów. zaczynamy od klasyki, czyli gry Asteroids.

nie jestem tego już dzisiaj do końca pewny, ale prawdopodobnie Asteroids był pierwszą grą komputerową, jaką ujrzały moje oczy na żywo. nie pamiętam dokładnie, czy był to PONG na jednej z bałtyckich plaż przy budce ze smażoną rybą, czy właśnie ASTEROIDS w jednym z hotelów w polskich górach. po latach wrażenia przebijają pamięć i oba te wydarzenia widzę jakby za mgłą na osi czasu mojej młodości. przyjmijmy jednak, że był to Asteroids. no więc jest zima roku 1985, z rodzicami przyjeżdżamy ciemną nocą do dużego PRL-owskiego hotelu w górach (w Ustroniu albo Szczyrku), a przy wejściu w lobby stoi klasyczny arcade z asteroidami na pokładzie. maszyna działała na duże 20-złotówki, a ja byłem zbyt młody, żeby skutecznie poradzić sobie z całym tym kosmicznym śmietnikiem..

jako że ma być nietypowo, to opuszczę historię samej gry i skupię się na światowym rekordzie. oryginalna wersja gry, jak wiele wczesnych produkcji, ma kilka niezdiagnozowanych przez programistów błędów. jednym z nich jest kierunek strzelania statku kosmicznego, który celuje tylko w stronę naszego pojazdu. ekran nie ma barier, tak więc wychodząc poza ekran z lewej strony pojawiamy się z prawej, to samo odnosi się do strzelania. wykorzystując tą lukę zręczny gracz mógł nabijać nieskończoną ilość punktów grając nieskończoną liczbę godzin na pojedynczym 'kredycie'. licznik punktów Asteroidsa zatrzymuje się na 99 999, jednak zapaleńcy potrafią wielokrotnie go przekręcić. 13 listopada 1982 roku 15-letni Scott Safran z New Jersey ustanowił światowy rekord zdobywając 41,336,440 punktów (oczywiście w filmie musiałem się pomylić). jego wyczyn postanowiono nagrodzić w 1998 roku i specjalna organizacja ds wyników gier komputerowych rozpoczęła poszukiwanie championa z planem wręczenia mu nagrody. dopiero 4 lata później odkryto, że rekordzista od dawna już nie żyje, że zginął wypadając z mieszkania w Los Angeles próbując ratować swojego kota, 7 lat po ustaleniu rekordu (źródło). nie zraziło to natomiast szacownego grona i nagroda dla najlepszego gracza Asteroids została wręczona rodzinie zmarłego gracza 27 kwietnia 2002 roku. jego rekord został pobity dopiero w 2010 roku, kiedy to John McAllister po 58-godzinnej transmitowanej na żywo przez internet grze zdobył 41,338,740 punktów poprawiając 27-letni rekord. ciekawy materiał o tym wyczynie znajdziecie z kolei na YT pod tym adresem.

Asteroids wydano oczywiście na większość platform komputerowych, a dzisiaj możecie w niego zagrać nawet przez przeglądarkę internetową pod tym adresem.

09

sty
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. II. Jack Attack, C64, 1983..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 07:25

artykuł dla magazynu Komoda nr 5

historia gier komputerowych pełna jest produktów kultowych. są wśród nich zarówno gry ponadprzeciętne, wyznaczające nowe horyzonty czy wręcz kształtujące zupełnie nowego gatunki, lecz także takie, do których z niewyjaśnionych powodów czujemy ogromny sentyment. przyciągające grywalnością, oryginalnością, nostalgią czasu naszej młodości -- jestem pewien, że każdy dojrzały gracz ma kilka takich perełek w swoim archiwum. dla mnie osobiście tego typu grą jest Jack Attack, jedna z pierwszych gier jakie odpaliłem na mojej Komodzie, popularna z powodu dołączania jej na cartridge'u do niektórych zestawów komputerów firmy Commodore. mimo iż od tego momentu minęło okrągłe 20 lat to wciąż wracam do tej niezwykle wciągającej, zaledwie 16-kilobajtowej gierki z roku 1983, która moim zdaniem jest jedną z ikon naszej nieśmiertelnej mydelniczki.

Jack Attack jest zręcznościową platformówką w klimacie wczesnych lat osiemdziesiątych. zadaniem naszego głównego bohatera, będącego swoistym skrzyżowaniem chrząszcza z cukierkiem M&M'sa w czerwonej polewie, jest pozbycie się 8 niewygodnych, ruchliwych i cholernie natrętnych głów. Jack może samemu zmiażdżyć głowę po prostu na nią naskakując lub może do tego celu wykorzystać jedną z cegieł, które znajdują się na wyposażeniu większości plansz. cegły można popychać i ciągnąć oraz zrzucać z wysokości, siejąc tym samym lęk i zniszczenie w szeregach otaczających nas przeciwników.

na naszego bohatera czekają 64 zróżnicowane plansze, od tych najprostszych na początkowych etapach, po bardziej skomplikowane w miarę postępu w grze. dodatkowym elementem rozgrywki są platformy, za których zdobycie otrzymujemy odpowiedni bonus punktowy. zastosowanie tego elementu wprowadza do gry aspekt łamigłówki, rozszerzając tym samym dość prostą mechanikę gry. zdobycie wszystkich platform nie jest zresztą sprawą prostą, a osiągnięcie wszystkich z nich wymaga niekiedy przyjęcia odpowiedniej strategii. platformy mogą bowiem być nieosiągalne (Jack potrafi podskoczyć tylko o 3 poziomy do góry), odgrodzone wodą lub kompletnie przykryte cegłami. trudności dopełnia fakt, iż platformy znikają po upływie określonego na dany etap czasu (jeśli zakończymy daną planszę przed upływem czasu to również dostajemy dodatkowe punkty), co może być niebezpieczne z uwagi na spadające z wysokości cegły. Jack panicznie boi się wody, która z kolei jest sprzymierzeńcem naszych uśmiechniętych przeciwników. z pomocą ponownie przychodzą nam tu cegły, którymi sprawnie można załatać dziurę i suchą owadzią stopą przejść na drugą stronę planszy.

gra obsługuje tryb dwóch graczy, jednak grają oni naprzemiennie. sterowanie jest bardzo proste (góra, lewo, prawo i fire), a samą rozgrywkę możemy zacząć na jednej z 9 pierwszych plansz. szata grafika jest skromna, co oczywiście odpowiada realiom tamtego okresu, ale kolory i graficzną przejrzystość z pewnością można zaliczyć do zalet tego produktu. dźwięk występuje tylko na poziomie funkcjonalnym, choć efekty miażdżenia przeciwników, czy irytujący odgłos zgładzenia samego Jacka na długo zapadają w pamięci.

ogromną zaletą gry jest jej niesamowita grywalność, którą autorzy osiągnęli poprzez wprowadzenie elementu losowości w poruszaniu się naszych przeciwników. gra z czasem staje się bardzo wymagająca, a różne skale trudności definiowane są przez szybkość poruszania się przeciwników, ich liczbę jednocześnie spadającą na naszego bohatera oraz ... ich inteligencję. tak, tak, już w 1983 roku programiści przewidywali pewną nieliniowość i reakcję programu na ruchy naszego bohatera. zarówno kierunek ruchu, jak i prędkość poruszania się przeciwników mogą w każdym momencie ulec zmianie, dlatego za wszelką cenę należy unikać miejsc, z których ciężko jest się wydostać. o skali trudności niech świadczy fakt, iż na prawdziwej Komodzie nigdy nie udało mi się przejść 40 etapu, a finalną, 64-tą planszę (bez platform i cegieł, tylko 8 jednocześnie spadających na naszego Jacka głów) o jakże wymownym tytule 'Fair Fight' ujrzałem dopiero na emulatorze.

na koniec mała ciekawostka. gra została pierwotnie napisana na VIC-20 przez dwójkę studentów i pod tytułem 'Alien Attack' wpadła w ręce ludzi z działu sprzedaży firmy Commodore. produkt tak przypadł pracownikom CBM do gustu, że postanowili wykupić licencję i wydać go pod własnym tytułem w setkach tysięcy egzemplarzy (wyszły wersje na Plus/4, C16 i C64). utrzymuje się, że tytuł produktu nie był przypadkowy i postanowiono w ten sposób upamiętnić nagłe ataki histerii ówczesnego szefa firmy, Jacka Tramiela. Jack znany był z porywczego charakteru i częstego strofowania swoich podopiecznych. Jack Attack jest więc swoistą zemstą programistów na swoim szefie, o czym zresztą po latach wspominają sami zainteresowani.

gorąco zachęcam do wcielenia się w Jacka i spróbowania swoich sił w nierównej walce z wrogami. w 2001 roku wyszedł co prawda sequel zatytułowany Jack Attack 2, ale mimo dodatkowych opcji grywalność tego produktu była niska, a oficjalna strona gry już nawet nie istnieje. zresztą, po co komu nowoczesna wersja pecetowa, skoro oryginalny Jack Attack po prawie 30 latach istnienia wciąż uzależnia i tak jak dawniej potrafi przykuć do ekranu na długie godziny.

grę możecie pobrać stąd.

Jack Attack, C64, 1983

Jack Attack, C64, 1983

Jack Attack, C64, 1983

Jack Attack, C64, 1983

Jack Attack, C64, 1983

18

sty
2012

Seattle: widok z okna firmowego..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:25

wraz z nową pozycją zmieniłem biurko, a co za tym idzie mam nowy widok przez okno ;) tym razem spoglądam centralnie na Zachód, pod moimi stopami jest kawałek downtown z historycznym Pike Place Market, trochę wyżej zatoka Puget Sound, a zaraz za nią półwysep dzielnicy West Seattle. a potem już pasmo Gór Olimpijskich, a za nimi Pacyfik. no i te zimowe zachody słońca. nie do przebicia i przysięgam, barwy nie są nadane żadną obróbką.

Seattle: widok z okna firmowego..

Seattle: widok z okna firmowego..

Seattle: widok z okna firmowego..

22

sty
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. III. Życie Maklera, C64, 1986..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 07:32

artykuł dla magazynu Komoda nr 5

Życie Maklera jest tekstową grą ekonomiczną zamieszczoną w drugim wydaniu magazynu ‘Informatyka, Komputery, Systemy’ (dodatku do Żołnierza Wolności) z 1986 roku. IKS wyróżniał się na, raczkującym dopiero polskim rynku czasopism komputerowych, publikacją listingów autorskich programów, przez co starano się propagować naukę tworzenia oprogramowania na maszyny ośmiobitowe. BASIC-owy listing gry obejmuje zaledwie 110 wierszy, jednak Życie Maklera broni się pomysłem i oryginalnością.

tytułowy makler nie handluje papierami wartościowymi (no tak, nasza rodzima Giełda miała dopiero powstać za 5 lat), lecz porusza się w prężnym, choć kapryśnym i nieprzewidywalnym jak kobieta w ciąży, przemyśle górniczym. zadaniem gracza jest jak najdłuższe zarządzanie kompanią wydobywczą, realizowanie celów ekonomicznych i stawianie czoła przeciwnościom. będziemy więc handlowali kopalniami, zatrudniali i zwalniali pracowników, podejmowali decyzję o stanie zapasów, a wszystko to w oparciu o zmienny i rozhuśtany cenowo rynek. giełdowe ceny rudy, podobnie zresztą jak koszt wyżywienia pracowników, co roku kształtują się na innym poziomie, więc od naszych decyzji zależeć będzie rentowność naszego przedsiębiorstwa. siła robocza to nasz główny koszt, jednak nie wolno na niej oszczędzać - wyższy poziom życia górników gwarantuje wzrost wydajności oraz stały przyrost naszej kadry, niższy natomiast wywołuje strajki. tu uwaga: w każdym roku w jednej kopalni nie może pracować mniej niż 10 górników, a niedopilnowanie tego warunku skutkuje natychmiastowym krachem naszej korporacji. w przemyśle wydobywczym nie sposób jednak przewidzieć wszystkiego tak więc, po osiągnięciu pewnego poziomu wydobycia, może nastąpić kryzys produkcji, a wypadki losowe mogą zdziesiątkować kadrę naszych dzielnych przodowników pracy.

wady gry sprowadzają się do jej prostoty: handel jednym surowcem, skrupulatne wyliczanie pensji pracowników (kalkulator to podstawa), brak możliwości powrotu do poprzedniej operacji kupna/sprzedaży, przez co najmniejszy błąd czy nieopatrzne przeskoczenie jednego z pytań kończy całą zabawę. nie wymagajmy jednak zbyt wiele od gry mieszczącej się na dwóch stronach czasopisma sprzed 25 lat. warto jeszcze nadmienić, że Open source’owa forma (no dobra, trochę przesadzam) sprzyjała dalszej rozbudowie programu, a także konwersjom na inne komputery. gra doczekała się wersji na ZX Spectrum i, z niewielkimi zmianami, na Atari. nawet autor tej krótkiej recenzji napisał kiedyś wersję Amigową wypuszczoną w świat pod tytułem Sen Maklera, jednak ostatnia działająca kopia prawdopodobnie zaginęła już w pomroce dziejów.

nie dobudowując więc zbędnej ideologii do tej, prostej przecież, tekstówki zachęcam do spróbowania swych sił w kierowaniu potężną firmą wydobywczą i przejrzenia kodu gry. niech twórcy z IKS-a wiedzą, że to co robili ćwierć wieku temu miało sens i w jakimś stopniu ukierunkowało nasze młode wtedy głowy.

grę na C64 możecie pobrać stąd.

Życie Maklera, IKS 1986..

24

sty
2012

w 80 dni dookoła Kubańczyka.. wszystko się kręci..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:15

nasz Kuba ma już 80 dni, poniżej kilka zdjęć z jego strony:

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

w 80 dni dookoła Kubańczyka..

27

sty
2012

Projekt Balloon Rescue!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:32

siadłem sobie 2 tygodnie temu i napisałem grę..

projekt ratowania balonu z mroku śmiercionośnych jaskiń chodził po mojej głowie już od kilku lat. jeszcze w Brighton zabrałem się za zrobienie tej gry we Flashu, ale projektu nigdy nie dokończyłem. po 3 latach postanowiłem zrobić coś kreatywnego w nowym kierunku i zacząłem kodowanie od nowa. Balloon Rescue! napisany jest w C# w oparciu o środowisko i biblioteki XNA. zaletą tego frameworka jest fakt, że znając sam język dość łatwo przyszło mi poznanie możliwości i wymagań nowego środowiska. gra jest oparta o grafikę 2D, choć pewnie za jakiś czas będę starał się projektować w 3D, ma w sobie coś z miłości do platformowych gier na ośmiobitowce. za grafikę odpowiedzialna jest Agata i bardzo jej dziękuję za wkład, bo przesiedziała wiele godzin klikając w niewidoczne dla ludzkiego oka piksele, aby gra ładnie się prezentowała. w projekcie wykorzystuję przekonwertowaną muzykę z chipa SID Commodore 64 włoskiego artysty o nicku Nata. był on kiedyś członkiem polskiej grupy scenowej Samar, a jego dźwięki dawno temu przypadły mi już do gustu..

po 2 tygodniach pracy ukończyłem główną pętlę gry, w której skład wchodzą:

- pełny GameState obsługujący wszystkie ekrany gry
- klasę menu, choć graficznie trzeba nad nią popracować
- klasę sound obsługującą muzykę i dźwięki sytuacyjne
- pełną fizykę poruszania się balonu (grawitacja vs gaz)
- wyświetlanie intra do poszczególnych etapów i skromny fading, który być może powielę na inne ekrany
- kilka bitmap obsługujących fonty (możliwe jest wykorzystywanie tradycyjnych fontów, ale chcąc dodać do nich efekty należy stworzyć bitmapę znaków)
- klasę levels odpowiedzialną za stworzenie poszczególnych etapów
- pełną obsługę kolizji w oparciu o porównanie pixel-to-pixel. funkcja kolizji wykorzystywana jest do obliczeń zderzenia sprajta z teksturą skał oraz do obliczeń dwóch sprajtów (balon i paliwo)
- animacja sprajta w oparciu o kilkuklatkową teksturę. w tym momencie animacja obejmuje efekty ognia i katastrofy
- pełną obsługę klasy input, czyli sterowanie, pauza, wyłączanie dźwięków, itp
- klasę HUD, choć pewnie graficznie ulegnie ona jeszcze zmianie
- obsługę tekstur podwójnego backgroundu: tła i skał
- pełną pierwszy etap, tak więc gra jest w tej chwili grywalna
- pełny zapis pozycji sprajta umożliwiający odtworzenie jego ruchów w odwrotnym kierunku
- i cała masę niewymienialnych obiektów i funkcji udowadniającą, że nawet najmniejsza gra tego typu wymaga porządnego QA

do zrobienia pozostaje:

- kolejne 9 etapów z unikalną grafiką. dużo roboty przed Agatą, choć mamy sporo tekstur do wykorzystania, m.in z naszych zdjęć z Antelope Canyon z Arizony
- cały system shaderów w oparciu o język HLSL (jeszcze tego nie dotknąłem, a custom lighting pozwoli na wprowadzenie fajnych efektów świetlnych, np światła bijącego z balonu)
- poprawa graficznych i dźwiękowych elementów, które występują na razie w formie tymczasowej
- całą masę przeszkadzajek urozmaicających grywalność. w oryginale z 1983 roku jest to gra precyzji, ale myślę że miło będzie dodać jakieś nietoperze, czy wodę przeszkadzającą w osiągnięciu celu
- system high score
- konfiguracja klawiatury
- system gry sieciowej dla Xbox Live (o tym poniżej)

Balloon Rescue! wyświetlany jest w stałej rozdzielczości 1280x720 pikseli, co umożliwi idealny port tej gry na Xboksa, będę tylko musiał pozmieniać trochę w klasie input. możliwe jest też łatwe wydanie gry na Windows Phone, ale o tym na razie nie myślę. piszę do szuflady dla przyjemności, ale jeśli projekt dobrze się rozwinie to kto wie, czy nie wrzucę tego na platformę Live, co z kolei będzie wymagało wprowadzenia obsługi sieci. z myślą o karierze międzynarodowej (hehe) piszę na razie tylko w j. angielskim... nagrałem dzisiaj krótkie demo gry, które możecie zobaczyć poniżej:

31

sty
2012

San Juan Islands, WA

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 18:54

wyspy San Juan znajdują się w tej części świata i są amerykańską częścią archipelagu podzielonego między Stany Zjednoczone a Kanadę. wiki mówi, że amerykańska część archipelagu liczy 743 wyspy, ale tylko około jedna szósta jest zamieszkana, jedynie 176 nosi własne nazwy, a tylko 428 fale nie zalewają całkowicie podczas przypływu. płynąc promem między licznymi i malowniczymi wysepkami widzi się całą masę odosobnionych wśród masywów skalnych domków, ale największa część ludności zamieszkuje głównie 4 największe wyspy: Orcas, San Juan, Lopez i Shaw. jedynym miastem 743 wysp jest stolica hrabstwa -- Friday Harbor, do którego to zawija nasz prom. wysypy te przez setki lat zamieszkiwane były tylko przez dziewicze ludy indiańskie..

jesteśmy tu tylko przejazdem, a mówiąc ściślej -- przepływem. z portu Anacortes na stałym lądzie kierujemy się na wyspę Vancouver w Kanadzie, w planach mamy odwiedzenie Victorii B.C. i, jako że płynie z nami Mazda, także głębi wyspy. stoimy na rufie statku, za plecami mamy ośnieżony i majestatyczny wulkan Mt. Baker, mamy mnóstwo czasu na podziwianie solidnych widoków. to kwintesencja Wybrzeża Północno-Zachodniego -- regionu Pacific Northwest. fale są tu niewielkie, tereny między kolejnymi niewielkimi wyspami są rajem kajakarzy oceanicznych. fajnie byłoby kiedyś powtórzyć nasz wyczyn z Hawajów i pokajakować na tych 'trochę' zimniejszych wodach...

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

San Juan Islands, WA

02

lut
2012

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 21:35

jakiś czas temu na poważnie zabrałem się za problem napisania aplikacji symulującej rozegranie meczu piłkarskiego wg pewnych parametrów opisujących dane zespoły. sprawa nie jest nowa, pierwsze tego typu próby pisałem jeszcze w roku 1991 poznając tajniki commodorowskiego BASIC-a. jednak wtedy moja wiedza była dosyć ograniczona, a w ogóle były to zupełnie inne czasy, w których Górnik zwykle wygrywał z Legią. nie to co teraz...

no więc zabrałem się na poważnie i jak to zwykle w takich przypadkach bywa, projekt rozrósł się niesłychanie: tworząc parametry zespołu w kilku kategoriach zebrałem je w plik xml, do którego z biegiem czasu dopisałem inne zespoły, aby w jak najlepszy sposób prześledzić klasę odpowiedzialną za generowanie liczb pseudolosowych. z kilku zespołów projekt rozbudował się do wszystkich drużyn ekstraklasowych, przy czym musiałem stworzyć generator poprawnego terminarza ligowego, z czego był już tylko krok do stworzenia klasy uaktualniającej pełną tabelę ligową. po pewnym czasie mało było mi tej całej symulacji, postanowiłem dodać jakiś aspekt czyniący z tego projektu grywalny program -- dodałem więc możliwość obstawiania wyników generowanych spotkań na podstawie tworzonych przed wszystkimi meczami kursów bukmacherskich. gracz ma swój budżet i ma 30 kolejek piłkarskich w swojej drodze do jak najlepszego wyniku finansowego. i tak powstał program dla fanów sportowej bukmacherki...

program jest jeszcze w powijakach, to co widzicie poniżej to daleka od perfekcji wersja programu. z rzeczy już zakończonych na uwagę zasługują: - pełny GameState programu oferujący komplet ekranów gry (Puchar Polski, Liga Polska, Edycja Drużyn i Credits)
- 99% kodu symulującego 30 kolejek sezonu piłkarskiego
- pełną charakterystykę zespołów w kategoriach: obrona, pomoc, atak, gra zespołowa, indywidualności (kategorie te oczywiście można rozwinąć)
- losowość 'formy' zespołów przed sezonem, co powoduje, że żaden z sezonów nie jest identyczny (atrybuty drużyn są powiększane lub pomniejszane o kilka lub kilkanaście procent)
- rozbudowany generator liczb pseudolosowych oparty na klasie SimpleRNG autorstwa Johna Cooka
- pełny interfejs tworzenia kuponu bukmacherskiego (do napisania od nowa jest funkcja generująca kursy na podstawie 100 rozegranych w tle spotkań)
- przyjazny edytor drużyn i zapis wyników do pliku xml

do zrobienia jest jeszcze trochę rzeczy poważnych, jak np generowanie kursów drużyn w oparciu o rzeczywiste kursy firm bukmacherskich, i mniej poważnych, jak popracowanie nad rozmieszczeniem elementów i wyczyszczeniem kodu. na uwagę zasługuje fakt, że wyniki spotkań już teraz wyglądają bardzo obiecująco. czyli na 100 meczów Wisła wygra z Podbeskidziem 80, ale nigdy nie można być pewnym sensacji -- algorytm jest na tyle dobry, że drużyny teoretycznie słabsze zawsze mogą sprawić niespodziankę. to bardzo szeroki problem, a zawarte w .NET funkcje generowanie liczb pseudolosowych nie gwarantowały mi takich rewelacji. projekt ten traktuję bardzo hobbistycznie, więc nie mam na razie presji czasowej na jego dokończenie. już w trakcie pisania zdałem sobie sprawę, że tego typu aplikacja zrobiłaby większą karierę w sieci, może więc zdecyduję się na wypuszczenie wersji web.

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

Projekt Niedziela Cudów -- Bukmacher Ligi Polskiej..

22

lut
2012

z wizytą przy Roosevelta..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 22:02

wybaczcie dłuższą przerwę na blogu -- jestem z wizytą w Polandii i średnio miałem ochotę spędzać nasz cenny czas przed komputerem. wydarzyło się kilka fajnych rzeczy, włącznie z chrztem Jakubka w zeszłą niedzielę, powoli będę zamieszczał tu jakieś opisy i fotki. zdjęć dużo nie robię, zresztą brudno i brzydko po śniegowych roztopach, czas mija przyjemnie na licznych spotkaniach i tradycyjnych kursach na linii Gliwice - Kłobuck..

zacznę od mojego klubu, bo jestem po kilku piwach z Józkiem i na większe wywody się już tu dzisiaj nie zanosi. no więc Górnik: zostałem zaproszony na stadion na 2 dni przed meczem z Legią. z miłą panią Joanną rozmawialiśmy zarówno o sprawach klubowych, jak i moich odchyłach podróżniczo-kibicowskich. powstanie z tego dłuższy wywiad w kolejnym wydaniu papierowego magazynu Górnik, na razie macie tu krótką informację na stronie oficjalnej. po wywiadzie otrzymałem koszulkę Adama Dancha, tego samego, który podoba się mojemu zajebistemu kumplowi -- Maćkowi z Brighton. przyjemnie było mi również spotkać Stanisława Sętkowskiego, który pomógł mi zrobić materiał zamieszczony tu w notce sprzed ponad pół roku (tutaj), a i podarował koszulkę innego Adama -- Banasia, którego niestety już w Zabrzu nie ma. tym razem ja podarowałem mu szalik Seattle Sounders..

kilka dni później graliśmy mecz z Legią i .. innego pojedynku i końcowego wyniku wymarzyć sobie nie mogłem. nasz Murzynek zdobył bramkę marzenie, przebiegł 60 metrów i ośmieszył Żewłakowa. na meczu spotkałem Adama, w szyderczy sposób komentowaliśmy wydarzenia na stadionie przypominając sobie czasy minione. był to mój pierwszy mecz oglądany na żywo przy ul. Roosevelta i teraz trzymam tylko kciuki za jak najszybsze skończenie budowy nowego stadionu, bo na razie dookoła panuje krajobraz iście księżycowy..

tomxx przy Roosevelta

tomxx przy Roosevelta

28

lut
2012

z wizytą w polskich urzędach..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:28

dwie scenki z polskich urzędów..

w ogóle tam nie idź. masz amerykański dokument, oni w ogóle nie będą wiedzieli co z tym zrobić. to strata czasu, słyszymy przed rejestracją Kuby w urzędzie. uderzamy do Urzędu Miejskiego w Zabrzu -- stoimy jak te kołki zagubieni wśród tłumu. niepytany podchodzi ochroniarz (poważnie, ochroniarz) i z uśmiechem kieruje nas do odpowiedniego okienka. tam pani, młoda i pomocna, mówi, że to nie u niej, ale podaje adres, telefon, i pełną listę dokumentów, jakie musimy ze sobą zabrać. spokojnie dyktuje, my zapisujemy i idziemy, gdzie kieruje. tam, w Urzędzie Stanu Cywilnego, również w Zabrzu, jesteśmy pięć po trzeciej, urząd nieczynny od pięciu minut. ale uderzamy na górę, a tam pani, starsza i również pomocna, mówi, że nie ma sprawy, że jeszcze nas przyjmie. śmieje się, że to już dzisiaj druga osoba rejestrująca dziecko urodzone w Stanach i że doskonale wie, jak to wszystko przeprowadzić. przy niej wypełniamy wszystkie papiery, pomaga nam i dyktuje jak nauczycielka w szkole podstawowej, a później sama zanosi wpłatę do Kasy i przynosi nam potwierdzenie. rewelacja! dzień później znowu pojawiamy się w Urzędzie Miasta, gdzie ta sama młoda pani wita nas z uśmiechem ciesząc się, że dobrze i sprawnie wszystko nam poszło. dopełnia formalności, a ochroniarz żegna i życzy miłego dnia..

tydzień później już takiego szczęścia nie mieliśmy. w innym zabrzańskim urzędzie rejestrujemy Kubę donosząc wszystkie wymagane dokumenty. chodzi o becikowe, na które jakoś specjalnie się nie napalamy, ale które nie jest przecież prawnie zabronione dla dzieci urodzonych zagranicą. no więc załatwiamy i to, ale pojawiają się problemy: w potwierdzeniu opieki medycznej mamy zdanie: znajdowała się pod opieką medyczną przez cały okres trwania ciąży. niestety polska ustawa (podkreślam, bo ten termin pojawił się podczas tego spotkania dziesięciokrotnie) mówi, że w tym zdaniu musi znajdować się liczba miesięcy -- cały okres trwania ciąży nie przejdzie. ponadto, lekarz medycyny, czyli amerykański MD, jest źle, bo polska ustawa mówi, że musi to być ginekolog. dodatkowo, całe to potwierdzenie jest na zwykłej kartce papieru, a ustawa przewiduje oficjalny polski druk. jak lekarz amerykański ma wypełnić oficjalny polski druk medyczny jak ustawa przewiduje?? podanie odrzucone. średnio nas to smuci, ale powyższe wymagania NIE SĄ DO ZDOBYCIA zagranicą, obojętnie jak bardzo ktoś chciałby się starać. i nie wiem tylko, czemu prawnie tego nie zakażą, i czemu nadanie zależy tylko od widzimisię urzędnika, bo przecież tysiące dzieci urodzonych w UK czy innych Niemczech becikowe otrzymuje? ba, nasza koleżanka ze Seattle nie miała z tym problemu. a wszystko to w nieprzyjemnym, jakby oskarżycielskim i nieprzychylnym, tonie. widać, że Europa dotarła już do polskiej biurokracji, tylko jakby zatrzymała się w połowie drogi..

29

lut
2012

w autobusie nr 28..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 18:25

a dzisiaj taka sytuacja w autobusie nr 28 z Fremont do Downtown Seattle, bo jak można się domyślić jesteśmy już w po drugiej stronie wody. 8.30 rano, siada koło mnie młoda dziewczyna, ale ja na nią nie zwracam uwagi, bo jestem zaaferowany 'Zapiskami na biletach' Michała Olszewskiego. widzę, że ona się uśmiecha, ale nie wiem czy się ze mnie śmieje, czy mnie podrywa. po kilku przystankach wysiada i rzuca na odchodne: miłego dnia! po raz pierwszy w autobusie spotykam rodaka/rodaczkę, choć prawdopodobnie jest ich tu więcej, niż nam się wydaje. w samolocie z Frankfurtu leciała jakaś kobieta czytająca 'życie na gorąco', a chłopaka w koszulce Microsoftu odebrał inny ziomek mówiący po naszemu..

a wczoraj, w tym samym autobusie, o tej samej godzinie, z tą tylko różnicą, że stałem, bo nie było miejsca, z głośników nagle dobiega głos: do wszystkich pasażerów i operatorów komunikacji w Seattle! dzisiaj, po 40 latach służby, jest ostatni dzień pracy Rogera Hendersona. jeździ on linią 36 do godziny 3.57, jeśli będziesz jechał tą linią koniecznie uśmiechnij się do niego i życz mu przyjemnej emerytury..

01

mar
2012

Polska wita Kubę..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 21:15

a jeszcze trochę o wrażeniach poprzednich tygodni: lot idealny, ze Seattle do Frankfurtu, a później do Katowic. Lufthansa kulturka, nielimitowany alkohol, klimaty wycieczkowe i własne łóżko dla Kuby. moi ziomale Amerykanie o takich rozwiązaniach jeszcze nie słyszeli, a mój 3 miesięczny syn dostał łóżeczko, prześcieradło, koc i poduszkę. a tata dostał piwo, lot przebiegał bardzo pomyślnie przy prozie Jarosława Grzędowicza z cyklu 'Pan Lodowego Ogrodu', gorąco zresztą polecam..

później było lotnisko Frankfurt, gdzie tłum ludzi białych, kolorowych, w turbanach i bez, z oczami prostymi i ukośnymi, biegł od jednego samolotu do drugiego. panowie w garniturach, laptopy w dłoniach, poranna kawa, croissanty, tanie i drogie linie lotnicze. centrum świata, wszystkie języki, świat budzi się do życia, rozkręca się korporacyjna gonitwa. a wśród tego wszystkiego nasi rodacy, jako pełnoprawni uczestnicy nowej Europy. czytają prasę i gaworzą o ważnych sprawach tego świata. od siebie tylko dodam, że cola za euro 3.10 to jest kurwa skandal..

a potem już Katowitz i rodzice po raz pierwszy spotykają Kubę. było trochę płaczu i dużo radości. warto wspomnieć, że lecieliśmy z Thomasem Andersem z Modern Talking, ale ja go nie poznałem, bo niby skąd? tutaj jego wyjście do ludzi. zresztą na lotnisku był również inny gwiazdor rocka, ale o tym pisać mi nie wolno. no więc rodzice i mroźna Polska wita nas na Śląsku. jesteśmy w domu!

zapach, to pierwsze co zauważyłem. mocny, świdrujący, swojski zapach dymu kominowego. wierzcie mi lub nie, ale w światowych ogniskach domowych nie pali się już węglem. a moja Polska pachnie niesamowicie przyjemnymi wywiewami ze śląskich pieców węglowo-koksowych. i wita nas zima z prawdziwego zdarzenia. taka jak dawniej, jak mawiał mój dziadek -- kiedyś to były zimy. minus 22, Kuba nie wie o co chodzi, tego to tam w Ameryce jeszcze nie doświadczył. można by tu nieźle poszaleć, ale mróz za oknem uspokaja. i jedziemy przez ten nasz kraj do domu na Sportową w Gliwicach, mróz wyostrza szczegóły, mieni się srebrem ta nasza śląska ziemia. i te widoki, ta droga, ten polski rozpierdol mnie oczarowuje, ale o tym napiszę wkrótce dłuższą notkę, bo zdecydowanie warto..

a poniżej pierwsze luźne fotki, zaczynamy od Częstochowy i Kłobucka. ładne i brzydkie, ale to pierwsze to czwarte częstochowskie liceum ogólnokształcące o którym śpiewał Muniek Staszczyk.

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

Polska wita Kubę..

06

mar
2012

śląskie sentymenty..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 02:04

śląski pejzaż. obrazki znane od dzieciństwa, teraz widziane jakby z innej perspektywy. zwykłe rzeczy postrzegane w trochę inny sposób, jakoś tak bardziej wyraziście..

no bo na przykład taka trasa z Gliwic do Kłobucka, pokonywana już dziesiątki razy wcześniej. niespełna sto kilometrów tych samych, niezmieniających się od lat widoków, Śląsk powoli przesuwający się za oknem. skrajnie wysunięte obszary Zabrza i Bytomia, z kamienicami jeszcze z czasów niemieckich, przedmieścia Tarnowskich Gór, na czele ze Sztolnią Czarnego Pstrąga, gdzie przecież nigdy nie byłem, a gdzie wspaniałą pogórniczą przeszłość można podziwiać z poziomu leniwie przemieszczającej się łódki.. i Miasteczko Śląskie ze swoim drewnianym kościołem, a także Lubliniec, gdzie po napisach na murach dowiaduję się komu kibicują miejscowi. jadę przez Śląsk i oglądam kontrowersyjną architekturę, gdzie mieszają się pieniądze, bieda i bezguście. Agata mówi, że jest za kolorowo, że brak ujednolicenia. jadę przez swojsko brzmiące miejscowości, miasteczka wyludnione mrozem, bezwzględnie ciche albo wprost przeciwnie -- głośne i gwarne, emanujące zwyczajną polską codziennością. Piasek ze swoim rondem, gdzie można odbić na Częstochowę, Psary z popegeerowskimi budynkami, Boronów reklamowane jako partnerska miejscowość Międzyzdrojów. a potem już odcinek, który lubię najbardziej: Olszyna, Herby i Blachownia, gdzie po dziś dzień widać ogromne zniszczenia, jakie wywołało tu potężne tornado z 2008 roku. fakt, architektura nie remontowana od późnych lat 80-tych -- tanie i kwadratowe jak kostka rubika domki śnią się współczesnym architektom po nocach. nie ma tu biznesmenów, są za to sączące herbatę panie i panowie od budek z piwem. jest jednak pięknie i zielono, drogi niedawno remontowane, jedzie się spokojnie aż do momentu skrzyżowania z drogą nr 46 do Opola. to raj wszystkich kierowców ciężarówek, szybko trzeba stąd uciec w kierunku Wręczycy Wielkiej, z której pochodzi Irmina z Los Angeles, a której to nazwy nie potrafi wymówić mój szwagier Luc. można tu dotrzeć również drogą równoległą, przez Lubszę (pozdrawiam Kudłatego, Hutki (zwracam uwagę na tą nazwę!), Konopiska, gdzie szyją garnitury i Kopalnię (tu nazwa też niczego sobie). a kierunek na Wręczycę to już ostatnia prosta przed Kłobuckiem -- miejscowością do której czuję duży sentyment. miesza się tu nowe ze starym, biedronka z miejskim targowiskiem, piękny kościół św. Marcina, w którym proboszczem był kiedyś Jan Długosz, z nowym, płaskim jak lakierowany stół i wyłożonym nowoczesną kostką, rynkiem. to Śląsk, ale taki przyklejany, jak mawia tata Mirek 'jakie my tam są Ślonzoki'.. trasę znam na pamięć, miejscowości potrafię wymienić w odpowiedniej kolejności i tylko te cholerne reklamy nie dają mi spokoju. cała Polska obklejona jest reklamami. hurtownie, sklepy, centrale, przedsiębiorstwa, firmy i firemki, najmniejsza wytwórczość chałupnicza. wszystko poobklejane kolorowymi i kłującymi oczy grafikami. z jednej strony przykrywa to swoim barwnym wyrazem szarość polskich budynków, z drugiej brzydzi i odstrasza..

mógłbym tak pisać godzinami, słowa same wbijają się w klawiaturę. zdaję sobie jednak sprawę, że ludzie szukają tu głównie zdjęć, a od deski do deski czyta to chyba tylko Baśka z Helionu. nie zmienia to faktu, że po każdej wizycie w Polsce mam mnóstwo wrażeń i mógłbym tak bez przerwy. bo przecież takie Zabrze, 100 metrów od kamienicy mojej babci, wśród niepowtarzalnego zapachu pobliskich Browarów Górnośląskich (aktualny właściciel: Van Pur), miejsce gdzie bywałem tysiące razy przedtem, ale nigdy nie chwyciłem za aparat. przed laty była tu fabryka, później produkcja najlepszych na świecie paluszków (pamiętacie? paluszki zabrzańskie w przezroczysto-czerwonym opakowaniu, kiedyś dostałem garść takich, jeszcze ciepłych, prosto z linii produkcyjnej..) kamienice te teraz przekształcono na mieszkania o dziwnych i nieregularnych kształtach, o czym powiedzieli mi lokalni panowie od piwa. zaprzyjaźniłem się od razu i instynktownie, szybko znaleźliśmy wspólny język, a jeden nawet widział mnie kilka dni temu na oficjalnej stronie Górnika. to ulica Pawliczka, piękne choć zaniedbane jak szlag budynki z czerwonej cegły klinkierowej -- symbolu dawnego Śląska. budynki ozdabiane łukami, sklepieniami, wieżyczkami i innymi cudami, które aktualnym ekipom budowlanym nawet się nie śniły. i sklep w tym wszystkim -- wbudowany w ścianę sklep spożywczy jakby z innej epoki, jakby osadzony w innych realiach. a w sklepie lokalne gazety: 'Nowiny Zabrzańskie' i 'Głos Zabrza i Rudy Śląskiej'. szperając teraz po sieci znalazłem fajną fotorelację z tej okolicy, zapraszam tutaj. i tak się bujałem w tej naszej dziwacznej polskiej przestrzeni, poniżej kilka luźnych fotek, choć nie bierzcie sobie do serca tego, że pokazuję głównie rozpad. to takie moje własne, odziedziczone dawno temu po Stasiuku, umiłowanie rozpierduchy.

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

śląskie sentymenty..

08

mar
2012

Roosevelta zasypane śniegiem..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:36

dwa dni przed meczem z Legią inaugurującym wiosenną rundę sezonu 2011/12 stadion przy Roosevelta był kompletnie zasypany śniegiem. Górnik grał mecz w niedzielę (2-0 do przodu) a w piątek chłopaki z młodej ekstraklasy na środku boiska lepili jeszcze bałwana i rzucali się śnieżkami.. niecodzienna sytuacja w to szare i pochmurne popołudnie. a w tle postępujące prace nad nowymi trybunami.

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

śnieg przy Roosevelta na Górniku Zabrze..

15

mar
2012

5. miesiąc Kuby..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:18

naszemu pociesznemu synkowi leci już piąty miesiąc! czas ucieka szybko, mówi się, że najlepszym tego wyznacznikiem są właśnie dzieci. Kuba zdążył już być w Polsce, oblano go wodą w kościele, zdążył poznać całą rodzinę, zaczął siadać, zaczął nawet jeść z łyżeczki (z jakim skutkiem widać poniżej), no i energicznie się chichocze. Poniżej zapis wydarzeń jakoś od początku lutego.

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

5. miesiąc Kuby..

17

mar
2012

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II.

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:50

miło mi poinformować, że nasz prężny indie game dev team (w składzie moja żona i ja) zakończył właśnie alpha testy levelu 2! o projekcie pisałem już wcześniej w tym miejscu prezentując krótki filmik z levelu 1, kto nie widział, odsyłam.

no więc level 2 jest trochę bardziej skomplikowany, bo oczywistym jest, że gry zbyt proste szybko się nudzą. tak jak zamierzaliśmy, motywem przewodnim jest tu woda, która przypływa i odpływa w rytm faz księżyca umożliwiając tym samym dostęp do kanistrów z gazem. długo zastanawiałem się jakie zachowanie balonu wprowadzić w momencie zetknięcia się z wodą i wydaje mi się, że wypadło optymalnie: w momencie zetknięcia z taflą wody rozbrzmiewa odpowiedni dźwięk, coby dać znać, że jest niefajnie, przy czym fale delikatnie, acz stanowczo wciągają nasz zagubiony balon pod wodę. w tym momencie balon ma jeszcze szansę się wydostać, z tym że trzeba będzie użyć trochę więcej gazu. jednak w przypadku zalania tego czegoś co zieje ogniem, wydostanie się jest już niemożliwe, co zakomunikuje brzęczący odgłos zalanego palnika. czyli do pewnego momentu okej, dalej już wcale nie okej. zastosowałem przy tym mały unik, czyli jeśli wciągnięty pod wodę balon zetknie się najpierw z butlą gazu, a jest taka szansa w prawym odcinku jaskini, to zdrowo i szczęśliwie wraca do punktu wyjścia. czyli butla z gazem jest zaliczona.

okej, poniżej zrzut ekranu z levelu 2, a pod nim z levelu 1, bo z tego było tylko video. otwórzcie sobie to w pełnej wielkości, bo natywna rozdzielczość tego typu gier to 1280 na 720. mamy już nawet pierwszego alhpa testera -- Jarek zgłosił się dzisiaj a wersję grywalną upublicznimy po dokończeniu levelu 3, wkrótce też zamierzamy wejść na giełdę (ale to juz z kolejnym projektem, który od kilku dni kiełkuję w mojej głowie.)

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II. level 2

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II. level 1

22

mar
2012

17 lat później..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:53

ja rozumiem, że dla zdecydowanej większości wpis ten nie będzie miał większej wartości emocjonalnej. jest sprawą jasną, że standardowa przeszłość obcej osoby jest tak pociągająca jak polskie seriale obyczajowe, jednak dla kilku z was będzie to prawdziwa podróż w czasie -- podróż do wspaniałych lat dziecięcych, do pierwszych przyjaźni, do naszej szarej szkoły podstawowej nr 36 w Gliwicach na ulicy Robotniczej. ile to już lat? siedemnaście? przez cały ten czas, od tego niezwykle słonecznego roku 1995, nie byłem w budynku naszej pierwszej szkoły. kręciłem się tu i tam wielokrotnie, przecież to blisko, nigdy jednak nie zdecydowałem się na ten wielki, choć jakże niepewny, krok wstecz. bywałem za granicą, przylatując na święta szkoła bywała zamknięta, było zresztą milion innych spraw na głowie. teraz postanowiłem zmierzyć się z przeszłością!

na pierwszy rzut oka dopada mnie zmiana kolorystyczna -- szary masywny moloch zamienił się w kolorowy, jakby wyszczuplony wizualnie, budynek. to wciąż ta sama budowla, ale pastelowe kolory nadały mu nowe oblicze; zadbano ponadto o główne wejście (które w dobie publicznego zagrożenia już nie jest główne) i nasz przyszkolny placyk ładnie wyłożony nową kostką, gdzie Grzesiek Reichel stłukł mnie kiedyś strasznie. wejście znajduje się obecnie od strony boiska z betonowych płyt -- wchodzi się przez szatnię, a na drzwiach widnieje napis: z uwagi na zaostrzone względy bezpieczeństwa uprasza się osobom nieuprawnionym o niewchodzenie na teren szkoły. ostro, dobry początek. pani na portierni jest w porządku, prosi o wpisanie się na listę osób i kieruje do pokoju nauczycielskiego, bo ... ona nie jest pewna czy to tak można.. przechodzę przez szatnie -- nasze szatnie ani w jednym procencie niezmienione od moich lat (1987 - 1995). te same kraty, te same wystające rury, haki na ubrania na których wieszaliśmy szczuplejszych od nas, ściany koloru nijakiego. to tu Daniel wybił sobie zęba o wystający drut, to tutaj Bartek gwoździem prawie nie wybił mi oka przez dziurkę od drzwi do pokoju ZPT, tutaj graliśmy palantówką (tak się jeszcze nazywa piłkę do tenisa?) jestem w niebie, emocje się podnoszą, a to dopiero początek mojej wycieczki. na górze ponownie witają mnie kolory nowoczesności -- niebieski, zielony i żółty, jakby w ten właśnie sposób polskie szkolnictwo odcinało się od czasów zamierzchłych. spotykam młodego nauczyciela wf-u, szybko przechodzimy na formę ty, on staje się dla mnie pierwszym źródłem zmian w kadrze nauczycielskiej, w końcu przejął pozycję po p. Magdziarzu, naszym wiecznie pijanym nauczycielu sportowym, który ze sportem nie miał za bardzo do czynienia. dowiaduję się, że wszystkie moje nauczycielki, do których kiedyś czułem zdecydowaną niechęć, a teraz wspominam je z sentymentem, odeszły na emeryturę przed czterema laty. że spośród wszystkich nauczycielek będących tu w roku 1995 zostały tylko trzy -- co prawda żadna nie uczyła mnie, ale dobre i to. uderzam się do p. Wiendlochy, obecnej wicedyrektor, która wita mnie bardzo radośnie, bo oczywiście zapamiętała takiego uśmiechniętego blondyna z dawnych lat. opowiadam o mojej wędrówce, o Stanach, o Anglii, o sentymentach i dawnych kolegach. idziemy razem do dyrektora -- dostojnego i szacownego pana, który o Seattle, owszem, słyszał i który pozwolił mi robić zdjęcia szkolnych korytarzy (bez pstrykania fotek dzieciom, bo to ..wie pan jakie teraz czasy......

i tak sobie wędrowałem samotnie po mojej dawnej szkole nostalgicznie wspominając najcudowniejsze lata dzieciństwa. tutaj leżeliśmy pod klasą, tu rzucaliśmy się plecakami, tam z kolei prałem się bez ustanku z Mariuszem Mikulskim (co się teraz z nim dzieje?) odwiedziłem pierwsze piętro, gdzie mieliśmy pokój biologii i chemii, gdzie kiedyś Zbyszek Kmieć rzucił ampułkę z brzydkim skunksowym zapachem, przez co nasza lekcja została przerwana, a gdzie teraz znajduje się szkolna biblioteka. zahaczyłem o pokój 204 -- nasz własny pokój klasy C, gdzie urządzaliśmy klasowe dyskoteki.. wszedłem do toalet, tak samo brudnych jak kiedyś, tylko elegancko wykafelkowanych, gdzie kiedyś laliśmy się wodą i robiliśmy jeszcze inne, znacznie gorsze rzeczy. chłonąłem każdy detal, łącznie z tymi samymi poręczami barierek na których zjeżdżaliśmy kiedyś z zastraszającą prędkością, tym samym radio-węzłem, klasowymi drzwiami z takimi samymi numerami namalowanymi wg formy, kawałkami ścian przy których przepychaliśmy się wystawiając po raz pierwszy na próbę nasze mięśnie. wszedłem do klasy gdzie na ławkach z Krzyśkiem Hryniem rysowaliśmy różne śmieszne rzeczy, a gdzie Kamol rzeźbił scyzorykiem swoje inicjały (a może mi się to przewidziało?) dotarłem na stołówkę, dotarłem do miejsca gdzie rozgrywaliśmy setki meczów mini-piłkarskich (pozdrowienia dla Krystiana Piekarza, to dzięki nim jestem dziś fanem, fanatykiem wręcz, piłkarskim!), a także na salę gimnastyczną -- do miejsca gdzie Mupi prezentował owłosienie na nogach i gdzie miał się odbywać wf, a których to zajęć w prawdziwej formie prawie nigdy nie mieliśmy. podziwiałem również tył szkoły -- nasze asfaltowe boisko, na których spędzałem tysiące godzin w Przemkiem Szpytką i Pawłem i Robertem Szymankami. to były czasy, tu czułem się naprawdę wolny, tu również poleciałem kiedyś ze schodów skręcając staw skokowy, który dokucza mi do dzisiaj.. gdzie jest teraz Heniek Bogdziewicz? gdzie Rafał Zipper, gdzie Rafał Rafalski? czy jeszcze żyją?

nowe są kolory, nowa jest kadra nauczycielska, nowy jest również zakres szkoły, bo kiedyś chodziliśmy tu 8 lat, a teraz dzieci idą do gimnazjum znacznie wcześniej. kiedyś, w ustronnym miejscu za szkołą, starsze chłopaki paliły papierosy i biły młodszych od siebie z prawie taką samą częstotliwością. dzisiaj miejsce to jest czyste, nie ma ani papierosów ani młodszych chłopaków do bicia. są inne czasy, czasy 5 pokoi informatycznych, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć (my mieliśmy pierwsze PCty 386 z dosem, sokobanem i norton commanderem na pokładzie. ludzie, z którymi wtedy chodziłem do jednej klasy lub klas równoległych, w zdecydowanej większości już stąd wyjechali, co widać po niedzielnych mszach w kościele. jeszcze nigdy, wcześniej i przez ostatnie lata, kiedy to kursuję między różnymi miejscami na świecie, nie spotkałem w kościele nikogo z podstawówki. no, raz, Marcina Brzostowskiego, ale to w przelocie i pośpiechu. no więc oczami wyobraźni widzę sobie przed tablicą z rękami upapranymi rozmoczoną kredą, widzę siebie wyskakującego przez okno, krzyczącego i śmiejącego się do upadłości. przypominam sobie te piękne czasy, a jedyny wspólny mianownik z teraźniejszością -- moja szkoła podstawowa -- emocje te potęguje.

poniżej kilka wybranych fotek, cała reszta znajduje się w zewnętrznym albumie na Picasie.

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

26

mar
2012

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:33

Columbia River Gorge to kanion rzeki Kolumbia osiągający miejscami głębokość do ponad kilometra. płynąca przez Kanadę i Stany (łącznie ponad 2000 km) woda tworzy największą w Ameryce Płn. rzekę wpadającą do Oceanu Spokojnego. rzekę tę przecinaliśmy wielokrotnie, pisałem o tym między innymi w notce o pustynnych obszarach stanu Waszyngton. w skrócie taka nasza Wisła w swoim dolnym biegu, może niekiedy trochę szersza, ale podobnie nieuregulowana i poprzecinana wysepkami i osadami piaskowymi. w wolnym tłumaczeniu wąwóz rzeki Kolumbia to rozległe obszary będące granicą pomiędzy stanami Waszyngtonu i Oregonu, jako że są to stosunkowo wilgotne obszary, ściany kanionu są naturalnym miejscem powstawania różnorodnych wodospadów. wybraliśmy się więc ok 350km na południe (mapa dojazdu), a sławne (ok, nie dla wszystkich, ja o nich wcześniej słyszałem) oregońskie wodospady były jednym z naszych celów. była to również pierwsza kilkudniowa wycieczka Kuby.

wodospadów i wodospadzików są tysiące, ale największe ich skupisko znajduje się ok 60km na wschód od miasta Portland. woda spływająca z wyżyn dorzecza Kolumbii (and. Columbia Plateau, swoją drogą przepiękne, bogate w roślinność tereny, przynajmniej w swoim południowym obszarze) przedziera się przez nieregularne ściany kanionu, sącząc się przez poszarpane brzegi, skalne załomy, wpływając wreszcie do samej rzeki. tereny wodospadowe są miejscem aktywnego wypoczynku -- niektóre miejsca są łatwo dostępne, a dojście znajduje się z samej drogi (obecnie istnieją dwie: stara 30-stka i nowoczesna dwupasmówka, highway 84), cała reszta położona jest wysoko na ścianach kanionu, a dojście do nich jest utrudnione. skorzystałem z map dostępu do wodospadów znajdujących się na stronie www.waterfallswest.com i poświęciłem dwa dni wspinając się w deszczu, błocie i wilgoci takiej, że się w głowie nie mieści. poniżej podsumowanie wyprawy na zdjęciach z wodospadów: Multnomah Falls (dwuczęściowy, ten z mostkiem pośrodku), Elowah Falls (ten wysoki, tu również robione są zdjęcia z poziomu wody), Ponytail Falls oraz Fairy Falls (ten szeroki).

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

29

mar
2012

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:07

zbiór fotek z niedzielnego spaceru po naszej dzielnicy. na każdym kroku odkrywam freaków -- wyluzowanych dudków pokroju tych z Brighton... Fremont, dzielnicę Seattle, opisywałem w kilku poprzednich notkach, do których zdjęcia zrobiła Agata: tutaj, tutaj i tutaj. w niedzielne popołudnia mamy pod domem targ staroci połączony z kilkoma kuchniami pod otwartym niebem. fotki poniżej są takim pozytywnym freestylem -- dawno już nie pstrykałem tak bez jakiejś większej idei, tak dla samego robienia zdjęć. pamiętam, że w Brighton wychodziłem z domu z aparatem, pstrykałem ludzi na ulicach, lanesy, gdzie zawsze tłok, kolory i gwar do późnego wieczora (tutaj przykładowe archiwum fotobloga z lutego 2008 roku, choć tego rodzaju twórczości w poprzednich latach było zdecydowanie więcej). dzisiaj wspominam te czasy z dużym sentymentem.

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

30

mar
2012

pożegnanie kolegi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 21:12

dzisiejszy piątek był ostatnim dniem pracy jednego z moich kolegów w NCsofcie. był z nami od ponad 10 lat, od samego początku utworzenia oddziału NC w Ameryce. Najpierw Austin w Teksasie, potem Seattle, tutaj w WA. napisał fajnego maila pożegnalnego, nie tam żadne pierdolenie bez sensu jak bardzo będzie mi was brakowało, po prostu prawdziwe, mądre przesłanie idealnie podsumowujące jego dekadę w jednej firmie. zacytuję je poniżej, każdemu się przyda do swoich własnych celów:

Life is about the relationships you have with those around you. Not the pictures you paint or the code you write. Over the past 10 years I have had the pleasure of working with some of the most amazing people and I'm leaving the best team a person could ask for. As crazy as this place can be I will focus on the good times I had and there were plenty. All I can say is, treat people like how you want to be treated and remember you work for a game company, have fun and don't be so damn serious!

i... jakkolwiek dziwnie mogłoby to zabrzmieć, to ja jestem teraz jedną z osób z najdłuższym stażem w firmie. Polak w Stanach z najdłuższym stażem? leci mi już 6 rok, a kultura pracy tutaj jest inna: popracować trochę i dalej w długą do innej firmy. zresztą my też już zdecydowaliśmy -- ten rok będzie naszym ostatnim rokiem w Stanach. swoją drogą, choć ciężko to policzyć, liczba ludzi z którymi pracowałem przez ostanie 6 lat, nieuchronnie zbliża się, albo już przekroczyła, trzy setki.

07

kwi
2012

z cyklu mój pierwszy raz: destruction derby!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 00:09

na pierwsze w moim życiu demolition derby wybrałem się do miejscowości Monroe, 40 minut jazdy (wiem, gadam, jak Amerykaniec określając odległość w jednostce czasu) na północ od Seattle. impreza ta odbywa się przez większość część roku na torze Evergreen Speedway, natomiast charakter wydarzenia za każdy razem jest inny. ja wybrałem się na taką kompilację 10 różnych eventów, z tym najatrakcyjniejszym, tytułową destrukcją samochodów biorących udział w zawodach, na samym końcu.

wieczór zaczyna się klasycznie, czyli od odśpiewania narodowego hymnu. nieważne, czy to wydarzenie sportowe, czy inna rozpierducha, hymn musi być. podobnie zresztą jak tłusty kurczak z KFC, którym, obok palonej gumy oczywiście, pachniało na całym stadionie. po hymnie rozpoczęły się wyścigi samochodów po klasycznej ósemce i po dużym torze. nie ma tutaj zderzania, są za to duże prędkości i ciągłe oczekiwanie zderzenia na przecięciu się ósemki. po samochodach sportowych przyszedł czas na autobusy, a następnie tzw boat racing, czyli auta z podoczepianymi do nich łódkami. wygrywa ten, czyja łódka na końcu wciąż będzie przypominała obiekt pływający. w międzyczasie organizowane są przerywniki w postaci próby bicia rekordu w największej liczbie przewróconych jak domino samochodów, skoku przez auta po ówczesnym rozpędzeniu się przez całą długość toru, czy wybuchu bomby pod vanem. a koniec, o czym już wspominałem, to najbardziej widowiskowa impreza -- destruction, zwane również demolition derby. jest to impreza w której wygrywa ten, kto na końcu ma jeszcze zdatny do jazdy samochód. auta zderzają się ze sobą we wszystkich możliwych konfiguracjach, a walka trwa to upadłego. po chwili arena pokryta jest wodą i wyciekającym olejem, co z kolei sprzyja klasycznym obrotom. hamowanie tutaj nie występuje. po raz pierwsze zetknąłem się z tym w grze Destruction Derby w roku 1997, teraz przeżyłem to na żywo i gorąco polecam. na koniec można wyjść na tor i przyjrzeć się z bliska skali tego zniszczenia...

16

kwi
2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 06:48

jak co roku na wiosnę ruszyliśmy w trasę! tym razem jednak już w trójkę.. o Skagit Valley dużo mówiłem w poprzednich notkach z 2010 roku: zdjęcia kwiatów i jeden z pierwszych nakręconych przez nas filmów możecie znaleźć tutaj. warto tylko wspomnieć, że nasz poprzedni wyjazd w to miejsce odbył się w .. dniu katastrofy smoleńskiej, stąd też dokładnie pamiętam każdy szczegół tej wyprawy. po dwóch latach pojechaliśmy już z Kubkiem, a zapis naszej kwiatowej zabawy możecie znaleźć poniżej. kilka z fotek aż prosi się o nadanie im nazw: pierwsza więc to zdecydowanie: tomxx on tour again. tym razem jednak jest to już tomxx i wózek, choć nadal do przodu w kierunku przygody. z kolei zdjęcia Agaty z małym to 'sztuka latania' i 'sztuka chodzenia'. Kuba po raz pierwszy w swoim życiu wykonał kilka niezgrabnych ruchów nogami ;)
cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012



cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

19

kwi
2012

kibice..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 07:54

jeszcze muszę mu wyjaśniać pewne detale, np. że nasz bramkarz ma 20 lat, ale generalnie to już większość rozumie. poniżej wspólnie oglądamy skrót z Wielkich Derbów Śląska pomiędzy Ruchem a Górnikiem (0-0) ;)

25

kwi
2012

20 lat z Górnikiem..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:46

20 lat temu, 25. kwietnia 1992 roku, po raz pierwszy siedząc na plastikowych ławkach stadionu przy ulicy Roosevelta w Zabrzu, oglądałem na żywo mecz Górnika. dwadzieścia lat, a ja wciąż pamiętam ten dzień: chłodna pochmurna sobota, Górnik gra ze Stalą Mielec i remisuje 1-1, choć bramek jakoś nie mogę sobie przypomnieć. doskonale pamiętam za to naszych graczy, bo przecież oni byli wtedy dla mnie największymi idolami: Marek Bęben, Grzegorz Dziuk, Tomasz Wałdoch, Piotr Jegor, Marek Piotrowicz, Krzysztof Zagórski, Ryszard Staniek, Dariusz Koseła, Mieczysław Agafon, Andrzej Orzeszek, Henryk Bałuszyński, Ryszard Kraus. to była ta moja pierwsza drużyna, którą po raz pierwszy ujrzałem w wieku niespełna 12 lat i która tak bardzo zawróciła mi w głowie. drużyna w niebieskich strojach z białymi wstawkami, najpierw bez reklamy, a później z napisem Legro, a w kolejnych latach EB, na piersi. mój Górnik Zabrze od którego wszystko się rozpoczęło.

dwadzieścia lat emocji, nerwów, wybuchów radości i chwil zwątpienia. uśmiech po zwycięstwach i smutek po porażkach. piękne chwile i momenty, kiedy piłka nożna była całym moim światem, a zapach trawy był mi milszy niż własny pokój. pierwszy szalik, zdarte gardło, obite przez policjanta plecy, podróżowanie na mecz w nabitym jak nigdy wcześniej autobusie linii 32 z Gliwic do Zabrza. chwile, które w dłuższej perspektywie rodzą pasję. pasja, która trwa już od 20 lat i prawdopodobnie trwać będzie do końca.

25. kwietnia 1992 roku było już jednak moim drugim spotkaniem na stadionie Górnika. pierwszym meczem było spotkanie reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika z Danią 25. marca 1991 roku. Polska zakwalifikowała się do IO, a potem w Barcelonie pokazała całemu światu wspaniałą piłkę i wykreowała nowe pokolenie polskich zawodników (pisałem o tym tutaj). no więc wtedy w Zabrzu po raz pierwszy zobaczyłem puściutki oświetlony stadion. weszliśmy z Krzyśkiem kilka godzin przed meczem, kiedy na stadionie było raptem kilkadziesiąt osób, i wtedy po raz pierwszy poczułem atmosferę stadionu, wyjątkowość obiektu sportowego na którym miały rozegrać się zawody transmitowane na cały kraj. adrenalina i atmosfera stadionu miała mi później towarzyszyć przez kolejne lata.

dlaczego Górnik? ciężko w to uwierzyć, ale pierwszy mecz oglądany na żywo to spotkanie Piasta Gliwice z GKS-em Tychy, jakoś ok 1987 roku. pamiętam, że była niedziela, druga liga, że Piast przegrał 0-2, że na mecz wyciągnął nas przyjaciel mojego taty, p. Józek, rodowity Tyszanin. pamiętam, że mnie nie wciągnęło, że wyszliśmy ze stadionu jeszcze przed końcem meczu, żeby zdążyć na niedzielną dobranockę. Górnik zrodził się jakoś przypadkiem: jeżdżąc do babci kilka razy w tygodniu pokonywaliśmy trasę pod samą bramą stadionu z ogromnym napisem: KS GÓRNIK ZABRZE. budowla z monumentalną tablicą produkcji węgierskiej i ogromnymi masztami, niekiedy oświetlonymi. i jeszcze sportowa niedziela, gdzie w latach 80-tych prezentowali tabelę i Górnik zawsze był na czele. pamiętam, że kiedyś czekałem kilka godzin, żeby zobaczyć na którym miejscu jest Górnik i kiedy wreszcie wyświetlono aktualną ligową tabelę i Górnik był drugi, to czułem się rozczarowany. piłka nożna już wtedy musiała mnie interesować, bo pierwszym oglądanym meczem jaki sobie przypominam było spotkanie FC Porto z Bayernem Monachium w 1987 roku, kiedy to drużyna portugalska z naszym Młynarczykiem w bramce zdobyła Puchar Europy Mistrzów Krajowych. jednostronna miłość musiała wtedy zakiełkować -- dwa niewiele ze sobą związane elementy oraz samo uwielbienie sportu, a piłki nożnej w szczególności, wpłynęły na to, że moje serce do dzisiaj jest biało-niebiesko-czerwone.

myślę, że jestem fanatykiem. bo jak inaczej nazwać fakt, że od kilkunastu lat świadomie nie ominąłem żadnego spotkania Górnika? że jeśli nie mogę go oglądać na żywo, to siadam przed telewizorem? a wcześniej, gdy mecze nie były transmitowane spędzałem godziny z uchem przy radiu szukając jakiejkolwiek wzmianki o aktualnym wyniku? że odświeżałem telegazetę co pół minuty, gdzie czasem podawali wynik na bieżąco? że jeśli wyniku nie znałem, a mecz się skończył to zakrywałem kartką wynik, żeby najpierw zobaczyć czy padały bramki do przerwy, a potem poznać całość? że boli mnie serce gdy wynik jest niekorzystny? że cieszę się jak dziecko, gdy Górnik wygrywa? że minęło dwadzieścia lat, a ja nadal podniecam się tą naszą marną ligową kopaniną, a głęboko w dupie mam wszystkie te Premiership, Barcelony, czy inne Milany? że pamiętam prawie każdy wyjazdowy mecz Górnika, że kiedyś nawet w drodze do Łęcznej kierowałem (!!) pociągiem z kibicami? że nie zniósłbym faktu, żeby mój syn kibicował jakiejś innej drużynie, a przecież wiele się na to zapowiada, jeśli po powrocie do Polski wylądujemy, powiedzmy, w takim Wrocławiu?

a gdybym tak miał wybrać 3 mecze Górnika, które najbardziej zapadną mi w pamięci? hmm, pamiętam wiele, przypominam sobie ewidentnie sprzedany u siebie mecz Siarce Tarnobrzeg w roku 1995, a także mój pierwszy i jak dotąd jedyny, mecz Pucharu UEFA, w którym graliśmy z Admirą Wacker Wiedeń. pamiętam te już sławne jupitery w Katowicach, mecz z Jagiellonią Białystok w 1993 roku kiedy na stadionie w Zabrzu było nas łącznie ok 500 osób, a także deal z Polonią Warszawa, w którym oni nam puścili punkty w lidze, a my im finał Pucharu Polski. ale te 3 najważniejsze spotkania, które będę pamiętał już zawsze to zdecydowanie:
- 6. kwietnia 1998, u siebie z Legią Warszawa. na meczu byłem o kulach, do połowy uda w gipsie po naciągnięciu torebki stawowej. byłem z Przemkiem i Kano, a skazywany na porażkę Górnik prowadził do przerwy 2-0 po bramkach Marka Szemońskiego i Mariusza Nosala. po przerwie Legia z Piszem wyrównała na 2-2, a w ostatniej minucie sędzie podyktował rzut karny, który na bramkę zamienił Darek Koseła. wygrywamy 3-2, sensacja, wspaniały mecz!
- kolejny wyjazd na Ruch Chorzów, 27. lipca 1996 roku. Ruch wtedy wchodził z drugiej ligi i w pierwszej kolejce pojechało nas tam wtedy 2 tysiące. środek lata, upał, następnego dnia jechaliśmy już z rodzicami na wakacje do Borowego Młyna, a Górnik wygrywa 2-1 po bramce w ostatniej minucie Marka Szemońskiego. byłem dumny jak paw, na wakacje jechałem w mojej pierwszej koszulce Górnika.
- najczarniejszy z wszystkich moich meczów, 30. maja 2009 roku, ostatni mecz tego feralnego sezonu, przegrywamy u siebie z Polonią Warszawa 0-1 i spadamy z ligi. mecz oglądałem z Maćkiem w Brighton, leżeliśmy na dywanie u Mateja i wspólnie przeżywaliśmy największą w życiu porażkę. na zewnątrz upał, a ja potem mówiłem, że jak coś tak strasznego mogło się stać pod tak pięknym niebem... potem chodziłem smutny przez kolejne kilka godzin, a wieczorem Maciek nakupował alkoholu i mówi: wiesz co? ja już się nie smucę. potem piliśmy i śpiewaliśmy piosenki klubowe przez cała noc, pół Brighton dowiedziało się, że bójcie się chamy, za rok do ligi wracamy...

dobrym podsumowaniem tych dwudziestu lat jest poniższy wywiad, którego udzieliłem Magazynowi Górnik. jakoś tak się szczęśliwie złożyło, że magazyn ten wyszedł w tym miesiącu i mogłem klamrą spiąć wszystkie te moje zwariowane emocje. przeczytajcie, nie będę się powtarzał, ale wiele przeżyłem, wiele widziałem. oczywiście za czasów mojego kibicowania Górnik jeszcze niczego nie wygrał, choć był blisko tytułu mistrza i jeszcze bliżej Pucharu Polski. no ale za kilkanaście miesięcy będziemy mieli nowy stadion, a wtedy wszystko przed nami. i wiem, że doczekam się Mistrza Polski z moim Klubem, że to nieodwołalne, jak otaczające nas podatki. i jeszcze jedno, tak na sam koniec. te moje emocje dorosłego faceta oparte są na tych pierwszych wspomnieniach, gdy jako dziecko po raz pierwszy pojawiłem się na stadionie. to tylko udowadnia, że pewnych wartości nie da się zbudować z dnia na dzień, że to właśnie ten pierwotny instynkt, ta iskra zapalna, wywołuje w nas tą obsesyjną pasję.

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

27

kwi
2012

znajdź 10 różnic..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:06

tego typu zestawienie chciałem właściwie zrobić od zawsze, tylko .. brakowało mi syna. nienaturalnie duża głowa na moim zdjęciu z września 1980 roku od zawsze budziła uśmiech. na zdjęciu dolnym z kwietnia 2011 roku Kuba co prawda za żadne skarby nie chciał podobnie ułożyć głowy, ale przecież gołym okiem widać nasze podobieństwo i zestawienie i tak godne jest publikacji. znajdź 10 różnic, chciałoby się powiedzieć..

znajdź 10 różnic..

a tu jeszcze dwa ujęcia samemu, do archiwów dziejowych. ale byłby numer, gdybyśmy te zdjęcia zestawili kiedyś z jego synem..

znajdź 10 różnic..

znajdź 10 różnic..

29

kwi
2012

Flickr Links Extractor

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 07:26

rozczarowany jakością dynamicznego skalowania zdjęć z Google Picasy postanowiłem, choć częściowo, przenieść się na Flickr. skalowanie zdjęć w tym serwisie działa bardzo dobrze i choć jest to delikatnie wbrew ich regulaminowi, rozpoczynam osadzanie zdjęć z Flickr-a, co mogliście zobaczyć już w poprzedniej notce. statyczne linki do danych zdjęć są tam jednak trudno dostępne, a ręczne wyciąganie kilkunastu z nich do każdej notki wymagałoby sporo pracy. kierowany więc moim wrodzonym lenistwem napisałem mały skrypt wyciągający właśnie te linki.

skrypt dostępny jest pod adresem http://ankudowicz.com/flickr-links-extractor.

Flickr Links Extractor

Flickr Links Extractor jest oparty o web API serwisu, napisany jest w php, a jego zadaniem jest generowanie przyjaznego kodu html do zbudowania własnej galerii zdjęć. poświęciłem na to trochę więcej czasu niż na analogiczny Picasa Links Extractor i tak skrypt ten oferuje wyszukiwanie zdjęć na podstawie photostreama (czyli wszystkie zdjęcia danego użytkownika), tagów lub numeru id photoseta (można go wciąż np z adresu url danego seta, choć w przyszłości stworzę może jakieś bardziej przyjazne wyciąganie tego numeru). za pomocą menu można generować linki do zdjęć różnych rozmiarów, a ustawienia w większości zapisywane są w sesji przeglądarki, żeby za każdym razem nie musieć podawać ich od nowa. dodałem również mały formularz w którym można podać podstawowe atrybuty galerii, np klasy czy alt i rel. osadzenie fotek, przynajmniej dla mnie, będzie teraz trwało kilka sekund..

30

kwi
2012

żeby lepiej się jeździło..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 01:22





i aby sławić tą naszą unijną polskość na autostradach pacyficznych..

Mazda 3 Polska

04

maj
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. IV. Silicon Warrior, 1983

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:31

artykuł dla magazynu Komoda nr 6

W bieżącym wydaniu Komody przyjrzymy się kolejnej grze wydanej w pierwszym, tym jakby pionierskim, okresie życia naszego komputera. Mowa o Silicon Warrior z roku 1984. Zdecydowaliśmy również, że dział Dinozaury zmieni nazwę na Mid 80', a w każdym wydaniu naszego magazynu opisywać będziemy tu grę napisaną przed przed końcem roku 1985. Postaramy się odkurzyć kilka perełek z tamtych lat, bo gry wtedy tworzone zbliżają się już do swojej trzydziestki...

Firma Epyx (pamiętacie jeszcze tą legendarną w latach osiemdziesiątych markę? To wydawcy Impossible Mission, Summer Games, IK i dziesiątek innych wspaniałych gier...) zaprasza nas na wędrówkę w czasie do roku 2084. Agresywny rozwój Doliny Krzemowej (ang. Silicon Valley, stąd nazwa gry) pchnął korporacje IT w kierunku zupełnie nowego wyzwania: zdobycia informacji na temat budowy Super Komputera Dziesiątej Generacji wynalezionego przez Syborgów -- futurystyczną rasę nadludzi. Sekrety struktury tego przepotężnego komputera, który uznaje się za istotę o niezmierzonym wręcz poziomie sztucznej inteligencji, będą nagrodą dla zwycięzcy niezwykłych, osadzonych w przestrzeni kosmicznej, zawodów. Stowarzyszenie Ziemskich Władz Nowych Technologii, podobnie jak kilka innych odległych cywilizacji, wydelegowało więc swoich najzdolniejszych wojowników, aby stanęli w szranki w futurystycznej bitwie, której stawką jest siła obliczeniowa, nigdy wcześniej nieosiągalna dla naszych ziemskich braci.

Biorąc do ręki joya stajesz się przedstawicielem naszej planety w walce o rozkwit nowej ery ludzkiej technologii, jak patetycznie motywują nas sami twórcy gry. Twoim zadaniem będzie pokonanie przeciwników poprzez zaprogramowanie w jednej linii pięciu chipów kosmicznego komputera. Pamiętacie kółko i krzyżyk katowane przed laty do znudzenia w szkolnych ławkach? A Gomoku, w którym należy skreślić w jednej poziomej, pionowej lub przekątnej linii pięć kolejnych punktów? Właśnie na tej prostej idei bazuje Silicon Warrior. Gra jednak, a właściwie odniesienie w niej zwycięstwa, nie jest już taką prostą sprawą. Komputerowy AI jest całkiem solidny, a w przeciwieństwie do klasycznego Gomoku, raz zajęte pole może zostać odebrane. Gra rozwija się więc w kierunku stopniowego zajmowania własnych pól, przy jednoczesnym odbieraniu strategicznych chipów przeciwnikowi. Warto dodać, że proces zajmowania pojedynczego chipa w stosunku do prędkości poruszania się po pseudo-trójwymiarowej siatce jest stosunkowo długotrwały, łatwo jest więc w odpowiednim czasie przenieść się w sporne miejsce.

Standardowa plansza 5x5 to jednak nie wszystko -- dodatki do niej wprowadzają nową jakość, ale i nowe strategie gry. Autorzy gry wprowadzili więc: czarne dziury (jeden z 25 chipów losowo znika z planszy pochłaniając na chwilę stojącego na nim gracza), lasery (zawodnicy mogą strzelać zmiatając przeciwnika z całej lini pól) oraz tarcze (chroniące od ognia lasera). Zabawa staje się wówczas trochę nieprzewidywalna i jeszcze bardziej wymagająca. Aby wygrać całe zawody, o których rozpisałem się trochę w pierwszym paragrafie, będziemy musieli przejść wszystkie kolejne kombinacje plansz, w każdej grając do 5 zwycięstw. Oczywiście możemy również zagrać z inną osobą, a także odpalić grę z większą ilością graczy, np. 2 ludzi i komputer, bądź my i 3 Commodorki. 25 pól na 3 uczestników to chaos, ale trudny i bardzo wciągający.

Na koniec trochę ciekawostek, które zawsze będę się starał wynajdywać do naszych mid 80's. Za grę odpowiedzialny jest Jim Connelley i jego studio developerskie The Connelley Group. Jim był jednym z założycieli Epyxu, jednak z biegiem lat postanowił odejść z korporacji i ponownie zbudować coś od zera. Zabrał więc kilku swoich najlepszych programistów i rozpoczął pracę nad pierwszymi tytułami. Epyx, swoje pierwsze dziecko, uczynił jednak wydawcą nowych gier. W późniejszych latach Jim doradzał jeszcze ludziom z Activision. Silicon Warrior znany jest również pod alternatywną nazwą -- Silicon Syborgs, pod którą to gra została po raz kolejny wydana w 1988 roku na kartridżu Super Games obejmującym również takie klasyki jak Colossus Chess i International Football. Wydana rok wcześniej wersja na Atari nosiła tylko pierwszą z tych nazw. Twórcy osadzili grę w roku 2084, co jak łatwo zauważyć, stanowiło dokładnie okres stu lat po premierze. Dzisiaj mamy już tylko nieco ponad 70 lat do tej magicznej daty, pewnie młodsi czytelnicy Komody będą mieli szanse zagrać w Silicon Warrior w roku 2084 ;)

Silicon Warrior, 1983

Silicon Warrior, 1983

Silicon Warrior, 1983

09

maj
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- przegląd gier piłkarskich na C64..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:30

artykuł dla magazynu Komoda nr 6

Jako że do EURO 2012, największej i historycznej dla naszego kraju imprezy piłkarskiej, pozostało już nieco ponad 2 miesiące, jest to dobry okres aby przyjrzeć się grom piłkarskim na naszego Commodorka. Do wyboru mamy sporo tytułów, w końcu jest to najbardziej popularna dyscyplina sportu na świecie. Serwis Gamebase64 opisuje aż 127 gier scharakteryzowanych jako "Sports - Football/Soccer (Arcade)", natomiast Lemon64 wymienia ich 84. Pomyślałem więc, że jest w czym wybierać i ochoczo zabrałem się do przyjemnej, acz wymagającej i długotrwałej pracy. Niestety, przyjemność skończyła się po kilku godzinach walki -- dotarło do mnie po raz wtóry, że ogromna większość piłkarskich (ale również np. hokejowych) produktów na Komodę jest słaba, niedopracowana, anemiczna, wręcz niegrywalna. Piłkarski król jest jeden, wiedzą o tym wszyscy commodorowcy, to oczywiście Microprose Soccer z roku 1988. Potem następuje pustka wypełniona przez dwa, w porywach do czterech, w miarę grywalnych tytułów, a potem znowu nic, bardzo długo nic, zakończone całym tym topornym i frustrującym wysypiskiem piłkarskich bajtów. Jednak fakt istnienia niewielu dobrych gier sportowych jest powszechny, choć wciąż trochę zagadkowy: aż tak trudno było zrobić sportową gierkę na C64? Pewnie tak, przecież wielu próbowało, a wyniki są bulwersujące. Klasycznego rankingu gier piłkarskich więc nie będzie, będzie za to ranking alternatywny, tak trochę z przymrużeniem oka. Wybrałem 15 kategorii, spędziłem kilka bardzo długich wieczorów przekopując archiwa, na przemian śmiejąc się, rozczarowując i nostalgicznie wzdychając. Wynik moich eksperymentów obejmujący tylko gry strickte piłkarskie, nie menadżerskie, możecie zobaczyć poniżej.

Najstarsza Kopanina - International Soccer, Commodore, 1983
przegląd gier piłkarskich na C64

Najstarszy istniejący produkt piłkarski był swego czasu niezwykle popularny z uwagi na dołączanie go na kartridżu do zestawów naszego komputera. Obecnie jest to tytuł trochę zapomniany, choć trzeba wspomnieć, że w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych była to jedyna w miarę grywalna i całkiem solidna piłka. I to jeszcze od samego wujka Commodore! Sentyment jest duży, bo dla nas była to przecież pierwsza gra sportowa na C64. Z perspektywy czasu jednak jest to dość wolna, schematyczna i bardzo ograniczona symulacja piłki kopanej. Ciężko się podaje, AI komputera jest mierne, a strzały oddawane z pewnego miejsca zawsze wpadają do siatki. Jednak staruszkowi, protoplaście gier piłkarskich na C64 należy przecież oddać szacunek!

Pozytywne Zaskoczenie - I Play: Football Champ, Simulmondo, 1992
przegląd gier piłkarskich na C64

Nieklasyczne podejście do piłki nożnej, boisko widzimy bowiem z perspektywy trzeciej osoby (TPP, third-person perspective), całkiem jak Larę Croft, tyle że tu mamy spoconych facetów. W grze tej, która jest następcą wydanej rok wcześniej I Play - 3D Soccer, kierujemy tylko jednym zawodnikiem, co zresztą może sugerować już sam tytuł. Gra jest płynna i jak najbardziej grywalna, 21 komputerowych graczy biega we wszystkie strony, walczy, strzela, a czasem nawet podaje. Podoba mi się możliwość celowania: w momencie oddawania strzału przez naszego napastnika na zarysie bramki pojawia się prostokąt określający miejsce celowania. Poza tym na uwagę zasługuje cała oprawa gry -- dobra grafika, ligi europejskie z oryginalnymi składami z tamtych lat (np. w lidze niemieckiej znalazłem Andrzeja Rudego, Jana Furtoka czy Marek Leśniaka). Jeśli chodzi o symulację piłki nożnej to ten produkt jest całkiem udany, oczywiście akceptując wszystkie ograniczenia naszego komputera. Zdaję sobie jednak sprawę, że tego typu gierka nie wszystkim przypadnie do gustu, dla mnie jednak jest to miła niespodzianka. Z minusów trzeba wspomnieć o dość nieczytelnym radarze, co powoduje, że czasem biegamy bez sensu w zupełnie innym rejonie boiska. Ekran jest bowiem wycentrowany na nas, a nie jak to zwykle bywa, na piłce. Drugim pozytywnym zaskoczeniem, choć już mniejszym, jest gra Manchester United Europe, szczególnie pamiętając nieszczególną wersję amigową.

Mistrzostwa Świata - "Italy 1990", US Gold, 1990
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii gier osadzonych w realiach Mistrzostw Świata (to te zawody, gdzie Polacy zawsze dostają w trąbę w pierwszych dwóch meczach) wygrywa Italy 1990. Gra wygląda jak klon samego Microprose’a (to ofkors naturalny zwycięzca również tej kategorii), oferująca podobną grywalność, świetny scrolling ekranu oraz ciekawą grafikę. W Italy 90, grze naprawdę bliskiej commodorowemu ideałowi, mamy ponadto faule, kartki, karne i fajnie rozbudowane menu. Zdecydowanie brakuje mi tu radaru, przez co trzeba kopać piłkę do przodu i liczyć, że ktoś się nią tam zajmie. Gra jest trudniejsza niż Microprose, piłka nie zawsze trzyma się nogi, przez co, z drugiej strony, możliwe są dryblingi. Nigdy wcześniej się z tą grą nie zetknąłem, a z radości natknięcia się na nią 22 lata po premierzeumieszczam ją jako drugą w moim subiektywnym rankingu piłek na Komodę! Jakoś tak się złożyło, że większość commodorowych kopanin osadzonych jest w realiach pamiętnych mistrzostw we Włoszech w 1990 roku, pierwszych po latach, w których nie występowała reprezentacja Polski. Kolejna związana z MŚ gra tego samego wydawcy zatytułowana World Cup Carnival: Mexico '86 nie jest już nawet warta waszego czasu.

Zmarnowany Potencjał - Graeme Souness International Soccer, Zeppelin Games, 1992
przegląd gier piłkarskich na C64

Grą, która mogła, a nawet powinna być zdecydowanie lepsza, jest piłka firmowana przez Greame'a Sounessa, byłego wspaniałego piłkarza szkockiego. Mamy tu widok jak w amigowym Sensible Soccer, z dobrą jak na owe czasy grafiką, dynamiczną animacją ekranów, z pięknymi (kocimi, jak powiedzieliby w “Chłopaki nie płaczą”) ruchami bramkarza, z bardzo trudnym poziomem komputera, a jednak... zdecydowanie czegoś mi w niej brakuje. To mógł być prawdziwy hit, może nawet na miarę Sensible'a zachowując oczywiście wszelkie proporcje, a niestety produkt ten nie ma najważniejszego: grywalności. Gra się bardzo topornie, co szybko odstrasza i po krótkiej chwili nudzi. Bardzo denerwuje system zmiany zawodników, piłki nie da się przytrzymać przy ciele (choć sama idea takiego zachowania jest jak najbardziej w porządku). Szkoda, bo to naprawdę mogła być bardzo solidna gra piłkarska, a tak pozostał nam po niej duży niedosyt. Gra powstała przecież u schyłku kariery Komody, należy więc oczekiwać od niej zdecydowanie więcej.

Piłka Halowa - Major Indoor Soccer League, Mindscape, 1987
przegląd gier piłkarskich na C64

Zdecydowanie najlepsza piłka halowa na C64, nie licząc oczywiście halowej wersji Microprose. Oceniam ją stosunkowo wysoko, jako że gra oferuje wszystko czego oczekujemy od tego typu produktu: w miarę dobra grywalność, świetne animacje postaci, szybkość i dynamikę. Mnóstwo ciekawych opcji, można np. grać zawodnikiem w polu (tylko jednym, graczy nie można zmieniać!), bramkarzem, trenerem lub wszystkimi nimi jednocześnie. Są zmiany, łatwo dostępne modyfikacje taktyk, możliwość tworzenia własnych zespołów, transfery zawodników, treningi, a wszystko to 1987 roku było zapewne niemałą rewolucją. Do tego dochodzą perełki w stylu faulu blokowania bramkarza lub przewinienie przekroczenia 3 linii w piłce halowej. Kolejna gra w tej kategorii, Five A Side, mimo że z samplowanymi dźwiękami, to jednak pozostaje bardzo daleko w tyle.

WTF? - Wheelchair Football, nieopublikowany
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii What The Fuck? (czyli po naszemu "O co biega?") bezdyskusyjnie wygrywa nigdy nieopublikowany Wheelchair Football. Gra w której 7 facetów na wózkach inwalidzkich staje, tzn. siada, do walki z drużyną takich samych klientów jest tyleż nieoczekiwana, co wręcz zabawna. Nie wiem, czy to jakiś chory żart, ale produkt ten ewidentnie wygląda na zhackowany International Soccer z podmienionymi sprite'ami. W każdym razie grywalność tego cuda jest taka sama jak oryginału, czyli mając piłkę na głowie można z nią wbiec, tzn. wjechać, do bramki. Grać się w to co prawda nie da, jedyną jej wartością może być humor, porównywalny z resztą z grą Bonduelle Soccer, gdzie zamiast piłkarzy biegają konserwowane warzywka tej firmy. No cóż, niecierpliwie będę wyczekiwał portu na PC, że też do dzisiaj nikt nie podchwycił tej idei...

Najoryginalniejszy tytuł - Peter Shilton's Handball Maradona, Grandslam Entertainment, 1986
przegląd gier piłkarskich na C64

Tytuł gry nawiązuje do słynnego zagrania ręką Diego Maradony w meczu rozegranym 22 czerwca 1986 roku na MŚ w Meksyku w pojedynku Argentyny z Anglią. Ręka, później nazwana "boską", przez wiele lat była wyjątkowym tematem frustracji Brytyjczyków, a fakt, że nazwano tak nawet grę komputerową, frustrację tę potwierdza. Sama gra jest całkiem ciekawa: w zasadzie jest to bramkarska mini-gierka, w której wcielamy się w postać samego Petera Shiltona, legendarnego bramkarza Lwów Albionu broniącego w tym pamiętnym meczu. Naszym oczywistym celem jest obrona bramki, a sterowanie oparte jest na 5 klawiszach: Q, A oraz O, P, a także SPACJI. Gra jest trudna, na początku ciężko cokolwiek obronić, ale z biegiem czasu każda wyłapana piłka jest małym sukcesem. Warto dodać, że rozbudowana jest liga angielska, bierzemy udział w wielu meczach, których wynik w dużej mierze zależy od naszych interwencji. Dla lubiących tego typu gry polecam również pokrewną Penalty Soccer z 1990 roku.

Wyrób Piłkarskopodobny - Kick Off, Bubble Bus, 1983
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii gier niby piłkarskich, a jednak nie bardzo, zdecydowanym zwycięzcą (co cieszyć autorów zdecydowanie nie powinno) jest gra Kick Off, jednak nie tych z Anco Software, a tych z Bubble Bus. Ekipa ta stworzyła symulację klasycznych piłkarzyków znanych z co drugiej polskiej knajpy, niestety całkowicie niegrywalną. Gra pochodzi z roku 1983, a więc wiekowo porównywalna jest z International Soccer, niestety podobieństwa na tym się kończą - gracze umieścili ją na 35 miejscu w rankingu najgorszych gier na C64 w zestawieniu Lemona. Jedynym pozytywnym aspektem tej gry jest jej tytuł, który kilka lat później przerodził się w serię najlepszych gier piłkarskich. No, przynajmniej na Amidze. Skoro jednak jesteśmy już przy Kick Offie to zapraszam to następnej kategorii, negatywnego zaskoczenia.

Negatywne Zaskoczenie - seria Kick Off - Kick Off I, 1989 i Kick Off II, 1990, Anco
przegląd gier piłkarskich na C64

Od Anco, tak wspaniałego twórcy piłkarskich kopanek wymagamy bardzo dużo. A commodorowe Kick Offy zaskakują negatywnie, wrecz rozczarowują, szczególnie mnie, jako że amigowa wersja Kick Offa II to dla mnie i dla wielu innych po dziś dzień najlepsza komputerowa piłka w historii. Ja rozumiem, że to nie 16 bit, akceptuję również fakt, że końcówka lat 80-tych to początki pracy chłopaków z Anco, jednak seria tych gier jest prawie całkowicie niegrywalne! Odsłona pierwsza od wielkiego dzwona może się jeszcze jakoś obronić -- boisko widzimy z boku, a nie z góry, czasem można nawet celnie podać, natomiast Kick Off II, który miał być przełomem w piłkarskich produktach na C64, nie nadaje się do niczego. Nie ma co się rozpisywać o słabych grach, w zamian ciekawostka: przez pewien czas firma Anco pracowała nad usprawnioną wersją Kick Off II, która miała być wydana na kartridżu, jednak do jej premiery nigdy nie doszło. Ukończona została natomiast muzyka, która po dziś dzień leżakuje sobie spokojnie w archiwach HVSC (szukajcie autora Moppe, czyli Frederika Segerfalka). W 1991 roku wydano tylko wersję na Nintendo Game Boy'a pod tytułem: Super Kick Off. Może śmiesznie to zabrzmi, ale już chyba lepszym klonem amigowego Kick Offa jest włoski Dribbling z 1992 roku. Kultową wręcz postacią i autorem tej serii gier na Amigę jest Dino Dini, Brytyjczyk obecnie zajmujący się muzyką (koncertuje w jednym z londyńskich pubów) i prowadzący bardzo ciekawego bloga o technicznych aspektach tworzenia gier komputerowych. Co ciekawe, sam Dino piłki nożnej nigdy nie lubił.

Piłka Uliczna - 4 Soccer Simulators, Codemasters, 1989
przegląd gier piłkarskich na C64

Spośród kopanin ulicznych, czyli klasycznego Street Soccera, na którym przecież wszyscy się wychowaliśmy, w zasadzie tylko jedna gierka jest w miarę godna polecenia. Choć mówiąc dosadnie, ćwiartka jednej gierki, bo tylko tyle zalicza się do piłki ulicznej. W 4 Soccer Simulators, jeśli już musimy przy niej spędzić chwilę czasu, właśnie boisko podwórkowe zasługuje na uwagę. Mamy tu domki, murki, ogrody, samochody i wszystkie inne elementy klasycznego osiedla, zmieniające nasz obszar gry. Boisko zamiast prostokątnego staje się więc kanciaste, co wpływa na strategię, o ile taka w ogóle istnieje. Grafika może się podobać z uwagi na takie elementy jak bramka wymalowana na murze, a cieszyć może również możliwość podstawienia przeciwnikowi nogi (szkoda, że nie dodano strzału pięścią.) Irytują trochę błędy, bo gdy piłka wpadnie na taki np. samochód, to pozostaje nam tylko czekać na końcowy gwizdek niewidzialnego sędziego.

Najnowsza Kopanina - Block Soccer, Manic Mailman Designs, 2007
przegląd gier piłkarskich na C64

Najnowsza gra piłkarskopodobna autorstwa dudka o ksywce "The Fall Guy" wydającego zresztą inne, całkiem fajne gry, jest przeze mnie wspomniana tylko z uwagi na rok powstania. 2007 robi wrażenie, od dawna nikt nawet nie podejmował się tworzenia opisywanych tu produktów. Sama gra jest bardzo prosta, zajmuje tylko 17 bloków i wydaje się być napisana w pośpiechu. Zresztą, po odpaleniu przekonujemy się, że również tak wygląda. Autor prawdopodobnie jest Niemcem, bo rozgrywka toczy się między drużynami z Dortmundu (pozdro dla naszej mistrzowskiej trójki) i Gelsenkirchen. Dla niewtajemniczonych: to wielkie derby Zagłębia Ruhry, coś na kształt naszych derbów Górnika z Ruchem.

Najlepsza Gra Z Piłkarzem W Tytule - Emlyn Hughes International Soccer, Audiogenic Software, 1988
przegląd gier piłkarskich na C64

Całkiem przyjemna, jak na ówczesne możliwości, gra piłkarska z bardzo rozbudowanym menu, całym mnóstwem opcji i akceptowalną grywalnością. Produkt ewidentnie opiera się na ulepszonej idei International Soccer, tyle że zawodnicy poruszają się z gracją, są szybsi, potrafią robić wślizgi, a bramkarz jest mniej ciamajdowaty. Idea EHIS była później portowana na wiele innych komputerów domowych, co w tamtych latach mogło napawać dumą byłego wspaniałego piłkarza Emlyne'a Hughesa. Konkurencja w tej kategorii była stosunkowo duża, bo gry firmowane były nazwiskami Garego Linekera, Paula Gascoigne'a, Emilio Butragueño czy Anders Limpara. Wszystkie one jednak są absolutnym zaprzeczeniem jakiejkolwiek grywalności i aby nie przynosić wstydu swoim patronom powinny być jak najszybciej zapomniane.

A Miało Być Tak Pięknie - ADIDAS Championship Football, 1990, Ocean
przegląd gier piłkarskich na C64

Ta gra to prawdziwa huśtawka nastrojów. Zaczyna się cudownie: świetna prezencja, losowanie grup turniejowych, komentarze, ciekawe opcje do wyboru w menu meczowym, a nawet rzut monetą przed samym spotkaniem. Wszystko to może trwa trochę zbyt długo, ale towarzyszy temu miła dla oka grafika i świetna, wpadająca w ucho, muzyka. A potem zaczyna się mecz i w kilka sekund pryska całe to pozytywne wrażenie. Człowiek uzbrojony w dwie ręce i joystick do tej gry się zupełnie nie nadaje. Wszystko jakoś wolno, na stojąco, z kulejącym i migoczącym przewijaniem ekranu. Zawodnicy poruszają się jakby rozdawali na ulicach ulotki, a nie grali w piłkę; do tego bramkarz w niczym nie pomaga, wpuszcza wszystko, co tylko leci w stronę bramki. Całkiem jak nasza rodzima liga polska. Nie rozumiem, jak można było włożyć tak wiele wysiłku w dopracowanie najmniejszego szczegółu intra, a przy tym zupełnie olać samą grę, czyli to co w komercyjnym produkcie najważniejsze. Porażka, a była to jedna z pierwszych gier sportowych sponsorowanych przez Adidasa.

Najgorsza Gra Piłkarska Na C64 - ciężko wybrać jedną...
przegląd gier piłkarskich na C64

Z tą kategorią będzie problem natury subiektywnej, przyjmijcie jednak mój punkt widzenia, bo w przeciwnym przypadku będziemy tu mieli dobrą pięćdziesiątkę produktów. No więc słabych gier jest całe mnóstwo, jest na przykład Italy '90 Soccer firmy Simulmondo, jest Match Day nieudolnie przeniesiony ze Spectruma, jest toporny jak kopanie cegły Super Soccer i jeszcze gorszy, w co nawet ciężko uwierzyć, European Soccer. Ja jednak postanowiłem negatywnie nagrodzić wyjątkowo nieudaną grę firmowaną przez całkiem dobrego piłkarza. Wyboru więc wielkiego nie mam - najgorszą grą piłkarską w historii zostaje... A nie, jednak jest wybór. Kenny Dalglish Soccer wydany w roku 1990 przez Impressions czy Anders Limpar's Proffs Fotboll z roku 1989, Empire Software? Obie są beznadziejnie niegrywalne, obie frustrują bezradnością. Metodą losowania pada jednak na Kenny Dalglish Soccer, który nie dość, że od magazynu Commodore Format otrzymał notę zaledwie 4% (chyba najniższa nota w historii), to jeszcze podobnie słabo jest oceniany przez użytkowników portalu Lemon64. Zresztą obie te gry są tak słabe jak żart z Familiady.

Najlepsza Gra Piłkarska Na C64 - Microprose Soccer, Microprose, 1988
przegląd gier piłkarskich na C64

przegląd gier piłkarskich na C64

przegląd gier piłkarskich na C64

Najlepsza piłka nożna na Komodę została opublikowana przez firmę Microprose, jednak za samo jej powstanie odpowiedzialne jest, co pewnie nie wszyscy wiedzą, studio Sensible Software. Tak, tak, to ci sami, którzy w kolejnych latach oszołomili świat takimi cudami jak Mega Lo Mania, Sensible Soccer czy niezapomniany Cannon Fodder. Sympatyk komputera innej marki (pamiętacie te wojny Commodorowców, Atarowców i innych PeCeciarzy z lat 90-tych?) powiedziałby, że wśród ślepców i jednooki jest królem, ale byłoby to powiedzenie nad wyraz: ta jedna gra broni przecież możliwości technicznych naszego komputera. Microprose Soccer jest idealny, jest wciągający nawet po latach, a niesamowita muzyka Martina Galwaya jest już niemal klasykiem. Z rzeczy ciekawszych warto dodać, że w Stanach gra była wydana pod tytułem "Keith Van Eron's Soccer", że oprócz boiska trawiastego można również grać na hali (!!), natomiast jedna z grup scenowych -- włoski AEG Soft, co cztery lata wydaje zhackowaną wersję bazującą na aktualnych MŚ! Były już więc wersje USA '94, Korea/Japonia 2002, Niemcy 2006 i Południowa Afryka 2010. Skontaktowałem się z nimi przed tym artykułem, niestety wersja EURO 2012 nie jest planowana, chłopaki ograniczają się do MŚ. Ponadto, na oryginale wzorowało się wielu producentów gier kopanych, z klonów Microprose warto również spojrzeć na opisywany tutaj Italy 1990 oraz intrygująco dynamiczny England Championship Special.

a dla wytrwałych podaję również linka do pięknie złożonej przez Jarka z book-design company wersji PDF.

18

maj
2012

podróżnik Kuba w Los Angeles..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:59

jakaś taka niemoc mnie dopadła w newsach na stronie. niemoc i zmęczenie materiału, bo to i upały i w firmie ciężko, jakiś rygor koreański narzucony. w każdym razie śmignęliśmy sobie z rodzinką do LA, Kuba podróżnik już się więcej nalatał samolotami niż ja przez 25 lat. w LA słońce i pogoda, choć to dopiero wiosna -- Kuba zwiedził kilka miejsc, m.in. plaże Santa Monica, gdzie Słoneczny Patrol biegał w czerwonych strojach kąpielowych. a ta fajna Kuby czapka to od cioci Any i wujka Steffano z samego Londonu. a Pacyfik nic się nie zmienił, nadal słony i zimny jak cholera..

a ta niemoc to jakaś poważna sprawa jest -- bo ja już nawet zdjęcia robię komórką, a nie aparatem, w dalekie strony ciężkich obiektywów nie zabieram! zawsze się śmiałem z takich ludzi, co to celują aparatem fotograficznym, a potem chwalą się takimi wątpliwej jakości fotami. zdjęć otoczenia też w ogóle nie robiłem, prawdziwy chill out w ciepłych krajach. podejrzane to i groźne, chyba się starzeję, trzeba z tym walczyć, bo przecież wkrótce nowe podróże. nowy rok, nowe wyzwania.

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

21

maj
2012

wyprawa na Wyspę Vancouver -- Victoria B.C.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:05

mówi się, że miasto Victoria, stolica Kolumbii Brytyjskiej, to najbardziej brytyjska część Kanady. mówi się, że klimat tego miejsca należy do najdelikatniejszych w całym kraju, a piękne ogrody i wiecznie zielone skwery są jego symbolem. mówi się również, że to jedyne miasto na świecie w którym w każdej chwili na ulicach może pojawić się niedźwiedź, a miejsca obserwacji wielorybów znajdują się tuż po wypłynięciu ze wspaniałego miejskiego portu. ludzie mówią, że w tej części świata nigdzie nie ma tak wspaniałych pubów, małych herbaciarni, pięknej brytyjskiej architektury i niewielkich sklepików z prezentami. Victoria B.C. kojarzy się na ogół ze spokojnym życiem wyluzowanych ludzi i ich wspólną koegzystencją z naturą. różne rzeczy ludzie mówią, a prawda jest taka, że Victoria B.C. najczęściej kojarzy się z czystością, że uznawana jest za jedno z najczystszych miast świata.

na wyspę dopływamy promem z amerykańskiego Anacortes. to ok 2-godzinna wycieczka przez dzikie i często niezamieszkane wyspy Orcas. na prom bierzemy nasze auto, bo rezerwując sobie kilka dni chcemy zapuścić się w głąb wyspy. Kanada wita nas ciepłem i pięknie zachodzącym słońcem. z australijsko-brzmiącego portu Sidney kierujemy się na południe i po 40 minutach spokojnej jazdy meldujemy się w hotelu. chwilę później jesteśmy w centrum Victorii, gdzie rozpoczynamy naszą wędrówkę po porcie (The Inner Harbour. portowe nadbrzeże pełne jest turystów, sielankowo rozłożonych nad wodą restauracji i native-amerykanów, czyli po naszemu Indian, sprzedających swoje własne wyroby. o natywnych mieszkańcach tych obszarów przypominają nam indiańskie totemy znajdujące się w ścisłym centrum miasta. dobrze, że dba się tu o kulturę przodków, a nam podoba się, że wielu lokalnie wyglądających osobistości posiada indiańskie rysy twarzy.

tu zdecydowanie multikulturowe miejsce -- słychać kilka europejskich języków, różne style ubioru, jest mnóstwo Azjatów. oprócz uniwersalnie wyglądających turystów pełno tutaj zakręconych freaków, ale atmosfera sprzyja temu, bo odbywa się tu całkiem spory festiwal muzyczny. ludzie leżą na trawie, tańczą na chodnikach, kiwają się w rytm portowego zachodu słońca. co kilka minut nad naszymi głowami przelatuje hydroplan, po wodzie przetacza się wodna taksówka wyglądająca jak taka duża drewniana beczka z flagami po bokach, a po jakimś czasie załapujemy się na targ wyrobów lokalnych. różne tam takie świecidełka, ale odnajduję też perełkę -- miejscowego fotografa natury, z którym oczywiście rozmawiam o technice i innych takich nikonowskich sprawach. ogólnie w Victorii spędzamy 3 dni -- bardzo podoba nam się brytyjska kamienna architektura, spokojny styl życia i czystość na ulicach. ujęła nas dzielnica na wodzie -- szereg barek w wybudowanymi na nich drewnianymi domkami w różnych kolorach. kilka było na sprzedaż z cenami sięgającymi 400-500k cad. domki mają niewielkie okna, stojaki na rowery i mnóstwo kwiatów. wyluzowani mieszkańcy siedza na niewielkich balkonach i w słońcu grają na gitarze. to miasto rzeczywiście jest czyste i zadbane, trawniki przycięte są co do milimetra, jak jakieś miejskie pola golfowe. Victoria robi fajne wrażenie, polecam każdemu, jeśli dane wam będzie znaleźć się w tej części świata.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

Victoria B.C.

24

maj
2012

wyprawa na Wyspę Vancouver -- samochodem na zachód..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:19

przemierzanie Wyspy Vancouver to wędrówka przez naturę i historię ludów tubylczych. na historii Indian skupię się w kolejnej notce, teraz kilka słów o samej wyspie. położona jest na Oceanie Spokojnym i oddzielona jest kilkoma cieśninami od Stanów i Kanady. do Kanady należy od 1871 roku, wcześniej silne wpływy dzieliły na niej Anglia i Hiszpania. jako pierwszy na wyspę dotarła ekspedycja Drake'a ok 1579 roku, a nazwę zawdzięcza się George'owi Vancouverowi, który w XVIII wieku badał zachodnie wybrzeże kontynentu w ramach ekspedycji Jamesa Cooka. oprócz Victorii na wyspie rozrzuconych jest sporo niewielkich miasteczek, najczęściej gęsto pokrytych starą drewnianą zabudową. wyspę porasta gęsty wilgotny las, z którego gdzieniegdzie wyłania się ocean lub stały ląd na wschodzie. na wschodzie majestatycznie góruje ośnieżony wulkan Mt Baker, a przed nim w nakładających się na siebie pejzażach rysują się liczne wysepki Orcas. pełno tu dzikich zwierząt i tak, na przykład, podczas naszej kilkunastogodzinnej jazdy po wschodniej części wyspy (450 km przez Duncan, Lake Cowichan do Pacific Rim National Park Reserve) naszą drogę przecina niedźwiedź czarny i jeleń. lasy są ciemne i naturalnie niebezpieczne, a drogi tak puste, że awaria samochodu byłaby tu sporym problemem, szczególnie że jechaliśmy długo w nocy. w końcu, w pobliżu rezerwatu Pacific Rim jemy kolację i poznajemy kilku miejscowych oraz parę Niemców. dróg jest tu tylko kilka, tak więc w odległe rejony wyspy da się tylko dopłynąć bądź dolecieć. jazda trwa długo bo droga jest kręta i dosyć jednolita: trawa, góry, bezkresny poemat w kolorach lasu, jeziora, ocean, asfalt. i woda, dookoła wszędzie woda o mocnym granatowym odcieniu..

Vancouver Island

Vancouver Island

29

maj
2012

wyprawa na Wyspę Vancouver -- Cowichan Bay..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:12

umiłowanie do miejsc uśpionych, do miejsc położonych poza utartymi szlakami turystycznymi, zagubionych pośrodku natury, ciszy i spokoju, wyniosłem z prozy Stasiuka. a może to był jednak Kapuściński albo Olszewski? nie, chyba jednak Stasiuk, bo pisał, że Stałem w tej nadprzyrodzonej ciszy, paliłem papierosa i myślałem, że tak powinny wyglądać wszystkie poranki świata. no więc takie miejsce pośrodku niczego wczesnym rankiem ma w sobie coś metafizycznego -- miejscowi budzą się i prowadzą swoje codzienne życie w niezmiennym spokoju duszy, turyści lub, w stosunku do siebie wolę używać, podróżnicy, jeszcze śpią, o ile w ogóle się w takie strony zapuszczają. a gdy osada taka znajduje się jeszcze nad wodą, gdy poranny wiatr, słońce, ptaki i zapach lasu otaczają nas ze wszystkich stron, duszą i przytłaczają swoim pięknem, to coś takiego jest naszym zwycięstwem w podróży, celem bijącym swoją magią wszystkie najwpanialsze miasta i atrakcje tego świata. kilkakrotnie znalazłem się w takich miejscach -- niewielka osada w chorwackiej Dalmacji, gdzieś na wyspie, z kamiennymi domkami i sieciami miejscowych rybaków. albo portugalskie Marvao -- osada-zamek gdzieś na granicy z Hiszpanią. albo kubański Trinidad, w dzień zatłoczony i gwarny, o 7 rano, żyjący swoim cudownym, nieodgadnionym dla obcych życiem. w Kanadzie również trafilismy, przyznaję, zupełnym przypadkiem, na tego typu miejsce..

Cowichan Bay to historyczna osada rybacka położona na płd-zach. krańcu Wyspy Vancouver. z gwarnej i hucznej Victorii wyruszyliśmy rankiem i przed południem dotarliśmy tutaj -- do miejsca pachnącego wodą i rozgrzanym w słońcu drewnem. siedziliśmy na małej huśtawce przy brzegu i patrzyliśmy na krzatający się świat. lokalny, z wyraźnymi indiańskimi rysami twarzy, rybak wypływal z synem na wodę, ktoś wyciągał kanu, ktoś inny podlewał kwaty. delikatny wiatr nie tworzył nawet najmniejszej falki na wodach zatoki, a cisza była tak absolutna, spokój tak ogarniający, że nie chciało nam się ruszać z miejsca. więc się nie ruszaliśmy. i tylko potem, tak od niechcenia, przeszliśmy się jedną jedyną uliczką w tym miejście -- uliczką z niewielkimi sklepikami, w których miejscowi sprzedawali własne dzieła rzeźbiarskie, malarskie, fotograficzne i kulinarne. w całym miasteczku panowała zupełna cisza...

ps. poniższe zdjęcia nie do końca przedstawiają opisaną sytuację. poza tym są one wymieszane z innymi fotkami pstrykniętymi tego dnia, szczególnie te z wagonami linii Canadian National i indiańskimi totemami pstrykniętymi w miasteczku Duncan. ale taka jest juz istota reportażu -- ciężko przedstawić świat prawdziwy..

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan BayCowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan BayCowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan BayCowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan Bay

Cowichan BayCowichan Bay

Cowichan Bay

07

cze
2012

Piotrek w drodze na potrójny przylądek..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 01:00

jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się co jest północnym krańcem Europy, innymi słowy: gdzie znajduje się najdalej na północ wysunięta krawędź naszego kontynentu, to polecam przyjrzenie się wyprawie mojego kolegi Piotrka. współpracowaliśmy jeszcze w czasach helionowych, a Piotrek jest zapalonym podróżnikiem rowerowym, objechał kilkanaście krajów i .. ciągle mu mało. tym razem wybrał się w podróż najambitniejszą -- przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Norwegię, Szwecję, Danię i Niemcy, a hipotetycznym celem jest osiągnięcie .. 3 północnych przylądków Europy. dokładnie trzech, cytując stronę Piotrka:

Czy Nordkapp zasługuje na miano północnego przylądka Europy? Tuż obok leży przecież nieco bardziej wysunięty na północ Knivskjellodden. Może jednak prawdziwy przylądek północny to Kinnarodden? Nordkapp i Knivskjellodden leżą na wyspie, a mniej wysunięty Kinnarodden na stałym lądzie.

Przylądki są trzy. Dlatego podczas tegorocznej wycieczki chcę dotrzeć na wszystkie. Dojechać da się tylko na Nordkapp, do pozostałych dwóch trzeba jeszcze dojść. Trasa w zarysie to: Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Norwegia, Szwecja, Dania, Niemcy, Polska. Orientacyjnie około 100 dni i około 10000 km. Nordkapp to tylko cel, najciekawsze rzeczy zawsze są po drodze...


postępy w podróży na bieżąco możecie śledzić na jego stronie. dzisiaj, gdy pisze te słowa Piotrek jest o dzień drogi od Laponii, czyli wszystko idzie zgodnie z planem. zgodnie z planem, czyli jedyne na co musi uważać to stada łosi przecinające jego drogę. ja osobiście sam planuję wybrać się kiedyś na północ -- zostało mi to we krwi od 2003 roku, kiedy wraz z marasem, crio i luke'm wybraliśmy się na naszą niezapomnianą podróż do Norwegii. tak więc kiedyś i tam dotrę, a teraz gorąco trzymam kciuki za Piotrka. ma rację, najlepsze rzeczy przecież zdarzają się po drodze.

08

cze
2012

no to rozpoczynamy!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 03:01

Euro 2012 rozpocznie się za kilka godzin. nie za rok, nie za miesiąc, tylko za parę chwil -- ciężko w to uwierzyć, bo w naszych głowach są jeszcze starania Polski i Ukrainy, ogłoszenie tak wspaniałych dla nas decyzji, a później już ten długi i żmudny proces budowania państwa na tak wymagającą i wielką imprezę. ileż to tysięcy pesymistycznych artykułów musiałem przeczytać, ileż negatywnych wywodów wysłuchać, aby wreszcie móc cieszyć się, że jednak, co naturalnie było sprawą oczywistą, daliśmy radę. te ostatnie dni przed turniejem już budzą w nas poczucie radości -- stadiony przygotowane, trawa równiutka, hotele fantastyczne, piłkarze witani chlebem i solą. radość i nadzieja. i mimo że jestem tak daleko i nie mogłem być teraz w Polsce, to cieszę się podwójnie. wy teraz śpicie, a ja jestem dumny, że wszystko się udało. jeszcze tylko u mnie minie noc i trzeba będzie wstać na ceremonię otwarcia, a potem ten pierwszy mecz o 9 rano Czasu Pacyficznego.

i docierają do mnie informacje jak Polska oszalała na punkcie Biało-Czerwonych. sam również ubieram koszulkę, za oknem wieszam flagę i w polskie barwy ustrajam cała rodzinę. i tylko chcę, żeby im się udało również pod kątem sportowym. w ogóle nie interesują mnie obrażalskie miny jakiejś tam części Polaków, wyskoki naszych chuliganów i akcję FUCK EURO. w dupie mam dziennikarzy krzyczących o farbowanych lisach, trenerze-półinteligencie i całym tym cukierkowym przebieraństwie naszego społeczeństwa. chcę kilku tygodni walki i pięknych emocji, bo tego typu impreza za mojego życia już w Polsce organizowana nie będzie. zresztą należę do tego typu kibiców, których na imprezach tej rangi interesuje wszystko, nawet mecze Kostaryki z Ekwadorem. od czasów Italii '90 oglądam wszystko, od deski do deski, każdy mecz, każdą minutę. chłonę emocje na najwyższym poziomie, a Mistrzostwa Europy to taki najwyższy poziom. jestem dumny, że ten najwyższy poziom teraz zawitał do mojego kraju. szkoda, że mnie nie ma, byłem przecież i w Niemczech w 2006, i w Austrii 2008, a imprezę u siebie muszę oglądać z daleka.. no ale nic, tak się ułożyło..

no więc jedziemy! dwa tygodnie temu miałem sen, w którym padły następujące rezultaty: Polska - Grecja 1-0, Polska - Rosja 2-1, Polska - Czechy 1-1, z tym że wyniki tych dwóch ostatnich meczów mogą być na odwrót, nie mogę sobie przypomnieć, jak to zwykle bywa po obudzeniu się. więc sami widzicie, nie ma się czym martwić. a etap pierwszy to wypierdolić Grecję z Euro, jak ostatnio mówić jest w zwyczaju! :)

13

cze
2012

Projekt Balloon Rescue cz. III - system high-score..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 02:04

nasi piłkarze na razie grają ze zmiennym szczęściem i zmiennymi umiejętnościami. nie jest tak do końca źle, w sobotę bój o wszystko z Czechami we Wrocławiu, miejmy nadzieję, że zwycięski. tylko zwycięstwo daje nam ćwierćfinał. w międzyczasie wróciłem do projektu Balloon Rescue i poczyniłem dość duże postępy. poprawionych zostało kilka ważnych elementów w grze, dodałem kolejne bajerki, na czele z najważniejszym -- sieciowym systemem high-score.

po raz pierwszy zabrałem się za taką operację i jak widać na poniższych zrzutach system działa bez zarzutu. w skrócie: dobry wynik jest rejestrowany w zmiennych i następuje próba jego wysłania do mojej gliwickiej bazy danych. pośrednikiem jest skrypt php który odbiera wartości z aplikacji .NET i wykonuje cała brudną robotę. skrypt analizuje, wysyła i odbiera potwierdzenie. natomiast w menu głównym wprowadziłem opcję wyświetlenia najwyższych wyników. po kliknięciu tej opcji .NET wysyła prośbę do skryptu php o zwrócenie najwyższych wyników z bazy MySQL -- skrypt wysyła zapytanie, odbiera odpowiedź z bazy i zwraca wynik funkcji jaką jest tablica z danymi na temat rankingu, nazwy osoby, osiągniętego levelu oraz samego wyniku. wyniki już w skrypcie php są filtrowane malejąco, a tablicę do odpowiedniego obiektu wrzuca już .NET. całość oparta jest o szyfrowanie md5 dla bezpieczeństwa transmisji oraz na solidnej obsłudze błędów na wypadek, gdyby gracz nie miał połączenia z siecią, nie zezwolił aplikacji na kontaktowanie się ze światem zewnętrznym, albo gdyby mój serwer był offline.

Balloon Rescue! high score system

Balloon Rescue! high score system

15

cze
2012

Projekt Balloon Rescue cz. IV - level 3 i kolejne poprawki..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 02:16

ok, dobre wieści są takie, że wykonałem kolejne poprawki do aplikacji, a Agata ukończyła mapę trzeciej jaskini. w pełnej okazałości możecie ją zobaczyć poniżej. level 3 wprowadza element życia do naszej przygody -- w jaskini chodzą i latają takie różne podziemne stworzonka, ich prędkość jest losowa, co wraz z wodnymi pływami wprowadza nieregularność rozgrywki. nasz bohaterski acz kruchy balon dociera wreszcie do cywilizacji -- pierwszy chodnik górniczy i tajemnicza wieża zwiastują możliwy ratunek. wszystko chodzi wspaniale, animacje są miłe dla oka, nowy utwór commodorowy brzmi pięknie. do tego ukończyłem dodatkowe opcje menu, jak instrukcje i credits, wszystko już w pełnej angielszczyźnie... gra po raz pierwszy została 'zbudowana' i jest gotowa do zainstalowania z nośników offline (standardowy instalator setup.exe) lub online (poprzez microsoftowy instalator ClickOnce). czyli klikamy sobie na stronie produktu, potwierdzamy kilka razy okej i gra pięknie się nam instaluje z sieci..

złe wieści są jednak takie, że 3 etapy gry + muzyka + dodatki zajmuje łącznie 50 mb a to cholernie dużo, bo technologia wymaga pobrania również bibliotek XNA (jeśli takowych nie ma w systemie) ze strony Microsoftu. dzieje się to automatycznie, ale instalacja trwa długo. mam więc kolejny mini-projekt do rozwiązania -- jak z 50 megowej instalki zrobić tak maksymalnie 20mb. zaczynam od dźwięku, gdzie widzę spore pole do oszczędności, ale oczywiście nie będę niczego usuwał, tylko inaczej kompresował. następnie przyjdzie pora na grafikę, która do tej pory była traktowana przez nas zupełnie bezkompresowo..

przy okazji warto wspomnieć, że trafiłem na bardzo ciekawą i przyjazną stronę dla indie developers: opengameart.org/. jest to prawdziwa kopalnia pomysłów i darmowych elementów do wykorzystania we własnych produkcjach. bardzo fajna sprawa, czerpię z niej pełnymi garściami.

Projekt Balloon Rescue cz. IV - level 3

21

cze
2012

Projekt Balloon Rescue cz. V - kompresja grafiki i dźwięku zakończona pomyślnie..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:37

jestem tak podłamany wynikami naszych graczy, że cały swój żal i smutek przelałem na programowanie. nawet o rozczarowaniu nie mogę mówić -- to załamka prawdziwa i sam nie wiem, czy nie jest to coś poważniejszego w moim 'podejściu do tematów piłkarskich', bo od 5 dni nie otworzyłem żadnej strony z newsami, nie słucham radia ani nie oglądam telewizji. co wcześniej było sprawą niemożliwą tym razem stało się faktem: przestałem oglądać Euro i zamknąłem się w swoim świecie przyjemności. to chyba jakaś akcja obronna organizmu, bo chcę uciec od porażek jak najdalej i nie przejmować się czymś, na co nie mam wpływu. w każdym razie jestem bardzo bardzo rozczarowany ostatnią sobotą, a co dzieje się od tego czasu zupełnie mnie nie obchodzi.

w zamian za to zakończyłem trudny etap oszczędności kilkudziesięciu megabajtów w mojej balonowej grze. jak wcześniej pisałem, instalka ważyła zbyt dużo i trzeba było ją odchudzić. tu kilka zdań o tym co udało mi się osiągnąć:

grafika - XNA akceptuje pliki PNG, które w Balloon Rescue! były jednymi plikami graficznymi jakich używałem. jako że każda plansza składa się z osobnych warstw -- tył odpowiedzialny za efekt wizualny, przód bezpośrednio wykorzystywany przy obliczaniu kolizji, starałem się trzymać je na poziomie max 1.5mb. niestety, okazuje się, że przy tworzeniu builda XNA tworzy paczki wielkości 3.6mb tak że całość grafiki osiągała zawrotną wielkość 34 mb. skorzystałem z Kompresji Tekstur DXT oferowanej przez Content Processor XNA. jest to kompresja stratna polegająca na zgrupowaniu określonej części danych w odpowiednie bloki pamięci, co dla mnie oznacza możliwość wykorzystania tego rozwiązania w ok 30% tekstur. ważne tekstury, np te dla spritów i dla elementów wrzucanych do funkcji kolizji nie mogą być skompresowane tą metodą, ale cała reszta nie wykazuje jakichś większych strat jakości. przykładowo, paczka 3.6mb po kompresji zmniejsza się do 901kb. tym sposobem (a także poprzez wypieprzenie nadmiarowych tekstur i fontów) cała grafika projektu w plikach DEPLOY zmniejszyła się z 34 do 19mb.

dźwięk - tutaj problem był większy bo alternatywą wykorzystania plików wav/mp3 było tylko skorzystanie z groźnie brzmiącej aplikacji Microsoft Cross-Platform Audio Creation Tool 3 (XACT3). nigdy nie miałem z tym do czynienia, ale postanowiłem pójść tą drogą mimo faktu, że cała moja od zera pisana klasa Sound miała być wyrzucona na śmietnik. czym jest XACT? to aplikacja służąca do zarządzania dźwiękiem, przy czym dźwięki organizowane w odpowiednie zbiory mogą być wykorzystywane zarówno przez aplikacje Windowsowe, jak i Xbox i Windows Phone. XACT pozwala tworzyć banki dźwięków, odpowiednio nimi zarządzać i modyfikować. gotowe banki kompresowane są do formatu XWB i XSB, a cały dźwięk gry z 17mb spakowany jest to wielkości 3.8mb. rewelacja! następnym krokiem było napisanie całej klasy dźwiękowej: do zarządzania XACT służą zupełnie inne funkcje, więc wszystko trzeba było napisać od nowa. trwało to dwa dni, ale zakończyło się sukcesem.

po poprawieniu kilku innych elementów stworzyłem pierwszy oficjalny build: 0.31_QA ważący 22.9mb. XNA pozwala na dwojaki sposób rozpowszechniania instalacji: online (poprzez umieszczenie plików na serwerze i pobieranie ich z sieci przy instalacji) oraz offline (poprzez udostępnienie całej paczki do pobrania). paczkę oczywiście można jeszcze skompresować standardowymi pakerami, i taki np zip zmniejsza pobierane pliki do 8.7mb, a to już jest coś!

pierwsza działająca wersja dostępna jest już z adresu: http://www.ankudowicz.com/balloon-rescue/BR_v0.31qa.zip, zachęcam do pobrania i przesłania mi feadbacku ;)

09

lip
2012

4. lipca -- Ameryka świętuje..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:14

jak co roku w Dniu Niepodległości Amerykanie się bawią. jak co roku rozgrzewają się grille, leje się piwo, a taneczny dzień kończy się największymi w roku fajerwerkami. u nas strzelają z łodzi z jeziora Lake Union, niecały kilometr od mojego domu..

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

Independence Day Seattle 2012

11

lip
2012

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

kategoria: podróże, link bezpośredni

asd, 00:20

działając w myśl zasady, że mały Jakubek nie powinien zmienić naszych przyzwyczajeń i sposobów spędzania wolnego czasu, zabraliśmy go po raz pierwszy na górską wędrówkę. ok, łatwo nie było z naszym supermanem na plecach, ale daliśmy radę -- a widoki, zapach lasu, słoneczny dzień i chłód bijący od górskich wodospadów wędrówkę tę nam w pełni wynagrodziły.. Mt Washington to jeden ze szczytów w paśmie Central Cascades, ok 60 km na wschód od Seattle..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

Mt. Washington trail -- pierwszy hike Jakosza..

12

lip
2012

Mailbox Peak, cz. I. -- na szczycie..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 17:42

Wimpy hikers, turn the page. This trail offers nothing for you but pain and heartbreak. If you think you've got the goods to scramble up more than 1000 feet per mile, read on. Mailbox Peak brings a serious burn to the thighs of even the best-conditioned athletes, but the rewards make it all worthwhile. From the top of this jutting lump of rock, you'll enjoy spectacular views of the lower Snoqualmie River valleys. The entire Issaquah Alps range sprawls at your feet...

no i jak mógłbym przepuścić taką trasę, którą opisuje się jako oferującą tylko i wyłącznie ból i cierpienie? ja, hiperambitny w swoich poczynaniach, musiałem wejść na Mailbox Peak znajdujący się na wysokości 1501 metrów. wszedłem, pobiłem swój osobisty rekord, ale była to największa męczarnia jaką tu zaznałem ;)

problem nie leży w wysokości, bo 1500 metrów wrażenia nie robi. problem w tym, że 1400-metrowe podejście rozgrywa się na odcinku o długości 4.8km! czyli szlak prowadzi w górę i zwykle jest to nachylenie w okolicach 25 stopni. na całej trasie naliczyłem 2 kilkumetrowe (!!) płaskie odcinki, cała reszta to żmudna i przytłaczająca wędrówka w górę. szlak przeszedłem z kolegą Jarkiem, który robił tą trasę już po raz piąty -- dla mnie było to życiowe wyzwanie.

większość szlaku jest zacieniona, gdyż prawie całe zbocze pokrywa gęsty las jakichś tam drzew iglastych. dopiero ostatni odcinek znajduje się na otwartej przestrzeni, który należy pokonać w miarę szybko, bo słońce grzeje ostro. w miarę szybko, po 2.5h ciągłego wspinania i ostrego bólu w mięśniach, nie jest może najtrafniejszym określeniem, ale na szczycie czeka na nas za to nagroda: wspaniała panorama 360 stopni i widoczność na 80km! z jednej strony Mt Rainier, dalej patrząc na zachód zarysy wieżowców miast Bellevue i Seattle, dalej zatoka Puget Sound, jezioro Lake Washington, wulkan Mt. Baker i cała północna panorama Gór Kaskadowych. no, rewelka.

a skąd nazwa Mailbox, czyli skrzynka pocztowa? jak widzicie na zdjęciach, od prawdziwej skrzynki, która od kilkudziesięciu lat znajduje się na szczycie góry. podobno jest to już druga skrzynka, podmieniono ją jakoś w latach 80-tych, a legendy mówią (co potwierdza Jarek), że jeszcze kilka lat temu stał tu również duży hydrant gaśniczy, skrzynka z gazetami i stojak z przeznaczeniem na dużą flagę narodową. skrzynka pocztowa jest wypełniona różnymi pierdołami, jak medale, zdjęcia, pocztówki, książka oraz zeszyt do którego można się wpisać. wpisać się można również na samej skrzynce, co z ochotą wykonałem kreśląc napis: www.tomxx.net 2012 Polska!

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox PeakMailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

Mailbox Peak

13

lip
2012

3 lata w NCsoft West. 3 lata w Stanach!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:00

13 lipca 2009 po raz pierwszy pojawiłem się w biurze NCsoft West przy 4th avenue w Seattle. właśnie mija 3 lata od kiedy jesteśmy w Stanach. heh, dużo się wydarzyło, bardzo dużo. prawdziwa podróż, jak w rollercoasterze, raz na górze raz na dole. a firma również postarała się o wynagrodzenie tej rocznicy -- byłem tu dzisiaj o 7 rano, teraz jest 22.02 czasu pacyficznego, czyli pracuję już 15-stą godzinę. i wcale się nie zapowiada, że szybko dzisiaj stąd wyjdę ;) prezent zrobiło nam słońce i cudownie przed chwilą przyświeciło... taki tam, sentymentalny wpis ;)

Seattle, zachód słońca

16

lip
2012

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:35

z dedykacją dla wszystkich moich przyjaciół wiernych szachowej sztuce i wszystkich innych osób oddanych tej najdoskonalszej ze wszystkich strategii, jakie ludzkość kiedykolwiek wymyśliła. szachy na szczycie rozegrały się na Mailbox Peak z widokiem na ośnieżony wulkan ;)

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

20

lip
2012

Mailbox Peak, cz. III. -- panoramki ze szczytu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:52

na koniec kilka panoramek ze szczytu Mailbox Peak. wszystkie zrobione z ręki i składające się z 9 do 15 ujęć. widoki pokazują północ (wzgórze ze śniegiem) i południe (autostrada I-90 wijąca się w dole)..

Mailbox Peak, cz. III. -- panoramki ze szczytu..

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

Mailbox Peak, cz. II. -- szachy na wysokości..

22

lip
2012

Mt. Baker wild camping..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:12

trochę fotek z poprzedniego campu na dziko nad jeziorem i wulkanem Mt. Baker.. to w ramach uwieczniania na zdjęciach naszych przyjaciół z Pacific Northwest..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

Mt. Baker wild camping..

24

lip
2012

Snoqualmie Pass hike..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:39

kolejna wyprawa w góry z naszymi przyjaciółmi -- Marzeną i Damianem:

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

Snoqualmie Pass hike..

25

lip
2012

Pine Lake, Sammamish..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:05

krok po kroku wrzucam naszych przyjaciół z którymi spędziliśmy ostatnie 3 lata. tym razem fotki z sobotniego grillowania nad Pine Lake z Ji-Young i Natem, oraz Marzeną. Ji-Young zatrudniłem do mojego działu jakieś 2 lata temu i była moją najlepszą pracowniczką. po moim odejściu z lokalizacji przejęła obowiązki szefa działu. Nate, jej mąż, jest z kolei artystą: obecnie rysuje dla innego znanego developera gier komputerowych, ale w wolnych chwilach rysuje i wydaje komiksy. polecam, piękne dzieła, tu jego strona, a tu jego pierwszy ogólnokrajowo-wydany komiks NonPlayer. jak widzicie, wszystko toczy się w około gier komputerowych, specyficznie nazywanych przez Amerykańców, grami wideo.

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

Pine Lake, Sammamish..

26

lip
2012

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:00

tym razem wybraliśmy się za góry Kaskadowe, ok 150km na wschód od Seattle. o farbowanej bawarskiej mieścinie -- Leavenworth -- zrobiliśmy nawet kiedyś krótki reportaż, do którego odsyłam, tym razem skorzystaliśmy głównie z wspaniałej pogody i campowaliśmy nad jedną z lodowatych rzek tego regionu. to kolejna prywatna notka, tym razem przedstawiamy Jolę i Wojtka wraz z Ewą i Jasiem, kolejnych naszych znajomych za wielką wodą. Jola i Wojtek pochodzą z Trójmiasta, czasem opowiadamy sobie kawały o Kaszubach i Ślązakach...

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

Leavenworth, camping za górami wśród lasów i rzek..

26

lip
2012

na szczycie Granite Mountain..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:21

przeglądając archiwa filmów natknąłem się na kilka ujęć ze szczytu Granite Mountain z jesieni poprzedniego roku. filmik poniżej powinien być więc dorzucony do tej serii notek: o samym szlaku oraz o jesieni w górach. po odpaleniu zmieńcie ustawienia na HD, bo youtube teraz automatycznie startuje z obniżoną jakością obrazu.

30

lip
2012

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:43

rzadko zdarza nam się spacerować tak po prostu po lesie, ale ta trasa łączy w sobie kilka miłych dla oka atrakcji. po pierwsze, jest to szlak ciągnący się nad rzeką Middle Fork Snoqualmie, po drugie, tereny te od tysięcy lat pokrywa wilgotny las, coś na wzór lasu deszczowego, o którym pisałem w 2010 roku. po trzecie, szlak jest w miarę płaski, w sam raz na nasze wyprawy z Kubkiem w plecaku. co prawda prowadzi w górę rzeki, ale ten dopływ Snoqualmie River jest w tym miejscu stosunkowo płaski, tak więc idzie się bardzo swobodnie. i po czwarte, o tym że znajdujemy się w górach, przed samym wejściem do mojego ulubionego Alpine Lakes Wilderness, przypominają wspaniałe widoki, które co jakiś czas otwierają się przed naszymi oczami. ta wysoka skała ze zdjęć poniżej to Garfield Mountain, częściowo skryty tego dnia w chmurach. szlak ten jest zadbany, a jakiś czas temu otwarto go również dla rowerów górskich, jednak tego dnia nikogo na rowerze nie spotkaliśmy.

na samym początku szlak przechodzi przez piękne drewniany most. pod nami lodowata woda ze skalistym dnem, jeszcze w lipcu bardzo porywista, wypływająca z niekończących się pokładów śnieżnych nad nami. szlak na zmianę oddala się i przybliża do rzeki, a największymi atrakcjami tego miejsca jest roślinność -- gęsta, ciemnozielona, nieprzenikniona i wilgotna...

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

w prastarym lesie na Middle Fork Trail..

31

lip
2012

Mt Rainier, Sunrise area..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:12

bajkowa północna część Parku Narodowego w środku lata.. jak zwykle z YT, zmieńcie jakość odtwarzania na 720p HD. enjoy!



tutaj wersja na Vimeo HD.

06

sie
2012

dzień powrotu do kraju..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Kłobuck, 14:05

wczoraj przylecieliśmy do Polski. wróciliśmy do naszego kraju i nie jest to powrót chwilowy, wakacyjny, a powrót kończący pewien etap naszego życia. mija 30 godzin od opuszczenia Seattle, ale fakt ten wciąż do mnie nie dociera. nie jest łatwo dopuścić do siebie myśli, że tamto piękne miejsce, z którym przez ostatnie lata tak bardzo się zżyliśmy, nie jest już całym naszym światem. że Pacific Northwest, ze swoim stylem życia, kulturą i pogodą, jest miejscem na ziemi, z którym łączą nas tylko emocje i wspomnienia tego, co tam przeżyliśmy. że jest to po prostu miejsce na mapie, dodatkowo oddalone od nas aż o 10 tys. kilometrów..

moment, w którym postanowiliśmy wrócić do kraju nie był jakimś krańcowym aktem rozpaczy, nieprzemyślaną decyzją. od pewnego czasu nosiliśmy się z zamiarem zmiany planów życiowych, a każdy kolejny rok tylko naszą decyzję utrudniał. w końcu nadeszła ta chwila, w której podjęliśmy decyzję o powrocie, a ja postanowiłem rzucić pracę w wielkiej korporacji. dzień, w którym to nastąpiło nie różnił się od innych dni -- korporacja nie płacze, nie załamuje się z powodu wymiany trybików. korporacja nieprzerwanie gna do przodu, a o zmianach pamiętają jedynie osoby, z którymi byliśmy blisko. po złożeniu wypowiedzenia miałem swoje dwa tygodnie na uporządkowanie najważniejszych spraw firmowych i czas ten w pełni wykorzystałem. dzisiaj z NCsoftem łączą mnie już tylko bogate wspomnienia ostatnich 6 lat. jeszcze tylko życzyłem ludziom all the best, jeszcze tylko wysłałem pożegnalnego maila, w którym w kilku zdaniach zawarłem moją filozofię kontaktów międzyludzkich. i tak nie zrozumieją, ale co tam. ważniejsze było, że mój finalny mail poszedł na listy dystrybucyjne kilkunastu departamentów w kilku biurach na 3 różnych kontynentach, z którymi to współpracowałem ściślej lub luźniej. po raz pierwszy od 8 lat jestem bez pracy i cholernie się z tego cieszę.

na gruncie prywatnym mieliśmy z kolei 10 dni na pozbycie się wszystkiego, czego nie mogliśmy spakować do tych naszych kilku walizek. zapewniam, że pozbycie się wszystkich mebli, całego wyposażenia mieszkania i przede wszystkim samochodu w kilka dni nie jest zadaniem łatwym. ale Agacie zarządzającej tym zamieszaniem w pełni się to udało -- pozbyliśmy się większości rzeczy prywatnych przełamując niechęć do wyrzucania na śmietnik, albo rozdawania ludziom za free. to, co zostało, zapakowaliśmy w kilka kartonów i złożyliśmy u przyjaciół w garażu -- to rzeczy, które firma przeprowadzkowa przeniesie dla nas w kolejne miejsce naszego życia. miejce na razie nie znane.

siedzę teraz boso na trawie pod jabłonią -- jest ciepło i pachnie latem, i jest tak dobrze jak w tej piosence Kultu: wiesz, wolny czas przez palce, mrówka na zapałce.. nie pamiętam takich momentów, nie mogę sobie przypomnieć odgłosów i zapachów lata w Polsce, tego całego pylenia traw, brzęczenia koników polnych i tych kilku motyli latających nad moją głową. bardzo cieszę się, że tu jestem i oby trwało to jak najdłużej. może wreszcie uda mi się trochę zwolnić, może wreszcie coś fajnego napiszę, może uda mi się pokazać Jakubkowi kawałek polskiego lata. to bogactwo chwili, z którego większość z nas w ogóle nie zdaje sobie sprawy.

26

sie
2012

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

kategoria: pasje, link bezpośredni

Kłobuck, 18:23

w pierwszej kolejce nowego sezonu, w moim mieście, na stadionie oddalonym od miejsca mojego dzieciństwa o 4 kilometry, dokopaliśmy miejscowym 2-1. mimo że kibiców Górnika postanowiono nie wpuścić pojawiliśmy się z Maćkiem na stadionie incognito, bez barw. po pierwszej bramce zachowaliśmy jeszcze spokój, ale po drugiej wstaliśmy już oklaskując piękny gol 18-letniego Milika. podobnie zresztą jak kilkadziesiąt innych osób siedzących z nami na trybunie vip-owskiej. dobra gra i wspaniały wynik na otwarcie sezonu 2012/13.

był to mój pierwszy mecz na nowym stadionie przy ul. Okrzei i mimo że wcześniej śmiałem się niejednokrotnie z falistej blachy, z jakiej zbudowany jest ten obiekt, upodabniając sportową arenę do spożywczego hipermarketu, to po wizycie w klubowych budynkach muszę stwierdzić, że każdy nowy stadion to cywilizacyjny skok do przodu. to smak Europy w tej naszej szarej polskiej lidze, to podniesienie wrażeń na zupełnie inny poziom, parafrazując reklamę jednego ze sportowych dziennikarzy. bilet na trybunę vip kosztował 100 zł, czyli niemało, ale oferował pełny poczęstunek, kolację wręcz, napoje i inne ciasta. na trybuny wchodzi się od góry, co powoduje fajne wrażenie wejścia w piłkarskie widowisko wprost z domowego pokoju. do tego całą ta otoczka hostess, miłej ochrony, bliskość polityków, znanych piłkarzy, trenerów i prezydentów obu miast... jednak najważniejszy jest przecież wpływ kasy do klubowego budżetu -- tylko dzięki dbaniu o bogatszego kibica klub jest w stanie zarabiać na biletach imprez rozgrywanych u siebie. już nie mogę się doczekać pierwszych meczów na naszym nowym stadionie w Zabrzu!

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

piast gliwice - GÓRNIK ZABRZE 1-2

30

sie
2012

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Kłobuck, 22:05

przy okazji wizyty w jedynym-moim-polskim-miejscu-wakacyjnym, o któym wkrótce, odwiedziliśmy międzyrzeckie bunkry, budowane jeszcze w latach 30-stych ubiegłęgo stulecia przez naszych zachodnich sąsiadów. byłem tu już kiedyś, wiele lat temu, ale dopiero teraz, w pełni świadomy zmierzyłem się z całym systemem podziemnych budowli. bunkry są ogromne, rozległe, choć oczywiście zwiedzających wpuszcza się tu na niewielki tylko odcinek. w 1939 roku po ataku hitlerowców na Polskę granica zostałą przesunięta, a ta defensywna struktura przestałą już być potrzebna. dopiero w 1945 roku front ponownie tu wrócił i, co ciekawe, bunry zostały zdobyte przez Armię Czerwoną bez jednego nawet wystrzału. bilet 18 zł, dookoła sporo militariów, fajny przewodnik z szeroką wiedzą i dobrym pozuciem humoru. więcej na bunkry.pl.

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

Międzyrzecki Rejon Umocniony..

05

wrz
2012

Borowy Młyn 2012!

kategoria: podróże, link bezpośredni

Kłobuck, 22:08

kolejny raz spędzam lato w Borowym Młynie nad jeziorem Chłop. tym razem pierwszy raz z Jakoszem ;) jeśli ktoś jest ciekawy powodów, dla których jezioro nazywa się tak, a nie inaczej, to zapraszam tutaj. wkrótce więcej zdjęć z tego pięknego miejsca!

Borowy Młyn 2012!

15

wrz
2012

Borowy Młyn 2012 -- nad jeziorem Chłop..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 11:49

Borowy Młyn -- niewielka wioska na granicy województw Lubuskiego i Wielkopolskiego, malowniczo położona między jeziorami, lasami i rzeką Obrą. moje miejsce odpoczynku, które cenię wyżej niż wszystkie te Meksyki razem wzięte. po kilku latach przerwy zawitałem tu ponownie z Agatą i pierwszy raz z Jakubem. oprócz nas i rodziców pojawił się Łuki z Hanią i ich Marysią. tydzień wśród natury z przyjaciółmi i wspólne łowienie ryb z tatą na porannym jeziorze zasnutym mgłą. średnio kumaci tego nie zrozumieją, ale polecam każdemu tego typu czas w miejscu pośrodku niczego.. i jednocześnie tłumaczę rzadsze aktualizacje mojego bloga.

kiedyś, jeszcze mieszkając w Anglii, wsiadłem w Londynie w samolot do Poznania, potem pociągiem, jeszcze potem 3 autostopami i również pojawiłem się w tym miejscu. tak to wtedy opisałem..

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!Borowy Młyn 2012! Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

Borowy Młyn 2012!

19

wrz
2012

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 20:47





po raz kolejny jesteśmy w Pszczewie..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

Borowy Młyn 2012 -- Pszczew..

24

wrz
2012

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 20:54

przemierzając szlaki Wielkopolski dotarliśmy do Gniezna. nie to, że było nam jakoś bardzo po drodze. zwyczajnie, wiedziony wrodzoną ciekawością, zaangażowany w poznanie historii naszego kraju, a przede wszystkim, zainspirowany książkami Karola Bunscha, w którym ten nad wyraz dokładnie opisał gród gnieźnieński za panowania pierwszych Piastów, chciałem zobaczyć pierwszą stolicę Polski. przed XI wiekiem gród ten nie różnił się znacząco od Włocławka, Giecza, Warki czy Lednicy, czyli innych ważnych grodów Polan, dopiero po roku tysięcznym, po zjeździe gnieźnieńskim w którym uczestniczyli Bolesław I Chrobry i Otton III miasto znacząco się rozwinęło na skutek proklamowania utworzenia arcybiskupstwa i metropolii gnieźnieńskiej. było więc co oglądać. oto jak Bunsch opisał gródek w X wieku, jeszcze za czasów pogańskich:

Gnieźnieński gród, na górze Lecha położony, szczupły był i nieokazały, bo i miejsca po temu nie było. Od zachodu fale Świętego Jeziora obmywały podnóża wałów, ze wschodu spadzisty stok bronił przystępu, ale i przestrzeń na rozszerzenie gródka ograniczał. Bagniste łąki, zalewane corocznie wzbierającymi wodami Srawy, chroniły gródek od północy, a tylko od południa, na łagodniejszym stoku, gdzie stała świątynia Nyi, rozrastało się coraz obszerniejsze podgrodzie. Tam poczty drużyny pańskiej stawały, gdy książę na gród zjeżdżał, i tam stawali gospodą z ofiarami dla Nyi i po wróżbę do jego kapłanów ze wszystkich stroń przybywający pielgrzymi.

parkujemy przy samym rynku, jesteśmy z Jakubkiem, więc zwiedzanie z wózkiem układa nam się trochę inaczej. rynek położony jest na Wzgórzu Lecha, jest spory i zadbany, wypełniony knajpkami i restauracyjkami. kręcimy się trochę i podziwiamy ładnie odnowione kamienice. pogoda średnia, ale przynajmniej nadaje to emocji zdjęciom miasta. następnie kierujemy się do katedry, w której pstrykam z ręki na wysokim iso i długiej ekspozycji. statyw to obecnie za ciężki i za duży element naszych wycieczek. obecna katedra powstała "zaledwie" 500 lat temu, ale w jej podziemiach zachowały się relikty świątyń powstałych w X i XI w. oglądamy prezbiterium, w którym stoi złocona konfesja z relikwiami św. Wojciecha oraz spiżowe Drzwi Gnieźnieńskie. fajnie ogląda się również kaplice otaczające nawę główną i prezbiterium -- czuć tu upływ lat i wagę tego miejsca. podobnie jak w katedrze koronacyjnej królów polskich...

panorama rynku, tutaj w pełnej rozdzielczości (2400px):
Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..Gniezno -- pierwsza stolica Polski.. Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

Gniezno -- pierwsza stolica Polski..

30

wrz
2012

Cieszyn

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 12:32

kontynuując relacje z pięknych polskich starówek przenosimy się na południe. zasiadamy na rozświetlonym wrześniowym słońcem rynku Cieszyna -- miasta o pięknej choć burzliwej historii, charakteryzującego się położeniem w obrębie ... dwóch różnych państw. wjeżdżamy na Pogórze Śląskie i widząc te piękne góry wyłaniające się zza czystych i odnowionych kamieniczek aż się w głowie nie mieści, że nadal jesteśmy na Górnym Śląsku.. utarło się, że mówiąc o 'Cieszynie' mamy na myśli polską część miasta, gdyż czeska część nosi oficjalną nazwę 'Czeski Cieszyn'.

siadamy więc, sączymy piwo i kawę, Kuba goni gołębie. słychać niemiecki i angielski, do miasteczka przyjechała Europa i wcale nie mam tu na myśli naszej skromnej wycieczki. foty poniżej trochę monotematyczne, architektoniczne głównie, ale warto spojrzeć na te późnogotyckie i pseudobarokowe cuda. w ogóle to niektóre fasady i zdobienia jako żywo przypominają mi te widziane na Kubie, w Hawanie i Cienfuegos. pewnie ma na to wpływ sposób odnawiania starych budynków -- kamień i cegła potapetowana na piękne kolory pastelowe wygląda zachęcająco i sztucznie jednocześnie. jestem pewien, że nikt wcześniej nie porównał środkowoeuropejskiego miasteczka rodem z X wieku z kolonialnymi perłami po drugiej stronie świata ;)

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

CieszynCieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

CieszynCieszyn

Cieszyn

CieszynCieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

Cieszyn

CieszynCieszyn

Cieszyn

Cieszyn

30

wrz
2012

Cieszyn -- panoramy dwóch rynków..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 13:11

mamy więc w Cieszynie dwa rynki i oto panoramy tych miejsc. obydwie zostały stworzone z ok 12 pionowych ujęćtrzepniętych z ręki na ogniskowej 24mm, całość pomniejszona do 2400px. rynek po polskiej stronie prezentuje się tak:

Cieszyn

a oto rynek czeski, oddalony od części polskiej o ok 1 km. w porównaniu do polskiego w ogóle nie ma tu przestrzeni komercyjnej, żadnych parasolów, żadneg piwa. kilka ławek, fontanna, klimat bardziej małomiasteczkowy:
Cieszyn

09

paź
2012

Beskidzkie panoramki..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 00:04

przebywając w Beskidach, w Ustroniu dokładnie, wróciłem do swoich dawnych, acz długo nie kultywowanych nawyków -- do porannego wstawania by z aparatem w zmarzniętej ręce w osamotnieniu przywitać nowy dzień.. wszystko to, rozumiecie sami, w celu wyłapania tego niesamowitego porannego światła na górze, a może nawet jeszcze jakiejś mgły spowijającej zanurzone w mroku doliny. chociaż, gdyby się tak poważnie nad tym zastanowić, to nie wiadomo, czy ów specyficzny wyjątkowy klimat poranka nie jest tu głównym czynnikiem sprawczym. coś pociągającego w tym nudnym wstawaniu być natomiast musi, gdyż niewielu nie-fotografów ma ochotę-chęci-natchnienie, aby w weekend przed szóśtą zrywać się z ciepłego łóżka. filozofia filozofią, niestety tym razem mało co z tego wyszło. światło było tylko przez chwilę, i to takie jakieś mdłe. później w ogóle się zachmurzyło, co spowodowało, że dwa poniższe zdjęcia z Równicy są jakieś takie świetlano bezpłciowe. miejscówka jest bardzo dobra -- na samym szczycie mieści się 189-gwiazdkowy hotel z dużym patio z widokiem 180 stopniowym. człowiek się sprawił dobrze, gorzej z naturą.

w drugiej części dnia natomiast przyświeciło mi bardzo ładnie. przebijaliśmy się malowniczą drogą z Wisły do Milówki celem odwiedzenia naszych ziemskich posiadłości i gdzieś tak w okolicach Koniakowa (to ta wiocha, co to wszystkie śląskie dzieciaki jeździły do niej w czasach podstawówki podziwiać babkę z koronkami. albo koronki z babką w starej zakurzonej chacie...) takie oto widoki przewinęły się za szybą samochodu. widoki bajkowe i wcale nie trzeba daleko od domu odjeżdżać. na potrzeby weba pomniejszyłem wszystkie panoramki do 2400px, choć po złączeniu 10-12 ujęć pionowych wychodziła mi rozdzielczość ok 12Mpx. sporo to, na ścianę niejednego livingroomu by się to to nadało... ;)

Beskidzkie panoramki..

Beskidzkie panoramki..

Beskidzkie panoramki..

Beskidzkie panoramki..

12

paź
2012

Wisła..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 23:26

kończąc wątek beskidzki jeszcze tylko notka o Wiśle, miasteczku rozsławionym w świecie przez naszego latającego mistrza. ostatnio wreszcie wypiękniało centrum, pojawili się zagraniczni turyści i sporo naszych rodzimych emerytów z pobliskich kurortów. hotel Gołębiewski nadal straszy swoim monstrualnym ogromem, a ceny osiągają wartości europejskie. Adam jest na plakatach, zdjęciach, figurkach i klipach, jest w wielu miejscach, ale może to i dobrze. należy mu się. patrząc na leniwie wijący się strumyk, zwany Wisłą, w głowie się nie chce pomieścić, że rozwinie się z niego jedna z największych z polskich rzek. no okej, strumyk to może już tu nie jest, ale nadal wygląda niemrawo..

udajemy się jeszcze na skocznię, oczywiście adamowego imienia. to ta skocznia, której zeskok przez długie lata przecinał drogę na Szczyrk, więc aby zawody mogły być rozgrywane, droga byłą czasowo zamykana. niedawno skocznie odnowiono i wygląda całkiem ciekawie. droga przebiega krótkim tunelem, a zawodnicy po zeskoku wjeżdżają stromo pod górę. wjazd w okolicy wieży skoczni odbywa się wyciągiem (tym samym, którym w zimie wjeżdżają skoczkowie), a z góry prezentują się fajne widoki, jak na załączonej pocztówce.

Wisła..

Wisła..

Wisła..Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..

Wisła..

14

paź
2012

na gliwickim lotnisku..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 22:40

na lotnisku, w sekcji wydzielonej dla pasjonatów modelarstwa, gwiazdą jest Luc. mój szwagier skleja własne modele, szlifuje, maluje, upiększa i nadaje im moc. a gdy przyjdzie odpowiednia pora modele odlatują w powietrze napędzane dwusuwowymi silnikami z odpowiednią mieszaniną metanolu, olejów i nitrometanu. po obejrzeniu kilku takich popisów, podczas których samoloty wykonują wszystkie te korkociągi, beczki czy inne pionowe wznoszenia, pomyślałem sobie, że jeśli jest coś za co nigdy nie wziąłbym się osobiście, to byłby to czyjść pulpit sterowniczy i czyjś samolot. strzaskanie delikatnego modelu byłoby oczywistym następstwem wzięcia do ręki radia..

a pierwszym zdjęciem tej notki jest panorama Gliwic z końca lotniska. widać m.in radiostację i stadion kurczaków..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

na gliwickim lotnisku..

16

paź
2012

gliwickie spotkania..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 23:16

różne takie spotkania znajomków i przyjaciół z różnych powodów, a czasami i bez...

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

gliwickie spotkania..

23

paź
2012

okolice Gliwic na rowerze..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Dublin, 23:39

luźne fotki z kilku wypadów na rowerze w okolicach Gliwic pstrykane małą cyfrówką, która mieściła się pod siodełkiem rowera.. już podczas pierwszej wycieczki w okolice Rybnika (pozdrowienia dla jaro_kamień, pierwszego kibica wszystkich śląskich klubów) w lokalnym sklepie dostałem kwintesencję naszej młodosći: klasyczną oranżadę i drożdżówkę..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

okolice Gliwic na rowerze..

23

paź
2012

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Dublin, 23:53

doszukując się powodów słabości polskiej piłki nożnej mądre głowy dochodzą co jakiś czas do wielce odkrywczego wniosku, że dzisiejsza młodzież nie ma już czasu na kopanie piłki. że internet i playstation wyparły tak ważne dla mojego pokolenia momenty wspólnego czasu na świeżym powietrzu. tego kopania piłki od bladego świtu po zachód słońca, tych wielu godzin spędzonych z kumplami, za których kiedyś oddalibyśmy życie. tego wspaniałego czasu naszej młodości, naszych pasji, namiętności, walki do upadłego. tych bramek z kamieni albo z plecaków, tych skomplikowanych wyliczanek według których wybieraliśmy składy, poobijanych nóg, trzepaków do siatkonogi i wody z kranu lejącej się na nasze rozgrzane głowy. kiedyś było nam wszystko jedno kto wygrywa, bo walczyło się sercem, a wynik był przecież sprawą drugorzędną. i nie przeszkadzał nam brak komórek, bo każdy wiedział, że drugiego zawsze znajdzie się na boisku. okej, były już pierwsze komputery, było Atari i Commodore 64, a później nawet Amiga, ale przed ekranami siadaliśmy tylko w przerwach między kolejnymi podwórkowymi meczami. tego już nie ma, nasza młodość umyka, zacierają się wspomienia, odchodzą ludzie...

warto przynajmniej zapamiętać te miejsca -- każdy z was ma takie w swojej pamięci. naszym miejscem był stadion Kolejarza Gliwice. to tu się wychowaliśmy, pod tymi dwoma kominami elektrociepłowni, między torami gliwckiej wąskotorówki, a główną śląską magistralą kolejową, na tych dwóch boiskach A-klasowego wtedy klubu wychowaliśmy się my. w każdej porze roku i o każdej porze dnia ten stadion będzie miał swoje miejsce w naszych głowach. to tu nauczyłem się tego co w piłce kiedyś umiałem i tego czego nigdy nie umiałem. więc to dla Was, chłopaki, ten post. dla wszystkich tych, dla których piłka była czymś więcej. dla Konia, Maga i Przema. dla Kano, Budynia, Łukiego i Rostala. dla Ziela, Bobana i Prezesa. dla Grubego, Jara, Kotleta, Józka i Grześka. dla Pęczaka, dla Mydlaka i dla Rafała i jego brata Pisia, co do teraz kręci wałki sędziując niższe ligi. dla Krzyśka, Posła małego i dużego i wszystkich czterech braci Lechów. dla Hera, Kropy, Stępnia i Bonca. dla braci Donatów, Wilczyńskich i Szymanków, niedyś naszych największych podwórkowych gwiazd. dla Krzyśka, Arka i Piekarza. dla Karola o niespotykanej wtedy technice, który potrafił przejść nas wszystkich z zamkniętymi oczami, ale który już tak dobrze w dorosłym życiu sobie nie poradził. dla Smolarka, który już od nas odszedł i w końcu dla Marka, który jako jedyny z nas został księdzem. i dla wielu innych, o których w tym momencie nie pamiętam, a którzy spędzili ze mną te pierwsze kilkanaście lat życia. to miejsce jest takie samo jak wówczas. tylko trawa jakaś bardziej zielona, niewydeptana. w naszych czasach to byłoby nie do pomyślenia..

a wszystko to oczywiście przy TEJ piosence Elda:


KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

02

lis
2012

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 22:54

kolejna wyprawa rowerowa po wioskach w okolicach Gliwic przebiegała szlakiem architetury drewnianej. good stuff jak zwykł był mawiać pewien mój kolega z pracy. dokładna mapka tych cudowności znajduje się tutaj, a trasa, którą ja pokonałem liczyła ok 80km. miał ze mną jechać i Łuki, ale zdarzyło mu się w weekend strasznie zapić i biedak leczył się trzy dni. ja nie wypiłem wcale mniej, ale wystarczył mi jeden dzień na podreperowanie stanu ogólnego organizmu, a zdrowy wysiłek przywrócił mi chęć do poznawania świata..

no więc drewniane kościoły. jest ich kilkanaście, wszystkie stare, pachnące smołowanym drewnem, przyciągające historią. nie wszystkie pochodzą ze średniowiecza -- część z nich wybudowano na miejscu starych świątyń. najczęściej charakteryzują się konstrukcją zrębową, dachami krytymi gontem, wieżami słupowymi i piękną polichromią wewnątrz. jest coś pozytywnego w powolnym kroczeniu po skrzypiących deskach, podziwianiu rzadko spotykanego już dzisiaj wystroju, wynajdowaniu starych niemieckich napisów pisanych przedwojennym gotykiem. większość kościołów przez lata była pielęgnowana, to co zbudowali Polacy było odnawiane przez Niemców, to co przetrwało wojnę było następnie doglądane przez polskich Ślązaków. spokój i harmonia.

jeśli spojrzycie na mapkę i wypuścicie się w najbardziej na zachód położoną dzielnicę Gliwic - Ostropę (to tam, gdzie gra Carbo Gliwice, drużyna grająca kiedyś w III lidze na którą swego czasu często jeździłem) pojawi się pierwszy kościółek: p.w. Św. Jerzego z XV i XVI wieku, konstrukcji zrębowej i wieża konstrukcji słupowej, pokryty gontem. a potem już szybko, przez kolejne miejscowości: Smolnica z kościołem Św. Bartłomieja z ok. 1603 r., Sierakowice z kościołem Św. Katarzyny z 1675 r., Rachowice (Św. Trójcy Świętej z 1668 r.), Bojszów, Rudziniec p.w. Św. Michała z 1657 r, Poniszowice i Paczyna. good stuff, warto odwiedzić, jeśli nie wszystkie po kolei to przynajmniej kilka.. szlaki rowerowe zwykle są dobrze przygotowane, czasem tylko wypada nam jechać okolicznymi drogami, na szczęście większość z nich da się objechać lasem.

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

Szlakiem drewnianej architektury w okolicach Gliwic....

07

lis
2012

Pierwsze urodziny Kuby!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 10:15

ależ ten czas zapierd... ucieka -- nasz Kuba ma już roczek! wczoraj obchodziliśmy pierwszy urodzinki naszego bohatera, dostał kilka prezentów i tort z jedną świeczką. ludzie składali mu życzenia, skajp z dziadkami rozgrzewał się do czerwoności! na każdym kroku widać jak się wspaniale rozwija, jak każdego dnia uczy się czegoś nowego. sto lat Skarbie, poniżej chronologiczny zapis pierwszego roku na kilkunastu fotkach ze Stanów, Polski i Irlandii -- od dnia wczorajszego do dnia narodzin ;)

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

Pierwsze urodziny Kuby!

08

lis
2012

Dublin, Irlandia -- nasz nowy dom..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 00:28

nasza przygoda z krajem ojczystym trwała zaledwie dwa miesiące. jako że ostatnio sporo osób wchodzi na tomxx.net, a treści nie przybywa już w takim tempie jak to drzewiej bywało, należą wam się jakieś krótkie słowa wyjaśnienia. zresztą, napisałem bardzo nostalgiczną notkę dzień przed moim pierwszym oficjalnym wylotem z Polski w 2006 roku, z zapałem i energią wklepywałem pierwsze relacje z wyjazdu do Stanów 3 lata później, podałem światu sentymentalną informację o powrocie do kraju kilka miesięcy temu, wypada więc napisać kilku słów o naszym nowym pomyśle na życie..

no więc naszym nowym miejscem witania się ze światem jest Dublin. Irlandia. kraj, który wielu z nas kojarzy się z zielenią i jakąś taką szansą odskoku, zmianą na lepsze, kiedyś boomem gospodarczym, teraz zapaścią. krajem-ojczyzną dla wielu rodaków, ale również krajem pogodnych ludzi. mój uwikłany w idealistyczny tok myślenia umysł dopowiada kolejne skojarzenia, plany, możliwości. myślę przede wszystkim o tych nowych podróżach, o zmianie layoutu strony, przebieram w pamięci kolejne hasła przewodnie, bo Pacific Northwest Tales już za nami, teraz pora na coś nowego. czas na nową wędrówkę, na tą swoistą kroplę nowej energii bez której, okazuje się, ciężko mi egzystować..

Dublin, Irlandia -- nasz nowy dom..

ale to oczywiście nie jest najważniejsze. najważniejsza jest nowa praca. od miesiąca jestem Live Producerem w firmie Riot Games, co pewnie zdecydowanej większości ludzi spoza branży niewiele zasugeruje. tak w ogromnym skrócie: firma amerykańska, obecnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży gier komputerowych, ze świetnym produktem i wspaniałymi perspektywami. firma, której misją jest zostanie najbardziej przyjaznym graczowi twórcą gier komputerowych, czym zresztą mnie do siebie przekonali. co prawda pracę dostałem w Kalifornii, w Santa Monica, w głównej siedzibie firmy, ale ze względu na pewien niepraktyczny dla nas zbieg okoliczności wylądowaliśmy w Dublinie, w oddziale europejskim. jest w tym coś intrygującego, bo moi amerykańscy znajomkowie wspólnym głosem sugerowali mi Dublin, a z kolei znajomi europejscy z całego serca życzyli Los Angeles. kolejny dowód na to, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. no więc Riot Games, League of Legends. od serca napiszę, że startuję w nowej roli, która być może odmieni zupełnie mój pogląd na sprawy zawodowe. być może będzie to przełom, nowe zastrzyk zapału, szansa na pokochanie tego co się robi, bo nie da się ukryć, ze ostatnio w sprawach zawodowych czułem się kompletnie wypalony. wypalenie do gruntu, poważna sprawa. widzę przed sobą szansę, ale równocześnie zdaję sobie sprawę jak wiele ciężkiej pracy przede mną. podczas kilku miesięcy rozmów karmiono mnie słowami, że pracujemy ciężko i dużo, ale potrafimy się również bawić i w całej rozciągłości fakt ten dotarł do mnie już w pierwszym miesiącu w firmie. jestem ograniczony pisaniem o Riocie, ale kiedyś pewnie przyjdzie czas, że napiszę coś więcej o organizacji firmy, której celem nadrzędnym jest bycie najlepszym na świecie.

z przeprowadzką do starej dobrej Europy wiąże się sporo innych wyzwań, jak chociażby przeniesienie wszystkiego co posiadamy na drugą stronę świata. dużo kłopotów mieliśmy z mieszkaniem w Irlandii, okazuje się, że wynajęcie czegoś fajnego za rozsądną cenę jest odwrotnie proporcjonalne do ilości wilgoci zalegającej większość z tutejszych kwater. do tego nowe ubezpieczenia społeczne, konta bankowe, numery telefoniczne, kontrakty, zobowiązania, plany emerytalne. dużo i ciężko do ogarnięcia. no ale powoli idziemy do przodu, a wszystko to z naszym roczniakiem -- to tak dla przypomienia tym wątpiącym, że przeprowadzka z dzieckiem do obcego kraju jest niemożliwa. wszystko jest do zrobienia, z wszystkim można się uporać, choć muszę przyznać, że zmęczenie dopada nas na okrągło, że bardzo marzymy już o czymś stałym, o naszym własnym kącie i kilkumiesięcznym brakiem samolotów. chciałbym napisać, że to już ostatnia taka przeprowadzka, ale na dzień dzisiejszy nie mamy pojęcia jak długo tu zostaniemy.

16

lis
2012

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Dublin, 10:21

panuje u nas w kraju głębokie i graniczące z pewnością przekonanie, że przeprowadzka jest złem ostatecznym. z gór nad morze, z Wrocławia do Warszawy, ze wschodu na zachód -- nie chce nam się, nie potrafimy, nie mamy w zwyczaju. tymczasem zmiana miejsca zamieszkania jest na Zachodzie rzeczą powszechną. Stany są poza wszelką konkurencją, bo jak ktoś kiedyś wyliczył, statystyczny Amerykanin w trakcie swojego życia średnio dwunastokrotnie zmienia miejsce zamieszkania. ale również mieszkańcom zachodniej Europy podróż za pracą przychodzi zdecydowanie łatwiej niż nam. ja łamię pewien stereotyp, bo w ostatnich 6 latach przeprowadzałem się już .. sześciokrotnie. z kraju do kraju, przez ocean, z kilkoma przesiadkami -- warto w kilku zdaniach streścić nasze wrażenia..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

na czym więc polega mityczne przesiedlenie się z jednego na drugi koniec kuli ziemskiej? nie na samej podróży, bo ta zamyka się w 24-godzinach spędzonych w niewygodnych fotelach w samolocie, i tych jeszcze mniej wygodnych na zatłoczonych lotniskach. również nie na odległości, bo te znaczenia nie mają żadnego, ani nie na sentymencie danego miasta czy kraju, bo miejsca poznajemy, przywiązujemy się, ale z drugiej strony zawsze jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do nowej lokalizacji. przesiedlenie się to sztuka kompromisu, a dokładniej sztuka racjonalnego odpowiedzenia sobie na pytanie co ze sobą zabrać, a z czym się pożegnać. są rzeczy bez których nie wyobrażamy sobie życia -- przeprowadzki natomiast łamią w nas tą regułę i powodują, że spoglądamy na rzeczy materialne z pewnym dystansem..

po podjęciu decyzji o powrocie do Europy mieliśmy raptem 10 dni na spakowanie naszych rzeczy. mieliśmy samochód, cały domowy dobytek, wszystkie rzeczy kuchenne, łóżka, stoły, biurka, plecaki, śpiwory, namiot. zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko co mamy będzie nam potrzebne w naszym nowym miejscu. problem w tym, że tego naszego nowego miejsca nie znaliśmy, więc zaczęło się ostre cięcie. decyzja numer jeden: sprzedajemy wszystko, co da się sprzedać. na początku rozpoczęliśmy handlowanie meblami za pomocą portalu craigslist: poszło wszystko, co prawda za bezcen, ale za 40-50% wartości Amerykańcy pozbawili nas tego całego ikeowskiego kłopotu. zdarzało się, że przyszedł ktoś kupić stół, a wyszedł ze stołem, dwoma krzesłami, lampką i kompletem talerzy. że o kocie nie wspomnę. potem wyprzedaliśmy nasz sprzęt biwakowy, na którym mimo jego używania, nic nie straciliśmy. nasza Mazda poszła po tygodniu, jeszcze tylko wybraliśmy się na ostatnie wycieczki i nasz pewny i zadbany samochodzik znalazł nowych właścicieli. niech ich ręka lekką będzie, bo za autem naszym będziemy tęsknić. sprzedaliśmy więc wszystkie rzeczy niemobilne, a resztę .. resztę trzeba było jakoś spakować..

i tu przechodzimy do kompromisu numer dwa: połowę rzeczy przeznaczonych do zapakowania wyrzuciliśmy na śmietnik, albo rozdaliśmy znajomym za free. jeśli zastanawiacie się, ile tego było to spróbujcie spakować cały swój dobytek do kilku kartonowych pudeł. nie da się. szybko się o tym przekonaliśmy i po przestawieniu jakiejś klapki w naszych umysłach, zaczęliśmy wyrzucanie. to do pudła, to do kosza. to do walizki, to można kupić w Europie. to za ciężkie więc nie idzie, to weźmiemy, ale wyrzucimy opakowanie. nie powiem, mam naturę kolekcjonerską, więc było mi szczególnie ciężko zrezygnować z rzeczy praktycznych, ale dobijająca nas presja czasu wymogła w nas drastyczne cięcia. decyzje podejmowane były w locie i takim oto sposobem wszystko co mieliśmy udało nam się zapakować do 8 pudeł, z czego elektronika zajęła pewnie ze trzy. to doświadczenie nauczyło nas, że rzeczami materialnym niepotrzebnie w ogóle zaprzątamy sobie głowę..

po zapakowaniu się przyszła pora na fizyczną część przeprowadzki. w 2009 roku do Ameryki pudła popłynęły statkiem, co trwało 3 miesiące i spowodowało, że już zapomnieliśmy, co w tych pudłach się znajduje. teraz zrobiliśmy trochę inaczej: wszystkie kartony zostawiliśmy w Renton w garażu naszych przyjaciół, Marzeny i Damiana, a dopiero po podpisaniu kontraktu z Riotem i po poznaniu kraju docelowego, wynajęliśmy firmę przewozową, która zajęła się samą przesyłką. tu warto jeszcze wspomnieć, że na zachodzie ludzie nie bawią się w pakowanie własnoręczne -- tam istnieje cała masa firm, których pracownicy stawią się w naszym domu i w białych rękawiczkach spakują wszystko, co zażądamy. my natomiast jesteśmy z Polski i w dupie mamy takie usługi. spakowaliśmy się sami i pomyśleliśmy nad przewozem. i tu ciekawostka cenowa: 3-miesięczna podróż statkiem do dowolnego miejsca w Europie kosztowała ok $3 000 (tak drogo, bo z portów zachodnich Stanów statek musi płynąć przez Kanał Panamski), natomiast przesyłka lotnicza Fedexem była prawie 50% tańsza. my znaleźliśmy jeszcze lepszy deal: poprzez amerykańską firmę, która szczyci się biznesową umową z Fedexem uzyskaliśmy tą samą usługę (5-9 dni do dowolnego miejsca w Europie) za $1250. i tym oto sposobem pudła dotarły do nas w ciągu dwóch tygodni. okej, były jeszcze przejścia z panami celnikami, ale po przedstawieniu dowodów zamieszkiwania w Stanach w poprzednich latach, a następnie dowodów stałego zamieszkania w Irlandii, udało się aferę załagodzić.

i teraz najlepsze: po rozpakowaniu tych naszych 7 pudeł (bo jedno poleciało od razu do Polski), Agata zająknęła, że i tak za dużo zabraliśmy, że znowu zagraciliśmy sobie mieszkanie.. bo po co nam stare ubrania, skoro nowe można kupić za kilkanaście euro? może przeprowadzka powinna być takim naszym materialnym katharsis, oczyszczeniem się z zagracenia, pozbyciem się władzy rzeczy materialnych nad naszym życiem? nie wiem, ale lubię przestronne wnętrza, lubię jak jest mniej.

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

21

lis
2012

polowanie na mieszkanie..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 20:40

człowieku, szukanie mieszkania w Irlandii to walka. To polowanie, flat hunting, a nie flat viewing. panują tu jakieś chore reguły, ale nie dziw się, też tak byś reagował, gdybyś miał wynająć swój dom całej tej zwyrodniałej bandzie imigrantów, po której niczego dobrego spodziewać się nie możesz. tak, nasi rodacy też się do tej bandy zaliczają..

lecz usłyszeliśmy to dopiero po miesiącu. to błąd, niedopatrzenie naszych nowych znajomych na Wyspie. ich brak zaangażowania kosztował nas sporo nerwów, a poziom frustracji narastał z każdym tygodniem bezowocnego szukania przyszłego lokum. niespodziewanie zostaliśmy rzuceni w samo serce walki o byt, otoczeni zewsząd uśmiechniętymi agentami w garniturach i śmierdzącymi wieczną wilgocią, kurzem i starością dublińskimi mieszkaniami. ci agenci... oni zasługują na osobną notkę, ale nie chce mi się na tych ignorantów tracić czasu, więc w skrócie tylko doniosę, że to zawód zrodzony z wpojonego od dziesięcioleci przekonania o swojej własnej boskiej mocy decyzyjnej. o potędze stanowienia ładu, o rozstrzyganiu o czyimś bycie na podstawie skrawków informacji zdobywanych w trakcie 2-minutowej rozmowy telefonicznej. że to zawód zakłamany, przy czym kłamstwo przechodzi im przez gardło z niewyobrażalną wręcz łatwością..

ale to było później. wcześniej podeszliśmy do sprawy nad wyraz swobodnie – z doświadczeniem zza oceanu poszukiwanie mieszkania w kraju częściowo opuszczonym przez dorobkiewiczów wydawało się nam zadaniem prostym. wybrzydzaliśmy sobie więc całymi tygodniami rozkoszując się ciepłem plastikowego kominka w mieszkaniu korporacyjnym. nie przywiązywaliśmy należytej uwagi do sygnałów ostrzegawczych jakimi były pytania agentów o kraj pochodzenia albo o samo zatrudnienie – dla nas były to przyjacielskie pytania troszczących się o nasz byt pracowników sektora nieruchomości. opamiętanie przyszło nagle: odmówiono nam jednego mieszkania, w naszych oczach tego wymarzonego, nie zaproszono na oglądanie (!!) dwóch kolejnych, kazano przesyłać referencje, dowody, wyciągi bankowe. w tej jednej chwili miałem przed oczami wszystkie te czynności, jakimi karmiliśmy agentów w Anglii dobrych 6 lat temu. kazano stawiać się nam na grupowe oglądania apartamentów, przy czym nasze ‘tak’ kwitowane było prośbą o złożenie odpowiednich dokumentów i oczekiwanie na finalną decyzję. bo finalna decyzja podejmowana jest po pewnym czasie na podstawie wszystkich zgłoszeń chętnych osób. czyli nie jest tak, że to mi się podoba to biorę – to agenci (oficjalnie: właściciele) wybierają sobie nas, a nie odwrotnie. i teraz najlepsze: cena podana w ofercie jest tylko punktem wyjścia. każdego z osobna pyta się tu o cenę, jaką mamy ochotę zapłacić, przy czym aby nie stać na straconej pozycji zwykle oferuje się tu więcej. bo przecież jeśli mieszkanie mi się podoba, a jego cena to na dzień dobry 1300 eurosów, to powinienem zaoferować 1350, albo nawet 1400, bo mi je sprzątną. to taki wyścig, w którym zwycięzcą jest tylko uśmiechnięty pasożyt. albo to spóźnianie się na spotkania. przecież jeśli chcę komuś wynająć mieszkanie to postaram się być na miejscu 15 minut wcześniej! a oni przychodzą 20 minut później, bo przecież i tak jest więcej chętnych niż oni potrafią przerobić. o standardzie mieszkań nie piszę, bo przynajmniej połowa z nich zakrawałaby w naszym kraju o uśmiech politowania, ale na uwagę zasługuje również fakt, że od nowych osób w Irlandii wymagany jest również depozyt za media. 300 euro security deposit za otwarcie rachunku elektrycznego i gazowego..

ceny są również wysokie, dwa pokoje od 1200 do 1600 euro, w zależności od dzielnicy. poszczególne dzielnice są tu ułożone hierarchicznie, do niektórych podobno nie wypada się zapuszczać, inne zapraszają porządkiem i bezpieczeństwem. ceny, co ciekawe, ukształtowane są od lat na na stałym poziomie, co tłumaczy się faktem, że wszystkie te mieszkania na wynajem zostały kupione kilka lat temu, gdy ich teoretyczna wartość była bardzo wysoka. teraz wartości mieszkań pospadały, ale przecież w większości kupowano je za kredyty, które trzeba spłacać przez wiele lat. w całym tym zamieszaniu na najgorszej pozycji wydają się dzisiaj być sami właściciele spłacający coś, czego w rzeczywistości nie mają. jeszcze niedawno za pół domku, albo za wysokiej jakości mieszkanie płaciło się tu 350 000 euro, teraz można je kupić za ok 180-200k..

no dobra, tyle rzeczy negatywnych, teraz trochę pozytywów. oprócz centrum Dublina z wszystkimi tymi zasyfionymi klitkami spotykamy się tu z dużą ilością budynków nowych. najczęściej są to miejsca wybudowane podczas boomu, tak 5-8 lat temu, z wypachnionymi klatkami schodowymi, plastikowymi oknami, europejski high-end. Są one co prawda droższe, ale jakość jest widoczna. oprócz tego czym dalej od stolicy, tym piękniejsza staje się okolica. kolejne dzielnice Dublina są naprawdę ładne, na każdym kroku wyspiarki ład i porządek, piękne ogrody, przestronne parki, drogie samochody i kulturka na drogach. dlatego też zdecydowaliśmy się wyprowadzić poza miasto. znaleźliśmy mieszkanie w naszym typie na styku dwóch dzielnic, Dundrum i Sandyford, gdzie dodatkowo mamy rzut beretem do położonych na południe od miasta wzgórz. cena również przystępna, bo zamiast płacić 1400 w centrum płacimy tylko 1250. a tu też ciekawostka: ceną wyjściową było 1350, ale postanowiliśmy zaryzykować i podać 100 euro mniej. okazało się, że musieliśmy być jedynymi chętnymi na to lokum, bo agent się zgodził. w życiu czasem trzeba mieć po prostu szczęście. nasze szczęście polegało również na tym, że firma pozwoliła nam mieszkać w swoim mieszkaniu do momentu znalezienia czegoś swojego. W końcu, po 6 tygodniach, umowę podpisaliśmy, ale wyobrażamy sobie, że innym może to zająć nawet kilka miesięcy..

26

lis
2012

pierwsze zapiski z Krainy Deszczowców..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 14:11

no leje, rzeczywiście leje każdego dnia. niby 10 stopni, ale pizga bardzo, wiatr porywisty i duża wilgotność. Kuba dostał śpiwór do wózka, bo ciężko wytrzymać.

ten kraj jest wciąż 20 lat przed nami w większości dziedzin życia. niestety. najbardziej rzuca się w oczy rozwój w budownictwie, jakby na przekór mojej poprzedniej notce. pobudowano tu tyle nowoczesnych budynków, że można obdzielić kilka krajów Europy środkowo-wschodniej. do tego system kolejki miejskiej LUAS, coś nad czym nasi debatują od lat trzydziestu i co pewnie nigdy nie połączy Pyrzowic z aglomeracją Śląska. najwyższa jakość wagonów, przystanków, obsługi.

ze wszystkim są do przodu, tylko nie z bankowością. przypominają się lata 90-te w Polsce, bo gdzie indziej kasuje się klienta banku na każdej, najprostszej nawet transakcji? 0.20 euro za wybranie gotówki z bankomatu, 0.30 za każdą transakcję przeprowadzoną przez pracownika banku, stałe opłaty za prowadzenie rachunku.

no i podatek. emergency tax odciągany z zarobków masy pracującej tego kraju na naprawę finansów. wyszło mi właśnie, że 47% mojej wypłaty muszę oddać Republice Irlandii. zarzynają tu ludzi.

a na mszy w niedzielę ksiądz powiedział, że wczoraj cały kraj był dumny ze zwycięstwa rugbystów nad Argentyną. i dodał, że otrzymał również dwa bilety na Premiership na mecz jego (!!) Leeds United z Chelsea. i że leci tam i ma nadzieję, że jego klub pobije londyńczyków 1-0.

na hali gramy w piłkę z moimi nowymi ziomkami, wyszedł mi ładny trick, padła bramka, a Węgier do mnie: Lewandowski! znak czasów, 5 lat temu krzyczeliby Smolarek.

podobno kończy się okres, w którym Irlandia była rajem dla przedsiębiorców. Ebay, Google, PayPal, Amazon, Oracle, Facebook mogą wkrótce opuścić Wyspę, bo wracają ogromne podatki i obostrzenia. niektórym nie będzie się to opłacało, bo przenieść 1000 osób do takiej np Wielkiej Brytanii nie jest tanie. inni sobie z tym poradzą.

jest bezpiecznie, choć słuchając miejscowego radia można mieć wrażenie zgoła odmienne. podobnie jak w Anglii, piwo leje się hektalitrami, młodzi dają sobie po twarzy przed klubami, a panowie w czarnych płaszczach robią selekcję przed knajpami. ale ja osobiście nie miałem żadnej sytuacji, w której czułbym się zagrożony. a w radiu już trzykrotnie słyszałem o strzelaninie. do Seattle jeszcze trochę im brakuje.

no i wreszcie wypiłem miejscowego Guinnessa. ale inni piją go specyficznie -- z syropem z czarnej porzeczki. smakuje jak Guinness z sokiem.

Polaków sporo, na ulicy, w restauracjach, w centrach handlowych. dużo dzieci polskich i jak to zwykle bywa, na niektórych patrzy się miło, innych od biedy można się powstydzić. u fryzjera obcinał mnie koleś z Katowic. przyjechał 7 lat temu i nie wie, co robić dalej. mówi, że jest ciężko..

27

lis
2012

jesienny Dublin..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 16:26

kilka pierwszych ujęć z Dublina, a dokładnie z parku w dzielnicy Dundrum, gdzie mieszkamy.. piękna słoneczna sobota i Jakub w nowej czapce od babci zakupionej na deptaku w Wiśle..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

jesienny Dublin..

27

lis
2012

Dublin: Grand Canal Dock..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Dublin, 16:35

to miejsce z kolei pamiętam sprzed ponad 3 lat, gdy startowałem tu do Googli. hotel i siedziba firmy mieści się całkiem niedaleko -- miło odwiedzić miejsce, z którym związane są jakieś wcześniejsze emocje. szczególnie, że Kuby jeszcze wtedy w ogóle nie było w planach.. poza tym trochę fotek z Grafton Street, głównej ulicy miasta.

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..Dublin: Grand Canal Dock..

Dublin: Grand Canal Dock..

27

lis
2012

Great American Road Trip, cz.17 -- film, część 2: NV, AZ i UT..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Dublin, 18:04

dobiegła końca najdłuższa saga podróżnicza w historii strony. oto część druga i ostatnia filmu z wielkiej wyprawy samochodowej, bagatela półtorej roku po zrobieniu pierwszego. anyway.. Nevada, Arizona i Utah, czyli pewne upalne dni lipcowe i mnóstwo wrażeń przy dźwiękach Highwaymana :)



dla przypomnienia, poniżej dodaję jeszcze raz część pierwszą:

04

gru
2012

grudniowa Kalifornia..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Los Angeles, 06:22

ponownie jestem w Stanach -- tym razem w Los Angeles, a dokładnie w Santa Monica, na kilkutygodniowej wizycie w głównym oddziale Riot Games. plan jest taki, aby czegoś nowego się tu nauczyć, potem przylecieć do Polski na święta, a po Sylwestrze znowu do Dublina. grudzień znowu w trasie!

fajny miałem lot, bo z Dublina do Nowego Jorku, gdzie sprawdziłem szybko z poziomu Newark jak się ma nowy budynek One World Trade Center, a ma się dobrze, bo już stoi i właśnie ubierają go w szyby, a po godzinie rozpocząłem drugi lot, do LA. po raz pierwszy przeleciałem nad całym kontynentem podczas dnia i oprócz kilku zachmurzonych wschodnich stanów, całą tą jakubkową ojczyznę widziałem z góry. niebo bezchmurne, widzialność fantastyczna, tak mniej więcej od Kolorado do samej Kalifornii miałem przekaz Ziemi na żywo z wysokości 11km. wszystkie te pustynie i kaniony po których podróżowaliśmy jakiś czas temu przewinęły mi się tam na dole. no więc cały Wschód przykryty śniegiem, podobnie jak góry Kolorado, później pustynia, jak zwykle brunatnoczerwona, a potem znowu śniegi Sierra Nevada, a Kalifornia cała w deszczowych chmurach. zdjęcia słabe, bo z komórki, ale tylko taki aparat chwilowo miałem pod ręką.

będąc tutaj chciałbym wrzucić na stronę trochę zaległych zdjęć ze Seattle, ale może uda mi się również zaliczyć jakiś wypad po okolicy. może wreszcie zrobię tour po starych hiszpańskich misjach ciągnących się od San Diego aż po San Francisco..

grudniowa Kalifornia..grudniowa Kalifornia..

grudniowa Kalifornia..

grudniowa Kalifornia..

grudniowa Kalifornia..grudniowa Kalifornia..

grudniowa Kalifornia..

grudniowa Kalifornia..

06

gru
2012

ponownie Santa Monica, tym razem zimą..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Los Angeles, 07:47

sobotni wypad nad ocean na plażę w Santa Monica. to tu byliśmy w maju z A i J, podziwialiśmy panów i panie ze Słonecznego Patrolu, jednak teraz klimat taki bardziej mglisto-szarawy. grudzień w Kalifornii to jedna z niewielu pór względnej niepogody. pierwszy tydzień mojego tutaj pobytu wybitnie deszczowy, kurtki trzeba ubierać, generalnie taka nasza jesień. niezbyt zimno, ale wietrznie, taki nasz Bałtyk w lipcu (taki żarcik dla kochających nasze morze ;) ludzi niewielu, całe plaża oceanu Spokojnego dla mnie, kilku Meksykanów łowiących ryby i starszego pana z wykrywaczem metali. oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zagadał i nie dopytał się o znaleziska. przy okazaji poinformowałem go o naszych rodzimych wyczynach, gdzie ekipa Było.. nie minęło wykopuje z Wisły 6 zatopionych we wrześniu 39 rodzimych czołgów 7TP..

z hotelu na plażę mam do przejścia 20 bloków. dla niewtajemniczonych, blok (one block) to taka stricte amerykańska długość między prostopadłymi przenicami w miastach z regularnym, prostokątnym układem ulic. odległość jednego bloku nie jest stała, ale zwykle wynosi ok 200 metrów, łatwo więc policzyć, że na plażę mam jakieś 4 km. miły spacerek. przy okazji odkryłem w okolicy polski sklep oraz polską restaurację o szanowanej w okolicy i dumnie brzmiącej nazwie: Warszawa. chyba musi być to jakieś zacne miejsce, bo znają je koledzy z Riota, i mamy się tam grupowo wybrać na jakiegoś kotleta.. nie ma tylko kiedy, bo kolejny raz wychodzi tu miejscowy pracoholizm -- siedzę w firmie od rana do późnego wieczora, po 10-12 godzin dziennie, brak czasu na cokolwiek. może w weekend coś uda się zorganizować..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

Santa Monica, tym razem zimą..

09

gru
2012

Blue Angels -- Seattle 2012

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Los Angeles, 08:33

pokazy Niebieskich Aniołów -- Blue Angels -- zespołu akrobatycznego Marynarki Stanów Zjednoczonych odbywają się każdego roku w Seattle podczas letniego festiwalu Seafair. przez kilka dni treningów samoloty przelatują nad miastem, zatoką Puget i jeziorem Washington, a podczas dwóch ostatnich dni następuje finalny pokaz. wówczas to mosty na jeziorze są pozamykane, Amerykanie odpalają grille i wychodzą oglądać show. drużyna Blue Angels składa się z 6 samolotów, z czego cztery tworzą grupę akrobatyczną, a pozostałe dwa najczęściej wykonują pokazy solowe. oprócz najbardziej znanych Hornetów, flota ma w swoim składzie również inne, najczęściej starsze jednostki z czasów różnych konfliktów zbrojnych, np: Lockheed C-121 Super Constellation czy Douglas A-4F Skyhawk II. nie znam się na tym, więc więcej info na wiki.

wszystkie zdjęcia pochodzą z tegorocznego show z początku sierpnia -- dzień ten zapamiętamy na długo, był to bowiem nasz dzień finalnego wyjazdu ze Seattle. samolot do Frankfurtu startował o 3pm, a jeszcze o 11 staliśmy z Damianem i Marzeną po kolana w wodzie oglądając pokaz. Kuba płakał, było strasznie głośno, upał był niesamowity, a my jeszcze nie do końca spakowani. środek lata, a dla nas koniec wspaniałej przygody z tą częścią świata..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

Blue Angels -- Seattle 2012..

11

gru
2012

kilka zapomnianych pocztówek ze Seattle..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Los Angeles, 07:51

odnalazłem po kilku miesiącach kilka fajnych pocztówek naszego byłego miasta. pierwsze dwa ujęcia zrobione są z mostu Aurora Bridge, fotografowanego wcześniej przez Agatę podczas touru po dzielnicy Fremont. zdjęcia te są składane z 10 ujęć, a jeśli ktoś uwielbia szczegóły to nad fotkami są odnośniki do ich większych wersji.

pozostałe ujęcia to letnia panorama Seattle z oddalonego ok 15km wzgórza Cougar Mountain, a dokładnie z malowniczego pola golfowego w Newcastle, niedaleko Renton. rozciąga się stąd wspaniały widok na kilka miast, bo oprócz downtown Seattle widać stąd również Bellevue. ponadto kilka jezior i zatoka Puget. dzięki dla Jarka za pokazanie mi tego miejsca.

panorama w szerokości 3200 pikseli
pocztówki ze Seattle

panorama w szerokości 3200 pikseli
pocztówki ze Seattle

pocztówki ze Seattle

pocztówki ze Seattle

pocztówki ze Seattle

pocztówki ze Seattle

14

gru
2012

Hobbit..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Los Angeles, 08:15

właśnie wróciłem z premiery Hobbita, części pierwszej. rzadko piszę tu o filmach, bo to nie miejsce na takie opowieści, ale efekty w tym filmie, dodatkowo oglądane w trójwymiarze, robią wrażenie. aż chce się odwiedzić Nową Zelandię. książkę czytałem dobre 15 lat temu, fabułę znałem średnio, ale wyłapałem kilka rzeczy, które się nie pokrywały. niemniej te 2.5 godziny spędzone w kinie z 700 innymi Riotersami będę wspominał wybornie. polecam nawet dla niefanów gatunku..

18

gru
2012

z cyklu mój pierwszy raz: największe roller coastery świata!!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Los Angeles, 07:51

powiedzmy to sobie szczerze: moje gadanie, że zawsze wsiądę do wszystkiego co tylko zjeżdża, kiwa się i obraca, było nader nieprzemyślane. właściwie nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z ogromnymi kolejkami górskimi, bo takich małych wagoników na drwnianianych podstawach do listy tej nie wiliczam. i wreszczie nadejszła ta wiekopomna chwila, gdy stanąłem przed dylematem, jechac, czy zostać na bezpiecznym gruncie..

wraz z Conorem i Whitney odwiedziliśmy tematyczny park Magic Mountain, prowadzony i zarządzany przez największą tego typu firmę na świecie -- Six Flags. park znajduje się na obrzeżach Los Angeles i znany jest z posiadania na swoim obszarze 16 roller coasterów, z czego 8 tych największych i najbardziej odjechanych. z tym dylematem, czy jechać czy też nie, to trochę jednak przesadzam: wskoczyłem do wszystkiego do czego się dało, a strach który poczułem pojawił się zbyt późno, aby można było z tego wyskoczyć. zabawa była odjazdowa, przyspieszenia, przeciążenia, liczba obrotów, do góry nogami, do boku brzuchem, szybciej, wolniej i z powrotem. masakra jakaś, w pewnej chwili zacząłem krzyczeć do Conora, że jeśli zginiemy, to jednak razem. ponadto wyszło na jaw, że każdy reaguje na strach trochę inaczej, jedni krzyczą, inni wpadają w histeryczny śmiech. z drugiej strony jest to jednak strach trochę jakby zachowawczy -- przecież wiemy, że raczej nic nam się nie stanie, ale jeśli porównywać taki roller coaster do startu samolotu pasażerskiego, to wrażenie jest stukrotnie większe.

Six Flags, roller coaster..

Six Flags, roller coaster..

na pierwszy ogień poszedł X2, masakryczna kolejka z dwoma rzędami krzesełek, która prezentuje się właśnie tak (wszystkie zdjęcia kolejek pochodzą z neta, bo nie miałem aparatu):

Six Flags, roller coaster..

potem wskoczyliśmy do Vipera, jazda niesamowita, po której namówiłem Conora na przejechanie się tym jeszcze raz, bo nie było kolejki. tym razem jednak wskoczyliśmy do pierwszego wagonika -- spełniłem tym swoje dziecięce marzenie, zawsze chciałem spaść w przepaść jako pierwszy, taki byłem pojebany..

Six Flags, roller coaster..

Six Flags, roller coaster..

następnie był rewelacyjny Tatsu, który charakteryzował się tym, że przed samym startem położyli nas jakby na brzuchu, tak więc leżeliśmy z głową do przodu i ramionami na dół, a to szaleństwo zaczęło się kręcić. odjazd niesamowity, ludzie pluli i krztusili się własnym krzykiem:

Six Flags, roller coaster..

następnie był Superman, chyba najbardziej odjechana zabawka. siadało się plecami do kierunku ruchu, a kolejka wystrzeliwała do tyłu przyspieszając w 3.5 sekundy do prędkości 140km/h. przez niecały kilometr poruszało się to horyzontalnie, a następnie w jednej chwili zaczęło się wznosić pionowo do góry. na górze pół sekundy przerwy i jazda w przeciwnym kierunku, tym razem zniekształconą od wiatru twarzą do przodu. niezły kosmos, teraz wiem, jak czułby się taki superman, gdyby naprawdę istniał..

Six Flags, roller coaster..

potem było jeszcze kilka innych akcji, ale te najbardziej ekstremalne wymieniłem powyżej. wstęp do parku kosztuje $70, ale kupując z wyprzedzeniem przez internet można wejść za $45. park otwarty jest przez cały dzień, a bilet wstępu uprawnia do wejścia na większość głównych atrakcji.

22

gru
2012

pierwsze święta w Polsce od 4 lat..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Kłobuck, 09:42

w LA rano były palmy. a później lotnisko, tłok, bezcłówka, kawa, z głośników bożonarodzeniowa muzyka. samolot, opóźnienie, instrukcje bezpieczeństwa, start, drinki, jedzenie odgrzewane, film, stewardesy do mnie po niemiecku. noc, cisza, może z godzina snu, podsumowanie ligi obejrzane na telefonie, football manager, muzyka, czerwona łuna na wschodzie, świt. kolejka do kibla, śniadanie, kawa, proszę wyłączyć urządzenia elektryczne, lądowanie. poranny zgiełk we Frankfurcie, ucieka samolot do Katowic, 4 godziny wegetowania, nieprzyjemna Słowaczka sprzedaje jedzenie, Lufthansa Regional, godzina lotu, Katowice. zimno, ciemno, zapach węgla i koksu w powietrzu, takiego zapachu z niczym nie można pomylić. 20 minut autostradą, jestem w domu.

24

gru
2012

niezwykły przypadek w Los Angeles..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 16:04

tydzień temu, jeszcze w Los Angeles, zdarzyło mi się coś nietypowego. odwiedzaliśmy koleżankę w dzielnicy Los Feliz, a przed samym jej domem Conor powiedział mi, że jej chłopak napisał kiedyś Prince of Persia, legendarną grę komputerową czasów minionych. powiedział to w sposób pozbawiony jakichkolwiek emocji, a przecież Książę Persji to pozycja obowiązkowa, gratka dla wszystkich fanów ośmio- i szesnastobitowych komputerów.

żeby wyjaśnić moje zaskoczenie muszę cofnąć się do marca 2012 roku. wówczas to trafiłem na ciekawy wpis na blogu poświęconym starym grom -- kod źródłowy Prince of Persia w wersji na Apple II po latach został odnaleziony. autor wyjaśnił, że po 10 latach poszukiwań stracił już nadzieję na odzyskanie źródeł, gdy niespodziewanie zadzwonił jego ojciec z informacją o odnalezieniu jakiegoś starego pudła z dyskietkami. paczka okazała się zawierać ów stracony kod, a autorem notki był Jordan Mechner, znany w świecie gier komputerowych programista Karateki, The Last Express i właśnie Prince of Persia. notka na blogu zawierała zdjęcie paczki z dyskietkami, ale przeglądając inne wpisy trafiłem na zdjęcia biura Jordana.

biura, w którym teraz miałem się znaleźć. i rzeczywiście, willa Jordana (autor roztropnie zachował kiedyś prawa intelektualne do tej produkcji, więc po wydaniu kolejnych gier z tej serii, a także filmu o tym samym tytule, jest dzisiaj multimilionerem) wypełniona jest grami komputerowymi, a położone w ogrodzie biuro (osobny budynek) jest jego miejscem pracy. Whitney wprowadziła mnie do tego budynku i znalazłem się w miejscu, które 9 miesięcy wcześniej oglądałem na blogu. na stole leżały oryginalne pudełka Karateki, z tyłu plakaty, na ścianach miecze. wszystko w nienagannym nieporządku świadczącym, że właściciel jest programistą. do tego liczne komputery, także te z minionej epoki, wszystko to świadczące, że prace nadal tu trwają. Jordan pracował nad remakiem Karateki..

samego autora nie spotkałem, gdyż przebywał on na jakiejś konferencji developerskiej. sytuacja jednak była dla mnie wyjątkowa i jest to kolejny dowód na to, że świat jest jednak mały. co prawda wcześniej mówił mi o tym mój były szef Robert, który argumentował, że najlepszym dowodem na to, że świat jest mały jest fakt, że do pracy dojeżdżam rowerem, jednak ta sytuacja zostawiła mnie ze szczęką na podłodze. przecież nawet nie wiedziałem, w której części świata mieszka ów twórca, nie mogłem nawet myśleć, że kiedyś znajdę się w miejscu jego pracy. a co do samej gry, to warto przypomnieć, że płynna animacja postaci występujących w grze powstała dzięki studiom ruchu jakie Jordan Mechner prowadził filmując i fotografując swego brata Davida. następnie przeniósł je metodą rotoskopii (ręczne przerysowanie klatka po klatce występujących na filmie form w celu stworzenia filmu animowanego) i zastosował w grze. całość wydana została pod egidą Brøderbund Software. odnalezienie kodu źródłowego przyczyniło się po 23 latach do wydania gry również na Commodore 64, a to już wydarzenie bez precedensu.

27

gru
2012

z cyklu mój pierwszy raz: NBA -- Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Kłobuck, 09:47

mój pierwszy na żywo oglądany mecz ligi NBA miał miejsce w Los Angeles. trochę się to wszystko przeciągnęło w czasie, bo planowany wypad do Oregonu na Portland Trail Blazers nigdy nie doszedł do skutku, a Supersonics zostali rozwiązani na rok przed naszym przybyciem do Seattle. dopiero w grudniu 2012 udało mi się dostać na mecz National Basketball Association, ale od razu w gwiazdorskiej obsadzie: Lakersi grali z Orlando Magic -- z zespołem, któremu trochę kibicowałem w młodości..

Lakersi grają w hali Staples Center mieszczącej się w ścisłym centrum Los Angeles. z Santa Monica jeżdżą bezpośrednie autobusy, więc dojazd pod halę był w miarę łatwy. biletu oczywiście nie miałem -- na zakup w necie było już za późno, ale byłem dobrej myśli i zamierzałem nabyć wejściówkę w kasie przed halą. niestety, okazało się, że zostały same drogie bilety, a wjazd w okolicach $200 był dla mnie ceną trochę przesadzoną. mało brakowało, a dostałbym bilet za darmo, bo jakaś babeczka podeszła do kolejki przed kasą i przekazała bilet gościowi za mną, bo jej nie będzie potrzebny... pokręciłem się więc trochę po okolicy i szybko znalazłem kilku koników gotowych oddać mi najlepsze miejsce za najniższą cenę. jak to z konikami bywa, sprawa była trochę ryzykowna -- najczęściej czarni osobnicy zachowują się tyleż przebiegle, co tajemniczo: kręcą się, chowają, unikają wzroku. spotkany obok steward powiedział mi, że owszem, mogę kupić bilet u konika, ale mam 50% szansy, że nie będzie to bilet sfałszowany. cwaniacy pod halą drukują bilety na potęgę i jeśli mi się poszczęści, to wejdę, a jeśli będę miał pecha to gościa i mojej kasy nigdy już nie zobaczę. postanowiłem jednak zaryzykować..

dogadałem się z jednym takim cwaniaczkiem i po chwili targów ustaliliśmy cenę na 65 dolców, przy czym on miał podejść ze mną pod skaner (czyli pod samo wejście), żebym się upewnił, że bilet jest okej. trochę się mieszał i wahał, coś tam mówił o policji, ale w końcu się zgodził. kasę dałem mu stojąc w kolejce, więc na dobrą sprawę mógł mi już stamtąd zwiać. na szczęście solidny był z niego Murzynek, postał ze mną, bilet był ważny, wszedłem do środka. miałem problem z aparatem, nie chcieli mnie wpuścić, bo obiektyw był nieprzepisowo zbyt długi, ale po obietnicy, że nie będę nim rzucał zostałem wpuszczony. hala ogromna, kilkupiętrowa, pełna rozbawionego tłumu, cała masa Meksykanów, większość w żółtych koszulkach Lakersów. przed sektorami mnóstwo punktów gastronomicznych, leje się piwo i smażą hoddogi. nad głowami ogromne tablice świetlne a także amerykańskie i kanadyjskie flagi. do tego galeria sław Lakersów na jednej ze ścian hali. gdy wreszcie siadłem na swoim miejscu trwała już rozgrzewka.

zawodnicy rzucają jakby od niechcenia, ale skutecznie -- każdy rzut za 2, większość za 3 ląduje w koszu, to najlepsza liga na świecie, poziom wysoki. potem była już prezentacja, duże show i w końcu początek meczu. jak to w koszykówce bywa wszystko toczyło się szybko, o wiele szybciej niż w piłce, czy innych oglądanych na żywo sportach. tutaj akcja goniła akcję, tłum wył albo się cieszył, wynik zmieniał z każdą minutą, ale w końcu, mimo prawdziwych gwiazd Kobego Bryanta i Dwighta Howarda w zespole gospodarzy, to drużyna z Florydy cieszy się ze zwycięstwa. do tego cała ta otoczka, jingle, śpiewy, piosenki grane w przerwach. cheerleaderki skaczące na parkiecie podczas każdej dłuższej przerwy, kiss camera, losowania nagród i jakieś takie dziwne obietnice, że jeśli dzisiaj Lakersi wygrają, a Magic nie zdobędą 100 punktów, to każdy widz otrzymuje od KFC 5 darmowych skrzydełek kurczaka. było dobrze, ale ja nie jestem jakimś wielkim fanem koszykówki, więc cała ta trwająca 2.5 godziny zabawa trochę mi się dłużyła..

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando MagicLos Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

Los Angeles Lakers vs. Orlando Magic

29

gru
2012

literatura na 2013..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 17:51

święty mikołaj w tym roku obfitował głównie w reportaże podróżnicze. właściwie to nie mikołaj, a panie mikołajki -- nie ma nic wspanialszego pod choinkę niż dobra książka..

reportaże podróżnicze na 2013