Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2011:

01

sty
2011

2011 w Seattle: Space Needle fireworks cz I.

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 10:36

rok 2011 przywitaliśmy 9 godzin po Polsce.. fotki z Kerry Park z dzielnicy Queen Anne na Space Needle i Seattle Downtown. szerszy opis trochę później jak się dobudzę..

2011

2011

2011

2011

2011

2011

02

sty
2011

2011 w Seattle: Space Needle fireworks cz II.

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:19

no więc jestem na wzgórzu rozciągającym się na północ od ścisłego centrum Seattle. ostatnio kiedy tu zajechałem to jedliśmy z Agatą ogromne, takie amerykańskie, wiaderko lodów. a jeszcze wcześniej byłem tu na wschodzie słońca. też zimą, ale jakby zupełnie inaczej -- wtedy było nas tam kilkanaście osób, teraz, w krzykliwym oczekiwaniu na Nowy Rok, lekko z pół tysiąca. ledwo się z dwoma statywami zmieściłem, a od zatoki cholernie powiewało..

miejscowi puszczają ognie sztuczne ze Space Needle każdego Sylwestra. na zatoce zatrzymało się kilka statków w oczekiwaniu na show. na kilku fotkach widać przesuwające się samoloty -- z góry to dopiero musiał być widok. trochę informacji technicznych: ogniskowa 70mm, przysłona f7/1, czułość 100. na wyższej czułości łapało się dużo tylnego światła zastanego, ale jaskrawość wybuchów była zbyt duża. czas: od 1 do 4 sekund, najczęściej 3, żeby złapać całą linię lotu petardy. impreza trwała ok 7 minut. wyjątkowo, ale i z wiadomych powodów, dodaję znam wodny.

2011

2011

2011

2011

2011

2011

2011

2011

04

sty
2011

2011 w Seattle: Space Needle fireworks cz III.

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 21:19

05

sty
2011

Hawaje cz. XI -- wschodnia strona Oahu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:34

jedziemy drogą numer H-1, która wkrótce przemienia się w trasę 72, przez miejscowych zwaną Kalanianaole Highway. ciężko wymówić, jeszcze ciężej zapamiętać. droga malowniczo ciągnie się klifami na wschodniej stronie wyspy, wzdychamy sobie głośno gdy co lepszy widok wyłoni się zza zakrętu. czasem stajemy, aby porobić fotki, choć z reguły zatrzymywać się nie wolno. na jednym z mijanych klifów kręcono kilka scen LOST-a, ale o tym będzie jeszcze osobna notka. no więc jedziemy wzdłuż nienaturalnie poszarpanego wybrzeża, co raz to przybliżając się do oceanu na odległość kilku metrów, to znowu oddalając się na kilkaset. mijamy jaskinię Portlock i dwa ciekawe punkty widokowe. taka forma wybrzeża to raj dla geologów -- warstwy skalne wyraźnie różnią się kolorami, a to dowód, że podłoże powstało w wyniku kilku następujących po sobie erupcji wulkanu. ta część wyspy została przez naturę wręcz stworzona dla surferów -- po wschodniej i północnej stronie fale są największe, stąd co jakiś czas na wodzie widać skupiska 30, 50, 100 surferów.. oczywiście nie wszędzie można bezpiecznie pływać -- ale co jakiś czas, jak oaza na pustyni, kończą się skały, a brzeg przemienia się w piękną plażę o złotym piasku. ja też miałem fun na falach -- tak dużych i groźnych nie pamiętam od czasu 1989 roku i wybrzeża morza Czarnego na Krymie. niesamowita zabawa, ogromna siła, wyszedłem wymęczony jak z pralki automatycznej.. apogeum siły wiatrów dopiero nadejdzie -- pół surfowego świata spotyka się na Oahu w zimie, wtedy fale są największe..

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

wschodnia strona Oahu

06

sty
2011

Hawaje cz. XII -- świątynia Byodo-In..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:34

Byodo-In jest bezwyznaniową świątynią zbudowaną w 1968 roku Dolinie Świątyń (Valley of the Temples) -- unikalnym parku pamięci, na terenie którego oprócz rozległych cmentarzy wybudowano miejsca kultu wielu różnych wyznań. budowla ta jest repliką 900-letniej buddyjskiej świątyni Byōdō-in znajdującej się w japońskim mieście Uji..

wstęp do Byodo-In jest płatny ($3.5), a droga prowadzi przez drewniany most, z którego strzelamy pierwsze fotki. przed świątynią znajduje się dość duży staw, w którym tapla się setki karpiopodobnych ryb o niewiadomym wieku i pochodzeniu. po lewej stronie umieszczono dzwonnicę z 3-tonowym mosiężnym dzwonem -- oczywiście korzystamy z okazji narobienia hałasu, a piękny niski metaliczny dźwięk rozchodzi się echem po okolicznych, przepełnionych wilgocią, ogrodach. wewnątrz samej świątyni (co ciekawe, wybudowano ją bez użycia gwoździ) znajduje się 3-metrowa drewniana statua Buddy -- złote wykończenia przebijają spod sporej powłoki kurzu przykrywającego rzeźbę. kilka metrów dalej spotykamy japońskiego artystę rzeźbiarza prezentującego nam swoje dzieła. dokoła panuje fajny klimat tajemniczości -- nad Byodo-In prawie zawsze rozciąga się mgła, co jest efektem bliskości oceanu, gór Ko'olau i zmieniającego się ciśnienia. na terenie świątyni i przylegających do niej japońskich ogrodów razem z nami było łącznie może z 10 osób, dlatego wizytę tu zapamiętamy bardzo przyjemnie.

od czasu do czasu świątynia pojawia się w różnych produkcjach filmowych, najczęściej imitując miejsca w Japonii lub Korei. przykładami są tu film Peral Harbor i serial LOST (Byodo-In pojawia się w epizodzie House of the Rising Sun, gdzie kręcono scenę wesela Sun i Jina.)

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In

świątynia Byodo-In świątynia Byodo-In

11

sty
2011

Hawaje cz. XIII -- kajaki oceaniczne..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:28

kajaki na oceanie Spokojnym to chyba najlepsza część naszych hawajskich wakacji! dokoła Oahu jest kilka miejsc nadających się do kajakowania -- nadających się w sensie bezpieczeństwa, bo wizualnie oczywiście zdecydowana większość wód jest piękna i warta przepłynięcia. głównym problemem są fale, mogące na wschodnim i północnym wybrzeżu Oahu sięgać 4-8 metrów, a więc przybierać formę mini-tsunami. wówczas nawet Jan Heweliusz miałby niejakie problemy z utrzymaniem wyporności. w niektórych miejscach natura wykształciła tu rafę, która skutecznie rozbija nawet największe fale, a reszta wzburzonej wody nie jest już groźna dla plastikowego kajaka..

wypożyczamy więc żółtą maszynę przy plaży Kailua Beach, znajdującą się w płd-wsch. części wyspy. kajak odbieramy na rzece, którą płyniemy nasze pierwsze kilkaset metrów. potem szybkie przenoszenie kajaka przez plażę i już jesteśmy na oceanie. ah, wspaniałe uczucie kołysać się na falach wściekle turkusowej, ciepłej wody. słońce świeci jak oszalałe, delikatna bryza, niewielkie fale, robimy zdjęcia i kręcimy kilka ujęć filmu. naszym pierwszym celem jest płaska jak ścięty arbuz wulkaniczna wyspa, nie przez przypadek zwana Flat Island. oprócz ptaków właściwie nic tu nie ma: jest kilkudziesięciu surferów szalejących na falach w okolicy rafy, jakieś 100 metrów od wyspy w stronę pełnego oceanu. jest też trochę kajakarzy. wyspa jest kamienna, surowa, a w pewnym jej miejscu znalazłem dwa krzyże -- prawdopodobnie jacyś surferzy zostali z całą siłą oceanu wyrzuceni na kamienne brzegi wyspy..

odbijamy od brzegu i kierujemy się w stronę dwóch bliźniaczych wysp Nā Mokulua, co w języku hawajskim oznacza po prostu 'dwie wyspy'. to minimum 45 minut kajakowania, a w naszym sielankowym przypadku, ponad godzina. mięśnie cierpią, wiosłujemy pod wiatr, ale wysiłek wynagradzany jest coraz to nowymi widokami na brzegu i w wodzie. rafa podnosi się niekiedy bardzo blisko tafli wody, czasem wystaje, slalomujemy więc między kamieniami uważając, aby na któryś nie napłynąć, bo podczas obniżania się poziomu wody bardzo łatwo można się wywrócić i pokaleczyć na ostrych kamieniach. woda jest przezroczysta, spostrzegam ogromnego żółwia morskiego przepływającego pod naszą żółtą torpedą. w końcu dopływamy do celu -- zachodnia z wysp, nazwana Moku Nui ma kawałek piaszczystej plaży na której lądujemy. spotykają się tu dwa przeciwstawne prądy morskie otaczające wyspę od zachodu i wschodu. ogółem jest nas tu ok 30 osób, w większości kajakarze -- jedni przypływają, inni odpływają; jest też mini impreza na łódce, muzyka, grill, łowienie ryb. wyspa jest rezerwatem ptaków (State bird sanctuary) i wchodzenie w jej głąb jest zabronione. ptaki siedzą w wydrążonych w ziemi dziuplach, norach wręcz. jest ich bardzo dużo, gdyż są pod stałą ochroną. po wschodniej stronie wyspy piasek zmienia się znowu w skałę, pięknie wypolerowaną czarną jak węgiel, a od północy można wpłynąć w wydrążony przez fale kanion. więcej informacji na wiki.

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

kajaki oceaniczne

13

sty
2011

Genealogia Ankudowiczów -- pierwszy etap projektu zakończony!!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:29

po kilkunastu miesiącach zbierania danych zakończyłem pierwszy etap projektu Genealogia! witryna genealogia.ankudowicz.com tłumaczy pokręcone pochodzenie naszego rodu, próbuje umiejscowić przedstawicieli rodzin wśród zagmatwanej historii i geografii dawnej Rzeczypospolitej, penetruje dokumenty, akty i wszelkie inne materiały, na które mogłem się natknąć. witryna tego typu prawie nigdy nie jest kompletna -- stąd też liczę na odzew innych Ankudowiczów -- na ich relacje, pochodzenie i aktualne rozmieszczenie na świecie. mam nadzieję, że uda mi się stworzyć mapę Ankudowiczów i prześledzić trasę migracji tego rzadkiego w świecie gatunku ;)

to będzie właśnie drugi etap -- w tej chwili rozsyłam link do wszystkich Ankudowiczów, jakich mogę spotkać na portalach webowych, a na zachętę także tu wklejam kawałek tekstu z działu Geneza:

Aby prześledzić genezę nazwiska Ankudowicz musimy cofnąć się w czasie o jakieś 600 lat. Wówczas to, na początku XV wieku, rozpoczęło się i z każdym dziesięcioleciem narastało dość nietypowe zjawisko: w Wielkim Księstwie Litewskim, a później w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, zaczęli osiedlać się Tatarzy. Początkowo byli to nieliczni, przymusowo osiedlani jeńcy wojenni, jednak z czasem dobrowolna emigracja ludów muzułmańskich przybierała na sile. Głównym powodem była ciągła walka o władzę, a pokonani pretendenci do chańskiego tronu ratowali życie uciekając na Litwę. Wraz z nimi przesiedlały się całe klany, ich poplecznicy i całe zastępy zaprzyjaźnionych wojowników -- nowy kraj oferował bezpieczeństwo, liczne nadania i wolność wyznania, a w zamian wymagał jedynie czynnej służby wojskowej w obronie nowej ojczyzny. Tatarzy walczyli nawet w bitwie pod Grunwaldem i przyczynili się do zwycięstwa nad Zakonem Krzyżackim.

Nacja Tatarów Litewskich, w historii zwana Muślimami, powstała z różniących się językiem i obyczajem ludów mongolskich i tureckich. Zjednoczyła ich nowa ojczyzna i religia muzułmańska (na terenach RP powstawały liczne meczety), tak więc już w XVI stuleciu ostatecznie stworzyli jeden naród zatraciwszy swe pierwotne języki na rzecz mieszanki ruskiego i polskiego. Z biegiem czasu Tatarzy przechodzili na chrześcijaństwo, przyjmowali polsko brzmiące nazwiska (najczęściej od nazw ich majątków) i zrównywali się pod względem praw z warstwą polskiej i litewskiej szlachty. Najdostojniejszą warstwą Tatarów byli potomkowie chanów, mający prawo do tytułu sołtanów lub carewiczów. Jedną z takich rodzin był wywodzący się od zdetronizowanego chana Nur Dewletta ród Puńskich, który oprócz rozległych włości miał pod sobą również obywateli niższych warstw społecznych: zwierzchników litewskich oraz służących zbrojnie w oddziałach carewiczów ruskich bojarów i tzw Tatarów-kozaków.

I właśnie jeden z puńskich Tatarów-kozaków (czyli Tatar, którego rodzina zbrojnie służyła carewiczowi najwyższej rodziny) dał początek szlacheckiemu rodowi Ankudowiczów. Nazwisko (imię, przydomek?) Ankidzia lub Ankudzia znalazło się w spisie pocztów carewicza puńskiego z roku 1528 i przytaczane jest przez Metrykę Litewską w Księdze Publicznej, na którą powołuje się Stanisław Dziadulewicz w swoim dziele "Herbarz rodzin tatarskich w Polsce".

Ankudowicze byli więc szlachta średnią (posiadającą od jednej do kilku wsi) i z biegiem lat wchodzili w posiadanie włości w kilku ówczesnych województwach, m.in.: wileńskim, mińskim, ihumeńskim czy połockim. Jan Ciechanowicz w 6 tomie pozycji "Rody rycerskie Wielkiego Księstwa Litewskiego" podaje, iż wypis przed deputacją wywodową kowieńską (w XIX wieku na terenie zaboru rosyjskiego szlachta średnia musiała się weryfikować, czyli udowadniać swoje szlachectwo na podstawie historii, pochodzenia, majątku) wyszczególnia 9 pokoleń Ankudowiczów w ramach których opisuje dziesiątki imion osób płci męskiej oraz liczne dokumenty pisane. Na tej podstawie Deputacja Wywodowa zalicza Ankudowiczów do grupy starożytnej szlachty polskiej. Więcej o tym bardzo ciekawym temacie, o herbie Sulima, kolejnych generacjach Ankudowiczów i opisujących szlachectwo dokumentach, zawarłem w dziale szlachectwo.

15

sty
2011

NCsoft się bawi -- firmowy fejsbuk..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Vancouver, 07:29

utknęliśmy w Vancouver, więc wrzucam co mam na serwerze -- grudniowa impreza firmowa w Hard Rock Cafe. twarze, dla wyobrażenia z kim na co dzień pracuję.. w Vancouver przedłużamy amerykańską wizę -- no i sprawy się przeciągają, aktualny termin odbioru paszportu to wtorek. bez paszportu, jak bez ręki -- siedzimy więc w Kanadzie, z 16-go piętra spoglądamy na rozświetlone, cholernie wilgotne miasto. nie wiadomo nawet, jak długo to potrwa. narzekać nie mogę -- Vancouver jest prześliczne, zachwycam się tym miastem za każdym razem jak tu jestem. i za każdym razem nie mogę zrozumieć jakim cudem mieszka tu tak wielu Azjatów. połowa miasta jest skośnooka -- głównie Chińczycy, przesiedlani hurtowo z Hong-Kongu.. szlajamy się po mieście, przemierzamy chodniki, patrzymy na ludzi. dzisiaj klasycznie, po kanadyjsku, obiad w pubie i kibicowanie Vancouver Canucks w meczu z Washington Capitals. dzięki nam miejscowi pokonują DC 3-2. szkoda, że nie ma w tym czasie żadnego meczu u siebie, poszedłbym po raz pierwszy w życiu na NHL..

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

NCsoft się bawi

18

sty
2011

plany, plany..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Vancouver, 08:31

nadal siedzimy w Vancouver -- jest dobrze, dużo zwiedzania, codziennie inna kuchnia, wreszcie wyszło słońce. no i plany na najbliższe tygodnie zaczynają się krystalizować. finalizujemy Kubę -- wyspę Fidela, miłość Hemingwaya, raj wyzwolony Che Guevary. wszystkie te kolonialne miasta, stare samochody, cygara, rum i salsy od dawna chodzą mi po głowie. teraz albo nigdy, nie wiadomo czy będziemy tu jeszcze za rok, a szkoda byłoby zwiedzać wyspę w porze deszczowej. no więc bierzemy najtańszy holiday package z Kanady, lecimy do Varadero lub Hawany, pierwszą i może drugą noc śpimy w hotelu, po czym opuszczamy plastikowe dzielnice hotelowe zbudowane specjalnie dla kanadyjskiej warstwy pracującej i rozpoczynamy jazdę na własną rękę. nęci La Habana Vieja, Trynidad, Santiago i Vinales. lot w niedzielę, jeszcze nie wiem którą, bo głupi nie wyrobiłem sobie paszportu biometrycznego, a moja wiza kanadyjska traci ważność po wylocie z terytorium USA lub Kanady. więc wylecieć na Kubę mogę, ale mogę już nie wrócić..

strona ma zaległości: Hawaje jeszcze nie skończone, nie zacząłem nawet wrzucać Pensylwanii ani Vancouver, ale nie ma czasu. jak tylko załatwię formalności to lecimy dalej, odpoczynek później.

23

sty
2011

Hawaje cz. XIV -- śladami LOST-a na Oahu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:25

jednym z powodów dla których cały nasz pobyt na Hawajach spędziliśmy na Oahu była bliskość miejsc znanych z serialu LOST. to właśnie na tej wyspie nagrywano większość plenerowych scen serialu, a po jego zakończeniu my-szczęściarze, mogliśmy te lokalizacje odwiedzić. myślę, że Zagubieni są tu produkcją nietypową -- znaczną część scen kręcono przecież na otwartej przestrzeni, czy to na plaży, czy w dżungli. dwa lata po zakończeniu kręcenia i rok po ostatnim epizodzie ostatniego sezonu postanowiliśmy kilka z tych miejsc odszukać i sfilmować..

z pomocą przyszła strona lostvirtualtour, której autor w sposób kompletny i wyczerpujący przedstawił wszystkie te znane z produkcji miejsca. każde z nich jest profesjonalnie opisane i naniesione na mapę, a screeny z serialu dopasowane są do rzeczywistych zdjęć zrobionych w danym miejscu. czasem rzuca się w oczy podobieństwo, a czasem wprost przeciwnie: zastanawiamy się jakim cudem scenarzyści tak umiejętnie 'podkręcili' w rzeczywistości istniejącą lokalizację. odsyłam do strony, to wspaniałe archiwum dla wszystkie fanów serialu!

poniżej wrzuciłem film luźno prezentujący najbardziej znane miejsca z mapy serialu. odwiedziliśmy ponad 10 różnych lokalizacji, siedem z nich przedstawione jest na filmie. mimo adresów i map czasem ciężko było odnaleźć dane miejsce -- obiekty lub natura po kilku latach prezentuje się całkiem inaczej. ale zawsze byliśmy pod wrażeniem -- w obozie rozbitków pod tak dużym, że po kręceniu filmu zapomniałem zrobić choćby jedno zdjęcia. a zawsze marzyłem o sfotografowaniu nas w miejscu tak odosobnionym, gdzie Jack i reszta ekipy spędziła samotne miesiące. odosobnionym w cudzysłowie, gdyż w rzeczywistości kilkadziesiąt metrów od obozu zaczynają się turystyczne wille..

zaczynamy oczywiście na plaży rozbitków. piaskowo-kamienna plaża przewija się przez wszystkie 6 sezonów, oprócz obozu jest najczęściej wykorzystywanym miejscem na wyspie. druga z lokalizacji, obóz rozbitków, sąsiaduje oczywiście z kamienną plażą i przez większość część serialu pełni rolę domu. do plaży przylega niewielki cmentarzyk napotkałem tutaj wiele śladów kręcenia serialu: znaki na drzewach, sznurki, linki, powbijane gwoździe, a nawet styropianowy kamień. miejsce to znajduje się wśród drzew i do dzisiaj oddzielone jest od plaży plastikową taśmą. teren prywatny ofkors. trzecim miejscem jest również plaża, Mokule'ia Beach, która w serialu ukazana jest już w trakcie pierwszej sceny katastrofy samolotu. w wielu epizodach ekipa pokazuje różne części tej plaży, ale generalnie jest to szeroki piaszczysty odcinek, więc łatwo ją w serialu rozróżnić. miejsce czwarte to Camp Erdman, czyli serialowa Wioska Innych. na początku 3 sezonu ukazana jest w Loście jako sielankowa, słoneczna osada żółtych chatek zamieszkiwanych przez uczestników programu Dharma. miejsce to jest obozem YMCA (The Young Men's Christian Association) i po małym liftingu i komputerowej obróbce idealnie nadawało się na rolę wioski. za osadą piętrzą się wysokie wzgórza, widoczne podczas animacji wioski z góry. podczas kręcenia scen w obozie kilkakrotnie słychać warkot samolotu -- to dlatego, iż obok znajduje się niewielkie sportowe lotnisko, gdzie z kolei kręcono sceny nigeryjskie. innym miejscem nigeryjskim jest kościół Yemiego, który w moim filmie błędnie został nazwany kościołem Mr Eko. kościół Mr. Eko znajdował się przecież na plaży, w bliskim sąsiedztwie cmentarza. cmentarz z kolei znajdował się tam, gdzie wskazałem go kamerą. ostatnią ze scen jest azjatycka świątynia, opisana wcześniej na moim blogu. pełniła ona rolę świątyni koreańskiej, w której ślub brali Sun i Jin..

wersja HD bezpośrednio na Vimeo. jak to zwykle bywa, nie ustrzegliśmy się błędów językowych i wymowy, w tym wydarzyli się dwaj panowie 'rezyserzy', ale nawijaliśmy tylko freestylowo, a podniecenie tymi miejscami również zrobiło swoje. słaba jakość głosu to zasługa efektów zewnętrznych: fal, motorów, a bezprzewodowego mikrofonu u nas brak..

26

sty
2011

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:32

to już ostatnia z moich hawajskich opowieści. i tak nazbierało się ich sporo, bo aż 15 odcinków. podsumowując wyjazd przychodzi więc pora na kilka refleksji. czy warto się tam udać? dla prawdziwego podróżnika oczywiście, że tak. bo osoba uzależniona od podróżowania chwyta wiatr w żagle na samą myśl o nowej wyprawie. a to kolejny nowy ląd, do tego położony na Pacyfiku, ukształtowany jako dziwny kaprys natury, chwilowy w szerokim i geologicznym tego słowa znaczeniu. i ci ludzie, potomkowie dawnych osadników tahitańskich, z tymi swoimi polinezyjskimi twarzami, o wyglądzie niespotykanym w innych częściach świata. o zupełnie innej kulturze, tak bardzo dla nas egzotycznej.. z drugiej jednak strony Hawaje to przecież koniec świata. dla nas Polaków, to zdecydowanie o kilka mostów za daleko. jak widać na załączonym obrazku, ponad 19000km od brzegów RPA, 11000 od Szwecji, ponad 8000 od Chin, podążając w drugą stronę. na końcu świata, pośrodku niczego. wyjątkowo, ale przesadnie daleko. rozumując więc względami czasowo-ekonomicznymi to wycieczkę ta można sobie spokojnie podarować, lub przynajmniej odłożyć na .. jakąś okazję przebywania w tej części świata. podobnie jak zrobiliśmy to my..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

co więc oferują nam Hawaje, czego nie oferują bliższe nam miejsca? na pewno wspaniałą, niezmienioną od tysięcy lat naturę. wulkany, wulkaniczne masywy górskie, najczęściej pokryte bujną zieloną roślinnością zwrotnikową -- efekt zmian ciśnienia i temperatury, bliskości morza i względnie wysokich gór. powietrze, cudownie wilgotne, czyste. i plaże. jak można się tego spodziewać są wszędzie: szerokie, piaszczyste, złote, odludne. tak, tak, właściwie tylko Waikiki Beach w Honolulu jest przepełniona. cała reszta plaż na Oahu zaprasza pustymi przestrzeniami i lazurowym odcieniem wody. a Oahu to przecież 90% wszystkich mieszkańców archipelagu! cała reszta pięknych wysp: Niʻihau, Kauaʻi, Molokaʻi, Lānaʻi, Kahoʻolawe czy Maui to miejsca, w których przez godziny przemieszczania się możemy nie spotkać innych ludzi. podobno, bo niestety tam nie dotarliśmy. no i te czarujące widoki wyłaniające się zza każdego zakrętu nadmorskiej drogi, zza każdej doliny masywu wulkanicznego. tak, wielbiciele samotnej kontemplacji natury odnaleźliby na Hawajach swoje miejsce..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

kultura. owszem, jest. pielęgnuje się tam zwyczaje, język i religie ludów tubylczych. pierwsi osadnicy napływali tu z Tahiti i to właśnie Polinezyjczycy stanowią trzon hawajskich ludów pierwotnych. ich język, dziwne i zbyt nagminne dla naszych języków połączenie samogłosek o i a ze spółgłoskami h i k, spotykany jest na każdej ulicy, w większości sklepów, słyszalny jest na chodnikach. Ua mau ke ea o ka aina i ka pono to kwintesencja Aloha State. no właśnie, aloha w lokalnym języku to takie nasze cześć, używane na początku, jak i na końcu spotkania. wygląda więc, że przydomek stanu Hawaje jest jednoczesnym uwypukleniem kulturalnych różnic tych ziem, i podkreśleniem przyjaźni ich mieszkańców.

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

nie zapominajmy jednak, że Hawaje są jednym z 50 stanów Ameryki. i co się z tym wiąże, są oczywiście na wszystkich frontach zamerykanizowane. fast foody, drogie markowe sklepy w centrum Honolulu, samochody, hotele i cały ton pieprzony bogaty świat. żeby odnaleźć prawdziwe walory archipelagu, trzeba się niestety ruszyć i trochę poszperać na własną rękę. podsumowując więc: nasza europejska Chorwacja w niczym Hawajom nie ustępuje. jest taka samo piękna, tak samo pociągająca, tyle że tańsza i zdecydowanie nam bliższa. widoki ofkors trochę inne, ale Europa nie ma się czego wstydzić. czy więc wrócimy jeszcze w to miejsce? chyba nie. warto pojechać raz, zobaczyć, przekonać się co i jak, pośmiać podczas rozmowy z Polinezyjczykiem sprzedającym korale, ale nie jest to, przynajmniej dla nas, jakoś super pociągająca destynacja. na świecie jest tyle ciekawych miejsc, że trochę szkoda byłoby mi czasu na Hawaje v2. a już na pewno nie zatrzymałbym się po raz drugi na Oahu. Amerykanie wybierają Kauai, wyspę ogród, czy Big Island (wyspę zwaną po prostu Hawaii), która jest tworem najnowszym, wciąż się formującym, kipiącym lawą... boczne drogi, to coś co nas przecież najbardziej pociąga..

Hawaje cz. XV -- wrażenia..

28

sty
2011

Hawaje cz. XVI -- hawaiian dance..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:09

ahh, zapomniałbym o najważniejszym ;) miejscowi starają się popularyzować swoją kulturę więc w okresie letnim, który zresztą trwa na Oahu przez okrągły rok, odbywają się liczne happeningi. na plaży, pod bezchmurnym niebem, na głównej ulicy Honolulu, na lokalnym targu, w restauracjach -- wszędzie można popatrzeć na klasyczny hawajski taniec.. poniżej składanka z kilku takich pokazów.. i na tym zamykamy Hawaje.

30

sty
2011

Kuba -- jutro odlot na południe..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:14

jeszcze się ciuchy walają po sypialni, jeszcze ostatnie przeszukiwanie neta, porozrzucane wydruki, jakieś luźne notatki.. pakowanie sprzętu fotograficznego, przejściówki, zapasowe karty. w tygodniu przeszliśmy już mentalne przygotowanie, był dobry dokument o Fidelu i Buena Vista Social Club z Netfliksa. 2 pary spodenek, klapki, szalik Górniczka i 7 koszulek -- jutro lecimy na Kubę. wypad na wyspę skrystalizował się w ciągu tygodnia, nie zdążyłem wszystkiego pozałatwiać, nie wrzuciłem kolejnych notek na stronę, a teraz będzie dłuższa przerwa. tam podobno jest ciężko z internetem, więc nie będzie relacji na bieżąco..

plan z grubsza wygląda następująco: Hawana przez pierwsze 2 dni, trzeciego bierzemy auto i uderzamy na wschód. wczoraj był Jarek, który z Kuby wrócił tydzień temu, i zachwalał Cienfuegos i Santa Clara. będziemy kierowali się w stronę Trinidadu, a później Sancto Spiritus. jeśli się uda wyrobić czasowo to zahaczymy jeszcze o Remedios, podobno miła mieścina pozbawiona ruchu turystycznego. odpuszczamy plaże, rekiny, krokodyle i, z bólem serca, zachodnią stronę wyspy. próbowałem jakoś upchnąć Viñales w ten mój ogólny plan, ale nijak nie chce mi wejść do tygodniowego pobytu u Fidela. dobrze, że ostatnio poczytałem trochę Stasiuka, ten facet zawsze mnie pozytywnie nastroi przed wyprawą: wczesne wstawanie, poranna kawa gdzieś na ławce, obserwacja budzącego się do życia miasteczka. lokalny świat, jak każdego dnia dzieci do szkoły, mężczyźni w tą, kobiety w tamtą. lokalne problemy i ja neutralny z moim Nikonem i zerową znajomością hiszpańskiego między tym wszystkim. klasyka gatunku. taki mam więc plan, byle dobrze wykorzystać najbliższe 8 dni..

08

lut
2011

Kuba zakończona pomyślnie..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:36

nasze 8 dni na Kubie upłynęły szybko i aktywnie, bezproblemowo również wróciliśmy do Stanów, ale strach, który przeżyliśmy wracając do US trochę nas potrzymał. wszystko przez kanadyjskie pieczątki w paszporcie koło wiz amerykańskich, więc odpadał nasz bajer ze spędzaniem czasu na nartach w Whistler. na szczęście wszystko poszło sprawnie i stanęło na wyjaśnieniu, że przez 9 dni w Kanadzie celebrowaliśmy Agaty urodziny..

Kuba czadowa, oryginalna, inna. jeśli po wyprawie na Białoruś mówiłem o podróży w czasie o 20 lat, to w przypadku Kuby cofnęliśmy się o lat 40-50! teraz już rozumiem słowa Ryszarda Kapuścińskiego o zagubieniu się podczas jego pierwszej wyprawy do Indii -- wszystko co go otaczało było tak niezrównanie nowe, nieznajome, przytłaczające. nie wiadomo za co się chwycić, czym się zająć, bo wszystko budzi emocje, porusza, skłania do poznania. wszystkiego poznać i zgłębić przecież się nie da, a otaczający świat rozrywa, rozwleka uwagę na wszystkie strony. podobne uczucie miałem teraz w Matanzas po opuszczeniu lotniska w Varadero -- przytłoczenie emocjami, gdziekolwiek się człowiek spojrzy tam widzi coś nowego. to samo w Hawanie, szczególnie tej zaniedbanej, tej prawdziwej, naturalnie kubańskiej. wkrótce szerszy opis podróży i dokładna relacja fotograficzno-filmowa. wkrótce, czyli za mniej więcej 2 tygodnie, powinienem do tego czasu uporać się z zaległościami..

Kuba

Kuba

11

lut
2011

mroźna Pensylwania skuta lodem..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:22

wracamy do naszej grudniowej wycieczki do Artura i Kerry w Pensylwanii. kuzyn Agaty mieszka z rodziną w Erie, nad jednym z pięciu Wielkich Jezior rozłożonych między Stanami a Kanadą. stan jak to na wschodzie, płaski i podobny do Europy, ale samo otoczenie jeziora piękne i niecodzienne. jezioro bowiem wygląda jak morze -- jest piaszczysta plaża, latarnie morskie i falochrony. woda w nich jest słodka, a natura wokoło pięknie zagospodarowana. zimy mają tam piekielnie mroźne, a niska temperatura w połączeniu z porywistym wiatrem tworzą niesamowite krajobrazy. ciężko, naprawdę ciężko było tam wytrzymać 15 minut przy -15 stopniach na dworze i temperaturze odczuwalnej dwukrotnie niższej. lodowa pustynia, krajobraz uformowany siłami natury, oszalałe brunatnoniebieskie chmury pędzące nad nami, prawie kompletny brak słońca. bure, groźne fale, jak wody Arktyki, a może bardziej Antarktydy i mróz wdzierający się wszędzie mimo 10 warstw ubrania. ale mam teraz jako takie pojęcie o doświadczeniach Roalda Amundsenena, który na czele polarnej ekspedycji na biegun południowy spędził w takich warunkach 2 lata.

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

mroźna Pensylwania skuta lodem..

14

lut
2011

Jagielscy&Ankudowicze

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:56

2 rodziny zostały na lodzie..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

Jagielscy&Ankudowicze ..

14

lut
2011

w Pittsburghu na chwilę..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:50

przez lata Pittsburgh kojarzył mi się z węglem, stalą, hutami i całym tym przemysłowym brudem. to efekt baaardzo długiego grania w Railroad Tycoon jeszcze za czasów Amigi -- woziło się to i owo własnymi pociągami, a 'miasto stali' przyjmowało w tej układance całkiem ważną przemysłową rolę. no takie nasze Katowice... gdy po latach zawitałem do Pittsburgha po przemyśle ciężkim nie został już nawet ślad, a miasto z zakurzonej gęsi przemieniło się w pięknego łabędzia. ładne downtown, siedziba wielu firm, ogromne centrum bankowo-biznesowe, piękne stadiony sportowe (grają tu Penguins w hokeja i Steelers w futbol, tydzień temu walczyli w Super Bowl, oglądałem na Kubie), muzea. chyba fajnie się tam mieszka..

w Pittsburghu na chwilę..

w Pittsburghu na chwilę..

w Pittsburghu na chwilę..

w Pittsburghu na chwilę..

14

lut
2011

Re: na świecie drukowane są dwie mapy kuli ziemskiej..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:13

może ktoś z Was kojarzy fragment o mapach świata w Imperium Wielkiego Mistrza Kapuścińskiego. cytowałem go tutaj, jeszcze z Gliwic na początku 2006 roku:

"na świecie drukowane są dwie mapy kuli ziemskiej.

jedną rozpowszechnia 'The National Geographic' (USA) -- na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży kontynent amerykański, otoczony przez dwa oceany -- Atlantyk i Pacyfik. były Związek Radziecki jest rozcięty wpół i rozmieszczony dyskretnie po obu krańcach mapy, tak by nie straszył dzieci amerykańskich swoim ogromem. zupełnie inną mapę świata drukuje Instytut Geografii w Moskwie. na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży były Związek Radziecki, który jest tak duży, że przygniata nas swoimi rozmiarami, natomiast Amerykę rozcięto na pół i rozmieszczono dyskretnie po obu krańcach mapy, aby dziecko rosyjskie nie pomyślało sobie: Boże! ależ ta Ameryka jest wielka!

tak oto dwie mapy kształtują od pokoleń dwie różne wizje świata.

w czasie wędrówek po obszarach Imperium zwróciło moją uwagę między innymi to, że nawet w opuszczonych i zapadłych miasteczkach, nawet w pustych niemal księgarniach z reguły była do kupienia wielka mapa tego kraju, na której reszta świata znajdowała się jakby na drugim planie, na marginesie, w cieniu.

mapa jest dla Rosjan rodzajem wizualnej rekompensaty, swoistą emocjonalną sublimacją, a także przedmiotem nieskrywanej dumy. służy ona także do tłumaczenia i usprawiedliwiania wszelkich niedostatków, błędów, biedy i marazmu. za duży kraj, żeby dało się go zreformować! -- tłumaczą przeciwnicy reform. za duży kraj, żeby dało się go posprzątać! -- rozkładają ręce dozorcy od Brześcia do Władywostoku. za duży kraj, żeby wszędzie dostarczyć towar! -- burczą ekspedientki w pustych sklepach.

wielki rozmiar, który wszystko wyjaśnia i rozgrzesza. pewnie, gdybyśmy byli takim małym krajem jak Szwajcaria, też wszystko chodziło by u nas jak w zegarku! patrzcie, jaka ta Holandia malutka, żadna sztuka mieć dobrobyt w państwie, które ledwie widać na mapie! a weź nas i spróbuj dać każdemu, co by chciał -- każdemu u nas nie dasz!"


teraz, po kilku latach, zdobyłem na potwierdzenie tej tezy dowód. oto zdjęcie mapy z pittsburskiego muzeum nauki, czyli wersja amerykańska tego globalnego mapowania nazwana po prostu THE WORLD, czyli świat ze Stanami pośrodku:

mapa amerykańska..

16

lut
2011

Cleveland Hopkins International Airport, 6.00am

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 04:43

szósta rano, przesiadka po nocnym locie :]

Cleveland..

Cleveland..

21

lut
2011

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie.

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 20:34

w sobotnie popołudnie po raz pierwszy w życiu postrzelałem sobie z ostrej amunicji.. Lance, mój bezpośredni przełożony, od zawsze chwalił się, że jego kolekcja broni przewyższa niejeden komisariat policji w jego rodzinnym Teksasie. Steve'a, drugiego snajpera z mojej firmy, w ogóle nie postrzegałem jako maniaka broni, a karabinów i pistoletów ma w swoim arsenale kilkanaście. po amerykańsku przyznał mi w sobotę, że 'gdyby coś się działo' to jest w stanie wyposażyć w broń ostrą całą swoją rodzinę i większość sąsiadów. tak na wypadek, gdyby coś się działo..

strzelaliśmy w lesie, u podnóża gór Kaskadowych, co powodowało, że każdy strzał wracał do nas zwielokrotnionym echem. strzelaliśmy m.in. do senatora, czyli ulicznej tabliczki politycznej, a odrzut, zapach prochu i huk zagwarantowały podniesienie adrenaliny na wyższy poziom. na początku chłopaki wprowadziły w 4 podstawowe zasady bezpieczeństwa, później w postawę, celowanie i magiczne pociągnięcie spustu. pierwsze trzy strzały z kałacha były nawet celne! ogólnie mieliśmy trzy rodzaje AK47 (rosyjski, oraz odmiany, polską i rumuńską), dwa glocki, kaliber 9mm oraz potężny shotgun o dużym odrzucie. to tylko kilka wybranych armat -- całą resztę trzymają w domu i strzelają sobie na zmianę. ciekawe jest prawo w Stanach -- do posiadania broni i ostrej amunicji nie wymagane jest żadne pozwolenie. każdy może sobie kupić Kałasznikowa, a ceny są bardzo miłe dla kieszeni, od 300-400 dolarów uesde za używany karabin. jedynym obostrzeniem jest zakaz bezpośredniego przesyłania broni kurierem -- tzn jeśli Lance kupuje karabin od Steve'a to w transakcję wmieszana jest jedna z państwowych agencji sprawdzając broń i jej numery seryjne. w obiegu zwykłym są natomiast tylko cywilne odmiany karabinów, tak więc różnią się one od wersji wykorzystywanych w armii..

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

z cyklu mój pierwszy raz: strzelanie

23

lut
2011

Vancouver -- street

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:20

trochę brudnych zimowych fot z ulic Vancouver.. początkowo chciałem złapać trochę Azjatów, ale po 10 minutach miałem na matrycy samych Azjatów, więc celem samym w sobie było znalezienie kogoś o nie-skośnych oczach. Vancouver jest wręcz zalany przesiedleńcami z Hong-Kongu i Chin (tak, bo imigracja postępowała gdy HK miał dopiero przechodzić z rąk angielskich do chińskich) oraz studentami z Japonii..

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

Vancouver -- street

24

lut
2011

z cyklu mój pierwszy raz: chleb.

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 02:54

z powodu braku jakościowej alternatywy (a także akceptowalnego substytutu) podstawowego elementu spożywczego w kraju za oceanem postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. jest to więc nasz wspólny pierwszy raz, ale jak widać na załączonym obrazku, bijący na głowę to miękkie, kwadratowe, jasne i słodkawe coś, co nam tu oferują w plastikowych workach. nasz wypiek oczywiście bazuje na hodowanym przez cały tydzień zakwasie i najlepiej smakuje z samym masłem..

z cyklu mój pierwszy raz: chleb.

26

lut
2011

Vancouver -- Museum of Anthropology..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:00

bardzo ciekawe muzeum antropologii przy University of British Columbia skupiające się głównie na historii Indian Kanadyjskich. w Kanadzie określa się ich mianem Narodów Pierwotnych (First Nations) zamieszkujących w przeszłości obszary dzisiejszej Kanady. była to jedna z trzech rdzennych grup ludności w Kanadzie. więcej informacji na wiki: muzeum, Indianie.

Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology.. Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology.. Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology.. Vancouver -- Museum of Anthropology..

Vancouver -- Museum of Anthropology..

28

lut
2011

śladem seriali: Men in Trees..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 06:24

po Przystanku Alaska, Miasteczku Twin Peaks i Zagubionych przyszła pora na kolejne serialowe miejsce -- tym razem udaliśmy się z wizytą do kanadyjskiego miasteczka Squamish, żeby przyglądnąć się scenom znanym z popularnego przed kilku laty serialu Men in Trees. w Polsce produkcję wyświetlał TVN pod oryginalnym, jak to zwykle u nas bywa tytule, 'Uwaga, faceci!'. serca widzów serialu miękły przy ciepłym i barwnym przedstawieniu losów niewielkiej społeczności zamieszkującej Elmo -- zagubione gdzieś w niedostępnych przestrzeniach Alaski miasteczko. pierwowzorem produkcji był oczywiście Przystanek Alaska, więc kto oglądał przed laty klasykę z pewnością doceni kręcone 20 lat później Men in Trees. podobnie jak w Northern Exposure, mamy tu do czynienia z konfliktem dwóch kultur -- wyjętego gdzieś z wielkiego świata głównego bohatera (w obu przypadkach z Nowego Jorku) oraz małomiasteczkowej, hermetycznej jak cholera, społeczności..



położone w Kolumbii Brytyjskiej Squamish było główną lokacją zewnętrznych scen serialu kręconego przez ABC (wnętrza, jak to zwykle bywa, kręcono już w studiu filmowym). co więc znaleźliśmy na miejscu? na pierwszy ogień poszła knajpa i hotel Chieftain, który pod tą samą nazwą przewijał się w niemal każdym epizodzie. na potrzeby serialu zaadaptowano nawet rzeczywistą nazwę tego miejsca. następnie przeszliśmy główną ulicą i dotarliśmy do ławki, na której kręconych było kilka 'głębokich' rozmów i życiowych rozterek mieszkańców miasteczka. fotka 4 przedstawia jedyną w Squamish księgarnię, w której główna bohaterka reklamowała swoją książkę. reszta zdjęć została zrobiona w klubie jachtowym, który na potrzeby serialu przemieniono w niewielkie wodne lotnisko. była to jedyna droga kontaktu z cywilizacją i miejsce wielu scen produkcji.. kilka innych miejsc znajduje się w bliskiej okolicy Squamish, ale pora zimowa odebrała nam chęci zwiedzania okolicy. 100 metrów od klubu jachtowego znajduje się lokalny browar i ... na tym pozostaje mi zakończyć relację z Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

śladem seriali: Men in Trees..

01

mar
2011

z cyklu mój pierwszy raz: football

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:47

rozrasta się mój nowy dział poznawczy -- ale to dobrze, bo jak powiedział ktoś sławny przed laty, poznawać znaczy żyć. jeśli nikt tego wcześniej nie powiedział, to możecie odtąd zwać to prawem tomxx-a. swój kolejny pierwszy raz, tym razem w futbolu amerykańskim, zaliczyłem na stadionie University of Washington, w meczu miejscowych Huskies z rówieśnikami z Arizona State University, którzy w lidze uniwersyteckiej noszą groźnie brzmiący przydomek Słonecznych Diabłów (Sun Devils)..

jak na Seattle przystało, równo z naszym wejściem na stadion oberwało się niebo. miliony litrów wody lunęło z nieba, jakby ktoś tam na górze przechylił jakiś wielki, mieszczący całe jeziora, zbiornik z wodą. nie muszę chyba nadmieniać, że w tych stronach taka pogoda zdarza się całkiem często, więc przemoczenie od stóp do głów na nikim na stadionie nie zrobiło wrażenia. a już szczególnie na tych, którzy siedzieli pod dachem.. lało przez pełne 3 godziny, ale po pierwszych 10 minutach i tak nie mieliśmy na sobie niczego suchego, więc i tak było nam wszystko jedno..

ale od początku: Huskies grają w lidze uniwersyteckiej. w Ameryce jest wiele lig, z których jednak najważniejsze to liga zawodowa (National Football League (NFL)) oraz liga uniwersytecka (College football). obie ligi są w kraju niezwykle popularne, obie przyciągają na trybuny dziesiątki tysięcy kibiców, a przed telewizory całe miliony. i teraz uwaga: liga uniwersytecka pod względem popularności wcale nie ustępuje lidze zawodowej, a niektóre stadiony mieszczą ponad 100 tyś osób. i co najważniejsze są regularnie wypełniane po brzegi. ciężko sobie to wyobrazić, szczególnie, że w polskich realiach na rozgrywki wyższych uczelni przychodzi zwykle 55, w porywach do 90 osób. w Ameryce rozgrywki te zajmują zaszczytne miejsce, są regularnie transmitowane przez ogólnokrajowe telewizje, stają się sposobem na współzawodnictwo startujących w niej uczelni (uniwersytety, college, akademie wojskowe). kilku kolegów z firmy już przed rokiem mówiło mi, że liga uniwersytecka jest czystym pięknem -- gracze nie posiadają może tak wysokich umiejętności jak w lidze zawodowej, ale nadrabiają wrodzonym talentem, fantazją, wolą walki. do zainteresowania, pasji wręcz, dochodzi intensywne identyfikowanie się publiczności ze swoimi drużynami. futbol interesuje każdego studenta danej uczelni, a to pociąga za sobą zainteresowanie ich partnerów, rodziców, sąsiadów, czy wieloletnich mieszkańców miasta czy nawet stanu. to wszystko powoduje, że football (a nie koszykówka, baseball czy hokej) jest najbardziej popularnym sportem w tym kraju.. jak mawiają miejscowi, jest sportem dla twardzieli. czyli Amerykanów.

impreza zaczyna się jednak przed stadionem. w dniu meczu, od samego rana na gigantycznych parkingach gromadzą się ludzie. przyjeżdżają swoimi vanami, z całymi rodzinami, rozpalając grille, otwierając piwa, bawią się, przygotowują do meczu. setki dymów z przenośnych grillów i ostry zapach smażonego mięsa, a wszystko to wcale nie w lesie, tylko na ogromnym betonowym parkingu, tworzą niezapomniany widok meczowego pikniku. żeby było śmieszniej, stawiane są anteny satelitarne, a znaczna część kibiców ogląda cały mecz w telewizji. nie chodzi tu nawet o bycie na stadionie i kibicowanie na żywo -- priorytetem jest sama obecność w okolicy stadionu, wczucie się w klimat, pielęgnowanie kultury. do teraz nie mogę tego zrozumieć, choć (a może właśnie dlatego) przejechałem za swoją drużyną tysiące kilometrów po całej Polsce. na stadion, owszem, nie wszedłem kilka razy, ale powodem był brak biletów, bójka z policją, zatrzymany pociąg, nigdy własna decyzja i przedłożenie wygodnego fotela, grilla i piwa, nad głośny śpiew dla swojej drużyny. ale jak już pisałem, football rządzi się swoimi prawami..

stadion Husky mieści obecnie 72 500 widzów, został zbudowany w 1920 roku, obecnie jest więc reliktem, 90-letnim dziadkiem, który jednak przeszedł bardzo wiele. swoistym fenomenem jest fakt, że przy stadionie znajduje się niewielki port jachtowy, więc część kibiców przypływa na mecze .. łódkami. w przyszłym roku stadion będzie przebudowywany, a inwestycja ($260 mld) uczyni z niego najdroższy stadion uniwersytecki w kraju. piszę to tytułem wstępu, gdyż na meczu z Arizoną na stadion weszło ok 65 000 kibiców. 65 koła na meczu uniwersyteckim!! toż w Europie nawet nie ma tak pojemnych stadionów, a mecze mistrzostw Europy ogląda ostatnio połowa tej liczby. tego typu obiekty można więc porównywać z największymi tego świata, takim Camp Nou, czy Maracaną.. niech nie zdziwią Was poniższe zdjęcia i puste miejsca -- fotki trzaskałem głównie przed meczem i w jego przerwie..

o footballu pisał nie będę, bo się na nim nie znam. dzięki Jarkowi (jego syn gra w Huskies, znalazłem się na stadionie tylko dla tego, że mnie ze sobą zabrał) poznałem podstawowe reguły i miło zaskoczyłem się atrakcyjnością gry. wcześniej miałem kontakt z baseballem (w 2004 roku byliśmy na meczu w Filadelfii), ale to jakby porównywać wyścigi Formuły 1 z szachami. football więc da się oglądać, choć jak każda dyscyplina ma swoją specyfikę i .. mnóstwo przerw na reklamy telewizyjne. skupię się jednak na jeszcze jednym aspekcie, który wprowadza pewną formę narodowej psychozy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. każdy mecz wiąże się z pewnymi rytuałami na które składają się występy szkolnych orkiestr marszowych, pokazy cheerleaderek, zespołów akrobatycznych i wszystkich innych możliwych przebierańców. stadion żyje, tętni, krzyczy, buczy, w zależności od sytuacji na boisku i od tego, kto aktualnie ma piłkę. przed meczem, ale głównie w przerwie, cały obszar gry zapełnia się zespołami muzycznymi, często reprezentującymi kilkanaście lub kilkadziesiąt różnych szkół. trwa zabawa, która przez lata stała się ważną częścią amerykańskiej kultury.. inne grupy starają się kierować dopingiem w niecodzienny dla europejczyków sposób -- dziewczyny podnoszą do góry ogromna tablicę z napisem NOISE, a 20 tysięcy kibiców ubranych w jednolite uniwersyteckie barwy (w tym przypadku ostry fiolet z żółtawą literą W) jak jeden mąż zaczyna robić hałas. tradycją University of Washington jest pies Husky, więc gdy trzeba tak na poważnie wystraszyć przeciwnika rozpoczyna się szczucie. wyobrażacie sobie dziesiątki tysięcy fanów szczekających z trybun na zespół gości? no takie coś trzeba chociaż raz w życiu przeżyć ;) zresztą, zapraszam do galerii poniżej.

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

08

mar
2011

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:14

przyszła pora na Kubę -- na opowieść o kraju tak innym, że na jego opisanie brakuje mi słów. na opowieść o skansenie socjalizmu, na podróż w czasie i przypomnienie sobie ojczystego kraju, o wiele bardziej znanego z filmów niż z wczesnego dzieciństwa..

wczesnym rankiem lądujemy na lotnisku w Varadero. jest styczeń, większość dzieci tego świata lepi bałwany lub zjeżdża na sankach, a nas wita słońce, wysoka temperatura i delikatny, orzeźwiający wietrzyk. lotnisko jak w Katowicach w latach osiemdziesiątych. czerwono-żółta buda położona gdzieś pośrodku plantacji trzciny cukrowej, kryta blachą falistą, z dwoma zabytkowymi wozami strażackimi. mamy problem z przekroczeniem granicy: młoda pani celniczka zostawia nas na sam koniec i woła przełożonego. we dwójkę próbują rozwikłać zagadkę pary Polaków, którzy mając bezpośredni lot z Warszawy, fruną z Kanady, a na dodatek mieszkają w Stanach. tłumaczymy, uśmiechamy się, wyginamy i liczymy na wyrozumiałość. udaje się -- po kilkunastu minutach, osamotnieni w hali przylotów, zostajemy wpuszczeni na terytorium Socjalistycznej Republiki Kuby.

powiedziano nam, że pieniądze warto wymienić na lotnisku. na Kubie obowiązują dwie waluty: peso kubańskie (CUP), przeznaczone tylko i wyłącznie dla zwykłych obywateli i kubańskie peso wymienialne (peso convertible, CUC). rząd Kuby trochę pogłówkował i doszedł do słusznego wniosku, że w tradycyjnej walucie niewiele na turystach zarobią. wprowadzili więc do obiegu walutę tylko dla obcych, która początkowo wymienialna była w stosunku 1:1 z dolarem amerykańskim, a gdy ten zaczął słabnąć, przerzucili się na wartość zbliżoną do Euro. i od razu dodam, Kuba nie jest krajem tanim. z turysty zdziera się tu na każdym kroku, ceny są światowe, ustabilizowane i generalnie ciężko się targować. Kubańczycy kombinują jak my w minionej epoce: oficjalnie zarabiają grosze, na nic ich nie stać, ale jakimś cudem mają wszystko. napiszę o tym fenomenie w późniejszej notce, bo to dobra szkoła życia..

no więc wymieniam pieniądze. kasjer wydaje szybko, niby liczy, a jednak niedbale rzuca wszystkimi możliwymi nominałami, po czym z pośpiechem woła następnego z kolejki. odchodzę na bok, przeliczam pieniądze, co zresztą idzie mi wyjątkowo opornie, bo to zupełnie nowe banknoty, z których spozierają na mnie dystyngowane i zupełnie nieznane wcześniej persony. i oczywiście rachunek mi się nie zgadza, brakuje 12 peso, czyli jakieś 17 dolców. zwykły turysta nie zauważy, ale ja jestem tomxx, z Polski, mnie nie tak łatwo zrobić na kasę. wracam do okienka, koleś trochę się miota, ale wydaje brakującą kwotę. trochę nieprzyjemny początek wyprawy, ale warto nadmienić, że był to jedyny nieprzyjemny moment całego pobytu w kraju Fidela. podczas pozostałych dni spędzonych na wyspie nie spotkaliśmy się już z żadnym, najmniejszym nawet, przejawem negatywnych emocji. o ludziach napiszę więcej w kolejnych notkach..

jak już pisałem wcześniej, najtańszą formą wyjazdu na Kubę jest zorganizowana wycieczka. kanadyjski pakiet wakacyjny, czyli przelot, hotel, wyżywienie to koszt ok 50% standardowej ceny przelotu. rzadko korzystamy z takiej formy, ale tutaj nie było żadnej alternatywy indywidualnego wyjazdu. przed halą lotniska czeka na nas 20 autokarów, które rozwożą Kanadyjczyków po kurortach w całym kraju. nowiutkie, pachnące autobusy, podróby znanych marek światowych. wszystkie zostały przysłane przez braci z Chińskiej Republiki Ludowej. Chińczycy kopiują wszystko, a za kolonie, obozy językowe swoich dzieci płacą podrabianymi autobusami, samochodami i tanią elektroniką. ale do rzeczy: wyjeżdżamy z lotniska i już pierwsze mijane miasteczko -- Matanzas -- rzuca mną na podłogę. toż to socjalizm w swoim pełnym rozkwicie: te masywne budynki, malowane wysokie krawężniki, rozległe skrzyżowania, hasła polityczne, slogany partyjne, murale z hasłami w stylu: 'socialismo o muerte', socjalizm albo śmierć. ludzie grupkami stoją na poboczach, niewielu stać tu na własny samochód, czekają na okazje, ładują się po 8 osób do starych amerykańskich samochodów, czy po 30 na zdezelowaną pakę radzieckiej ciężarówki. policjanci na rogatkach kierujący ruchem. jest kolorowo, upalnie, inaczej. a ja właśnie tej inności poszukuję. w tym właśnie momencie wiedziałem już, że dobrze będę się tu czuł, bo jeśli opisywałem Białoruś jako 30-letnią wędrówkę w czasie, to na Kubie, z małymi wyjątkami, cofamy się do wczesnych lat pięćdziesiątych..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

Kuba cz.I. -- przylot i pierwsze wrażenia..

11

mar
2011

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 03:39

La Habana. stolica nowej ziemi, kolonialna perła, centrum karaibskiego świata. bogata, czasem dramatyczna 500-letnia historia obfitująca w czasy bujnego rozkwitu i czasy burzliwych upadków. założona przez hiszpańskiego konkwistadora Diego Velaqueza w 1515 roku, wielokrotnie atakowana przez piratów, przez większość swojego istnienia należała do Hiszpanii. od 1902 roku, po proklamowaniu nowej republiki, Hawana jest stolicą Kuby..

nasz hotel położony był kilkanaście kilometrów na wschód od stolicy. dojazd bezproblemowy: na trasie kursują autobusy tylko dla turystów i za 3 CUC (bilet obowiązuje w dwie strony) w ok 30 minut dostajemy się do samego centrum Hawany. na drogach muzeum, wibrujący zapach spalin, ale sam asfalt w lepszym stanie niż w Polsce. rzucają się w oczy czyste i zadbane pobocza: zielona, równo przystrzyżona trawa, zadbane palmy, równe chodniki. mijamy rogatki, na których rozstawione są posterunki policji -- wszystkie pojazdy przejeżdżają przez bramki (coś jak na naszych płatnych autostradach), policjanci stoją po obu stronach, czasem zatrzymują, ale tylko miejscowych. wjeżdżamy do stolicy, autobus zatrzymuje się przy Parque Central, wysiadamy na przeciwko kultowego Inglaterra Hotel, najstarszego i najdłużej nieprzerwanie działającego hotelu w stolicy Kuby..

Hawana przytłacza. ponownie myślami wracam do Kapuścińskiego i jego pierwszej zawodowej podróży do Indii. nie wiem za co się zabrać -- co fotografować, co podziwiać, czym się dziwić. wszystko robi wrażenie, wszystko budzi emocje. nie chodzi o wielkość, byłem przecież w większych miastach, chodzi o inność kulturową. kręcę się bez sensu, potrzebuję czasu na przyswojenie widoków, zapoznanie się z mapą. przez pierwszą godzinę nie robię żadnego zdjęcia.

przewodniki zalecają zabrać na Kubę jakąś część nowoczesnego świata. koszulki, długopisy, plastry. wszystko się przyda, wszystko ucieszy miejscowych, poprawi poziom życia populacji. bzdura, Hawańczycy mają wszystko (podkreślam Hawańczycy, potem miało się okazać, że reszta kraju nie ma nic i przewodniki się nie myliły), chodzą modnie ubrani, kobiety kolorowo, mężczyźni komercyjnie. na pierwszy rzut oka ludziom do szczęścia nie brakuje niczego. jest bezpiecznie, po pierwszej godzinie wtapiam się w tłum i nie obawiam się kierować w najciemniejsze wąskie uliczki mimo sprzętu wartego wiele tysięcy w plecaku. to duży pozytyw -- jest tłoczno, ale przyjemnie. turyści mieszają się z miejscowymi, ci pierwsi nieomal wchodzą do pootwieranych na oścież domów tych drugich. zresztą ci drudzy całe życie spędzają na ulicy i ich życie codzienne, ich troski, dyskusje i sama ich obecność jest jakby na wyciągnięcie ręki ludzi z zewnątrz. w miastach europejskich tej wielkości już dawno zanikła kultura życia na ulicy -- Hawana jest przykładem życia socjalnego. każdy zna każdego, widują się codziennie i zawsze mają sobie coś do powiedzenia, przedyskutowania. na środku turystycznej alejki, istnej wieży Babel z wszystkimi językami tego świata, sześciedziesięcioletni Kubańczyk naprawia swoją wysłużoną Ładę. upaprany w smarze, plecami na topiącym się z gorąca asfalcie, wydaje się wręcz nie zauważać słuchającej przewodnika niemieckiej wycieczki emerytów..

włóczymy się po uliczkach Habana Vieja, Starej Hawany.. mapa służy jedynie do wyznaczenia ogólnego kierunku, włóczymy się bez większego celu. kilometr za kilometrem, raz w lewo, raz w prawo, jak nam wypadnie. czasami zza kolejnego prostopadłego skrzyżowania wyłoni się jakiś placyk -- to oaza, chwila odpoczynku, trochę zieleni. na ławkach siedzą miejscowi, a obok nich obcy, tacy jak my, bezwstydnie wkraczając do świata ludzi, którzy w tym miejscu spędzają całe swoje życie. Kubańczycy nie mogą opuszczać swojego kraju, właściwie są tylko dwie grupy ludzi, którzy mają taką szansę. sportowcy i muzycy. a w zasadzie przede wszystkim muzycy, a później sportowcy, Kuba ma fioła na tym punkcie..

przemierzamy kilometry, w pierwszym dniu chyba z 15. jestem skołowany: popadam w zachwyt wspaniałej architektury, potężnego kamienia, krzyczącej wręcz historii, by za chwilę wejść w strefę rozpadu, brudu i zgnilizny. nie chce się wręcz wierzyć, że można mieszkać w takich warunkach, w Kubie sprzed 80 lat, zastałej, nieremontowanej, chylącej się ku upadkowi. napiszę więcej w kolejnych notkach, postaram się zobrazować ten fenomen, choć to wcale nie jest takie proste..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata.. Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata.. Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

Kuba cz.II. -- Hawana, kolonialne serce Nowego Świata..

13

mar
2011

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 05:47

dzisiejsza Hawana to miasto kontrastów. to dwie przenikające się twarze: ta piękna, odurzająca wręcz historycznym przepychem, i ta brzydka, pełna biedy, tandety i upadku. i choć ta druga, szara strona, wciąż dominuje w miejskim krajobrazie, to bogactwo i piękno strony pierwszej za wszelką cenę stara się dojść do głosu. dzisiejsze centrum Starej Hawany jest jak siedemdziesięciolatka po liftingu -- wciąż pamiętąjąca czasy swojej młodości, na siłę i wszelkimi sposobami próbująca ukryć uboczne skutki galopującego upływu czasu. aby prześledzić jej młodzieńcze piękno, jej urok i wystawne życie cofnijmy się w czasie do lat 50-tych minionego stulecia. do Hawany sprzed rewolucji, do Hawany w momencie jej rozkwitu..

Kuba rozwija się dynamicznie, Hawana jest centrum napływu imigrantów z całego świata. dominuje przepych, kwitnie hazard i korupcja, przychody miasta przebijają zyski wypracowane przez amerykańskie Las Vegas. Hawana lat pięćdziesiątych ma wszystko to, czego oczekuje się po najwspanialszych miastach świata: wystawne hotele, wspaniałe restauracje, pełne przepychu nocne kluby i znane osobistości. Frank Sinatra, Marlene Dietrich, Gary Cooper i wielu innych znajdują tu jednak jeszcze coś wyjątkowego: kubański rum, cygara i wyjątkową muzykę. Ernest Hemingway ogłasza, że pod względem piękna z Hawaną konkurować może jedynie Wenecja oraz Paryż. samych tylko kin jest tu 135, więcej niż w Paryżu czy Nowym Jorku. po ulicach jeżdżą najnowsze samochody, architektura miasta oszałamia. do tego pogoda i kobiety, wielu uważa, że najpiękniejsze na świecie..

później przychodzi rewolucja i wieloletnie niszczące rządy Fidela Castro. miasto zwalnia, naturalnie się starzeje. pomoc przychodzi późno, dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy świat postanowił włączyć się w pokolorowanie stolicy Kuby. zapraszam więc do tej wyliftingowanej pieniędzmi UNESCO Hawany, do tego skrawka sztucznie odnowionej twarzy siedemdziesięciolatki, która, choć coraz starsza, to wciąż ma w sobie coś z urzekającego piękna swojej młodości..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu.. Kuba cz.III -- Hawana, seniora po liftingu..

15

mar
2011

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:27

wkraczamy w tą brzydszą część Hawany. w miasto rozsypujących się budynków, nietkniętych ręką dbającego człowieka od wielu dziesięcioleci. w brudne, śmierdzące uliczki, w pył, kurz i ekstremalny poziom zniszczenia i pranie, wszędzie suszące się pranie, jakby motyw przewodni tego miejsca. czasami wystarczy przejść raptem 50 metrów, by z zapierających dech w piersiach zabytków przenieść się w świat ogólnej degrengolady. co najgorsze, społecznie przyzwolonej i ogólnie akceptowalnej.. nie chodzi o to, że jest brudno od śmieci. nie, śmieci się walają, jak wszędzie zresztą, ale cały ten syf bierze się z sypiącej się architektury, z zawalającego się na oczach świata pięknego miasta. Lwów przy tym nie może być nawet określany jako miasto zaniedbane..

ale ludzie nadal tu mieszkają. czasami aż ciężko pomyśleć, że w tej ruderze, w tym zlepku pokrzywionych ścian podtrzymywanych drewnianymi balami, bez okien, bez schodów, mogą nadal mieszkać ludzie. zresztą, gdzie indziej mogą się podziać, nikt o nich przecież nie dba. chodzimy więc tymi uliczkami, jak już napisałem wcześniej, mimo tego szaleństwa czujemy się bardzo bezpiecznie. mijamy lokalne podwórka, place zabaw, boiska do kosza i bramki do piłki kopanej, ławki, trawniki, placyki. wszystko w klimacie Hiroszimy po atomówce w 45 roku.. i całą masę ludzi: tu już jest ta prawdziwa Hawana, bez naciągaczy, ulicznych grajków, ładnych restauracji, sprzedawców śmieci różnorakich, rzemieślników, tancerzy, żebraków czy sprzedajnych dziewek.. tu nikt nie chce nam niczego sprzedać, a cała masa otaczających nas wszelakich darmozjadów nawet nie szczególnie zdaje się nas zauważać. właśnie tego szukamy, właśnie po to tu przyszliśmy...

w jednym z miejsc byliśmy świadkami ciekawej sceny. grupa głośnej młodzieży, klasy naszych dresowych chłopaków na osiedlach z wielkiej płyty, została upomniana przez policjantkę -- młodą, może dwudziestopięcioletnią dziewczynę, w dużej policyjnej czapce wyglądającą na lat siedemnaście. chodziło chyba o zakłócanie porządku, może o głośny śmiech. i w tym samym momencie ich śmiech ucichł, ich miny przybrały poważny wygląd, w ogóle przestali się do siebie odzywać. policjantka odeszła, ale żaden z nich nie wrócił już do głośnej rozmowy. to się nazywa szacunek do władzy..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe.. Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

Kuba cz.IV -- Hawana, miasto upadłe..

17

mar
2011

Kuba cz.V -- Hawana, Trinidad, Cienfuegos kamerą tomxx.net..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 06:37

Kuba w tygodniowym przekroju pod kątem naszego tam pobytu. luźne sceny, słońce i piękna muzyka by Buena Vista Social Club.. first movie made by Agata!

21

mar
2011

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:03

tym razem rekordowa liczba fotek mieszkańców Hawany. lubię fotografować ludzi, szczególnie w takim kraju, gdzie ludzie chcą być fotografowani. najczęściej pytam, czasami tylko gestem, o pozwolenie, bardzo rzadko spotykam się z odmową. czasami zdarza się, że ludzie żądają 1 CUC za zdjęcie -- z forów wyczytałem, że powoli staje się to kubańską tradycją -- ale generalnie z obiektywem witają się przyjaźnie i z uśmiechem. zresztą są do zdjęć przyzwyczajeni -- międzynarodowe masy turystów przelewających się hawańskimi uliczkami wyposażone są w taką ilość sprzętu, że miejscowi są do nich już od lat przyzwyczajeni..

Kubańczycy lubią dyskutować, tym bardziej więc żałuję, że do tej pory nie nauczyłem się hiszpańskiego. ich publiczne dyskusje przybierają nieraz nieobliczalne formy, kłótnie wręcz. kilkukrotnie natknąłem się na takie zgromadzenia odbywające się na różnych pracach Habana Vieja: miejscowi głośno się spierają, gestykulują, krzyczą, na pierwszy rzut oka wszystko to grozi bójką kilkunastu chłopa. gdyby nie gazety i popukiwanie palcami w artykuł lub zdjęcie, w ogóle nie domyśliłbym się, że jest to tylko ich własny sposób na omawianie bieżących wydarzeń..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie.. Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie.. Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

Kuba cz.VI -- Hawana, ludzie..

25

mar
2011

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 04:15



Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto.. Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto.. Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

Kuba cz.VII -- Hawana, stare miasto..

18

mar
2011

Jan Dęgus

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:59

18 marca 2011 zmarł dziadek Agaty - Jan Dęgus. Przeżył 87 lat.

Jan Dęgus

27

mar
2011

fani Górnika w Budapeszcie..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 20:23

kibicowsko jesteśmy gotowi na podibijanie Europy. gorzej z piłkarzami. mam nadzieję, że jeszcze dożyję czasów podróżowania za moim klubem po Europie.. wszyscy zachwycają się Lechem we Wiedniu, Rotterdamie, Manchesterze czy Turynie, a Torcida wcale nie wypadłaby gorzej. próbka umiejętności naszych chłopaków poniżej. meczem tym uczczono pamięć legendy Újpestu Ferenca Szuszy, który był także trenerem Górnika i zdobył z nim dwa Puchary Polski oraz mistrzostwo kraju.

28

mar
2011

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:32

skażcie mnie. historia mnie uniewinni. -- powiedział po aresztowaniu w 1953 roku Fidel Castro. kilka lat później przeprowadził rewolucję, obalił znienawidzonego dyktatora Batistę i wprowadził własny porządek świata. rewolucja to dziś istota egzystencji Kuby. rewolucja jest wszystkim: nadrzędna ideą, wartością kulturalną, celem i podstawą istnienia wyspy. rewolucja jest zakorzeniona, jest wszechobecna, jest wszędzie, począwszy od ludzkiej mentalności po partyjne hasła na murach.

i właśnie z powodu rewolucji i jej skutków odwiedzamy dzisiaj Kubę. świat żyje w dobrobycie i ludzie choć na chwilę chcą przenieść się w inne realia. a realia Kuby to bieda i zacofanie. szczytne hasła, szerokie zmiany i nowy porządek doprowadziły gospodarkę Kuby do ruiny gospodarczej. jeszcze w latach 50-tych XX wieku Kuba była jednym z najlepiej rozwiniętych krajów w regionie. dzisiaj szczyci się tylko szkolnictwem i służbą zdrowia. co ciekawe, ludzie wciąż wierzą w Fidela, wciąż malują wizerunki Che na ścianach. w każdym mieście prężnie działa Komitet Obrony Rewolucji, a idee socjalizmu są pielęgnowane. rozmawialiśmy z kilkoma osobami na Kubie i większość jest zadowolona z obecnego stanu rzeczy -- nieliczni, zwłaszcza młodzi, gestami pokazują, że mogłoby być lepiej, że chcieliby wyjechać, zmienić otoczenie. jedynym sposobem na opuszczenie wyspy jest małżeństwo z odwiedzającym Kubę turystą, ew. turystką. i niektórym się to udaje.. jednego wieczora siedzieliśmy sobie przy piwach z naszymi koleżankami z Vancouver Island, a w pewnym momencie dosiadło się dwóch Kubańczyków. silne, opalone, umięśnione chłopaki z butelką rumu w rękach, rozlewają, częstują, coś tam nawijają po hiszpańsku z 1% znajomością angielskiego. sytuacja była spokojna do momentu, gdy dowiedzieli się, że koleżanki pochodzą z Kanady i do tego są stanu wolnego. wtedy wstąpiły w nich nowe siły. oficjalnie przyznawali, że poszukują żon Kanadyjek i czy one nie byłyby zainteresowane. koleżanki nie były, ale .. może następnym razem ktoś będzie..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku.. Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku.. Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku.. Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku.. Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

Kuba cz.VIII -- Fidel Castro, Che Guevara i rewolucja 1959 roku..

30

mar
2011

Kuba cz.IX -- Kubanki..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:01

Kubanki? owszem są. i powiem wam, że dają radę..

Kuba cz.IX -- Kubanki...

no dobra, żartowałem ;)

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

Kuba cz.IX -- Kubanki...

te ostatnie to pewnie jeszcze dziewczyny, nie kobiety.. nie znam się, nie pytałem.

01

kwi
2011

4 pory roku w Seattle ;)

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 01:15

żeby nie było za pięknie, oto jak nam się żyje na północnym zachodzie..

4 pory roku w Seattle ;)

4 pory roku w Seattle ;)

4 pory roku w Seattle ;)

4 pory roku w Seattle ;)

4 pory roku w Seattle ;)

04

kwi
2011

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:53

ponownie wyruszamy w trasę, tym razem jedyną kubańską autostradą, spod Hawany w kierunku Cienfuegos i Trinidadu. przez płaskie bezdroża, gaje palmowe i niekończące się plantacje trzciny cukrowej w kierunku prowincji, która miała okazać się tą prawdziwą, znaną z podróżniczych opowieści, Kubą..

początkowy plan przewidywał poruszanie się po kraju autobusem. jeśli jest na Kubie coś nowoczesnego to są to dwie linie autobusowe oplatające swymi trasami właściwie całą wyspę. podróżowanie klimatyzowanymi chińskimi pojazdami jest miłe i wygodne, my jednak chcieliśmy poczuć coś więcej. nadarzyła się okazja w postaci naszych dwóch zaprzyjaźnionych Kanadyjek i stanęło na wypożyczeniu samochodu. ceny z kosmosu, jeden dzień to wydatek rzędu 100$, a samochód (również chiński, ofkors), choć jakieś trzy kategorie lepszy niż reszta pojazdów na wyspie, to jednak wydawał nam się co najmniej niewyjściowy. ale jechał, rozwijał prędkość 100km/h, co było tym prostsze, że jedyna krajowa autostrada jest właściwie zupełnie pusta. to pierwsza główna droga krajowa w moim życiu, na której przez kilkaset kilometrów praktycznie nie widywało się samochodów. no dobra, może trochę przesadzam, ale jeden mijany samochód na 15 minut i tak jest nie lada wyczynem. wszystko przez to, że na Kubie, poza większymi miastami, ludzi praktycznie nie stać na samochody. problem wspólnej lokomocji i niezwykle rozwiniętego, właściwie odgórnie nakazanego przez rząd, autostopu omówiłem w jednej z pierwszych notek.

no więc jedziemy. jest luty, środek światowej zimy, tutaj 25 stopni, pełne słońce. co jakiś czas na autostradzie ustawione są posterunki policji -- niewielkie budki ze zmęczonymi strażnikami zatrzymującymi losowo przejeżdżające, najczęściej prywatne, samochody (rejestracje na Kubie są w różnych kolorach, można więc łatwo rozpoznać, czy samochód należy do osoby prywatnej, do firmy państwowej, czy do wypożyczalni). przez długie kilometry krajobraz właściwie się nie zmienia -- rzędy drzew palmowych przecinane są rozległymi, wysokimi jak nasza kukurydza, plantacjami trzciny cukrowej. Kuba to niegdysiejsze imperium cukru -- eksport tego dobra już 400 lat temu rozpalał głowy kolonizatorów. dzisiaj w zdecydowanie mniejszym stopniu jest cukier narodowym dobrem. choć biorąc pod uwagę, że Kuba właściwie niczego nie produkuje, to cukier wciąż zasługuje na szacunek..

po ok dwustu kilometrach i kilku małych miejscowościach zjeżdżamy z autostrady. mijamy Cienfuegos i przez górzysty teren przebijamy się na południe. droga tutaj staje się ciekawsza -- teren pagórkowaty, świetna widoczność, falująca to w górę, to w dół trasa. na samą drogę narzekać nie można -- jest ich niewiele, ale nawet te boczne są w całkiem dobrym stanie. ot takie polskie, a jakby się uprzeć to nawet trochę lepsze niż nasze polskie. krętymi drogami przebijamy się w końcu przez góry i wylatujemy nad Morzem Karaibskim. nieporównywalny z niczym innym lazur Karaibów budzi emocje -- trasa, niczym w Chorwacji, malowniczo wije się wybrzeżem, piaszczyste plaże zachęcają do zrobienia sobie przerwy, delikatna bryza niesie wilgotny zapach morza. co jakiś czas miejscowi energicznie zatrzymują samochód (wybierając selektywnie, po rejestracjach) oferując na sprzedaż tanie jak woda owoce. kupujemy ananasy i niewielkie słodkie banany hodowane w przydomowych ogródkach. za pół reklamówki soczystych owoców płacimy jeden peso. po ok 5 godzinach, późnym popołudniem wjeżdżamy do Trinidadu. tutaj zamierzamy osiąść na kilka dni poznając samo miasto, a jeśli nadarzy się okazja, to i przyległe obszary.

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

Kuba cz.X -- ruszamy w trasę..

07

kwi
2011

Kuba cz.XI -- Trinidad..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:14

na przedmieściach Trinidadu zamieszanie. ludzie stoją na ulicach, wymachują rękami, zatrzymują samochody. łamaną angielszczyzną krzyczą, że tam dalej zawalił się most i trzeba skręcić tu w lewo, w tą boczną, wąską brukowaną uliczkę. co prawda tylko niektóre samochody kierowane są na lewo, ale o tym mieliśmy przekonać się dopiero później -- zrozumienie procesu myślowego Kubańczyków wymaga pewnego doświadczenia i sporej dawki obycia na ich terenie. że coś jest nie tak połapaliśmy się po jakiejś minucie, gdy nasze auto otoczyła zgraja młodych ludzi trzymających nasz samochód za maskę, biegnąc, jadąc na rowerze, przeganiając się wzajemnie. ekipa porywająca nasz samochód to wykwalifikowana banda naganiaczy, którzy za kilka peso pokazują turyście jedynie słuszne miejsce przyszłego noclegu. proceder jest nagminny, a kasa dla naganiaczy płynie od właścicieli casa particulares, przy czym ci bez oporu doliczają ową kwotę do rachunku za nocleg, oczywiście nie informując o tym podróżnika..

wyrywamy się natrętom i na własną rękę wjeżdżamy do centrum. centrum w znaczeniu Trinidadu sprowadza się do przepięknej starówki poprzecinanej wąskimi, niezwykle wyboistymi uliczkami, których przeznaczeniem od wieków nie były i nadal nie są samochody. no ale jedziemy.. między ludźmi, końmi, targiem i zabłąkanym sprzedawcą nielegalnych cygar, kierując się w stronę (jak mówią tabliczki) jedynego oficjalnego parkingu w tym mieście. parking oficjalny okazał się niewielkim placykiem z miejscem na 5 samochodów, 7 kolesiami z plakietkami: TRINIDAD, OFFICIAL PARKING i ceną 2 peso za dobę. ale dobrze zrobiliśmy zostawiając tam auto, bo oprócz bezpieczeństwa zyskaliśmy pomocnych amigos na cały pobyt w tym miejscu. następnie daliśmy się (tym razem już całkiem świadomie) porwać do naszej prywatnej kwatery -- 20 peso za dobę, pokój w wysokim standardzie z łazienką, 100 metrów od serca Trinidadu. ofkors 3 razy upewniłem się, że nie dolicza nam opłaty dodatkowej i nie ma żadnych innych haków -- właścicielce, uśmiechniętej kobicie w sile wieku, dobrze z oczu patrzyło, wykupiliśmy więc od niej śniadanie w cenie 4 peso od osoby..

Trinidad został założony w 1514 roku, miasteczko ma już więc prawie 500 lat. jest jedną z głównych atrakcji Kuby, przez cały wręcz rok pulsuje życiem. przepiękna kolonialna architektura, pastelowe kolory domków, brukowane uliczki -- taka kwintesencja Kuby w oczach spragnionego wrażeń turysty. od 1988 roku miasto znajduje się w objęciach UNESCO, co powoduje, że jego serce jest zadbane, odnowione i urzekające. wystarczy jednak przejść 500 metrów w dowolnym kierunku i sprawy wyglądają trochę inaczej, ale o tym napiszę już w kolejnych notkach. w każdym razie Trinidad nas zachwycił.. oczywiście zawsze można się przyczepić do tłumów, zarówno przyjezdnych, jak i wiecznie czegoś chcących miejscowych, ale taki jest już los popularnych miejsc. chwile spędzone na tarasie naszej casy w promieniach zachodzącego karaibskiego słońca wspominamy niezwykle pozytywnie. takie miejsce, w którym zawsze świeci słońce i można w nieskończoność siedzieć wpatrując się w horyzont i brunatne dachówki okolicznych domków..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..Kuba cz.XI -- Trinidad.. Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

Kuba cz.XI -- Trinidad..

11

kwi
2011

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 06:07



Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu.. Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

Kuba cz.XII -- z obiektywem kolorowymi uliczkami Trinidadu..

15

kwi
2011

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:10

czy jest coś piękniejszego od karaibskiego poranka, gdy powietrze wciąż przesycone jest chłodem minionej nocy? taki magiczny moment, jeszcze przed wschodem słońca, z całym tym swoim spokojem, ciszą i wyjątkowością? ciężko się wstaje, szczególnie po długiej i ostro zabawowej nocy przy kubańskiej muzyce i miejscowych drinkach -- no pain no game, jak to mówią, ale nigdy nie żałuję wczesnego zerwania się z łóżka. szczególnie na wyjeździe, w nowym otoczeniu. zresztą na kubańskie poranki nastawiałem się jeszcze podczas planowania samej podróży -- pozytywnie nakręcił mnie Jarek pokazując swoje zdjęcia z Cienfuegos, jak i kilka magicznych opisów polskich podróżników...

poranek w Trinidadzie to możliwość podglądnięcia prawdziwego świata. turyści jeszcze śpią, ale jest środek tygodnia, miejscowi rozpoczynają poranną krzątaninę. kobiety do sklepów, dzieci do szkoły w swoich jednolitych mundurkach. przemierzam kilometry brukowanymi uliczkami i wymieniam uśmiechy z napotkanymi ludźmi. nikt się nigdzie nie spieszy, leniwą atmosferę przerywają tylko wyprowadzane na spacer w klatkach kanarki. otwierają się drzwi do domów, Kubańczycy spędzają dnie z otwartymi na oścież drzwiami i oknami. w końcu wychodzi słońce, w jednej minucie świat zmienia się nie do poznania, zyskuje nowe barwy. ja siedzę na ławce na Plaza Mayor przy katedrze i delektuję się ciszą. tak powinny wyglądać wszystkie poranki świata. w zupełnie obcym miejscu, po drugiej stronie kuli ziemskiej, w urodziwym i starodawnym kawałku świata, gdzie czas zatrzymał się 100 lat temu i nikomu nie zależy by dogonić teraźniejszość. kiedy nikt nie chce mi niczego sprzedać i wydaje się, jakbym miał całe to miasteczko tylko dla siebie. i tylko kawy mi brakuje, ale wybudowanie tu Starbucksa w jednej chwili nadgoniło by owe 100 lat, więc z zadowoleniem z niej rezygnuję..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie.. Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

Kuba cz.XIII -- wczesny poranek w Trinidadzie..

18

kwi
2011

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:40

niejako następstwem poprzedniej notki będzie zobrazowanie codziennego życia mieszkańców Trinidadu. gdzieś tak z boku, między tysiącami turystów, jakby wcale ich nie zauważając, miejscowi prowadzą całkiem normalne życie. pracują, załatwiają sprawy, robią zakupy, chodzą do szkoły, grają w warcaby..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

Kuba cz.XIV -- życie codzienne w Trinidadzie..

21

kwi
2011

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:25

było o Kubankach, pora na płeć brzydką..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela.. Kuba cz.XV -- synowie Fidela.. Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

Kuba cz.XV -- synowie Fidela..

21

kwi
2011

Kuba cz.XVI -- muzyczny Trinidad..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 17:23



03

maj
2011

przez Polskę..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 22:57

od ponad tygodnia w Polsce -- coroczne wizyty w Kraju powoli stają się normą. z Warszawy do Kłobucka, później kilka razy trasą do Gliwic i z powrotem. wypad do Świdnicy i Wrocławia, wiosenne tereny Gór Sowich. wyjazd na południe w zielone Beskidy, moja Milówka i budzący miłe skojarzenia Ustroń. a w planach wciąż wypad z Górnikiem na Lecha Poznań, o ile pyrom nie zamkną stadionu po dzisiejszych burdach po finale Pucharu Polski.. jest dobrze, dawno nie widziane twarze, rozmowy, znajome miejsca. wkurzają drogi i sklepowe ekspedientki, które nie dziękują i nie życzą miłego dnia, do czego się już przyzwyczailiśmy. jeszcze tydzień i z powrotem do Seattle trochę odpocząć. wkrótce trochę relacji..

przez Polskę..

09

maj
2011

polskie wrażenia..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Warszawa, 15:45

druga w nocy na rynku w Gliwicach. cisza. jest kłopot z kontynuowaniem zabawy, wszystko zamknięte, ludzi brak -- to już co prawda wcale nie dwustutysieczne miasto, ale jest wiosna, w naszych czasach było inaczej. znajdujemy jeden lokal z muzyką i parkietem, w środku 20 osob. miasto śpi. pytam jednego o co chodzi, kiedyś miasto tętniło życiem i ogólnie było jakoś bardziej wyskokowo. on spokojnie, że ludzie nie mają pieniedzy. kluby zamyka się wcześniej, miasto śpi.

biegnę na piwo. w 30 minut spotykam 3 osoby, z którymi nie rozmawiałem od lat. nie pamiętam imion, ale twarzy sie nie zapomina. szybka wymiana zdań, pytania o przeszłość i sprawy codzienne. krótkie i zdawkowe odpowiedzi co u mnie. bo co mozna powiedzieć w 3 minuty? w jaki sposób streścić wydarzenia minionych 5 lat? - wiesz, przebywam za granicą, ożeniłem się, podrożuję.. tylko tyle, tylko o sprawach najważniejszych. ale i tak cieszę się z każdego tego typu przelotnego spotkania.

jako kierowca zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych, przepuszczam przechodniów. ale oni wcale nie przechodzą, stoją, wyczekują. nie wiem, nie są przyzwyczajeni do zatrzymującego się auta? pokazuję ręką -- idą, ale tylko do połowy drogi, bo z drugiej strony pędzi rozpędzony samochód.

na głównej ulicy Gliwic otworzono kawiarnię -- tą europejską, z bajecznym wystrojem i kawami na wynos w papierowych kubkach. nowość w Polsce, ale kultura picia kawy prędzej czy później do nas przyjdzie. sprawdzam ceny: 9, 11 zł, dużo. ale tak na poważnie zdziwiłem sie dopiero kilka dni później -- na rynku we Wrocławiu powstał Starbucks. wchodzę, patrzę i nie mogę uwierzyć. kawa 15 zł, za tą samą w Seattle płacę w przeliczeniu kilka złotówek mniej..

po kilku bezbłędnych najebkach niekontrolowanych już wiem, czego brakowało mi przez ostatni rok. kumpli, owszem też, ale nie do pobicia jest nocny spacer powrotny z buta przez miasto do domu. oddychanie rześkim śluńskim powietrzem, wdychanie zapachu wiosny i przebywanie sam na sam z moim przecież miastem.

- Tomku zjedz coś. ja nie chcę nic, chcę tylko świeży polski chleb z masłem. polski pachnący chleb, nie ma drugiego takiego na świecie..

- kiedy wracacie do kraju?
- nie wiem, moze latem, może za rok.
- pierdol to, co tu będziesz robił? tu nie ma nic.
- hmm

na murach mojej dzielnicy zabrakło miejsca. te wszystkie całe życie piast gliwice i ksg huje tworzą przedziwną mieszankę barw, stylów i wzorów. czasami jeden napis jest profesjonalnie zamalowany, tylko po to, aby na jednolitym tle pojawił się napis następny. najczęściej piórem 12-letniego grafomana. napisy krzyżują się i przecinają, i tak mniej więcej od 10 lat, gdy piasta reaktywowano i trójkolorowe dotąd Gliwice podzieliły się na dwa znienawidzone obozy. i tylko błędy ortograficzne czteroliterowego słowa się nie zmieniają.

zrobiły się z nas sentymentalne chłopaki. myślałem, że tylko ja tak mam, gdy odwiedzam miejsca, w których się wychowałem. ale nie, większość kumpli nawija o tych dawno minionych czasach, gdy w brudnych spodanich skakaliśmy przez płoty, albo wracając nad ranem po dyskotekach darliśmy się bogu ducha winnym ludziom do domofonów. coraz więcej rozmawiamy o przeszłości, wspominamy, śmiejemy się. ale śmiejemy się jakoś inaczej, jakoś spokojniej.

siedzę u Józka w ogródku. słońce, piwo, ktoś przynosi gitarę.. dobry klimat. siedzimy już chyba ostatni raz, bo biegnąca przez Gliwice średnicówka zabierze Józkowi 3/4 jego ogródka. geodeci już powbijali słupki graniczne. Józek jest najlepszym źródłem wiedzy o naszej dzielnicy. wie kto, gdzie, kiedy i z kim. coraz większa ilość osób to jednak już tylko wspomnienia: większość wyjechała, część założyła rodziny i w naturalny sposób zmieniła otoczenie, starzy menele powymierali..

siedzę przed telewizorem, coś tam oglądam, bo u siebie telewizora nie posiadam. ale długo nie wytrzymuję. wychodzę z siebie, reklamy zabijają moja cierpliwość. lecą seriami po 15 minut, wszystkie głupie, głośne i bez sensu. gdy jeden blok się kończy pojawia się przerywnik reklamujący kolejną bitwę na coś tam z gwiazdami, po czym reklamy lecą od początku. te same. zostanę jednak przy internecie.

w pociagu do Warszawy kulturka: kawa, herbata, światowy standard czystości. w przedziale siedzę z parą ze Wschodu, rozmawiają po rosyjsku, może ukraińsku. gdzieś tak jakoś między Chorzowem a Katowicami, między kolejnym wysypiskiem gruzu, a brunatnymi familokami udekorowanymi rzędem kilkudziesięciu anten satelitarnych, odzywa się on: -strasznie tu, strasznie. ona nie mówi nic, patrzy tylko i kręci głową.

a za Zawierciem piękna okolica. ta zieleń soczysta, stawy, polne drogi i cisza. chwalcie łąki umajone!

przekroczyłem limit bagażu nic konkretnego do walizki nie zabierając. nic konkretnego to 5kg polskich kultowych słodyczy. wiem, że tym moim Amerykańcom, Brytolom i Koreańczykom te kilka kilogramow bardzo przypadnie do gustu. muszę im to tylko jakoś konkretnie umiejscowić w czasie. zawsze tak jest, że jak im powiem, że coś pochodzi z czasów komuny to im się bardziej podoba. bo dla nich to pochodzenie legendarne..

13

maj
2011

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 18:14

wróćmy jeszcze na chwilę do Kuby..

to mój osobisty faworyt. koleś pojawiał się i znikał w czasie naszego pobytu w Trinidadzie, dopiero później, przy przeglądaniu zdjęć wyszło na jaw, że facet załapał się na rekordową ich liczbę, oraz stał się jedną z gwiazd filmu poniżej. i nie, to nie pomnik, facet jest żywy:
Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

a to ujęcia z podwórkowej kapeli, która pojawia się na obydwu filmach. jak już wcześniej napomknąłem, na Kubie muzyka jest wszędzie. absolutnie wszędzie. i najczęściej są to kapele wykonujące muzykę na żywo. od brudnych zapyziałych ulic, przez zawalone stertą śmieci podwórka, po ekskluzywne lokale turystycznej Hawany. kilkukrotnie, i tak właśnie było w tym przypadku, kapela zaczyna granie dla samej siebie, tzn. w danym miejscu nie ma nikogo, bądź znajdują się tam jakieś dwie przypadkowe osoby. dopiero dźwięki grane na żywo zwabiają słuchaczy, którzy rozsiadając się wokół tworzą prawdziwy klimat ulicznej zabawy. co się gra? oczywiście królują rytmy Buena Vista Social Club, wykonywane z lepszym lub gorszym skutkiem. dla mnie najczęściej z lepszym, bo takiemu występowi 7-8 osobowej kapeli zawsze towarzyszą emocje. szczególnie, gdy wydaje ci się, że zespół gra tylko dla ciebie...

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

kilkukrotnie pokazywałem zdjęcia głównego placyku Trinidadu, Plaza Mayor. miejsce to jest chyba najbardziej obfotografowanym elementem tej części Kuby. skwer, wraz z okoliczną zabudową kolonialną, został nawet w 1988 roku dodany do listy UNESCO, co dzisiaj przekłada się na stan jego zadbania. czasami siadywaliśmy na ławkach wokół placyku i patrzyliśmy na życie codzienne Kubańczyków.
Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

backpacking:
Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Cristal, jedno z dwóch popularnych na Kubie piw:
Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

i na koniec tej części Kuby, żeby nie było, że w ogóle nie byliśmy na plaży, kilkugodzinny wypad nad morze Karaibskie, plaża na południu kraju:
Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

Kuba cz.XVI -- luźne fotki..

16

maj
2011

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos, rynek starego miasta..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:21

i znowu, już po raz ostatni w kraju Fidela, ruszamy w trasę. podróżowanie samochodem po Kubie jest rodzajem nieustającego kompromisu. wszyscy wiedzą, że boczne drogi kubańskie nie bardzo nadają się do jazdy samochodem, ale z drugiej strony na wyspie jest tak mało samochodów, że właściwie całą tą asfaltowo-piaszczystą sieć połączeń mamy tylko dla siebie. oczywiście boczna droga w znaczeniu kubańskim jest pojęciem trochę bardziej rozbudowanym, gdyż każdy wykorzystuje ją do swoich własnych przeznaczeń. mamy więc samochody, ale oprócz nich mamy stare motocykle, rowery, pieszych, zaprzęgi konne, woły, psy i kaczki. i oczywiście rolników gnających ulicami swoją trzodę. niech nikogo nie zdziwią kozy i krowy stojące na środku drogi -- byłoby to nawet niebezpieczne, gdyby można się było na takiej drodze rozpędzić, ale jako że rzadko jest to możliwe, zatrzymywanie się przed zwierzętami ma w sobie nawet coś urokliwego...

a droga z Trinidadu do Cienfuegos jest niezwykle malownicza. początkowo prowadzi wybrzeżem morza Karaibskiego, by później łagodnie przejść w niewielkie wzgórza i doliny. gdzieś koło Arimao, na szczycie płaskiego wzgórza, zatrzymujemy się na chwilę zwabieni niezwykłym krajobrazem. przed nami, jak okiem sięgnąć, aż po daleki i przymglony horyzont, rozciąga się przepastna dolina. jest ona cała gęsto porośnięta zielonym dywanem roślin, wśród których prym wiodą palmy i plantacje trzciny cukrowej albo tytoniu. ciągną się kilometrami, w górę i w dół, a na całej przestrzeni nie widać ani jednego człowieka. jednak jest to inna zieleń niż w ta widziana w gwatemalskiej dżungli, taka trochę bardziej wyblakła, pożółkła jakby. jest luty, środek kubańskiej zimy, a słońce praży, już teraz wysuszając krajobraz rozciągający się pod naszymi stopami..

w końcu dojeżdżamy do Cienfuegos, miasta zdecydowanie innego od tych wcześniej widzianych na Kubie. Cienfuegos jak większość osad na wyspie została założona przez Hiszpanów, jednak w pewnym momencie swojej historii została zasiedlona przez emigrantów francuskich, zarówno tych z Europy, jak i ze Stanów. nazwa miasta dosłownie tłumaczy się na frazę 'sto ogni', a ze względu na swoją wspaniałą architekturę Cienfuegos okrzyknięto 'Perłą Południa', La Perla del Sur. rynek starego miasta zdominowany jest przez bajkową neoklasyczną architekturę -- budynki są zadbane, przyciągające, co jest nieomylnym znakiem, że projekt utrzymywany jest przez UNESCO. wejście na rynek stanowi Łuk Triumfalny, Arco de Triunfo, jedyny taki na całej wyspie. miasto jest przyjemne, i co najważniejsze, bardzo spokojne. nie ma tu większego ruchu turystycznego, ławki pod palmami pozostają puste, ewentualnie zajęte przez miejscowych Kubańczyków. z jednym takim właśnie dobiłem nie lada targu: otóż jeden z moich długopisów wymieniłem na cygaro. mój partner w interesach wyciągnął cygaro z zewnętrznej kieszeni swojej przybrudzonej zębem czasu marynarki, wtykając w to miejsce jeden z moich długopisów. wspólna fajka pokoju podsumowała transakcję..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..Kuba cz.XVII -- Cienfuegos.. Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..Kuba cz.XVII -- Cienfuegos.. Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

Kuba cz.XVII -- Cienfuegos..

17

maj
2011

Kuba cz.XVIII -- podróżnicy na trasie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:26

spotkania na trasie zawsze należą do przyjemnych. skąd, dokąd, którędy i za ile -- to odwieczne pytania, które jeden podróżnik zadaje drugiemu. również na Kubie spotkaliśmy kilka fajnych osób. W Hawanie Polkę, pracowniczkę parku narodowego Zion w Utah, w Trinidadzie Dunki, z którymi bawiliśmy się długo w nocy w dyskotece mieszczącej się w naturalnej jaskini, a w Cienfuegos na trasie spotkaliśmy parę Niemców. na co dzień mieszkają przy samej granicy z Polską w przystosowanej do życia przyczepie, ale jakiś czas temu sprzedali samochód i na rowerach ruszyli w trasę. następnym przystankiem po Kubie miał być Meksyk, a później lot na Alaskę i zjazd na południe, przez Kanadę, Stany, znowu Meksyk, Gwatemalę, Honduras, Nikaraguę, Kostarykę do Panamy. nie wiedzą dokąd dojadą, nie wiedzą ile czasu im to zajmie, po prostu jadą. zaprosiliśmy ich do siebie gdy będą przejeżdżali przez Waszyngton...

Kuba cz.XVIII -- podróżnicy na trasie..

Kuba cz.XVIII -- podróżnicy na trasie..

19

maj
2011

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:03

ciągnąca się na odcinku prawie 3 kilometrów Marina Puerto jest jakby zaprzeczeniem większości miejsc, które widzieliśmy na Kubie. historycznie to ekskluzywna część Cienfuegos, dzielnica bogatych francuskich osadników, gdzie piękne i zadbane wille ciągną się całą długością słonecznej promenady. ukoronowaniem tego miejsca jest Palacio de Valle - przepiękny neogotycki pałac zbudowany w latach 1913-1917. marina jest dzisiaj miejscem turystycznym -- większość posiadłości przekwalifikowano na casa particulares, gdzie w normalnych na Kubę cenach (20-30$) można dostać pokój. to zdecydowanie najlepsze miejsce na prawdziwy odpoczynek, z dala od gwaru i nieustępliwych kubańskich naganiaczy..

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto... Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

Kuba cz.XIX -- Cienfuegos, Marina Puerto...

20

maj
2011

poranek z Górnikiem Zabrze..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:22

wersja HD jak zwykle bezpośrednio na Vimeo.. a do końca sezonu zostały 3 kolejki i marzenie wielu kibiców Górnika wyrażone w moim pytaniu do Piotrowicza (będzie piąte miejsce?) ma rzeczywiście sporą szansę się zrealizować..

24

maj
2011

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:45



Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

Beskid Żywiecki -- Hala Boracza..

24

maj
2011

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. 0

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 23:42

dzisiejsza notka jest wprowadzeniem do zupełnie nowego działu na mojej stronie -- zamierzam pisać o grach komputerowych, czyli o segmencie życia w którym pracuję od 5 lat, a z którym przecież mam do czynienia już od późnych lat 80-tych. nie będą to jednak zwykłe gry -- zamierzam nawijać o produkcjach legendarnych, kultowych wręcz, które w jakiś tam sposób ukształtowały dzisiejszą branżę gier komputerowych. 'pograjmy jak za dawnych lat' ma być więc działem, który przypomni niektóre z gier z którymi mieliśmy do czynienia we wczesnych latach komputeryzacji, począwszy od plażowych maszyn z PONG-iem, przez drewniane budki arcade akceptujące stare monety 20 złotowe (te duże i ciężkie), komputery 8 bitowe (Commodore, Atari, Spectrum), 16-bitowe Amigi, na nowoczesnych pecetach kończąc. z góry uprzedzam, że tych najnowocześniejszych produkcji tu raczej nie znajdziecie -- nie ten klimat, nie ta grywalność i brak przywiązania emocjonalnego. oprócz tych najbardziej wyróżniających się hitów naszej młodości zamierzam napisać kilka recenzji gier mniej znanych, ale takich, które mi osobiście szczególnie zapadły w pamięć. takie perełki, subiektywnie oceniane, które zabrały mi wiele tygodni mojego życia i do których jeszcze czasem wracam.. nie będzie to zbyt regularny dział, ale jak już się za coś zabiorę to zamierzam zrobić to bardzo solidnie: będzie dokładne, czasem szerokie i osadzone w klimacie tamtych lat wprowadzenie, będą zrzuty ekranu, a czasem nawet i jakiś gameplay. będzie fajnie i klimatycznie, bo .. pewnych rzeczy po prostu się nie zapomina i nie można pozwolić, aby dzisiejsze produkty całkowicie zamazały obraz wspaniałych początków naszej choroby komputerowej..

a na dobry początek, chcąc niejako osadzić was w klimaty nostalgiczne, odpalenie mojego komodorka po około 20 latach:

30

maj
2011

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:42

korzystając z zaproszenia Ani i Janusza -- najbardziej zakochanych nowożeńców, jakich dane nam było oglądać -- odwiedzamy Świdnicę. nigdy nie byłem w tych stronach (no, chyba że wliczamy wyjazd z Górnikiem na Śląsk do Wrocławia, czy szkolne wycieczki w kierunku Panoramy Racławickiej), a trzeba przyznać, że miasto jest piękne i zdecydowanie warte odwiedzenia. terenami tymi od dawien dawna władało plemię Ślężan, a ok roku 990 obszar obecnej Świdnicy został włączony do państwa Polan przez księcia Mieszka I. historia tego położonego na przecięciu ważnych szlaków handlowych miasta (na zmianę zwanego Świdnicą, Schweidnitz lub Svídnice) pełna jest wzlotów i upadków, o czym dzisiaj świadczy piękna architektura -- bardzo ładny i odrestaurowany rynek, ruiny twierdzy, katedra i przede wszystkim Kościół Pokoju, widoczny na fotkach poniżej.. takie rzeczy oglądałem w Anglii i Szkocji, a tu proszę -- 2 godziny jazdy samochodem od Gliwic i takie cudeńko z listy zabytków UNESCO. polecam zapoznanie się z historią tego drewnianego kościoła, który wybudowano bez użycia gwoździ..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią.. Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

03

cze
2011

jeszcze kilka ujęć z Dolnego Śląska..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:25

miał być Wrocław, ale zanim wrzucę kilka zdjęć z rynku stolicy Dolnego Śląska jeszcze jedno rewelacyjne ujęcie ze Świdnicy. nie wiem, jak mogłem to przegapić podczas poprzedniej notki. zestawienie portretu Adolfa z dzikowym ryjem bardzo się mnie podoba:

Świdnica -- miasto z tysiącletnią historią..

a Wrocław jak zwykle piękny późnym wiosennym popołudniem:

Wrocław..

Wrocław..Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

Wrocław..

06

cze
2011

Amsterdam..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:46

intensywny zapach palonej marihuany miesza się z ciężkim zapachem zastanej wody. dźwięk rowerowych dzwonków rozbrzmiewa dookoła przebijając się przez gwar ludzkiej mowy. brukowane uliczki pełne są ludzi: tłok, ścisk, wąskie przejścia między pochylonymi, jakby zaraz miały się przewrócić, czterystuletnimi budynkami. architektura pamiętająca czasy podbojów kolonialnych. wszystkie języki świata, wszystkie ubiory świata. Amsterdam.

w największym mieście Holandii byłem już w roku 2003, właściwie od tego czasu nic się tu nie zmieniło. skoro niewiele zmienia się przez stulecia, to 8 lat nie mogło spowodować żadnej wielkiej różnicy. Holandia jest bardzo zadbanym krajem -- jadąc z lotniska podmiejskim pociągiem jestem pod wrażeniem porządku, czystości i rozplanowania przestrzeni. wszędzie mają wodę, wszystko zadbane i rozplanowane z precyzją nadwornego architekta ogrodów. małe mostki, równo przycięta trawa, ulice, ścieżki rowerowe. Amerykanie mogliby się sporo nauczyć.. ale już nawet nie o architekturę tu chodzi -- wystarczy spędzić jeden dzień w Amsterdamie by zrozumieć, jak bardzo multikulturowe jest to miejsce. Amsterdam to miejsce spotkań ludzi z całego świata -- tych przyjezdnych, podróżników, ludzi biznesu, backpackersów z imigrantami żyjącymi tu na co dzień. liberalizm w globalnej postaci w, przecież nie największym, mieście Europy. ludzie uczą się żyć ze sobą, każdy czerpie od każdego, wzorce się mieszają, budują się relacje. jest dobrze, jest luźno, ludzie często się tu śmieją. ofkors wszyscy mówią po angielsku, ale dogadać można się i po niemiecku, i po flamandzku, i po francusku. po polsku też, bo na ulicach bardzo często słychać mowę rodzimą..

w hostelu spotykam Australijczyka robiącego sobie półroczny tour po Europie i kilku Hiszpanów przemierzających kontynent dla zabawy. dwie Kanadyjki przyjechały wczoraj i kilka dni posiedzą, a potem rzucą monetą, do jakiego pociągu wsiądą. mają bilety Eurail, jeżdżą bez limitów po całej Europie, gdzie chcą i w dowolnym kierunku. w ogóle to Kanadyjczyków rozpoznaje się w świecie po flagach przyczepionych do ich plecaków. Kanadyjczycy chcą się w ten sposób odseparować od swojego potężnego sąsiada z południa. z Amerykanami łączy ich zbliżony akcent, a oni chcą się odróżniać. robią to bardziej dla własnego bezpieczeństwa, niż z potrzeby szerzenia lokalnego patriotyzmu..

no i mój prywatny zbieg okoliczności: na piętrowym łóżku pode mną zainstalował się koleś, który twierdzi, że miesza w Seattle. chwilę zaniemówiłem, na co on się pyta, czy słyszałem kiedyś o tym mieście. okazało się, że lecimy tym samym samolotem i .. mieszkamy obok siebie, 2-3 kilometry, rzut beretem. kolejny raz potwierdza się fakt, że świat jest mały..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

Amsterdam..

08

cze
2011

recenzja Wiedźmina 2..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 02:47

czyli co Amerykanie sądzą o produkcji, z której Polska może być dumna. i co ich kręci najbardziej:

08

cze
2011

U2 w Seattle..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 18:44

pierwszy raz byliśmy na koncercie U2 i muszę powiedzieć, że zespół zrobił na nas ogromne wrażenie. z głośników o sile mogącej poruszyć stojące nieopodal dźwigi portowe płynęła moc i pasja -- wszystko w energetyzującej muzyce i niezwykle wizualnym show. koncert miał się odbyć w 2010 roku, ale na skutek urazu pleców Bono został przesunięty na czerwiec 2011. fani przeczekali ten rok i po brzegi wypełnili 66-tysięczny stadion Qwest Field, na co dzień będącego areną piłki kopanej (Sounders) i futbolu amerykańskiego (Seahawks) -- łącznie z ludźmi wypełniającymi scenę na koncercie było tego dnia ok 75 tysięcy ludzi. koncert odbywał się w ramach trasy U2 360° na specjalnie do tego przygotowanej scenie. scena umieszczona była na płycie stadionu, a dookoła niej wpuszczono ludzi (najdroższe bilety: $2500). my siedzieliśmy wysoko na trybunach, skąd widoczność również była świetna, trochę gorzej natomiast z jakością zdjęć pstrykanych z daleka w niedostatecznym świetle. pełna lista wykonanych utworów znajduje się tutaj, warto jeszcze wspomnieć, że pewna część koncertu poświęcona była organizacjom humanitarnym (m.in. podziękowania dla fundacji Gatesów, tych od Microsoftu) i Amnesty International (film więzionej liderki politycznej z Birmy).

duże wrażenie zrobił na mnie wstęp do wykonania utworu Beautiful Day. Bono zadedykował tą piosenkę polityk amerykańskiej Gabrielle Giffords, która została postrzelona w głowę podczas kongresu w Arizonie na początku tego roku. we wstępie nakręconym w stacji kosmicznej NASA wystąpił jej mąż, astronauta Mark Kelly, który swój pokaz rozpoczął słowami: Hello Seattle from the International Space Station. moment ten możecie zobaczyć na filmiku poniżej:



a tu kilkanaście naszych zdjęć:

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

U2 w Seattle..

14

cze
2011

Obrona Alechina

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:36

pierwszych trzech gości w dzisiejszych ulicznych szachach rozniosłem łatwo i szybko -- coś koło 15 minut, bez większej historii. z marszu zabrałem się za czwartego w śmiesznej niebieskiej kurtce z parasolką przewieszoną przez staroświecką aktówkę. rozpocząłem tradycyjnie, pionkiem e2-e4, na co on odpowiedział skoczkiem. tradycyjnie ruszyłem do przodu goniąc jego skoczka po całej planszy rozwijając tym samym swoją partię. z biegiem czasu jednak sprawa zaczęła się komplikować, a całe sedno konfliktu skupiło się na moim osłabionym rozciągniętą linią pionków środku. partia trwała gruba ponad godzinę i skończyła się moją porażką. facet myślał długo nad każdym ruchem, i mimo iż z zewnątrz wyglądało to na grę w miarę wyrównaną (do samego końca nikt nie miał przewagi w figurach) to mniej więcej w połowie wiedziałem już, że będzie ciężko. ostatecznie przegrałem, a po podaniu sobie ręki gościu zaczął mówić, gdzie popełniłem błędy. powiedział mi, że grając obronę Alechina (wiki polska i angielska) nie mogę najpierw wyjeżdżać koniem, muszę poczekać na jego pierwszy ruch gońcem. ja oczywiście nigdy wcześniej o obronie Alechina nie słyszałem, ale koleś rozgrywał swoją partię wg planu i prawdopodobnie w żadnym jej momencie nie mogłem mu niczym zagrozić. na końcu spytałem, gdzie nauczył się szachów, a on mi odpowiedział, ze 40 lat temu był mistrzem Stanów Zjednoczonych w kategorii juniorskiej. pochodzi z Filadelfii i w Seattle jest tylko przejazdem. szkoda, może czegoś jeszcze mógłbym się nauczyć...

Although opposing to all tenets of the classical school, Black allows his King's Knight to be driven about the board in the early stages of the game, in the expectation of provoking a weakness in White's centre pawns. -- idealny opis partii, którą rozegraliśmy.

15

cze
2011

Gliwice -- moje miasto ;)

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 19:40

jeszcze kilka ujęć z porannych Gliwic..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

20

cze
2011

Gliwice -- moja dzielnica..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:06



Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

Gliwice -- moje miasto..

20

cze
2011

Rattlesnake Mountain -- pierwszy poważniejszy hike w tym roku..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 18:55

długo w tym roku czekałem aby ruszyć w góry, głównie z uwagi na śnieg, który wciąż zalega w górach dookoła. i gdy tak sprawdzałem stan pokrywy śnieżnej na okolicznych wulkanach zdałem sobie sprawę, że w niższych partiach na wschodzie powinno już być ok. i rzeczywiście, na przedgórzu Kaskad, w dolinie Snoquolmie, panuje już piękna wiosna. poniżej zdjęcia z góry Rattlesnake (nazwa nie pokrywa się z występowaniem węży w okolicy) i umiejscowionego u jej stóp jeziora o tej samej nazwie..

panoramiczny widok ze szczytu. tutaj wersja 1600px.

Rattlesnake Mountain..

Rattlesnake Mountain..

Rattlesnake Mountain..

Rattlesnake Mountain..Rattlesnake Mountain.. Rattlesnake Mountain..

Rattlesnake Mountain..Rattlesnake Mountain.. Rattlesnake Mountain..

27

cze
2011

Great American Road Trip -- zapiski z trasy

kategoria: podróże, link bezpośredni

gdzieś w Kalifornii, 08:16

od kilku dni jesteśmy już w trasie. Nasza Wielka Amerykańska Wyprawa Samochodowa przewiduje przejechanie ok 6500 km przez 8 różnych stanów. po raz pierwszy jedziemy w piątkę: oprócz nas i po raz pierwszy Jakuba, Amerykę zwiedzają również moi rodzice, którzy przylecieli do nas do Seattle w zeszłym tygodniu. na razie mamy za sobą ok 1500km, przejechaliśmy już cały Waszyngton, przecięliśmy z północy na południe Oregon, gdzie odwiedziliśmy Park Narodowy Jeziora Kraterowego, teraz przebywamy w słoncecznej Kalifornii. wczoraj San Francisco, dzisiaj zrobiliśmy Pacific Highway nr 1, którą poprzednio poznawaliśmy z chłopakami w roku 2004. nocujemy gdzieś pośrodku niczego, dookoła całe zastępy Meksykaneiro, a jutro najpiękniejsze miejsce w okolicach -- park Yosemite. później Death Valley, dziki zachód w Bodie, pustynia w Nevadzie, Las Vegas, Grand Canyon, route 66, Horseshoe Bend, Antelope Canyon, Monument Valley, Mesa Verde, Arches i Salt Lake City. na koniec ponad 1000-km droga powrotna do domu. po Kalifornii czeka więc na nas Nevada, a później Arizona, Utah, na chwilę New Mexico, Kolorado, znowu Utah, Idaho, Oregon i dom. do tego dobra muzyka, miejscowe jedzenie i dużo słońca. rodzice dają radę, Kuba również, to jego pierwsza wielka podróż ;)

dokładna relacja po powrocie, nie zawsze mam siły, żeby wieczorami włączać jeszcze laptopa..

03

lip
2011

Great American Road Trip -- zapiski z trasy

kategoria: podróże, link bezpośredni

Salt Lake City, 08:47

przedmieścia Salt Lake City przywitały nas fajerwerkami. co prawda święto niepodległości dopiero za 2 dni, ale Amerykanie rozpoczynają zabawę już dzisiaj. ostatnie 3 dni wyprawy zamierzamy przeznaczyć na powrót -- na liczniku mamy zrobione już ponad 4 tysiące kilometrów. emocje i wrażenia zacznę opisywać już w przyszłym tygodniu, ale już teraz polecam poznanie zachodnich Stanów. jeśli macie trochę dolarów usd (dokładne koszty opiszę wkrótce) i 3 tygodnie czasu to takich widoków i takiego zróżnicowania krajobrazów nie ma nigdzie na świecie. gorąco polecam.

gorąco, bo dzisiaj po raz drugi musieliśmy zwolnić. temperatury tutaj są chore i nie nadają się do życia. lipiec to zdecydowanie nie jest optymalny czas na zwiedzanie zachodu. w Death Valley temperatura powietrza w cieniu wynosiła 42 stopnie, a była godzina 20! ciężko było oddychać. dzisiaj polegliśmy w Utah w parku Arches. 104 farenhajty w cieniu to ok 40 stopni celsjusza, w słońcu było tych celsjuszów ze 60.. nawet najkrótszy wysiłek w pełnym słońcu jest mordownią -- wlewamy w siebie galony wody, tylko po to, abyu zaraz je wypocić. klimatyzacja w samochodzie nie wyrabia. i tak jedziemy odliczając setki przebywanych kilometrów za pomocą czasu przejazdu. niekiedy nie spotyka się ludzkich osad na przestrzeni wielu mil, czasami osady indian Navajo są jedynymi podczas kilku godzin jazdy. kaniony, prerie, wyschnięta na pył roślinność. zresztą wkrótce wszystko to opiszę, bo wrażeń mamy mnóstwo..

14

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 0 -- podsumowanie, na początek..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:32

już po powrocie z naszej najdłuższej samochodowej wyprawy -- łącznie, przy dźwiękach Johnego Casha i grupy The Highwaymen, przejechaliśmy ok 6000km, a trasa ciągnęła się z rodzimego Waszyngtonu, przez Oregon, Kalifornię, Nevadę, Arizonę, Utah, Idaho, znowu Oregon i znowu Waszyngton:

Great American Road Trip

nasz pierwotny plan został wykonany prawie w całości -- jedynym głównym miejscem, które opuściliśmy, były pozostałości osad Indian Pueblo w Mesa Verde w Kolorado. w zamian jednak przejechaliśmy dłuższy odcinek Autostradą Pacyficzną spędzając sporą część dnia w opiewanym w książkach Johna Steinbecka Monterey..

wiem że się powtarzam, ale dodam jeszcze raz, tak dla potomności -- zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych jest cudowne. jest malownicze, jest widowiskowe, niekiedy wręcz oszołamiające. jest rozległe jak jasna cholera, a odległości mają przełożenie na klimat i nieziemskie zróżnicowanie. podczas tej jednej podróży przejechaliśmy deszczowy Północny-Zachód, rzucaliśmy się śnieżkami w górach Oregonu, do kości przewiał nas pacyficzny wiatr w San Francisco, zakosztowaliśmy alpejskich wiosennych zieleni w górach Sierra Nevada. a potem... potem było już tylko cieplej -- każdy z pustynnych Stanów rzucił na nas całe zakumulowane długim dniem słoneczne ciepło, a Dolina Śmierci odebrała nam całkowita ochotę do życia.. ocean, płaskowyż, dolina, góry, wulkany, pustynia, jeszcze większa pustynia i jeszcze większe góry, tak w dużym skrócie.

zrobienie tylu kilometrów w niespełna dwa tygodnie to spore wyzwanie. i na to uczulałem rodzinkę -- będzie ciężko, obiecuję wam pot i zmęczenie, i .. setki kilometrów każdego dnia. ale te amerykańskie kilometry liczy się inaczej niż w Polsce -- liczy się czasem, gdyż drogi są tu tak wspaniałe, że, jak w kabarecie Dańca, przez cała trasę rozciąga się tu lotnisko Balice -- 7 pasów w jedną i w drugą w miastach, między miastami autostrady zwężają się do 4 pasów w każdą ze stron. przez całą wyprawę rodzice naliczyli 8 dziur. osiem dziur. przez cała wyprawę..

koszty: wyszło znacznie taniej, niż przewidywałem. po pierwsze zdecydowałem się wziąć własny samochód, więc odpadły koszty przelotu i wynajmu auta. pierwotny plan przewidywał lot do SF i wylot z Salt Lake City. noclegi: spaliśmy głównie w przydrożnych motelach sieci Motel 6. było czysto, blisko głównych autostrad i tanio -- za nocleg 4 osób płaciliśmy od $50 do $80 za dobę, z naciskiem na tą pierwszą kwotę. to o wiele mniej niż przewidywałem i jest to, moim zdaniem, najdogodniejszy sposób taniego podróżowania po USA. sieci tego typu jest wiele -- my przyzwyczailiśmy się do Motel 6 i nie żałujemy. ceny za nocleg są trochę droższe w Arizonie i Utah z uwagi na rozległe pustkowia. dodatkowo, w związku z 4. lipca wiele miejsc było pozajmowanych -- trzeba było kombinować, ale z internetem nie ma żadnego problemu. paliwo, wciąż 40% tańsze niż w Europie, łącznie na benzynę wydaliśmy ok $500. na pustyniach trzeba uważać -- stacji nie ma niekiedy na odcinkach 50-100km. łączny koszt wyprawy, z dodatkami typu roczny pass do wszystkich parków narodowych ($80), wyniósł nas ok $2200. dla czterech osób to naprawdę niewiele.

w kolejnych notkach będziemy opisywać odwiedzone miejsca -- lipiec na tomxx.net w całości poświęcony więc będzie Naszej Amerykańskiej Wyprawie Samochodowej.. stay tuned.

14

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 18:52

pierwszy dzień wyprawy był ambitny i przewidywał przejechanie ok 1200 km na południe aby nocować gdzieś w pobliżu San Francisco. jedynym miejscem, które mieliśmy odwiedzić w Oregonie było Jezioro Kraterowe, położone w południowej części Gór Kaskadowych. z autostrady nr 5 ciągnącej się od kanadyjskiego Vancouver to granic Meksyku zjeżdżamy na południowy wschód i mniejszymi drogami pniemy się w górę. krajobraz ciekawy, dużo jezior, lasy dookoła, co jakiś czas jakaś mała ludzka osada. jest końcówka czerwca, doliny Oregonu wreszcie się zazieleniły, jednak droga prowadzi nas coraz wyżej i wyżej i po pewnym czasie zaczyna się śnieg..

Crater Lake rzeczywiście wygląda malowniczo -- tafla jest jeszcze zamarznięta, ale mocno niebieski odcień wody przebija się nawet mimo lodu. jezioro powstało ok 7.7k lat temu w wyniku wybuchu i zapadnięcia się wulkanu Mount Mazama, a powstałą w ten sposób kalderę wypełniły wody opadowe. jezioro należy do najgłębszych na świecie, ale jego wizytówką jest kryształowa wręcz woda (widoczność sięga podobno 40 metrów). po zachodniej stronie jeziora piętrzy się Wizard Island, Wyspa Czarodzieja. jest to pozostałość lawy wyrzuconej podczas wybuchu wulkanu a jej wysokość sięga ponad 200 metrów ponad taflę wody. jest to stały obiekt westchnień wszystkich fotografów odwiedzających to miejsce.

dookoła krateru prowadzi droga, na której co jakiś czas zainstalowano punkty widokowe. poniżej 3 panoramki z tych miejsc złożone z 5 do 9 osobnych fotek, tutaj, tutaj i tutaj linki bezpośrednie bez użycia lightboksa:

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

15

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 1.1 -- Crater Lake, Oregon, pozostałe zdjęcia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:39

i jeszcze trochę pozostałych zdjęć z Crater Lake. dojazd do parku to długa i kręta droga ciągnąca się dolinami wzdłuż rzek, jezior i niewielkich wodospadów. mimo wysokiej temperatury śnieg wciąż pokrywał znaczną część wulkanu -- ścieżek i szlaków w ogóle nie było widać, co jakiś czas z pokrywy wysuwały się tylko parkowe tablice informacyjne...

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

Great American Road Trip, cz. 1 -- Crater Lake, Oregon

18

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:17

if you're going to San Francisco.., upewnij się, że ubrałeś się ciepło. mimo lata i przejściowego słońca, SF przywitało nas chłodem, mgłą i porywistym wiatrem. dawno nigdzie tak nie zmarzłem jak w Mieście nad Zatoką (The City by the Bay)..

SF, jak większość innych miast Ameryki, zostało założone przez hiszpańskim konkwistadorów, choć dzisiaj jest to twór tak kosmopolityczny, że można doszukać się tu wpływów kulturowych z całego świata. do miasta wjeżdżamy od strony północnej przez ikonę tego miejsca, most Golden Gate. przejazd przez most jest płatny ($6, ale chcąc wjechać od strony wschodniej musimy zrobić dodatkowo kilkadziesiąt kilometrów objeżdżając cała zatokę), ale można skorzystać z punktów widokowych i porobić ujęcia z góry lub z dołu tej ponad 70-letniej konstrukcji. mikroklimat tu panujący wytwarza mgłę, która pokrywa Golden Gate przez okrągły rok -- podobno najlepszą porą jest oglądanie go tuż przed zachodem słońca. auto zostawiamy przy marinie -- to rzut beretem od sławnego Fisherman's Wharf i więzienia Alcatraz (bilety trzeba zamówić ze sporym wyprzedzeniem), skąd można rozpocząć zwiedzanie SF. również stąd odchodzi jedna z linii kolejki linowej, na którą warto kupić bilet na cały dzień ($18 od osoby). miasto leży na wielu wzgórzach, chodzenie to w górę to w dół może być bardzo uciążliwe. San Francisco jest tego typu miastem, do którego można wybrać się bez przewodnika i włócząc się bez celu podziwiać wspaniałą architekturę. warto usiąść na chwilę na głównym placu w centrum -- Union Square -- i po prostu poobserwować ludzi. ale o tym w kolejnej notce.. atrakcji jest cała masa, my jednak spędzamy w mieście tylko jeden dzień i ruszamy na południe, wzdłuż Pacyfiku..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco.. Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..
Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

21

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 2.1 -- San Francisco -- ludzie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:20

kilka portretów strzelonych w SF -- właściwie głównie dziewczyn o ciemnej karnacji, choć nie był to zabieg celowy.. siedząc na Union Square byliśmy świadkami flash mob-a w temacie Michaela Jacksona -- gruba ok 60 osób zebrała się szybko, odtańczyła 3 piosenki, rzuciła kapeluszami i rozeszła się w tempie błyskawicznym..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco..

23

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 2.2 -- San Francisco -- China Town..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 06:38

China Town w San Francisco jest najstarszą społecznością chińską w Ameryce Północnej i największym tego typu skupiskiem poza Azją. to założone w 1840 roku miasto w mieście jest niezwykle ważnym kulturalnie i historycznie elementem życia społeczności azjatyckich i, co ważne, nadal utrzymuje swój unikalny kulturalnie charakter. China Town jest zamkniętą enklawą posługującą się własnym językiem, religią i obyczajami, o których mogliśmy się przekonać zagłębiając się w tą chińską plątaninę ulic. wieczorami ludzie gromadzą się na placach i ... łupią w karty na dziesiątkach stolików i murków. grają na pieniądze w jakąś ciężką do zdefiniowania grę, przy czym pieniądze pojawiają się i znikają w jakimś horrendalnie zawrotnym tempie. grają wszyscy, wliczając w to 80-letnie staruszki. do tego restauracje -- na przecięciu kilku uliczek jest ich podobno 300 -- zachęcające (lub wręcz przeciwnie) wytwornymi chińskimi daniami, w tym pieczonymi w całości (czyt. razem z głową) kogutami rozwieszanymi na sznurkach nad chodnikiem.. tak jak przystało na chińską osadę, na ulicach jest brudno, dookoła walają się papiery, jest głośno i aromatycznie pachnąco..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..Great American Road Trip, cz. 2 -- San Francisco -- China Town..

25

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 3 -- skaliste wybrzeże Pacyfiku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:17

nad kalifornijskie wybrzeże Pacyfiku wróciłem po latach by, podobnie jak dawniej, przejechać się kultową Jedynką. tym razem notka nie będzie jednak omawiała trasy (bo na drogę w fizycznym znaczeniu przyjdzie jeszcze pora w kolejnych notkach tej wyprawy), a skupi się na widokach. krajobrazy są fajne -- takie połączenie poszarpanych klifów irlandzkich z palącym słońcem wybrzeża chorwackiego i wielokrotnie warto się zatrzymać i popatrzyć w błękitne wody Oceanu Spokojnego. wybrzeże to właśnie takie miejsce do patrzenia. bo słońce pali, wiatr chce urwać głowę, a wody oceanu są lodowate. i tylko widoki są idylliczne, nawet na zdjęciach wyłącznie wakacyjnych fotografów...

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

Great American Road Trip, cz. 3 -- Pacific Coast..

29

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- Monterey i przywitanie z Pacyfikiem..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:34

taka trochę personalna notka, ale .. i wydarzenie doniosłe, bo 60% Ankudowiczów wita się z Oceanem Spokojnym! najpierw ocean wita nas pięknymi widokami, a potem tata bez przygotowania i z rozbiegu podaje wodzie głowę wraz z całym ciałem. woda odpłaca temperaturą dwóch stopni Celsjusza. potem mama podaje oceanowi nogę w obecności surferów. Agata i ja z oceanem jesteśmy już od dłuższego czasu zaprzyjaźnieni, za to Kuba właśnie zdobył swojego pierwszego, przerażających rozmiarów, kumpla. co prawda jeszcze nie nawiązali fizycznego kontaktu, ale jeden wyraził radość ze spotkania kopniakami w brzuch mamy, drugi ochoczo omotał go wiatrem.. potem mieliśmy obiad w historycznej części Monterey -- całe miasteczko od lat żyje z oceanicznych połowów, więc wszystkie restauracje serwują w zasadzie to samo, z kremem z krabów na czele. w ogóle to rybacy doczekali się tu pomników; rzekłbym, taka nasza Ustka, tylko w bardziej słonecznym wydaniu..

od teraz posuwamy się już tylko na wschód -- cel następnego dnia: Yosemite National Park!

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

Great American Road Trip, cz. 3.1 -- przywitanie z Pacyfikiem..

30

lip
2011

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:11

przez długi czas Yosemite należało do najpiękniejszych miejsc w mojej prywatnej hierarchii gwiazd krajobrazu. dopiero rok temu na pozycję lidera bajkowych pejzaży wysunął się park Yellowstone, choć Yosemite ma nad nim przewagę rozmiarów -- to co w Wyoming objeżdża się w 5 dni, tutaj w Kalifornii można zobaczyć w kilka godzin. Yosemite jest bowiem parkiem o wiele mniejszym, parkiem, w którym piękno natury skondensowane jest na przestrzeni kilku kilometrów. to dystans, jaki można przejść na nogach podczas zaledwie jednego dnia..

krajobraz gór Sierra Nevada zaczyna się już kilkadziesiąt kilometrów przed wjazdem do parku. zachodnia strona pasma jest stosunkowo stroma, a droga prowadzi krętymi dolinami porośniętymi ogromnymi sekwojami nad którymi dominują dolomity i popękane wzgórza magmowe. pniemy się więc ostro pod górę, rodzice wzdychają z zachwytu, a Mazda udaje, że jest silna, choć ja wiem, że wspinanie się na automatycznej skrzyni biegów z 5 osobami na pokładzie nie jest jej najsilniejszą stroną. stoki pasma sięgają zaledwie 1200m, ale wjeżdżamy prawie z pozycji zerowej.. po ponad godzinie kluczenia w dolinach docieramy do wjazdu do Parku -- jest ósma rano, poniedziałek, spory ruch i uśmiechnięta pani Rangerka. już przy Crater Lake kupujemy roczny pass do wszystkich parków narodowych w USA, teraz bierzemy więc tylko mapę i z życzeniami dobrej zabawy wjeżdżamy do Yosemite National Park.

dzisiejszy ukształtowanie parku to w skrócie zasługa wody i lodu. cienki jestem w opisie krajobrazów, bo nigdy nie kumplowałem się z Reymontem czy Mickiewiczem, więc aby zrozumieć tematy westchnień widokowych odesłać muszę do zdjęć poniżej. w dużym uproszczeniu: w Yosemite na niewielkim obszarze mamy do czynienia z pionowymi wręcz skałami, z wysokimi wodospadami, czystymi jak łza jeziorami i dzikimi w okresie wiosny i wczesnego lata rzekami. na swojej drodze można spotkać tu niedźwiedzia, choć znacznie prościej natknąć się na sarnę. jest wściekle zielono i wyjątkowo spokojnie -- ciszę przerywa tylko jednostajny huk odległych wodospadów i przytłumiony przez drzewa szum pobliskich rzek i strumieni. ta zieleń... ma w sobie coś, czego oczekujemy po Alpach szwajcarskich -- głębię koloru i taką jakąś czystość. gdy byłem tu z chłopakami w roku 2004 było już żółto, ale wtedy odwiedzaliśmy park w końcówce września. nawet jeziora i rzeki były wyschnięte..

teraz park żyje, na szlakach spotyka się ludzi, kursują parkowe autobusy, choć, jak pisałem powyżej, ze szlaku na szlak można w kilkadziesiąt minut przejść się na nogach. z parkowych guidów wybieramy 4 szlaki -- oglądamy wodospad, dwa jeziora, jakieś wyjątkowo poskręcane drzewa, kamienne mosty i oazę kamiennych piramidek tworzonych od lat przez odwiedzających. ale.. tu właściwie nie szlaki są ważne -- wszystko dookoła jest ciekawe, spokojne, pachnące żywicą i tysiącletnimi sekwojami. kręcimy się więc tu i tam, jemy obiad w drewnianym barze we wiosce Yosemite, spotykamy Polaków z Florydy, bo ja oczywiście występuję w naszych narodowych barwach. zielona dolina Yosemite jest tylko jedną z części parku -- na kolejne, już zdecydowanie inne odsłony tego niezwykłego miejsca zapraszam w kolejnych notkach.

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4 -- Yosemite National Park..

02

sie
2011

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:32

kontynuacja poprzedniej notki: najpierw dwie panoramy, później trochę luźnych ujęć z okolic Yosemite Village. panoramy złożone są z 5 ujęć, największy problem miałem z niebem, bo w południe odcienie błękitu są różne na całej długości, a zdjęcia łapią kąt ponad 150 stopni. ciekawie tez było pod wodospadem Lower Yosemite Fall, gdzie woda spadając z wysokości ok 150 metrów tworzy mgiełkę pary na całej szerokości tarasu widokowego. w jednej chwili wszyscy byli mokrzy, a elektronika odmawiała posłuszeństwa. woda w rzekach parku jest lo-do-wa-ta. planowałem przejść kilkadziesiąt metrów rzeką w kierunku małej wysepki, ale przy 1 stopniu Celsjusza i jakimś takim dziwnym i ostrym kłuciu w nogi nie było to możliwe..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..Great American Road Trip, cz. 4.1 -- Yosemite National Park..

04

sie
2011

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:50

kończąc opisywanie Parku Narodowego Yosemite pokażę wam, jak bardzo różnią się dwie przeciwne strony tego obszaru. zachód jest zielony, ciepły i łagodny, a położona w wyższych partiach gór strona wschodnia -- skalista, surowa i dzika. przebijając się przez góry Sierra Nevada mkniemy malowniczą drogą nr 120 (tu mapa) -- granitowe szczyty i imponująca sceneria wulkaniczna towarzyszy nam przez dobre kilka godzin. krajobraz zmienia się diametralnie: niektóre odcinki straszą pustynią -- to obszary zniszczone ogromnymi pożarami, inne w znaczniej mierze wciąż (lipiec) pokryte są grubą warstwą śniegu. dookoła popękane masywy skalne, dotykalne potwierdzenie czystej siły drzemiącej w wodzie i temperaturze. często zatrzymujemy się na licznych punktach widokowych i podziwiamy okolicę. z daleka widać majestatyczny Half Dome i gdyby nie ciągła presja czasu podjąłbym całodzienną wspinaczkę na szczyt. ale gwiazdą jest sama droga -- piękna, kręta, równiutka jak stół bilardowy. 7 lat temu przejechaliśmy nią w przeciwnym kierunku, a zapamiętałem tę trasę z powodu Maćka, który kierując i podziwiając widoki zjechał na przeciwny pas wprost pod koła zbliżającego się samochodu.. po przecięciu największych wzniesień gór powoli zjeżdżamy na dół. wjeżdżamy w Wielką Kotlinę, miejsce zupełnie inne niż cała zachodnia Kalifornia...

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

Great American Road Trip, cz. 4.2 -- wschodnia strona Yosemite..

09

sie
2011

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:28

przebiliśmy się przez góry Sierra Nevada i wróciliśmy, choć chwilowo, do cywilizacji. przywitało nas miłe miasteczko Lee Vining, które, podobnie jak inne tego typu osady, rozwinęło się na bazie osady górniczej. sklepy takich miasteczek są wspaniałą lekcją historii: można kupić tu wszystko, co jest związane z danym regionem, począwszy od indiańskich wyrobów, przez skóry niedźwiedzia, na kapeluszach kowbojskich kończąc..

jednak atrakcją tego miejsca jest Jezioro Mono, słonecznie odbijające się od setek kilometrów stepów dookoła. Mono Lake -- najstarsze jezioro Ameryki Północnej (powstało ok 760k lat temu), pozostałość po prehistorycznym jeziorze, które swego czasu było 5 razy większe niż obecnie, jest prawdziwym fenomenem. jest ono trzy razy bardziej zasolone niż ocean i 80 razy bardziej alkaliczne (czyli zasadowe). nazwane przez Marka Twaina 'kalifornijskim Morzem Martwym' przez wiele lat uważane było za środowisko, w którym nie mogą egzystować żadne organizmy. dopiero niedawno, jak pisze wiki, odkryto tu pierwsze znane mikroorganizmy, które nie tylko żyją i rozmnażają się w toksycznym środowisku arszeniku ale także potrafią używać arszeniku do budowy własnego DNA. oprócz bakterii żyją tu artemie i alkaliczne muchy, od których zresztą jezioro wzięło swoją nazwę. tutejsze muchy bowiem były cenione przez rdzenną ludność Paiute, która zjadała ich poczwarki i handlowała nimi wzdłuż gór Sierra Nevada. słowo mono oznacza właśnie zjadaczy much. główne atrakcje wybrzeża, motyw przewodni jeziora Mono, to wapienne iglice, zwane Tufa, stale formowane na przestrzeni ostatnich 900 lat. są to po prostu osady wapienne wydostające się z podziemnych źródeł, wtedy, gdy jezioro było jeszcze kilkukrotnie głębsze.

aby dostać się w pobliże South Tufa zjeżdżamy z drogi nr 395 i kierujemy się w kierunku Mono Basin National Forest Scenic Area. bocznymi drogami dojeżdżamy wreszcie do samego jeziora, w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma tu nikogo, a na miejscu czeka na nas strażnik, płatny parking i czyste toalety. to national forest, więc respektują nasz roczny pass na parki narodowe Ameryki. drewnianym chodnikiem dochodzimy do jeziora, i podziwiamy iglice. dookoła, oprócz fajnych widoków, całe mnóstwo much obsiadających wilgotny piasek wybrzeża. z tatą, taka już nasza wrodzona ciekawość rodzinna, oczywiście próbujemy smak wody -- i potem przez kilka godzin nie możemy się pozbyć tego wstrętnego siarczano-słonawego posmaku w ustach...

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5 -- Mono Lake..

09

sie
2011

wywiad..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 02:34

z Przemkiem Paszowskim, felietonistą, redaktorem i sprawozdawcą, o pasji podróżowania, Stanach Zjednoczonych i Górniku w wywiadzie na jego stronie. polecam cały blog Przemka na paszowski.cba.pl -- interesujące podejście do aktualnych wydarzeń ze świata sportu i mediów..

10

sie
2011

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:42

jeszcze kilka zdjęć z okolic Mono Lake, niekoniecznie tych z jeziorem..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

Great American Road Trip, cz.5.1 -- Mono Lake..

12

sie
2011

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasteczko gorączki złota..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:33

jakiś czas temu opisywałem tu westernową osadę Winthrop -- jedno z tych świetnie utrzymanych amerykańskich 'malowanych' miasteczek tematycznych tłumnie odwiedzanych przez turystów. tym razem dotarliśmy do kalifornijskiego Bodie -- kawałka prawdziwego Dzikiego Zachodu, przesiąkniętego gorączką złota, krwią poszukiwaczy przygód i złą sławą tamtych czasów..

Bodie położone jest po wschodniej stronie pasma Sierra Nevada, upchnięte jakby w pustynne wzgórza porośnięte wyschniętymi i surowymi krzakami. wysoko na wzgórzach, w fizycznej izolacji, w niezwykle niesprzyjających warunkach klimatycznych (upalne lata i mroźne wietrzne zimy), odnaleziono złoto. wybuchła gorączka, rozpoczęły się inwestycje, zaczęto wydobycie. w 1874 r. Bodie rozrosło się do rozmiarów 10-tys miasta z 60 saloonami, kilkunastoma burdelami i całym tym brutalnym westernowym życiem. miejsce to pozostawało żywe aż do końca XIX wieku, kiedy złoto się skończyło, a miasto zostało porzucone. przez wiele lat było Bodie miastem-widmem, miejscem zawieszonym w próżni, wystawionym na nieubłagany upływ czasu, aż w 1962 r. przejął je stan, który do dzisiaj utrzymuje ok 150 budynków w stanie 'trwałego zniszczenia'. Bodie jest prawdziwe, a jego wygląd zbliżony jest do tego sprzed stu lat. zakurzone meble, pozostawione kubki, stoły, lampy, pożółkłe tapety, pokryte kurzem podłogi -- wszystko tak, jak pozostawiono je przed laty..

miasteczko miało okropną reputację -- w tradycji Dzikiego Zachodu standardem było powiedzenie 'zły jak człowiek z Bodie'. morderstwa zdarzały się nader często, do tego normą były napady na dyliżansy, salonowe bójki na noże, strzelaniny uliczne. istniało wiele miejsc, w których ludzie relaksowali się po ciężkich dniach w kopalniach, i gdzie niestety masowo ginęli. większość z nich pochowana jest na położonym na przyległym wzgórzu cmentarzu. zła sława Bodie goniła te najbardziej znane miasteczka gorączki złota, z ta różnicą, że Tombstone, Deadwood czy Dodge City do dziś mają swoich bohaterów (Wyatt Earp, Doc Holliday, Wild Bill Hickok), a życie bandziorów z Bodie poszło w zapomnienie.

Bodie jest dzisiaj parkiem stanowym, wjazd do niego jest płatny (6$ od osoby). spacerując po opuszczonym miasteczku wciąż można poczuć klimat Dzikiego Zachodu. można spojrzeć przez szybę do miejscowego saloonu i przyglądnąć się pokrytemu kurzem stołowi bilardowemu czy miejscu do gry w ruletkę, można odwiedzić zabytkowy kościół, hotel i dom rozpusty. można spojrzeć do szkolnej klasy wypełnionej ławkami i porozrzucanymi książkami, można dotknąć prawdziwej stacji benzynowej i znaku Shella przestrzelonego pistoletowymi kulami, można w końcu dostrzec na sklepowej ścianie kalendarz z 1932 roku -- niemy świadek ostatnich chwil życia tego miejsca.

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch.. Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto-duch..

Great American Road Trip, cz.6 -- Bodie, miasto widmo..

13

sie
2011

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:28

o upływie czasu najdobitniej świadczą relikty przeszłości -- porzucone samochody, metalowy złom maszyn górniczych, resztki drewnianych wozów, obręcze kół, narzędzia. niemi świadkowie dawnej świetności Bodie, w rdzy i kurzu, od stu lat w tym samym miejscu. jest coś specyficznego w takim spacerze po otwartej przestrzeni i obcowaniu z resztkami historii minionych pokoleń..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

Great American Road Trip, cz.6.1 -- Bodie, relikty przeszłości..

16

sie
2011

Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:33

do kilku budynków w Bodie można zajrzeć przez brudnawe i zakurzone szyby przenosząc się tym samym sto lat w przeszłość..

bar z pianinem i stołami do gry w ruletkę:
Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

dom mieszkalny, klasyczny living room:
Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

sklep z artykułami wszelkimi, na ścianie kalendarz z 1932 roku:
Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

spożywczak:

Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

saloon:
Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

szkoła:
Great American Road Trip, cz.6.2 -- Bodie, wnętrza..

19

sie
2011

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:16

Dolina Śmierci. sama nazwa tego miejsca budzi respekt, a dodając do tego lipiec, najgorętszą porę roku w Kalifornii, miejsce to przeradza się w grozę. Death Valley jest najgorętszym i najbardziej suchym rejonem Ameryki Północnej -- jest odosobnionym i wiecznie prażonym słońcem bezmiarem gór, kanionów i kotlin, w którym wegetacja roślin sprowadza się do absolutnego minimum. jest głęboką pustynią o niespotykanych nigdzie indziej temperaturach. do Doliny wjechaliśmy późnym popołudniem od strony zachodniej, długo klucząc krętą droga przebiliśmy się do Stovepipe Wells -- niewielkiej osady mieszczącej bazę rangersów, hotelik i mały sklep. była godzina ósma wieczorem gdy dotarliśmy do dużego termometru przy budce strażników -- skala wskazywała 42 stopnie Celsjusza w cieniu. gorący wiatr prażył nasze twarze, usta wysychały w jednej sekundzie, mama poczuła przenikający ból gorąca w gałkach ocznych. a to był wieczór, w południe musiało tu być przynajmniej 25 stopni więcej..

Dolina Śmierci jest również najobszerniejszym Parkiem Narodowym Ameryki: ciągnie się na długości ponad 200km, a jej szerokość sięga nawet 40km. najniżej położony punktem parku jest Badwater (82 m ppm, gdzie osadza się woda o niespotykanym zasoleniu), jest to jednocześnie największe obniżenie na obszarze obu Ameryk. a skąd nazwa? Dolina okazała się budzącą respekt przeszkodą dla zachodniej migracji w XIX w, a swe groźne miano zyskała w 1949 r, po tym, jak grupa emigrantów błąkała się po niej tygodniami szukając wyjścia. pod koniec XIX wieku i na początku XX w. okoliczne góry penetrowali poszukiwacze złota..

tym razem w Dolinie nie dało się oddychać, więc ominęliśmy sławne miejsca parku (Zabriskie Point, Dante's View, Zamek Scotty'ego), które z chłopakami odwiedziliśmy w 2004 roku. zatrzymaliśmy się przy piaszczystych wydmach w okolicach Stovepipe Wells i przy kopalni Boraksu, którego przemysłowa eksploatacja zaowocowała słynnymi wozami 20-mułowymi potrzebnymi do ciągnięcia białego minerału do odległych punktów przeładunkowych. mijamy również Furnace Creek, która to oaza wygląda na najpiękniejsze i najbardziej upragnione miejsce w tym całym pustynnym bezmiarze..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

Great American Road Trip, cz.7 -- Death Valley National Park..

22

sie
2011

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:51

wydmy piaskowe w pobliżu Stovepipe Wells w połączeniu z potężnym, potrzaskanym w słońcu masywem górskim Doliny Śmierci, to nasze ziemskie odzwierciedlenie Arrakis, planety-Diuny z epopei Franka Herberta:

książę spojrzał w lewo na popękany w dole krajobraz Muru Zaporowego -- na rozpadliny udręczonej skały, na plamy żółtawego brązu porozrywane czarnymi liniami uskoków. jakby ktoś upuścił ten ląd z niebios i zostawił tam, gdzie się roztrzaskał. przecięli płytki basen z wyraźnymi konturami szarej łachy piasku rozlewającej się po nim z południowego wylotu kanionu. jęzory piachu wpadały do basenu suchą deltą zarysowaną na tle ciemniejszej skały. (..)

Paul wyjrzał przez okno. pod nimi spękany grunt zaczynał opadać wzburzonymi falami ku gołej skalnej płaszczyźnie i ostremu jak nóż szelfowi. za szelfem półksiężycowe paznokcie wydm szły aż po horyzont, z tu i ówdzie rozmazaną plamką, ciemniejszym kleksem mówiącym o czymś, co nie było piaskiem. być może wychodniami warstwy skalnej. w tym stężałym od upału powietrzu Paul nie był niczego pewny.


No Diuna, wypisz wymaluj Arrakis..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

Great American Road Trip, cz.7.1 -- Death Valley National Park -- wydmy..

27

sie
2011

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:46

szybki tranzyt przez Dolinę Śmierci trochę się przeciągnął i nad pustynią zapadła noc ciemna jak, nie przymierzając, hebanowy mieszkaniec Bronksu. ciężko nawet było stwierdzić w którym miejscu pustyni Mojave przecięliśmy granicę Kalifornii i Nevady, w każdym razie jakoś lekko przed północą niebo na horyzoncie zaczynało się rozjaśniać. nie, to jeszcze nie wschód słońca -- to Las Vegas wita nas blaskiem neonów z odległości kilkudziesięciu kilometrów. do miasta wbijamy się od południowego zachodu, od części sypialnianej, z willami poprzedzielanymi palmowymi ogródkami. o północy LV budzi się do życia -- na 6-ścio pasmowej autostradzie ciągnącej się przez miasto duży ruch, w ogóle to miejsce to wydaje mi się o wiele większe niż gdy byłem tu ostatnio. z oazy na pustyni Vegas przemienia się w półmilionowego kolosa, bez GPS-a ciężko byłoby dotrzeć do naszego hotelu..

hotel -- super standardy za darmochę. jest w tym jakaś poparta empirycznie prawidłowość, że lepiej ściągnąć klienta do własnego hotelu i dopłacić za jego pobyt, niż oddać go do konkurencji. klient przecież i tak wyda wszystko co ma wydać w kasynie na dole, stąd LV znany jest w Stanach z bardzo tanich lotów i jeszcze tańszych hoteli..

plan zakładał odpoczynek po kilku poprzednich mega-aktywnych dniach i pozostanie na miejscu przez pełne 2 dni, jednak, jak to zwykle bywa, potoczyło się trochę inaczej. stolica rozrywki wciągnęła nas rankiem i wypuściła późną nocą, z kilkudziesięcioma dolcami mniej w kieszeniach. hazardowaliśmy delikatnie, żadnych tam black jacków, same maszyny, które jak to one więcej biorą niż wypłacają. największym szczęściem może poszczycić się mama, największym pechowcem cała reszta naszej wycieczki. godziny upływały szybko, kasyno za kasynem, każde inne, każde bardziej wystrzałowe, kolorowe, głośne i plastikowe. dookoła muzyka, dźwięki, tysiące turytów i ostre słońce. i tak do upadłego, 24h na dobę, ludzie zmęczeni emocjami i temperaturą tego miejsca.. ale mimo wszystko warto tu przyjechać -- The Strip, czyli główny 4-pasmowy bulwar LV, jest kwintesencją serca światowej rozrywki. mieści w sobie wszystko to, czego potrzebuje człowiek. i wszystko skumulowane jest na 7km po obu stronach wielopasmowej drogi.. a wieczorami rozrywka się potęguje: tu koncert, tam show, tu gala boksu, tam światowa premiera filmowa. i wszędzie pieniądze i drogie perfumy. takie to właśnie jest to Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

Great American Road Trip, cz.8 -- Las Vegas..

01

wrz
2011

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:44

opuszczamy Las Vegas wczesnym rankiem, gdy na ulicach nie ma jeszcze nikogo, a słońce cudownie przebija poranny chłód pustyni. kierujemy się na wschód -- przed nami daleka droga, właściwie jedna z najdłuższych jednorazowych tras -- musimy przebić się przez Nevadę do Arizony, przejechać kultową 66-tką, dotrzeć i zobaczyć Grand Canyon od strony południowej, a późnym wieczorem dojechać do miejscowości Page na północy stanu. nie uprzedzając jednak kolejnych notek pierwszym przystankiem tego wymagającego dnia jest Hoover Dam. Zapora Hoovera to przeogromne dzieło inżynieryjne, tama, która w czasie swojego powstania (1933) była największą betonową budowlą na świecie i jednocześnie największą elektrownią wodną. jeszcze gdy byliśmy tu 7 lat temu po drodze położonej na tamie można było przejechać samochodem -- właściwie była to jedyna w tej okolicy droga łącząca Arizonę z Nevadą. dzisiaj droga ta już nie istnieje (kilkaset metrów za tamą ułożono barykady mające chronić tamę przed atakami terrorystycznymi), a cały ruch puszczono autostradą po nowym moście. fajną fotorelację z budowy tego mostu możecie zobaczyć tutaj. oprócz barykad mieści się tu stały posterunek armii, która chroni konstrukcję, a czasem i sprawdza wjeżdżające samochody, czy aby nie wwozi się tu jakieś bomby. w ogóle jest inaczej: pobudowano piętrowe parkingi, toalety, jakieś sklepy, zrobiło się bardziej ekskluzywnie. tama budzi szacunek, choć z wysokości ciężko ocenić jej rzeczywistą wielkość: ponad 200 m w pionie, prawie 400 długości. myślę, że najlepiej prezentowałaby się z dołu, z samego poziomu rzeki Kolorado. tam jednak nigdy raczej nie dotrę.. poza tym otaczające tamę krajobrazy, skały, kaniony, zniekształcają wyobrażenie wielkości. wszystko tu jest jakieś taki amerykańsko wyolbrzymione..

przy fladze i tablicach upamiętniających budowę tamy znajduje się pomnik na którym widnieje inskrypcja: 'It is fitting that the flag of our country should fly here in honor of those men who, inspired by a vision of lonely lands made fruitful, conceived this great work and of those others whose genius and labor made that vision a reality.' czyli po naszemu: stosownym jest, aby flaga naszego kraju powiewała w tym miejscu upamiętniając tych ludzi, którzy zainspirowani wizją uczynienia odludnych terenów płodnymi stworzyli zarys tego przedsięwzięcia, jak również tych innych, których geniusz i praca zmieniły tę wizję w rzeczywistość..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

Great American Road Trip, cz.9 -- Hoover Dam..

09

wrz
2011

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 06:38

panie i panowie, jest ważne ogłoszenie! otóż za niespełna dwa miesiące na świat przyjdzie syn nasz, Jakub Ankudowicz, sławny z powodu bycia pierwszym reprezentantem naszej gałęzi Ankudowicz urodzonym w Stanach i posiadającym obywatelstwo amerykańskie! sławny będzie nasz mały bohater jeszcze z wielu innych powodów, ale te wyklarują się dopiero za jakiś czas, dziś za wcześnie jeszcze aby o tym mówić.. otóż Kuba właśnie rozpoczął swój ósmy miesiąc życia i choć nie ma go jeszcze z nami, to dom już czeka na jego przybycie. Kuba ma już swoją szufladę wypchaną mnóstwem własnych rzeczy, ma swoje łóżeczko, o foteliku samochodowym już nie wspominając. zresztą on sam dobrze chyba o tym wie, bo kopie mamę i obraca się aktywnie. niedługo rozpocznie się całe zamieszanie, a potem sprawy potoczą się już szybko: pierwsza wizyta w domu, pierwsza rozmowa z dziadkami na skajpie, pierwszy mecz Górnika oglądany razem z tatą, pierwsze rodzinne zdjęcie i pierwsze święta, kiedy będzie miał ok dwóch miesięcy.. tak więc, trzymajcie kciuki za pomyślność naszej sprawy. Kuba, świat już na Ciebie czeka!!!

dzisiaj na patio..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

8 miesiąc, Kuba w Kanadzie..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

7 miesiąc, Kuba w parku Mt Rainier..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

6 miesiąc, Kuba w domowym ogródku...

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

5 miesiąc, Kuba w Kalifornii nad Mono Lake..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

4 miesiąc, Kuba po raz drugi pokazał nam swoją twarz..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

3 miesiąc, Kuba nad wodami zatoki Puget Sound..

Kuba Ankudowicz -- coming soon..

14

wrz
2011

z cyklu mój pierwszy raz: polowanie na łososie..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:08

w poszukiwaniu kolejnej nowej przygody wybraliśmy się z kolegami na łososie. sprawa dla mnie zupełnie nowa, nigdy bowiem nie łowiłem łososi, nigdy również nie próbowałem wędkować w rzecze. ale region Pacific Northwest słynie z masowej wędrówki łososia pacyficznego w górę rzek i potoków, pora więc było na wielką konfrontację. dojrzałe okazy pokonują nieraz odległość kilku tys. km i, co ciekawe, zawsze płyną na tarło w miejsce swojego urodzenia. rzeki stanu Waszyngton idealnie im odpowiadają: łososie składają ikrę w wodach zimnych, dobrze natlenionych, o kamienistym dnie. tarło odbywa się co dwa lata, a sezon trwa stosunkowo krótko: od kilku do kilkunastu tygodni w roku.

na rzece byłem łącznie 3 razy i filmik poniżej przedstawia kompilację wszystkich trzech wypadów. początkowo uderzyłem na polowanie z moim kumplem z pracy, później w całość wtajemniczyłem Damiana. jak widzicie poniżej, ryba w trakcie swoich planów rozrodczych ma totalnie przechlapane. czeka na nią szpaler wędkarzy tworząc na rwącej i zimnej rzece coś w rodzaju zomowskiej ścieżki zdrowia. żeby łosoś miał jakiekolwiek szanse wprowadzono jednak pewne utrudnienia: haczyk musi być pozbawiony wszystkich elementów blokujących odhaczenie się ryby (tych ostrych odgałęzień), tak więc wyciągnięcie dużej sztuki z wody jest sporym wyzwaniem. jak widać na filmiku, 3 razy więcej ryb odczepia się podczas holowania, a tylko nieliczne okazy udaje się wyciągać. oprócz tego istnieje limit 4 sztuk dziennie, a przekroczenie skutkuje mandatem w wysokości 104 dolców. na rzecze Puyallup, na której łowiliśmy, dominuje Łosoś Różowy (pink salmon) i właśnie takie sztuki wyciągaliśmy. miały ok półtorej do 3kg, a walka z wyciągnięciem trwa od minuty do nawet 5. sezon potrwa jeszcze przez 2 tygodnie, zamierzam więc jeszcze trochę połowić. film polecam oglądać w formacie HD bezpośrednio na Vimeo.



z cyklu mój pierwszy raz: polowanie na łososie..

z cyklu mój pierwszy raz: polowanie na łososie..

19

wrz
2011

żegnaj lokalizacjo, czyli koniec pracy z tekstem..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:41

po prawie 7 latach walki z tekstem -- od wydawnictwa Helion po 4 i pół roku pracy w NCsofcie -- kończę zabawę ze słowem pisanym. jakoś tak zupełnie nieprzewidywalne toczą się ludzkie losy: bo przecież jeszcze w czasie studiów ciężko byłoby mi siebie wyobrazić, jako osobę walczącą z korektą merytoryczną tekstów, czy lokalizacją produktów informatycznych. ale tak się sprawy potoczyły i w rezultacie wylądowaliśmy tu gdzie jesteśmy, czyli w Stanach. przeszedłem przez wszystkie szczeble działu lokalizacji w klasycznej multikulturowej korporacji: od osoby nadzorującej prace lingwistyczne, przez menadżera projektów lokalizacyjnych, po menadżera całego zespołu. co roku dowiadywałem się czegoś nowego, stawiałem te moje małe kroki do przodu, co roku coś nowego absorbowało moją wyobraźnię, ale w końcu doszedłem do punktu zwrotnego, do punktu, w której już nic nowego nie może mnie zaskoczyć i niewiele nowego mogę się nauczyć. brak celu i pasji do pracy jest zabijający, i właśnie to był kres mojej podróży z lokalizacją. i początek nowej przygody, tym razem w dziale Web. dostałem się bowiem do zupełnie innego departamentu w mojej firmie, od kilku już tygodni jestem producentem rozwiązań internetowych (walczę z serwisami i usługami internetowymi oraz wewnętrznymi projektami mającymi usprawnić pracę całego działu), i częściowo to jest przyczyną ostatniego spowolnienia na tomxx.net. przede mną nowe wyzwania, masakryczna ilość elementów do nauki, nowi ludzie i zupełnie nowe projekty. na razie miotam się po omacku, jakby we mgle, ale mam nadzieję, że wkrótce ogarnę nowe otoczenie i, jak to już wcześniej bywało, z kopyta ruszę do przodu. mam plan, żeby z taką wiedzą wrócić w przyszłym roku do Europy (Polska, Anglia, Irlandia?) i rozpocząć coś zupełnie nowego, ale już wielokrotnie nasze długoterminowe inicjatywy upadały w toku szybkich i spontanicznych decyzji...

21

wrz
2011

Great American Road Trip, cz.10 -- historic Route 66..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:35

no dobra, znowu jesteśmy w drodze.. po opuszczeniu Tamy Hoovera mkniemy nowiutkim i gładkim jak dno Doliny Śmierci asfaltem trasy nr 93 na południowy wschód. mijamy ujmująco brzmiącą tylko w nazwie osadę Grasshopper Junction, gdzie tłusty Tony ma swoją pizzerię pośrodku niczego. przemierzamy hrabstwo Mohave, ze swoimi mizernymi chatkami Indian, opuszczonymi miastami i grzechotnikami wyciągniętymi do słońca na niezmierzonych przestrzeniach porośniętych jedynie suchymi kępami ubogiej roślinności. po jakimś czasie po przeciwnej stronie drogi zauważamy tory kolejowe, a na zbiorniku z wodą odczytujemy napis: Welcome to Kingman, heart of historic Route 66. dojechaliśmy do jedynego większego miasta w tej okolicy, Kingman, Arizona, który leży na przecięciu trzech ważnych szlaków drogowych: drogi nr 93 z Las Vegas, autostrady międzystanowej nr 40 (przecinającej całe południowe Stany niczym piła i łączącej Kalifornię z Oceanem Atlantyckim aż w Północnej Karolinie. chyba nie ma nigdzie takich długich dróg jak w Ameryce: 40-stka ciągnie się niemal w prostej linii na długości 4100km!!) i legendarnej drogi nr 66..

Route 66 jest naszym najbliższym celem. legendarna droga zwana Matką Wszystkich Dróg, Mother Road, czy Główną Trasą Ameryki, Main Street of America, służyła milionom ludzi przez ponad 50 lat, do momentu wybudowania zupełnie nowego systemu autostrad. jej początki sięgają roku 1926, jednak musiało minąć jeszcze kilka lat, kiedy asfalt pokrył całą 3939-kilometrową trasę łączącą Chicago z Los Angeles, a później z Santa Monica. to droga migracji całych społeczności, szukania lepszego życia na mitycznym Zachodzie, w końcu legenda przemierzających Amerykę w tę i z powrotem trampów barwnie opisywanych u Kerouac-a w swoim autobiograficznym arcydziele.. kierując się już tylko na Wschód mijamy linię kolejową kompanii Burlington Northern Santa Fe i po kolejnej godzinie lub dwóch namierzamy Seligman. z tym miejscem wiąże się ciekawa historia, która odcisnęła na mnie pewne piętno i którą zawsze powtarzam podczas piwnych posiadówek z przyjaciółmi. warto więc ją przypomnieć..

kilka lat temu, podczas mojej pierwszej przygody z Zachodem jesienią 2004 roku, spędziliśmy cały dzień na północnym krańcu Wielkiego Kanionu, i jako że następnego dnia mieliśmy już odlot z LV do NY, zaczęliśmy kierować się na południe i z powrotem do Vegas. Kanion opuściliśmy późnym wieczorem, objechaliśmy go od strony wschodniej i dolatując do międzystanowej 40-stki mieliśmy kierować się na zachód. od Vegas dzieliło nas wtedy ok 4 godzin jazdy, jakieś 500km. przed samym zjazdem na autostradę zmieniliśmy się za kierownicą, stery objąłem ja, a zmęczone chłopaki posnęły w ciepłym samochodzie. i tak mknąłem przez noc, w obcym świecie, jakby we śnie, będąc sam w swojej wieczności za kółkiem, mijając jakieś zagubione małe miasteczka migające tylko w ciemnościach, a innym razem prując przez wiele kilometrów bez jakiejkolwiek oznaki życia ludzkiego. z głośników dobiegał ponury głos Kazika z jednej ze starszych płyt Kultu (chyba Spokojnie z 1988r), droga biegła prosto jak strzała, a ja czułem się wyjątkowo jadąc tak w nieznane naszym wypożyczonym na lotnisku Dodgem Stratusem. na zewnątrz zimno, ciemno jak w piekle, świat we władanie przejęła pustynna noc, a ja wlokłem się do przodu mijając hurtowo wielkie amerykańskie 18-kołowe ciężarówki i myśląc nie wiadomo o czym. jedyną atrakcję stanowiły tablice drogowe i odliczanie w dół odległości do Albuquerque i innych miast tej części świata. no właśnie, Albuquerque. że też nie podkusiło mnie wcześniej wziąć do ręki mapę, że nie zastanowiłem się, że Albuquerque nie znajdowało się nigdzie wśród planów naszej wycieczki. olśnienie przyszło nagle gdy mknąc 130 na godzinę na poboczu mrugnął mi nagle napis głoszący: Welcome to New Mexico State! zamiast na Zachód, skręciłem na Wschód! zrobiłem 257 kilometrów w przeciwnym kierunku, tak więc teraz do zrobienia było już prawie 800! mijała północ, a ja czułem się jak idiota. za sterami siadł Maciek, a Crio objął funkcję nocnego pilota -- coś tam oboje poszemrali pod nosem, ale oficjalnie żadnej pretensji z siebie nie wyrzucili. ja poszedłem spać. znowu mijamy bezmierne pustkowia Holbrook i Winslow, mkniemy obok Parku Narodowego Skamieniałego Lasu i Krateru Meteorytowego docierając w końcu do serca arizońskiej pustyni -- miasteczka Flagstaff. po 2.5h obudzono mnie dokładnie w tym samym miejscu, w którym źle skręciliśmy. znowu siadłem za kierownicą, była druga w nocy, a do przejechania wciąż kawał drogi. prułem więc przez Williams, Ash Fork i Seligman, gdzie odruchowo postanawiłem skręcić na drogę 66. było jakoś przed 3 na ranem, radio automatycznie (poważnie, do dzisiaj nie wiem jak to się stało!!) przełączyło się na rozgłośnię Route 66 grającą klimatyczną muzykę westernową i przy takich dźwiękach wjechaliśmy do centrum Seligman. jest to miasteczko-muzeum, miejsce gdzie czas się zatrzymał, gdzie na drogach stoją stare krążowniki szos, gdzie stare knajpy wyglądają tak samo na przestrzeni ostatnich 50 lat, gdzie w kiczowaty trochę sposób zatrzymano rozwiewający się legendarny klimat Route 66. Luke spał w samochodzie, ale Maciek, Crio i ja spędziliśmy na dworze jakąś godzinę, robiąc zdjęcia i zachwycając się ciszą tamtej szczególnej nocy.. bo hej, takie rzeczy się pamięta, mimo że wtedy wyszło głupio, to jednak coś fajnego wtedy przeżyliśmy..

i właśnie do tego samego miejsca postanowiłem zabrać Agatę i rodziców. nie pamiętałem nawet nazwy, ale szybko udało mi się ją odszukać na panoramio. Seligman w ogóle nie zmieniło się od tamtego czasu: nadal znajdują się tu te same stacje benzynowe z lat 60-tych, te same Lincolny, te same nawet manekiny. wielkie neony i niezliczone tabliczki Route 66 przypominają tamte oszałamiające, podobno, lata 60-te. jest też restauracyjka Juana Delgadillo, prowadzona niezmiennie od 1953 roku. po śmierci założyciela w 2004 roku stery przejęli jego synowie, a cała historia wypisana jest na artykułach na ścianie zajazdu. przejrzyjcie powyższy link do wiki, to naprawdę niesamowite miejsce, w którym oczywiście jemy klasycznego amerykańskiego hamburgera z frytkami, popijając wszystko colą. na miejscu kupujemy również trochę pamiątek, ja występuję do fotek w moim nowym śnieżnobiałym t-shircie, Agata podrywa nieśmiertelnego Elvisa z plastiku, tata pręży się przy Merilyn, a mama wspina się na pokład zabytkowego kabrioleta..

jeśli czegokolwiek mogę żałować to, jak zwykle, braku czasu. bo w dalszą drogę ruszyliśmy już autostradą, a Route 66 wygląda na tym odcinku tak bajkowo..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

Great American Road Trip, cz.10 -- Route 66..

23

wrz
2011

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:13

do Flagstaff jednak nie dojeżdżamy, bo nasz przyjaciel czas wciąż ma dla nas inne plany. w miasteczku Williams odbijamy na północ i drogą nr 64 z żółtymi pasami pośrodku kierujemy się w stronę południowej grani Wielkiego Kanionu. po prawej stronie za rozległymi przestrzeniami arizońskiej pustyni ciągną się szaroczerwonawe wzniesienia wzgórza Mesa Butte, a po chwili krajobraz się normuje i preria powoli przemienia się w przyjemniejsze do życia środowisko. na horyzoncie wielkie, blado-jaskrawe rozgrzane słońce Arizony, ale po chwili wjeżdżamy w zielony krajobraz, zaczynają się nawet jakieś niewielkie skupiska drzew, jest jakby chłodniej..

przy wjeździe do Parku Narodowego standardowo otrzymujemy w pakiecie uśmiech rangera, mapkę oraz lokalną parkową gazetę, a następnie kierujemy się drogą South Entrance Road aż do Grand Canyon Village -- największego parkingu przy Wielkim Kanionie. setki samochodów, kilka budynków, muzeum i wielu wielu ludzi, szybko więc pakujemy się w kursujący co kilka minut parkowy autobus i jedziemy oglądać tą słynną dziurę w ziemi. darmowe autobusy (park shuttle) są super rozwiązaniem, trasy ciągnące się wzdłuż Rim Road podzielone są na bliższe i dalsze wg kolorów, a turyści mogą wyskoczyć na danym przystanku, obejrzeć kanion i wskoczyć w następny bus. odwiedzamy w taki sposób 4 czy 5 miejsc, by przekonać się, ze kanion wszędzie wygląda podobnie. niektóre z miejsc są bardziej cywilizowane (toalety, barierki i inne duperele), inne mniej, każdy znajdzie coś dla siebie. w jednym z miejsc spotykamy spoconego jak ruski termos Polaka z Chicago, który właśnie wrócił z 2-dniowej wycieczki na dno kanionu. na dole jest schronisko, możliwość przenocowania, a samo zejście trwa 4-5 godzin. można liczyć na własne nogi, można też skorzystać z osła -- do wynajęcia w jednej z miejscowych firemek. trzeba (!!) zabrać sporo wody, liczne ostrzegawcze tablice przypominają o śmierci osób z odwodnienia. my oczywiście mamy presję czasu więc druga moja wizyta w tym miejscu (wcześniej na północnej grani) nie przyniosła mi szansy zejścia na dno i zanurzenia się w rzece Colorado, która od milionów lat rzeźbi wnętrze kanionu. w innym, dość dalekim na wschodzie miejscu kanionu znajdujemy dla siebie cichy zakątek i odpoczywamy. sami, w pięcioro, tuż nad przepaścią. dokoła panuje cisza, którą ciężko nawet opisać. jesteśmy my, wiatr i ptaki. siedzimy na wyschniętym kawałku wiekowego drzewa, słońce powoli chyli się ku zachodowi, jest dobrze. zabieram się za robienie zdjęć, a cztery z poniższych panoram powstały właśnie tu..

pierwsze ujęcie jest cropem panoramy ostatniej, z moim cieniem. pomyślałem, że zdjęcie z cieniem jest cool, choć może rozpraszać przy odbiorze, a że panorama składa się z 6 pojedynczych ujęć, to było z czego ciąć. 2 kolejne wywołane w ostrym pomarańczowym presecie chyba najbardziej mi się podobają -- nadają taki wyrazisty klimat temu miejscu i choć trochę to efekt naciągany, to jak dla mnie robi wrażenie. najdłuższa panoramka powstała z 12 ujęć ze słońcem pośrodku, stąd niebo trochę wypłowiałe. sprawne oko dostrzeże tu mojego tatę, stojącego samotnie na krawędzi po lewej stronie kadru..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

29

wrz
2011

Great American Road Trip, cz.10.1 -- Grand Canyon..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:18

trochę fotek osobistych z Kanionu, a oprócz tego skały, skały i jeszcze trochę skał.. nie znam się i nie zajmuję geologią, ale myślę sobie, że chyba nie ma innego takiego miejsca na ziemi gdzie upływ lat jest tak bardzo widoczny jak tutaj. warstwa na warstwie, przez miliony lat odkładane na dnie prastarego oceanu, a teraz wszystko to obnażone jak sam król w koszuli, przed naszymi oczami.. i pomyśleć, że okres kształtowania Kanionu zbiegł się w czasie z okresem życia dinozaurów..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

06

paź
2011

Great American Road Trip, cz.10.2 -- Grand Canyon..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:00

zachód słońca nad Wielkim Kanionem uchwycony w pobliżu południowo-wschodniego wjazdu do parku. z Grand Canyon Village kierujemy się drogą 64 (East Rim Rd) na wschód, gdzie po pewnym czasie odnajdujemy miejsce słynące ze średniowiecznej z wyglądu wieży nad krawędzią kanionu. punkt ten nazywa się Desert View i tutaj zastaje nas zachód słońca zamieniający otoczenie w płonący miedzianoczerwonym światłem skalny świat. to środek lata, słońce zachodzi przed 10 wieczorem, a mrok który nastaje 10 minut później przypomina piwnicę, w której ktoś nagle wyłączył prąd. sama wieża ma ok 100 lat i jest jednym z bardziej obfotografowanych miejsc w Wielkim Kanionie. na jej dolnych piętrach znajduje się mały sklep, na górze taras widokowy na płd-wsch krawędź dziury w ziemi. tutaj więcej informacji. na koniec jeszcze dwa ujęcia z tego samego dnia w czerni i bieli.

po Desert View kierujemy się w dalszą drogę. to był jeden z naszych najcięższych dni podczas wycieczki, łącznie w ciągu 18 godzin zrobiliśmy ok 700km zwiedzając w tym czasie 3 opisane wcześniej miejsca. ostatnim odcinkiem był przejazd z Kanionu do miejscowości Page, na północy stanu Arizona, jakieś 160km, gdzie mieliśmy zabookowany nocleg. dojechaliśmy przed północą, jednak mało brakowało, a nie dojechalibyśmy w ogóle. kilka kilometrów po opuszczeniu Parku Narodowego na drogę wbiegły nam 2 jelenie -- ogromny samiec przed którym zahamowałem w ostatnim momencie i biegnąca za nim samica przed którą wykonałem ostry skręt w prawo. podczas tego skrętu byłem pewny że nie mam szans jej wyminąć, ale wszystko działo się tak szybko, że nawet nie wiem, jakim cudem nasze auto i my w środku byliśmy jeszcze cali. to drugi raz kiedy byliśmy tak blisko wypadku, a całą drogę do Page przejechałem już ze znacznie niższą prędkością i trzęsącymi się nogami. te półdzikie leśne tereny Arizony są rajem dla zwierząt, dróg nie oddziela tu żadna siatka i bardzo łatwo o wypadek. my, oraz oczywiście zwierzęta, mieliśmy tego wieczora ogromne szczęście.

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

Great American Road Trip, cz.10 -- Grand Canyon..

10

paź
2011

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:57

po przygodzie z jeleniami czekała nas kolejna -- jazda na pustym baku. północna Arizona to pustynia, rzadko mijamy jakiekolwiek ludzkie osady, na przestrzeni dziesiątek kilometrów czasami nie ma tu żywej duszy. jak to już bywało wcześniej, znowu zdarzyło mi się jechać na oparach paliwa, a GPS wskazał dwie stacje -- przed nami, za ok. 60 mil, i za nami, którą minęliśmy 40 mil wcześniej. trudna decyzja, zawrócić, czy jechać dalej. gdy wskaźnik wskazywał poziom zdecydowanie poniżej zera, a do stacji wciąż mieliśmy jakieś 20km zdarzył się cud i nieoznakowana na mapach stacja wyrosła nagle pośrodku pustyni. piękna no-name gas station prowadzona przez jakichś lokalnych Indian, pośrodku niczego, błyszcząco oświetlona ostrym światłem halogenów. kolejny raz sprzyjało nam szczęście..

noc spędziliśmy w miasteczku Page, na północnym skrawku Arizony, a dopiero rankiem mieliśmy okazję przyjrzeć się okolicy. wszystko, dosłownie wszystko dookoła było brunatno-czerwone. z lotu ptaka wygląda to czerwono, gdyż ziemia ma tu taki odcień, a kolory te dominują na drogach, w elewacjach budynków i wszędzie indziej, bo pył wcina się we włosy i ubrania. Page to ciężkie do życia miejsce z bardzo wysokimi średnimi temperaturami. miasteczko zamieszkuje ok 7000 ludzi, z czego 25% ludności to lokalni Indianie, którzy zajmują się prowadzeniem miejscowych atrakcji. niech nikogo nie zdziwi monotonność w obsłudze -- większość lokalnych kanionów czy innych monumentów w tej części Stanów obsługiwana jest przez Native Americans, a ceny przez nich dyktowane są MA-SA-KRY-CZNE (chodzi o mniejsze miejsca, nie o parki narodowe). nie dość, że wszystko jest niewspółmiernie drogie, to jeszcze na każdym kroku czuć na sobie prośbę o napiwek.. no ale cóż oni biedni mogą innego robić -- biznesów żadnych nie prowadzą, niczego nie wytwarzają, zajmują się sprzedażą taniej biżuterii (no ok, wytwarzają ją) i usługami turystycznymi. w Page również mieliśmy ostry plan dnia z kilkoma ciekawymi atrakcjami: kanionem, jeziorem i rzeką. zaczynamy od Antelope Canyon, opis samego miejsca w kolejnej notce.

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

14

paź
2011

Great American Road Trip, cz.11.1 -- Antelope Canyon..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:24

Antelope Canyon znajduje się 2 km od centrum Page w Arizonie. jedziemy jedną z większych dróg, która przecina kanion na dwie części. oczywiście tylko w nazwie, bo na dobra sprawę znajdują się tam dwa kaniony, górny i dolny, w odległości niecałego kilometra od siebie. po rozmowie z tubylcami wybieramy do zwiedzania część dolną, podobno jest lepsze światło i podobno jest tańszy.. drogą piaskową dojeżdżamy do równie piaskowego parkingu, którego jedynym urozmaiceniem jest niewielka buda z biletami i wodą oraz kawałek wiaty chroniącej ludzi od słońca. nic więcej.

kupujemy bilety, które jak wspomniałem wcześniej, cenowo nie zgadzają się z resztą atrakcji tej części Stanów. wstęp kosztuje $28 od osoby, ale udaje nam się otrzymać Photography Pass, czyli przepustkę do samodzielnego zwiedzania kanionu. wejście do środka odbywa się tylko w grupie i tylko z przewodnikiem z klanu Nawaho, jednak po wejściu mamy prawo odłączyć się od grupy i poświęcić więcej czasu na interesujące nas miejsca. pamiętajcie, że kanion znajduje się na obszarze rezerwatu plemienia Nawaho, tak więc do samej ceny wejścia należy doliczyć $5 wstępu do samego rezerwatu. to się może nie podobać, ale tego się nie zmieni... jak mawiał Kazik... przy wejściu otrzymujemy ostrzeżenie o powodziach błyskawicznych -- to takie ewenementy, które w mgnieniu oka potrafią zalać kanion i utopić wszystkich znajdujących się w środku. sytuacja taka miała miejsce przed kilkoma laty, zginęło wówczas kilkunastu turystów, głównie z Europy i z Australii.

nieznośny upał zostawiamy więc na zewnątrz i po drabince, niezwykle wąskim przejściem, schodzimy na dół. Antelope Canyon należy do kanionów szczelinowych, a jego powstanie na skutek wymywania piaskowca datuje się na kilka milionów lat. przejście tej części zajmuje ok 45 minut, my poświęcamy na to trochę ponad godzinę. głębokość się zmienia, ale generalnie sięga ok 5-7 metrów. czasami przez poszarpane i zwykle otwarte sklepienia przebijają się promienie słoneczne, a całe podłoże wyłożone jest złocistym piaskiem. są dwa takie miejsca, przez które o określonych porach dnia prześwieca wiązka słoneczna tworząc niezwykle malowniczy widok. po pewnym czasie naszej samotnej wędrówki podchodzi do nas jeden z przewodników i opowiada o historii swojego plemienia. mimo że nosi adidasy i koszulkę nike'a to dość dobrze opowiada o obyczajach i kulturze obecnych Nawahów. po kilku minutach z przodu kanionu dobiega muzyka, której poziom rośnie przy pokonywaniu kolejnych zagłębień i zakamarków. w końcu docieramy do rozległej jaskini, gdzie na półce skalnej siedzi Indianin i gra na tradycyjnym flecie Nawahów. fajny motyw, staliśmy tam, pośrodku czerwonej skały i przez kilka minut słuchaliśmy indiańskiej muzyki..

wyjście z kanionu na południowym krańcu przywraca w nas rzeczywistość. do parkingu, w pełnym słońcu południa, wracamy ok 10 minut. rzeczywiście, Antelope Canyon warty jest zwiedzenia -- jest to zupełnie nowe wrażenie, zwykle kanion to duża dziura w ziemi, wrażenia widokowe i nic poza tym. tutaj znajdujemy się w środku czegoś nieziemskiego, te wszystkie kolory, zapach piaskowca, cudowne kształty. polecam, szczególnie ze statywem, bo trzeba tam trochę dłużej naświetlać i warto uniknąć zblurowania...

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

Great American Road Trip, cz.11 -- Antelope Canyon..

16

paź
2011

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer ;)

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 08:36

kolejny odcinek z cyklu 'mój pierwszy raz' dotyczy .. piłki nożnej soccera. niespotykanie długi okres czasu zajęło mi wybranie się na potężny Century Link Stadium, aby spojrzeć na tą amerykańską piłkę kopaną, a powodem wtorkowej wycieczki był finał pucharu USA -- US Open Cup final. Seattle Sounders FC, nasza miejscowa drużyna Dźwiękowców, na własnym stadionie walczyła ze strażakami z Chicago (Chicago Fire FC), gdzie swego czasu dobrą kartę zapisało nasze polskie trio w składzie Piotr Nowak, Jerzy Podbrożny i Roman Kosecki.. chciałem zobaczyć jaka jest ta amerykańska piłka, czy rzeczywiście jest tak mocna, jak o niej mówią, jaka jest atmosfera, jak zachowują się fani i o co w ogóle biega w tym ich soccerze..

zaczęło się obiecująco. tysiące fanów, wszyscy w zielono-granatowych barwach, piękny stadion (byliśmy tu wcześniej na koncercie U2) i bardzo efektywne wpuszczanie przez bramy: nikt tu nikogo nie obmacuje, bilety sprawdzane są czytnikiem (oczywiście przesyłane wcześniej elektronicznie i drukowane.) do tego 100-osobowa ekipa gości w barwach z flagami i młody kibic Soundersów bezceremonialnie pokazujący im środkowy palec w ramach przyjacielskiego powitania w mieście. pomyślałem sobie, że jest tu całkiem podobnie do nas, zaraz polecą wyzwiska i ogólnie atmosfera może być gęsta. finału pucharu polski z Bydgoszczy pewnie nie będzie, ale emocje będą na pewno.. na trybunie za bramką orkiestra w 30-osobowym składzie dumnie zwąca się falą dźwiękową -- sound-wave -- rzeczywiście wprowadzająca do eventu spora dawkę pozytywnego dźwięku. słysząc ich po raz pierwszy przypomniał mi się jeden z meczów w Zabrzu w latach 90-tych, gdzie 40 fanów Dyskobolii z Grodziska Wlkp (tak, tak, był kiedyś taki zespół) weszło na trybuny z podobnymi instrumentami i większość spotkania przygrywali nam dźwięcznie na tych swoich trąbkach i bębnach..

ale po chwili wszystko wróciło na swoje ułożone miejsce i wydarzenie było wydarzeniem stricte amerykańskim. grubi mężczyźni kupowali hot-dogi, grzeczny ochroniarz zabronił filmowania trybun, kobiety popijały colę z lodem z dużych litrowych plastikowych kubków. przed meczem 30 tys. fanów odśpiewało hymn narodowy, a mecz rozgrywano na sztucznej nawierzchni. poziom samego meczu na kolana nie powalał, było dużo walki, trochę techniki, taki średni drugoligowy poziom europejski. amerykańskiej lidze daleko do ligi niemieckiej czy hiszpańskiej, porównywałbym ją z taką ligą belgijską, może z holenderską, w każdym razie Lech czy Wisła z czasów swoich dobrych występów w europejskich pucharów mogłaby tu ostro pozamiatać. zresztą, jeśli Manchester w rezerwowym składzie gromi tu naszych 7-0, to światowa czołówka to tu nie jest..

na pochwałę zasługują kibice: byłem chyba jedynym na trybunach bez barw, a stadion zapełnił się w całości (na mecze piłkarskie zamyka się górne trybuny stadionu). Soundersi mieli swój młyn, mieli prezentacje ultras, a piłkarzy wspierały głośne śpiewy przez prawie całe spotkanie. również pikniki często się podnosili, krzyczeli, energicznie gestykulowali. na trybunach sielanka rodzinna, począwszy od 4-letnich dziewczynek z wymalowanymi na zielono-niebiesko policzkami, przez młodzież szkolną i młodych gniewnych z korporacji, aż po 60-70 letnich Rednecków w klasycznych klubowych czapkach. fani gości wymieszani z kibicami miejscowych, z niewiadomych przyczyn w co 5 przyśpiewce skandowali nazwę zespołu gospodarzy.. przy każdym faulu kibice podnosili w górę czerwone kartoniki namawiając sędziego do wyrzucenia faulującego delikwenta z plastikowego boiska. na pewno nie przypominało to meczu baseballa, kibice żyli spotkaniem, szczególnie, że przy dobrej grze zespołu ze Seattle wciąż utrzymywał się bezbramkowy remis. w końcu Sounders strzelili bramkę, potem dołożyli drugą i po raz trzeci z rzędu (!!) zdobyli puchar Stanów Zjednoczonych.

po takich wydarzeniach zdaję sobie sprawę, że jestem fanatykiem, wariatem wręcz, Górnika, a nie piłki nożnej jako takiej.. poniżej galeria z tego wydarzenia:

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

z cyklu mój pierwszy raz: US Soccer..

17

paź
2011

Great American Road Trip, cz.12 -- film, część 1: WA, OR i CA..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:58

oto pierwsza część filmowej adaptacji naszej wyprawy: od stanu Waszyngton, przez Oregon po Kalifornię. po raz pierwszy w naszych filmowych projektach użyłem animacji wykonanych w Adobe After Effects -- trochę zajęło mi zrozumienie zasad tego programu, ale praca wykonana teraz będzie procentować w przyszłości i taka na przykład czołówka, będzie już naszym standardowym rozpoczęciem każdego filmu. początkowo planowałem wykonanie jednego 10-minutowego filmu z całej 2-tygodniowej wyprawy, ale zmieszczenie kilku godzin wideo na tak niewielkiej przestrzeni czasowej ocierałoby się o artystyczne samobójstwo. podzieliłem więc naszą trasę wg stanów, tak więc w kolejce pozostają wciąż Nevada, Arizona i Utah. jak na film 'z trasy' przystało, będzie tu dużo obrazów samej drogi, przemieszczania się, trochę tęsknoty za przestrzeniami, dużo natury i pustynnych krajobrazów. i klimatyczna muza supergrupy The Highwaymen, która towarzyszyła nam podczas całej podróży, i którą, przez pomyłkę, zapomniałem skredytować na końcu montażu..

19

paź
2011

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 20:05

północna Arizona i południowe krańce Utah obfitują w piękne i niespotykane w innych miejscach krajobrazy. wszystko za sprawą porywistych wiatrów unoszących ziarenka piasku, które od milionów lat rzeźbią stosunkową miękką skałę tutejszego piaskowca. przebywając w tej części zachodnich Stanów na pewno zabraknie wam czasu na odwiedzenie wszystkich ciekawych zakątków -- samych parków narodowych jest tutaj kilka -- trzeba więc wybierać i skupić się na tych kluczowych atrakcjach. w 2004 roku nie odwiedziliśmy Horseshoe Bend, postanowiłem więc teraz przywieźć tu rodzinkę.

zakole podkowy, bo tak można przetłumaczyć nazwę tego miejsca, jest kolejną niesamowitą formacją skalną. miejsce to znajduje się kilka kilometrów na południe od miasteczka Page i jest stosunkowo słabo oznakowane, łatwo więc go przeoczyć. w każdym razie jadąc drogą nr 89 należy wypatrywać niewielkiej tabliczki z napisem "Horseshoe Bend Overlook", przy której znajduje się parking, zazwyczaj pustawy, bo niewielu turystów znad Wielkiego Kanionu dociera aż tutaj. od parkingu trzeba jeszcze przejść ścieżką ok kilometra, ale dróżka prowadzi przez piaskowe bezdroża, pustynię wręcz, więc jest to wymagający spacer. zabierzcie dużo wody, szczególnie odwiedzając to miejsce w lipcu, bo rzeczywiście jest ciężko. my byliśmy tam ok 2 po południu, słońce paliło jak oszalałe, a miejscowi szukali cienia w załomach skalnych..

Horseshoe Bend to nietypowe zakole rzeki. wiele wody musiało upłynąć w krystalicznie zielonej rzece Kolorado, aby powstało tak niesamowite zagłębienie. efekt ciężko jest opisać słowami, czy nawet zdjęciem -- ale gorąco polecam dojście na krawędź stu metrowej przepaści i przyjrzenie się siłom natury. to właśnie tu, wśród brunatnoczerwonej skały arizońskiego piaskowca znajduje się punkt widokowy. nie ma tu żadnych barierek, nie ma chodników, nie ma nawet tłumów -- jesteśmy tylko my i ten niesamowity łuk, którym rzeka Kolorado płynie w stronę Wielkiego Kanionu. po wodzie dryfuje kilka łódek, poziom wody w lecie jest niski, woda płynie leniwie. robimy trochę zdjęć, ale jest to jedno z takich miejsc, na które po prostu się patrzy, aby nie uronić najmniejszego szczegółu. należy zabrać szerokokątny obiektyw, ja pstryknąłem poniższe zdjęcie ogniskową 10mm, co przy cropie mojego Nikona daje długość 15mm..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

22

paź
2011

Great American Road Trip, cz.13.1 -- okolice Horseshoe Bend..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:30

pisałem tyle o tych brunatnoczerwonych przestrzeniach Arizony, więc wypada zamieścić kilka takich zdjęć pustynnych. okolice Horseshoe Bend w pobliżu Page nadają się do tego idealnie. nam, Europejczykom, ciężko w ogóle wyobrazić sobie mieszkanie w takich terenach, gdzie wszędzie upał i piaskowo-pyłowe, przypominające powierzchnię Marsa, krajobrazy. ale natywni Amerykanie, bo znajdujemy się na terenie rezerwatu Indian Navajo, nie mogą sobie z kolei wyobrazić siebie w innym miejscu na ziemi.. i może stąd wzięła się ta ich powolność, ten brak zaangażowania, ta nikła ruchliwość i życie w zgodzie z własnym, a nie tym globalnym, zegarem..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

Great American Road Trip, cz.13 -- Horseshoe Bend..

23

paź
2011

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:55

po Antelope Canyon i Horseshoe Bend, a przed wyruszeniem w dalszą drogę, odpoczywamy chwilę na jeziorze Powell. dosłownie, na jeziorze, bo stworzono tu fajny ośrodek, który unosi się na wodzie. Lake Powell to utworzony na rzece Colorado rezerwat powstały na skutek spiętrzenia rzeki Kolorado w rezultacie budowy zapory Glen Canyon, rozpoczętej w 1956 roku. spiętrzona woda zalała kanion wraz z licznymi jego zagłębieniami (spójrzcie na mapę), co powoduje, że nie ma tu łatwego zejścia do wody. elektrownia wodna zbudowana na spiętrzeniu jeziora dostarcza energii elektrycznej dla stanów Wyoming, Kolorado, Utah, Arizona i Nowy Meksyk. no więc trochę to leżymy i kąpiemy się mając na uwadze fakt, że pod nami jest 150-metrowa przepaść.. następnie ruszamy na wschód: drogą nr 98, później 160 i w miejscowości Kayenta skręcamy na północ i malowniczą droga nr 163 kierujemy się w stronę Doliny Monumentów, w kierunku stanu Utah. zatrzymujemy się na chwilę na pustyni, robimy kilka fotek wśród wyschniętego na wiór pejzażu, ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował rozciągającej się aż po horyzont pustej drogi..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

Great American Road Trip, cz.13.2 -- z Page, AZ w stronę Doliny Monumentów..

26

paź
2011

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

kategoria: podróże, link bezpośredni

asd, 08:33

dotarliśmy w końcu do opiewanej w westernach Doliny Monumentów! do krainy Johna Wayne'a, Garego Coopera, Henrego Fondy, Clinta Eastwooda i wielu wielu innych wspaniałych aktorów. do klimatu dzikiego zachodu z Rio Bravo i Dyliżansu, do Ringo Kida i Geronimo, przywódcy Apaczów. do cudownie zachodzącego słońca na pograniczu Arizony i Utah. dotarliśmy tu, gdzie nie dotarłem z chłopakami w 2004 roku i był to nasz najdalszy punkt wycieczki -- od tej pory rozpoczęliśmy żmudną drogę powrotną na północ..

droga prowadząca do tego miejsca jest niezwykle malownicza, zresztą ona również pojawiała się w wielu produkcjach filmowych i to właśnie tę trasę przemierzał Forest Gump podczas swojego niekończącego się biegu przez Amerykę. dolina położona jest w granicach rezerwatu Indian Navajo (w ich języku miejsce to nazywa się Tsé Bii' Ndzisgaii, co tłumaczy się na Dolinę Skał), tak więc wstęp, jakże by inaczej, jest płatny. wjeżdżamy na niewielkie wzgórze na którym znajduje się centrum informacji i dość spory parking. przybyliśmy pod wieczór -- słońce właśnie zachodzi, pustynia i monumenty żarzą się czerwonawym światłem, a my siedzimy na murku i podziwiamy rozległe widoki. przed naszymi oczyma znajdują się trzy najbardziej znane formacje skalne: wschodni i zachodni Mitten Butte oraz Merrick Butte. Dolina Monumentów to bez wątpienia kwintesencja amerykańskiego dzikiego zachodu i jedno z najbardziej kultowych miejsc jakie do tej pory odwiedziłem. z tego miejsca można również ruszyć na 27-km drogę (Valley Drive) okrążającą dolinę, jednak nasza nisko zawieszona mazda nie dała rady (bo oczywiście spróbowaliśmy) na dziurawej jak rzeszoto piaskowo-żwirowej drodze. zjechaliśmy jednak na dół i z poziomu pustyni wykonałem kolejnych kilka ujęć. Indianie oczywiście z premedytacją utrzymują tak zniszczoną drogę, aby mogli zarabiać na wycieczkach jeepowych. koszt 2-godzinnej wyprawy między monumentami to $75 od osoby..

większość poniższych zdjęć to panoramy sklecone z 2-5-8 ujęć, w kolejnej notce dodam trochę mniej oficjalnych widoków..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

30

paź
2011

Great American Road Trip, cz.14.1 -- Monument Valley..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 07:38

jeszcze kilka nie-panoramincznych ujęć z Doliny Monumentów.. te grupowe to tzw success-photo -- prezentacja zawodników, którzy dotarli tak daleko.. pod wieczór tego dnia jedziemy jeszcze ok 100km, przekraczamy granicę z Utah, po zmroku mijamy Mexican Hut i śpimy gdzieś w wiosce w niewielkim przydrożnym motelu. wioska ta nazywa się Bluff, znajduje się pośrodku niczego, zamieszkuje ją ok 300 osób, a jedyna miejscowa pubo-restauracyjka pod wieczór była już zamknięta. a przez całą pustynię chodziła za nami pizza, jednak musieliśmy najpierw dotrzeć do cywilizacji..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

Great American Road Trip, cz.14 -- Monument Valley..

31

paź
2011

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 04:54

po raz pierwszy, a to już przecież nasz trzeci Halloween na tym kontynencie, zabraliśmy się za rzeźbienie w dyniach. fajna zabawa, a i Kuba coś z tego miał -- zdobył swoich pierwszych dwóch kumpli ;) przez kilka kolejnych dni nasz dom uzyska przyjemny dyniowo-świeczkowy poblask, a pestki już się wysuszyły i podsmażyły z solą..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

01

lis
2011

Halloween w pracy..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 00:10

moje przebranie na Halloween 2011, czyli koń w pracy..

z cyklu mój pierwszy raz: pumpkin head curving..

06

lis
2011

ostatnia sesja z brzuchem..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 16:13

ostatni spacer z Kubą po wewnętrznej stronie brzucha wzdłuż ciągnącego się koło naszego domu kanału łączącego Lake Union z zatoką Puget Sound..

ostatnia sesja z brzuchem..ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..ostatnia sesja z brzuchem.. ostatnia sesja z brzuchem..

ostatnia sesja z brzuchem..

07

lis
2011

Kuba jest już z nami!!!!!!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:37

dzisiaj, bo u nas wciąż jest przed północą, czyli w niedzielę 6. listopada o godzinie 15.03 czasu Pacyficznego (3 minuty po północy czasu polskiego, 7 listopada), po 11-godzinnej walce na świat przyszedł nasz syn -- Jakub Ankudowicz! Kubuś waży 3.58kg i mierzy 52cm -- jest zdrowy i zadowolony z pierwszych kilku godzin na tym świecie! pierwsze oznaki tego co ma się wydarzyć zauważyliśmy poprzedniej nocy -- najpierw mama zaczęła sprzątanie kuchni o wpół do pierwszej, a potem uaktywnił się sam Kubuś, tak więc poprzedniej nocy tylko tata tomxx spał ok 2 godzin. aż do teraz jesteśmy na nogach, ale całej naszej trójce aż lepią się oczka. to był długi, emocjonujący i wspaniały dzień!!

14

lis
2011

pierwszy tydzień w domu..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 05:52

pierwszy tydzień życia Kuby już za nami. w Stanach istnieje projekt 'wolnego tygodnia tacierzyńskiego', na podstawie którego ojciec dostaje tydzień urlopu (nie wliczającego się w urlop standardowy) z opcją przedłużenia na kolejne 3 miesiące, podczas których firma nie może pracownika zwolnić. dzięki temu spędziłem całe 7 dni razem z Agatą i Kubą w domu i były to piękne i spokojne dni wspólnego poznawania się.. Kuba przyszedł na świat w niedzielę, a szpital opuściliśmy we wtorek wieczorem. system opieki zdrowotnej w Stanach jest chory, ale mającym ubezpieczenie zdrowotne gwarantuje opiekę na najwyższym poziomie. super wyposażenie szpitala, najnowsze rozwiązania, mnóstwo badań, oddelegowana tylko dla nas pielęgniarka, osobne pomieszczenia, hotel wręcz -- w takich warunkach spędziliśmy poniedziałek i wtorek. w całym szpitalu oczywiście dostępny jest darmowy internet, tak więc od samego początku nasza rodzina w Polsce informowana była o przebiegu zdarzeń. wkrótce po urodzeniu pierwsze chwile Kuby były już transmitowane na skajpie do Polski, w oczach dziadków mieszały się radość ze łzami wzruszenia. we wtorek wieczorem przyjechaliśmy do domu i również było to fajne uczucie -- jadąc z nowym Ankudowiczem ulicami rozświetlonego i powoli zasypiającego centrum Seattle żartowaliśmy, że to pierwsza wycieczka Kuby, a on całą ją przesypia. w domu wszystko już było przygotowane i tej nocy nasz mały bohater spał już w swoim łóżeczku. co prawda w poprzek, bo taki jest mały, ale w swoim własnym pokoju.. kolejne dni przeleciały szybko, jak można się tego było spodziewać bardzo często dzień mieszał się z nocą, bo Kuba raczył budzić się i płakać o dowolnej porze dnia i nocy. w piątek po raz pierwszy pojechaliśmy do pediatry, który po obejrzeniu Kuby stwierdził, że bardzo zdrowy to chłopak. do naszej codziennej rutyny zajmowania się synem doszły konferencje z polskimi przyjaciółmi rozsianymi po całej Europie, od Skandynawii, przez Polskę po Wyspy Brytyjskie. mieliśmy też pierwszych odwiedzaczy -- ciocia Marzena z wujkiem Damianem i Zuzanną byli pierwszymi gośćmi w naszym domu. wszyscy chcieli się dowiedzieć jak czuje się nasza mała gwiazda..

nasze tygodniowe doświadczenie rodziców pozwala nam już na przewidywanie zachowania Kuby. bo w gruncie rzeczy małe dziecko jest przewidywalne do bólu: je, śpi, moczy się i płacze. wiemy już kiedy następuje która faza, potrafimy ją już nawet wyprzedzać, potrafimy nawet uspokajać jego skołatane nerwy (choć to nie zawsze, bywają momenty, gdy płaczu i krzyku nie jesteśmy w stanie zahamować). nie ma z Kubą jeszcze większego kontaktu, choć zdarza się, że przez dłuższy moment obserwuje swoimi małymi i ruchliwymi oczkami wnętrze pokoju, stara się łowić niuanse tego nowego świata. mamy przy tym mnóstwo zabawy, a Agata powiedziała nawet, że chciałaby zatrzymać te chwile na wieczność. ale to się nie uda, Kuba nieubłaganie będzie przy nas dorastał, a wkrótce otrzymamy kolejną nagrodę -- uśmiech naszego syna.

dzień pierwszy, narodziny:
pierwszy tydzień w domu..

dzień drugi, odpoczynek w szpitalu:
pierwszy tydzień w domu..

dzień trzeci wczesnym rakniem, ostatnie godziny poza domem:
pierwszy tydzień w domu..

dzień trzeci wieczorem, przywitanie z domem:
pierwszy tydzień w domu..

dzień czwarty:
pierwszy tydzień w domu..

pierwszy tydzień w domu..

pierwszy tydzień w domu..

dzień piąty:
pierwszy tydzień w domu..

dzień szósty:
pierwszy tydzień w domu..

pierwszy tydzień w domu..

dzień siódmy:
pierwszy tydzień w domu..

17

lis
2011

drugi tydzień w domu..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 01:27

piękną mamy jesienną pogodę tego listopada, skradłem więc wczoraj kolejny dzień w pracy i udaliśmy się na nasz pierwszy spacer z wózkiem! Kuba poznał naszą dzielnicę Fremont (ok, w rzeczywistości znowu przespał swoje wyjście na świat).. zdjęcia wrzucam trochę spontanicznie -- niestety wraz z nadejściem Kuby jednocześnie wyleciał w kosmos nasz główny komp -- padł dysk i zasilacz, więc fotki lecą hurtowo przez Picasę i bez większej obróbki..

drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

pierwsza kąpiel:
drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

żółwik z tatą:
drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

21

lis
2011

z cyklu mój Kuby pierwszy raz: mecz Górnika w TV!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:18

nadejszła wiekopomna chwila: razem z synem obejrzeliśmy ligowy mecz Górnika! pierwszy mecz Naszego Klubu po urodzeniu Kuby, więc oficjalne statystyki fanatyków Torcidy należy zwiększyć o JEDEN! na razie na ekranie, na razie z daleka i mimo że pewnie niewiele jeszcze z tego wydarzenia kojarzył, to moment to zdecydowanie szczególny! a Górnik jakby chciał mu zrobić prezent, jakby chciał go przepięknie powitać na tym świecie, bo po ciekawym meczu pokonał na wyjeździe aktualnego mistrza Polski, Wisłę Kraków. prawdziwe wejście smoka nowego Ankudowicza i oby był to znak lepszych czasów, znak nowego, silnego i wreszcie odnoszącego sukcesy Górnika. za kilka lat, już na nowym stadionie, pod dachem, na wygodnych krzesełkach, zasiądziemy razem i miejmy nadzieję, że wspólnie doczekamy piętnastego tytułu mistrza Polski..

poniżej dwa ujęcia z dzisjeszego dnia. pierwsze, gdzie zdenerwowany Kuba, z typowym dla fanatyka chuligańskim spojrzeniem, denerwuje się z niewykorzystanych w pierwszej połowie okazji. drugie już radosne, pstryknięte po meczu, gdzie z ulgą przyjmuje historyczny wynik 1-0 dla nas ;)

drugi tydzień w domu..

drugi tydzień w domu..

01

gru
2011

5 lat poza granicami Polski..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 00:57

pięć lat temu opuściłem Polskę. dokładnie przed pięcioma laty rozpocząłem kolejną, tym razem już poważną, pracę za granicami naszego kraju, a niekontrolowany rozwój wypadków pchnął mnie w to miejsce po drugiej stronie świata, w którym teraz się znajduję. pięć lat temu rozpocząłem swój zachwyt nad światem. bo bez wątpienia jestem rozemocjonowany, zachwycony, wiecznie zdziwiony. i wszystko mi jedno czy przebywam wśród tysiącletnich kamiennych miasteczek południowej Anglii, czy ich pustych jak kartonowe pudełko odpowiedników po drugiej stronie Oceanu. zachwycam się i dziwię, chłonę i zapamiętuję. ale dzisiaj nie będzie o podróżach, bo jak mawia klasyk, celem naszych podróży nigdy nie jest miejsce, a raczej nowy sposób postrzegania rzeczy, inny sposób widzenia świata. a postrzeganie to zmieniło się u mnie w sposób diametralny..

5 lat poza granicami Polski..

po pierwsze zniknęły uprzedzenia. owszem, pojawiło się kilka nowych, ale takie typowe podejście, że Niemiec traktuje innych z wyższością, Rusek pije za trzech, a Amerykanin nie wie gdzie leży Polska dawno już wyparowały z mojego świata. ludzie wszędzie są tacy sami: ogromna większość Niemców z którymi pracuję bądź pracowałem to ludzie na poziomie -- wielu z nich traktuję jako bliskich znajomych, z częścią wspólnie rechoczę z dowcipu o 'odwiedzeniu Polski, bo wasze samochodu już tu są', z innymi dyskutuję o wyższości ich czołgu Tiger II nad rosyjskim T-34. to samo mogę powiedzieć o każdej z trzydziestu-kilku innych nacji na którą się natknąłem. kulturalnie bardzo wysoko oceniam Francuzów, a w piłkę na konsoli najlepiej grało mi się z Murzynem z Gujany Francuskiej. o filmach najchętniej rozmawiam z Hiszpanem, pokerowe zagrywki chętnie ćwiczę z kolesiem z Hong-Kongu, w szachy lubię pograć przeciwko Irakijczykowi, jedna z najlepszych NCsoftowych koleżanek pochodzi z Iranu, ale z nikim tak szybko nie złapałem kontaktu, jak z Rosjanami podczas wypadu na Euro 2008 do Austrii. dwójka najbliższych mi współpracowników z Wielkiej Brytanii jest tak od siebie różna, że aż grzech w ogóle myśleć o postawieniu między nimi znaku równości. podziwiam Koreańczyków za ich poświęcenie i oddanie wyższym celom, a mimo to jednego z nich do dzisiaj oceniam jako największego skurwysyna, którego przez te lata spotkałem. bez zbędnego generalizowania -- ludzie wszędzie są tacy sami, a pijąc w firmowej kuchni kawę postrzegam drugą osobę jako człowieka -- totalnie bez uprzedzeń. z jednymi rozmawia mi się dobrze, z drugimi nie rozmawia mi się wcale, jak to w życiu..

po drugie: ludzie na świecie emanują sympatycznością. po kilku latach człowiek uczy się, że Amerykanin zadający pytanie 'how are you doing?' wcale nie pyta o nasze samopoczucie, a mając taką wiedzę łatwo rozszyfrować ich rzeczywiste podejście do drugiego człowieka. nauczyłem się rozmawiać z nieznajomymi w windzie, w pubie, czy dowolnym innym miejscu. podchwyciłem miły zwyczaj dziękowania i życzenia miłego dnia kierowcy autobusu. zacząłem odwzajemniać uśmiech nieznajomych na ulicach. podczas odwiedzania różnych zakątków świata, od zimnej Kanady, przez zacofane Białoruś i Kubę, po upalny Meksyk i Gwatemalę spotkałem na swojej drodze tak wielu sympatycznych ludzi, że moja wiara w pozytywne myślenie w kontaktach z innymi jest już na zdecydowanie wyższym poziomie. owszem, w każdym z tych miejsc spotkałem takich, którzy chcieliby nas orżnąć, obłupić i wykorzystać, jednak byli oni w zdecydowanej mniejszości..

po trzecie: obcowanie z innymi kulturami i próby ich codziennego zrozumienia wzmogły u mnie poczucie polskości. dumą napełnia mnie fakt bycia Polakiem. w zasadzie nigdy nie poczułem się w stu procentach obywatelem innego kraju. nieprzerwanie prowadzi mnie ten osobisty lokalny patriotyzm, który każdego dnia każe sprawdzać wydarzenia krajowe, obserwować 'co tam panie w polityce', czy słuchać nocnych programów Trójki. mój umysł jest zbyt przeniknięty racjonalizmem i materializmem, aby wczuć się w ten ich konsumpcyjny świat i w pełni pojąć duchowość i metafizykę bycia Brytyjczykiem czy Amerykaninem. głoszę polskość za granicami i z tego jestem naprawdę dumny. staram się być ambasadorem, w takiej mojej mikroskali, naszego kraju, i jak tylko mogę opowiadam zainteresowanym o Polsce, chwalę, ganię, zachowując przy tym zdrowy rozsądek. cieszy mnie fakt, że kilkadziesiąt różnych nacji dowiedziało się czegoś nowego o tym naszym kraju i jeśli za kilka lat Polska będzie się im kojarzyła ze mną to nieskromnie uznam to za sukces.

po czwarte: niejako rozwijając punkt poprzedni, postanowiliśmy wrócić do kraju, a przynajmniej zrobić wszystko co w naszej mocy, żebyśmy wrócili. Anglia wciąż wchodzi w grę, ale Polska jest priorytetem. zdajemy sobie sprawę z problemów jakie na nas czekają -- przez pięć lat żyliśmy w państwach dobrobytu, jeździliśmy idealnymi drogami, wydawaliśmy na życie niewielki procent naszych zarobków, korzystaliśmy z czystych i zadbanych miejsc publicznych. bierzemy pod uwagę chwilową depresję, któa może nas dopaść, gdy świat dookoła ulegnie zmianie. ale.. chyba jesteśmy zdecydowani..

po piąte: przyjąłem i zaakceptowałem wiele lokalnych wzorców zachowań. dobrze mi z nimi i nie mam zamiaru się ich pozbywać. chodzenie do lokalnych kafejek i obserwowanie miejscowych artystów-pisarzy, zabieranie kawy do samochodu, próbowanie różnych potraw (w naszej dzielnicy jest przynajmniej 20 różnych restauracji serwujących dania z całego świata), długie samochodowe podróże (400km w tą i z powrotem podczas jednego dnia , żeby zobaczyć jakąś tam atrakcję na końcu drogi? nie ma sprawy..), wysoka kultura drogowa, stane imprezy, świadomość ekologiczna i segregowanie wszystkiego co się da.. inną sprawą jest kultura biznesu, w której wymaga się aktywnego, energicznego i ekspansywnego podejścia do codziennej pracy. przystosowałem się, choć oczywiście łatwo nie było..

po szóste: wartość przyjaciół i bliskich znajomych w dużej mierze docenia się dopiero z dystansu. pięć lat to długi okres i powoli dochodzę do momentu, w którym większość moich znajomych stanowią obcokrajowcy. z drugiej jednak strony jest to pewnego rodzaju naturalny filtr naszego otoczenia: ludzie z którymi wciąż utrzymujemy kontakt to te prawdziwe bratnie dusze, nie? tak jak w tym znanym powiedzeniu, że 'szedłem z przyjacielem na spacer i przez dwie godziny milczeliśmy. jak to przyjaciele', doceniam fakt utrzymywania kontaktu z ludźmi mimo dłuższych lub krótszych przerw. jeśli z kimś dobrze się dogaduję to nawet roczny brak kontaktu nie powoduje jego przerwania. wystarczy mail czy telefon i relacja trwa nadal. z drugiej jednak strony śmieję się z anglojęzycznego postrzegania tego terminu, gdyż u nich każdy znajomek jest przyjacielem. przyjaciela ma się jednego w porywach do dwóch. i to powinno wystarczyć.

po siódme: nie ma czegoś takiego jak kicz. pojęcie obciachu nie istnieje, w zamian świat proponuje nam 'oryginalność'. w Stanach, a tym bardziej w Wielkiej Brytanii, jest rzeczą całkiem normalną ubranie białych butów do czarnych spodni, tenisówek do garnituru, dwóch różnych par butów, wściekle jaskrawej kurtki, za dużej czapki, garnituru z późnych lat 30-stych i wszystkiego, co można wygrzebać na targu staroci. nie ma mody, jest poczucie dobrego samopoczucia. jak kto woli, nikt nie ocenia, nikt nie obgaduje, pełny freestyle..

pięć lat to całkiem długi okres czasu. coraz gorzej mówię po polsku, coraz więcej problemów sprawia mi zgrabne zebranie słów, przedstawienie punktu widzenia, obojętnie czy werbalnie czy na papierze. wcale przy tym nie okazałem się gwiazdą języków obcych, a mój akcent rozpoznawany jest po wypowiedzeniu dwóch liter słowa 'Hi'. ale wcale się tym nie przejmuję..

05

gru
2011

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:16

wczesnym rankiem opuszczamy Bluff i kierujemy się drogą nr 191 na północ. mkniemy bezdrożami wschodniego Utah, a radość naszej samochodowej wyprawy jest tym większa, że poruszamy się zwyczajną jednopasmową drogą. jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tych 3-pasmowych autostrad, i zdecydowanie wolę mniejsze, bardziej klimatyczne trasy. no więc poruszamy się wzdłuż masywnych skał z pomarańczowego piaskowca, plemiennych osad miejscowych Indian, czyli wzdłuż krajobrazu niezmiennego już od wielu setek kilometrów. mimo swojego pustynnego charakteru obszar ten odwiedzany jest rocznie przez miliony turystów -- powodem i głównym celem wypraw są tu dwa parki narodowe: Arches i Canyonlands. dookoła jest zresztą znacznie więcej wartych odwiedzenia miejsc, jak park narodowy Mesa Verde w Kolorado, gdzie można z bliska obejrzeć świetnie zachowane, zbudowane na ścianie kanionu, prekolumbijskie osiedle mieszkalne typu pueblo. nas goni czas, więc hitem dnia będzie park narodowy Arches..

około południa dojeżdżamy do niewielkiego miasteczka Moab. miasto to jest stolicą Hrabstwa Grand i jest to idealna baza wypadowa do położonych tu parków. przed wjazdem zatrzymujemy się jeszcze na pizzę i jak tylko możemy przeciągamy wyjście na zewnątrz z klimatyzowanego pomieszczenia. jak już pisałem wcześniej, jedynym błędem tej wycieczki była jej pora roku -- lipiec. lipiec w tej części świata to morderstwo, z nieba leje się żar tak okropny, że odbiera człowiekowi całe siły i chęci do robienia czegokolwiek. temperatury powyżej 40 stopni w cieniu przyczyniły się do tego, że park Arches potraktowaliśmy trochę jakby 'z samochodu'..

park Arches, jak wskazuje nazwa, znany jest w świecie ze swoich łuków skalnych. ich proces powstawania rozpoczął się przed 150 mln lat i trwa nadal, a formacje, które można tu obejrzeć są rzadkością na skalę światową. oprócz łuków dookoła aż roi się od wszelkich innych monumentów -- najróżniejsze kształty, posągi, formy budzące zdziwienie, w końcu formacje skalne o szerokości kilku metrów, które kiedyś były potężnymi masywami skalnymi. wszystko wyżłobione przez erozję i wietrzenie, spotęgowane wysokimi różnicami temperatur. samochodem można tu dotrzeć w większość zakątków parku, jednak atrakcje położone są trochę dalej i aby się tam dostać trzeba pokonać kilka dodatkowych kilometrów na nogach. wybieramy się na dwie takie trasy, podczas których przebywamy sam na sam z piaskowymi formacjami i suchą roślinnością parku. w oczy rzuca się niebywały krajobraz i niekoniecznie są to łuki skalne. spędzamy tu kilka dobrych godzin, choć jak zwykle w tego typu miejscach można tu spędzić całe tygodnie, w końcu przegania nas temperatura..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

07

gru
2011

Great American Road Trip, cz.15.1 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 04:01

kolejne ujęcia z Arches NP. panoramki sklejone z 5 ujęć, trochę czerni i bieli z domieszką małego zabarwienia rodem z dzikiego zachodu.. jak pisałem w poprzedniej notce, warto odwiedzić ten park narodowy, trzymajcie się jednak z dala od lipca i sierpnia.. po wieczornym opuszczeniu parku kierujemy się na północ w stronę Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

Great American Road Trip, cz.15 -- pustynia Moab w Utah i Park Narodowy Arches..

08

gru
2011

Pierwsze Chwile Kuby..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 19:29



10

gru
2011

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:51

każda wycieczka musi się kiedyś skończyć -- naszym ostatnim wartym odnotowania miejscem było Salt Lake City, stolica stanu Utah. miasto znane jest w świecie przynajmniej z dwóch powodów. po pierwsze, siedzibę tu mają światowe władze mormonów, czyli Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. po drugie, organizowano tu w 2002 roku Zimowe Igrzyska Olimpijskie, przez nas zapamiętane głównie z powodu dwóch medali Adasia Małysza..

noc z soboty na niedzielę spędzamy w motelu w tekturowym miasteczku, którego nazwy już nie pamiętam, a do Miasta nad Słonym Jeziorem wjeżdżamy w pogodny niedzielny poranek. planowo chcieliśmy zjeść śniadanie i wypić dobrą kawę, jednak wszystko, ale to absolutnie wszystko, było w tym mieście pozamykane. wówczas dotarł do nas fakt, że przecież to miasto opiera się na religii, że niedziela jest dniem świętym i w ogóle nie mamy tu na co liczyć. ulice były puste. nie wiem, czy widzieliście kiedyś puste ulice wielkiego miasta, ale miejsca takie robią wrażenie. proste jak świeca ulice bez ludzi wyglądają dziwnie, przywodzą na myśl post apokaliptyczny świat, lub świat przedstawiany w filmach o wampirach. oprócz tego w oczy rzucała się niewyobrażalna czystość chodników, ulic, trawników i budynków. połysk i biel, ład i porządek..

dziwne wrażenie odosobnienia prysło gdy zbliżyliśmy się do głównej świątyni miasta, nazwaną po prostu Świątynią Salt Lake. w jednej chwili otoczyły nas grupki odświętnie przystrojonych rodzin, gdzie mężczyźni niezależnie od wieku nosili się pod krawatem, a kobiety, również niezależni od wieku, ubrane były w długie jasne suknie. do kościoła wejść nie mogliśmy, ale uderzyliśmy do położonego na obszarze kościelnym muzeum historii mormonów. fajne miejsce, piękne zbiory, czysta historia. wtedy to właśnie zaświeciła mi się w głowie żarówka genealogiczna. przecież mormoni mają fioła, podobnie zresztą jak ja, odnośnie szukania korzeni rodzinnych! przecież to właśnie oni skanują odpisy aktów urodzin, ślubów, chrztów z większości kościołów na całym świecie. to tu mogłem dotrzeć do zaginionych odpisów z parafii mojej rodziny ze strony taty, niestety, biblioteka ta otwarta miała być dopiero we wtorek, dwa dni po naszej wizycie. odwiedzamy jeszcze kilka innych miejsc na tym obszarze, ale później przychodzi kryzys głodu -- my naprawdę nic tego dnia nie jedliśmy, a tu jak na złość nie ma niczego otwartego. w końcu oszukujemy ten mormoński świat i jedziemy w pobliże stadionu, na którym dokonywano otwarcia Igrzysk Olimpijskich. znicz jeszcze stoi, a dla mnie osobiście to kolejne miejsce (po Lillehammer, Turynie, Innsbrucku i Vancouver) zimowych IO, które odwiedzam. tam też znajdujemy otwartego Subwaya, i wycieczka znowu nabrała sensu..

wyjeżdżając z miasta zahaczamy jeszcze o Wielkie Jezioro Słone -- wbijamy się na jedną z plaż, gdzie przed nami przyjechało już pięćset tysięcy samochodów wyładowując siedem milionów spragnionych soli mieszkańców okolicy. przypominam, jest lipiec, środek lata i typowe dla Utah temperatury nie do zniesienia. trochę się moczymy i ofkors stwierdzamy, że woda rzeczywiście jest słona (3 do 5 razy większe zasolenie niż w oceanach, co powoduje, że W jeziorze nie występują ryby, a największym wodnym zwierzęciem tu występującym jest artemia.) grubo po południu opuszczamy to miejsce i autostradą nr 84, przez północną część Utah, południowe Idaho, skrawek Oregonu i prawie cały Waszyngton, kierujemy się do domu. przed nami kawał drogi, ale jesteśmy już zahartowani -- zrobiliśmy mega trasę, pomyślnie wykonaliśmy naszą życiową trasę i z głowami pełnymi emocji kierujemy się na północ..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

Great American Road Trip, cz.16 -- Salt Lake City..

13

gru
2011

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:16

przez naszą rozciągniętą w czasie wyprawę samochodową zupełnie rozjechały się opowieści z lokalnych wypadów -- a w okresie od lipca do grudnia tego roku było ich sporo.. jak co roku zaliczyłem kilka ciekawych wypadów w góry Kaskadowe, najczęściej w region Alpine Wilderness, choć były też wycieczki na wulkany Mt Rainier i St. Helens. dzisiaj pierwsza z nich, szlakiem na Hyas, Tuck i Robin Lakes..

szlak na Tuck Lake jest dosyć męczący, ale po wejściu na grań i dotarciu do tego bajkowego, położonego w niewielkiej kotlince jeziora, jak zwykle w takich przypadkach stwierdzamy, że wspinaczka warta była tego wysiłku. w góry wybrałem się z Damianem, chłopakiem o dwa razy lepszej kondycji niż moja. szlak ten położony jest w samym sercu regionu, przez co po zjechaniu z autostrady I90 w rejonie Cle Elum i Roslyn, jedziemy jeszcze szutrową drogą przez jakąś godzinę. ok 5 km przed początkiem szlaku drogę przedzieliła nam .. rzeka -- wezbrane potoki przelewały się przed nami, tak więc auto musiałem zostawić przed nią i dalej udać się na piechotę. na szczęście szybko łapiemy stopa, bo rzeka była przejezdna dla samochodów z wysokim zawieszeniem. w aucie poznajemy się z parą architektów, również ze Seattle, którzy wybierają się w to samo miejsce. wspinaczka trwa ok 3 godzin, pierwszą godzinę idziemy po równej leśnej drodze a nad naszymi głowami połyskuje szczyt Cathedral Rock. później, już za Hyas Lake, wspinamy sie lekko pod górę wśród pachnących jodeł i cedrów, a ostatni odcinek to strome podejście, które wydaje się, jakby trwało wieki. jest środek lata, ale szczyty dookoła nas pokryte są jeszcze warstwą śniegu. my również kilkukrotnie przechodzimy przez białe zmrożone pasy śniegu, co nijak nie komponuje się z pełnym słońcem nad naszymi głowami. na Tuck Lake odpoczywamy i próbujemy zdobyć kolejne jezioro -- Robin Lake, niestety nie potrafimy odnaleźć drogi. kilkadziesiąt minut chodzimy wśród głazów, ale wejścia na kolejną grań nie odnajdujemy.. świat tam na górze jest piękny, nieporównywalny, cichy. ach, chciałbym tak kiedyś z namiotem przez tydzień pokręcić się po tym regionie, byłoby to coś niepowtarzalnego. wracamy na dół późnym popołudniem, na szczęście są to najdłuższe dni w roku. na koniec kolejna fajna przygoda -- łapiemy powrotnego stopa i jedziemy na pace pick-upa, razem z naszymi znajomymi z trasy. szlak przeznaczony jest na 2- lub 3-dniową wyprawę, ale my jesteśmy twardzi zawodnicy i 18-kilometrową trasę trzepnęliśmy jednego dnia! niestety, drugie tyle widoków pewnie nam uciekło..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

Alpine Lakes Wilderness: Tuck Lake trail..

17

gru
2011

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:13

bajkowe wzgórza Kaskad w Parku Narodowym Mt. Rainier. niech nikogo nie zwiedzie upalne lato -- niestety nie znajdujemy się na południowej półkuli -- zdjęcia pochodzą z sierpniowej wyprawy weekendowej. szczyt z którego zrobiłem większość z tych zdjęć widać na ostatniej fotce w lewym górnym rogu kadru..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

Mt. Rainier National Park -- Sunrise area..

19

gru
2011

Mount St. Helens..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:19

w niedzielę, 18 maja 1980 roku, w 6 dni po moich narodzinach, północno-zachodnią częścią Stanów Zjednoczonych targnęła spektakularna erupcja. pieprznął wulkan Mount St. Helens, a siła jego wybuchu była 20 tysięcy razy większa od pierwszej bomby zrzuconej na Hiroszinę. słup wyrzuconego popiołu osiągnął wysokość 18 kilometrów, a miasta w odległości setek kilometrów na wschód przykryła gruba wulkanicznego kurzu. niedziela, mimo że była dniem słonecznym, przypominała noc -- widoczność była zerowa, a po opadnięciu gorącego i trującego pyłu świat wyglądał zupełnie inaczej..

Mount St. Helens..
Mount St. Helens..
Mount St. Helens..
Mount St. Helens..
Mount St. Helens..

odwiedziliśmy to miejsce 30 lat po erupcji, żeby na własne oczy przekonać się, jak wielka była skala zniszczeń. erupcja była przewidziana przez wulkanologów, jako że wulkan zmieniał swój kształt już na kilka miesięcy przed wybuchem, tak więc zdążono ewakuować większość okolicznych mieszkańców. najbardziej jednak ucierpiał okoliczny krajobraz Gór Kaskadowych, jak i sam wulkan, który stracił 400 metrów swojego masywu. 400 metrów góry wyleciało w powietrze, 600 km² lasu zostało zmiecione z powierzchni ziemi, drzewa kładły się jak zapałki, a kilometry kwadratowe ziemi zostały zmienione nie do poznania. powstało całkiem nowe jezioro, a poprzednie po prostu zniknęło..

mimo że minęły już trzy dekady to właściwie nic się tu nie zmieniło. owszem, teren ten powoli się zazielenia, lasy zaczynają się odradzać, przyroda krok po kroku odbudowuje swoją potęgę. jednak połamane i w połowie przykryte pyłem kikuty drzew wciąż dominują nad krajobrazem, a w najbliższej okolicy wulkanu znajdują się szerokie rowy wydrążone przez wrzącą lawę. jak wyschnięte koryta prastarych rzek.. obszar dookoła wulkanu jest dzisiaj pomnikiem narodowym (national monument), którego sercem jest centrum edukacyjne, jak to zwykle bywa w tym kraju, świetnie zorganizowane. spędzamy w centrum kilka godzin, załapujemy się na prelekcję parkowego rangersa, oglądamy film z samej erupcji, oglądamy ciekawe zbiory muzealne. w połowie naszego tu pobytu załamuje się pogoda, więc film, który nakręciłem, został prawdopodobnie 'zblokowany' przez szalejący tam na górze wiatr.

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..Mount St. Helens..

Mount St. Helens..Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

Mount St. Helens..

23

gru
2011

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 04:50

Granite Mountain to jeden ze szczytów w Środkowych Kaskadach w pobliżu przełęczy Snoqualmie. przez samą przełęcz przebiega autostrada nr 90 (widoczna na zdjęciach poniżej, o której kiedyś pisałem w ramach notek o podróży do Yellowstone), tak więc dojazd pod samo pasmo gór jest idealny. godzinka drogi ze Seattle, parking u podnóża szczytów i już można zacząć wspinaczkę. szlak jest dość stromy, początkowo prowadzi przez pachnące Kanadą świerki, przecina kilkanaście małym strumyków, po godzinie wspinaczki wychodzi się już na kamienne i trawiaste wzniesienia, by tą część zakończyć na malowniczej polance z dwoma małymi jeziorkami. z tego miejsca rozciąga się świetny widok na stronę wschodnią. później już ostatni, mega pionowy odcinek, który kończy się skalistym szczytem Granite, na którym w roku 1955 wybudowano budkę wypatrywania pożarów -- nie wiem jak to na polski przetłumaczyć, po prostu fire lookout. co prawda ostatni pożar w tej części Kaskad miał miejsce aż w 1865, ale tego typu budowle (materiały dowożono helikopterem) są stałym elementem szczytów w Górach Kaskadowych. na samej górze rewelacja -- widoczność świetna, kilkadziesiąt kilometrów w każdym kierunku, w oddali widać wulkan Mt Rainier, po drugiej stronie, na północy, bielą emanuje Mt Baker. patrząc na zachód gołym okiem widać ogromną powłokę chmur: to okolice Seattle, a ja w takich chwilach jestem szczęśliwy, że tam na dole jest szaro i pochmurno, a tutaj idealny błękit. robię fotki, w tym panoramę z 10 ujęć widoczną poniżej. całość wspinaczki to 6.5km w jedną stronę, podejście ok 1200m (szczyt jest na wysokości 1715m), 3 godziny pod górę i ok 2 w dół, z tym że ja mam słabą kondycję, a i zatrzymuję się co chwilę robiąc zdjęcia, więc szlak można zrobić trochę szybciej. Granite Mountain jest idealnym punktem treningowym dla zapaleńców planujących wejść na wulkany Rainier lub Baker..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

Snoqualmie NF -- Granite Mountain..

28

gru
2011

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:00

kolejny z moich letnich górskich wypadów solowych zaprowadził mnie nad jezioro Blanca. to bajkowe miejsce znajduje się w obrębie chronionego obszaru Henry M. Jackson Wilderness w Górach Kaskadowych. jezioro znajduje się w dolince pomiędzy trzema wysokimi szczytami, a swój turkusowy kolor (słowo harcerza, to nie photoshop!) zawdzięcza wodom okolicznych lodowców.

do tego miejsca można dotrzeć tylko szlakiem: początek Blanca Lake Trail znajduje się na wysokości 579 metrów, a najwyższym jego punktem jest Virgin Lake (dziewicze jezioro, w sensie położone w nieskażonym ludzką stopą miejscu ;) znajdującym się na poziomie 1402 m. od tego momentu należy zejść 200 m w dół i dojść do jeziora Blanca. z uwagi na swoje położenie jezioro to pozbawione jest pokrywy śnieżnej tylko 2 miesiące w roku, więc należy się tu kierować w okolicach sierpnia. szlak jest często uczęszczany, ja na miejscu byłem już ok 6.30 rano, więc na swojej drodze w kierunku jeziora spotkałem raptem 7 osób. idąc z powrotem mijały mnie już jakieś zorganizowane grupy. Blanc Lake to taki przedsmak przyszłorocznej wycieczki do parków narodowych Banff i Jasper w Kanadzie.

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

Blanca Lake, Henry M. Jackson Wilderness Area..

29

gru
2011

z Górnikiem od gwatemalskiej dżungli po bezdroża Arizony..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 22:29

sprawą mojego wariactwa kibicowskiego zainteresowała się Agora i powstał z tego mały reportażyk na śląskich stronach portalu sport.pl. niestety zamówiony artykuł został diametralnie okrojony i dłuższa opowieść przekształciła się w skromny pokaz zdjęć z różnych wypraw. materiał dostępny jest tutaj. poniżej pełna wersja zamówionego artykułu, u mnie w formie świątecznej opowieści:

z Górnikiem od gwatemalskiej dżungli po bezdroża Arizony..

Z Górnikiem 9 tysięcy kilometrów od domu

jestem pasjonatem. angażuję całego siebie w projekty informatyczne, z którymi zmagam się każdego dnia w pracy, z zapałem poświęcam się fotografii i krótkim klipom filmowym, aktywnie tworzę mapy bieżących i przyszłych wypadów podróżniczych, poznaję ludzi i staram się zrozumieć otaczające nas różnice kulturowe. ale przede wszystkim jestem pasjonatem futbolu, fanatykiem zabrzańskiego Górnika. i mimo iż los rzucił mnie na przeciwległą półkulę globu, mimo faktu, że przez dwadzieścia lat mojego kibicowania Górnik nie wygrał absolutnie niczego, moje serce pozostaje biało-niebiesko-czerwone, a sylwetkę Naszego Klubu staram się rozsławiać w świecie.

sobota, godzina 14.30, ligowy mecz Górnika. dla mnie to środek nocy, między Polską a strefą Czasu Pacyficznego jest 9 godzin różnicy. wstaję kilka minut po piątej, na dworze jeszcze ciemno. ubieram koszulkę, na szyję zakładam szalik i siadam przed monitorem. pod niebiosa wychwalam rozwój technologii, który pozwala mi być na bieżąco z informacjami klubowymi, wydarzeniami ze świata kibiców i, przede wszystkim, transmisjami z meczów Górnika. naszym piłkarskim gwiazdom zapewne w głowie się nie mieści, że ktoś po drugiej stronie kuli ziemskiej trzyma za nich kciuki. dla nich to kolejny szary ligowy mecz do odbębnienia, dla mnie to całe spektrum fanatycznych emocji piłkarskich.

rozpoczęło się niespełna 20 lat temu. pierwszy mecz przy Roosevelta? 25 marca 1992 roku, eliminacje do IO w Barcelonie, mecz Polski z Danią. pierwszy mecz Górnika już miesiąc później, 23 kolejka sezonu 1991/92, Górnik gra ze Stalą Mielec, remisujemy 1-1. tego się nie zapomina. potem potoczyło się już szybko: hurtowo oglądane mecze u siebie, autografy gwiazd tamtych czasów z Wałdochem, Kłakiem, Jegorem i Bałuszyńskim na czele, stopniowo budowane przywiązanie do klubu, kształtowanie się wartości opartych na wielkim sentymencie. godziny spędzone przy głośniku studia S-13, katowicki Sport katowany w poniedziałek na szkolnych lekcjach i w końcu mecze wyjadowe, jako naturalne następstwo rozwoju kibica piłkarskiego. na początku te bliskie, do Katowic i Chorzowa, później już tysiące kilometrów przejechane za swoim klubem po całym kraju. poznawanie podobnych mi ludzi i wspólne wrażenia: zgaśnięcie jupiterów na Gieksie, 48-godzinna wyprawa do Olsztyna, wielkanocne podróżowanie na Wisłę i wspólne życzenia z prezesem Płoskoniem, przypieczętowanie spadku Śląska we Wrocławiu, niewpuszczenie na stadion Legii, niezapomniany turniej w Spodku w 1998, pierwszy mecz na nowoczesnym polskim obiekcie w Kielcach i przylot na Wielkie Śląskie Derby samolotem z Anglii, gdzie wtedy już mieszkałem. inwestowanie własnych pieniędzy, własnego czasu, w zamian za magiczne momenty wielkich emocji, poświęcenia i przyjaźni, których przeżycia życzę każdemu młodemu człowiekowi.

nieśmiertelne są w Zabrzu słowa Bolka Niesyto o ściągnięciu butów przed wejściem do świątyni polskiego sportu. to głos przeszłości, podkreślenie poświęcenia się pewnej idei. mój sposób na sławienie Górnika to opowiadanie o moim Klubie. to dzięki mnie kibic Norymbergi co poniedziałek sprawdza wyniki ligi polskiej, fan Manchesteru United wie kim jest Zahorski, kibic Sevilli potrafi określić położenie Zabrza na mapie Europy, a amerykańscy przyjaciele ze Seattle Sounders mówią już na piłkę football, a nie soccer. osobną historię stanowią moi koledzy Koreańczycy (pracuję w korporacji koreańskiej), z których kilku było nawet na meczu naszych reprezentacji podczas MŚ w 2002 roku. wielu z nich żywo interesuje się piłką nożną i zdarza im się nawet zgłębianie wiedzy o Górniku czytając jego historię na anglojęzycznej Wikipedii. szalik i koszulka zawsze znajdują się w plecaku podczas naszych z żoną podróży. nie ma znaczenia czy to Europa czy Ameryka, upalna Portugalia czy zimna Kanada, zacofana Kuba czy bajkowe Hawaje, wilgotna dżungla gwatemalska czy amerykańskie bezdroża Arizony i Nevady -- symbole Górnika zawsze podróżują z nami. satysfakcję sprawia mi rozpoznawanie magii Górnika w świecie: zwiedzając kataloński Camp Nou zostałem zaczepiony przez starszego Szwajcara pamiętającego nasze mecze w latach 70-tych, a w Vancouver po złotym medalu Justyny Kowalczyk spotkałem Tomasza Zimocha, który usłyszawszy, że jestem z Torcidy wyciągnął dyktafon i przeprowadził ze mną krótki wywiad..

kolejny pobyt w Polsce zaplanowałem bardzo starannie: w sam raz na inaugurację wiosny 2012 i mecz u siebie z Legią. bo podobne jak tysiące innych kibiców Górnika ja wciąż wierzę, że przyjdą dla nas lepsze czasy. że Górnik naznaczony fatalizmem ostatnich lat wreszcie coś osiągnie, że klub bliski tak wielu Polakom, wrośnięty w pejzaż miasta jak ceglana konstrukcja kościoła Św. Józefa, zacznie grać na miarę swoich fanów. powiecie, że dzisiejszy Górnik jest słaby? oczywiście, że jest. że jest to miłość zdecydowanie nieodwzajemniona? jasna sprawa. że wieloletni tragiczny sposób zarządzania pchnął ten kklub w otchłań długów? nie da się temu zaprzeczyć. nie bardzo mi to przeszkadza i jeszcze bardziej mnie to hartuje, a takich jak ja, najpierw kibicującym sercem, a dopiero później rozumem jest przecież wielu -- bo Górnik to w końcu kibice, podobni do mnie pasjonaci. nie działacze, nie trenerzy, ani wcale nie piłkarze. oni wszyscy za swój udział w tym teatrze biorą pieniądze, a gdy tych nie ma składają zażalenie do odpowiednich związków. oni wszyscy odejdą, przeminą, a kibice będą z tym klubem na zawsze. W Argentynie mawia się, że w trakcie swojego życia możesz zmienić żonę, kochankę, miejsce zamieszkania czy zawód. nie zmienisz tylko swojej matki i drużyny, której kibicujesz. dlatego bądźcie dumni ze swoich klubów, razem twórzcie historię.

31

gru
2011

a w dolinach jesień..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:52

ostatnia notka w tym roku niech będzie optymistyczna! co prawda jesień w górach i dolinach była u nas jakieś półtorej miesiąca temu, ale co tam... wszystkiego najlepszego w 2012, wielu wrażeń, wyzwań i nowych podróży!

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..

a w dolinach jesień..