Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2009:

28

sty
2009

fotki z Barcelony

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 16:10

zaktualizowałem dział podróży. Barcelona przez długi czas była dość skąpo udokumentowana, oto więc 3 nowe galerie z wyprawy: (slajdy w większej rozdzielczości dostępne są tutaj)

architektura Barcelony. stare miasto (barro alto), La Rambla, nabrzeże, kościoły. z aparatem przez miasto w dzień i w nocy (60 zdjęć):



dzieła Antonio Gaudiego, katalońskiego architekta i inżyniera, foty głównie Agaty (30 zdjęć):



różne inne detale nie mieszczące się w innych kategoriach. bez jakiegokolwiek ładu i składu (30 zdjęć):

06

sty
2009

rok w 40 sekund

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 10.09

na powitanie nowego roku 40-sekundowa kompilacja z ostatnich 365 dni autorstwa Norwega Eirika Solheima:

09

lip
2009

Isle of Wight

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14:05

wyspą Wight zainteresowałem się na wiosnę 2007 roku. położony 3 km na południe od Portsmouth skrawek lądu o kształcie przypominającym romb miał być tą prawdziwą Anglią. historia sięgającą milionów (w przypadku dinozaurów) i tysięcy (w przypadku ludzi) lat, wspaniałe krajobrazy, aura tajemniczości płynąca z porozrzucanych po zielonych łąkach megalitycznych głazów. do tego fantastyczne zdjęcia Jamiego Russela i setki kilometrów ścieżek rowerowych -- kupiłem mapę i starannie zacząłem planować swój wypad, który miał być rowerową objazdówką. ale.. jak to czasem bywa, niekiedy ciężko o realizację planów. wyspę odwiedziłem dopiero 2 lata później. i to nie z rowerem, a z grupą sześciu podobnych mi zapaleńców..

pierwsze wrażenie? wakacje. pierwsze promyki słońca (wyprawa odbyła się w maju), małomiasteczkowy klimat, zieleń, morze i wiatr. okazuje się, że Isle of Wight rzeczywiście ma w sobie coś z podstaw angielskiej historii. podobno przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby choć przez chwilę pobyć w eleganckiej i dystyngowanej XIX-wiecznej Anglii epoki wiktoriańskiej. nienaruszone piękno i zupełnie nieznany mi model Anglika. zresztą miejsce to nazywane jest 'wyspą starców' -- większość jej mieszkańców jest w wieku średnim i .. ponad średnim. osiedlają się tu Brytyjczycy z pokaźną emeryturą, aby w ciszy i w zgodzie z naturą spędzić jesień swojego życia. niektórzy zakładają pensjonaty i żyją z przyjmowania turystów. generalnie wszyscy są pomocni i skłonni do udzielania wskazówek..

nazywana brytyjskimi tropikami (choć to nieco na wyrost) wyspa Wight jest znana w świecie z bogatych wykopalisk szczątek dinozaurów. oprócz tego znajdziemy tu średniowieczne zamki i dziewiętnastowieczne królewskie rezydencje. Zadbane, czyste plaże i dzikie, strome wybrzeża. my osiedliliśmy się w Shannon, gdzie wybrzeże z reguły jest płaskie jak nos Afrykańczyka. na zachodzie za to dominują strome, pionowe, kredowe klify.

nie wyszło mi z rowerem więc uderzyliśmy w lokalne linie autobusowe. miejscowa firma 'Southern Vectis' oferuje dwu i trzydniowe bilety, na których bez problemu można objechać całą wyspę wyskakując w dowolnym jej miejscu. od plaży do plaży, we wszystkich kierunkach, przez wsie i miasteczka, łąki i wzniesienia. wyspa Wight znana jest również z farm lawendy i czosnku, który sprzedawany jest tu na setki róznych sposobów (włącznie z lodami czosnkowymi i najlepszym czosnkiem na odstraszanie wampirów).

co ponadto? corocznie odbywa się tu ponad 1000 różnego rodzaju imprez sportowych, muzycznych i kulturalnych. w Bembrige stoi jedyny zachowany na wyspie zabytkowy wiatrak z 1700 roku. Osborne House w East Cowes na północy wyspy to ulubiona rezydencja byłej brytyjskiej królowej Viktorii i księcia Alberta. w stolicy -- Newport należy obejrzeć twierdzę Carisbrooke, a w Yarmouth -- szesnastowieczną twierdzę Henryka VIII. ale to wszytsko pic na wodę. na wyspę jedzie się po to aby odpocząć. dla jej wyjątkowego klimatu, dla latarni morskich, dla wzniesień, spacerów i morskiego wiatru. dla tradycyjnych kilkusetletnich knajp, gdzie leje się piwo i serwują angielskie potrawy. nam trafił się zgrany zespół -- był więc grill na plaży do północy, a potem ucieczka przed odpływem. ja zebrałem się nawet w sobie i wstałem o 3.30 na wschód słońca! taki byłem ambitny -- problem tylko, że było pełne zachmurzenie...

pełna galeria z wyprawy znajduje się na majowym fotoblogu oraz na picasie.

11

lip
2009

Bourton-on-the-Water..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21:34

są takie miejsca na ziemi do których chcemy wracać. dla niektórych to ciągnące się kilometrami plaże w Międzyzdrojach, dla innych świątynie Angkor Wat.. jedni ciągną do ludzi, inni szukają spokoju w środku lasu. zależy co kogo kręci. ja upodobałem sobie małe miasteczka. żadne Wiednie, Nowe Jorki czy Mediolany. niewielkie, klimatyczne i dobrze utrzymane miejsca. wszędzie tam gdzie można usiąść, poczuć i spowolnić w dłuższej czy krótszej wycieczce. strasznie spodobało mi się włoskie Arco. godzinami mógłbym siedzieć na murach portugalskiego Marvao, podobnie zresztą jak na niewielkim ryneczku angielskiego Alfriston. ostatnio znów odkryłem takie miejsce -- to Bourton-on-the-Water, wioska w hrabstwie Gloucestershire w Wielkiej Brytanii.

miasteczko nazywane jest 'Wenecją regionu Cotswolds', głównie z uwagi na szereg niewielkich kamiennych mostków przerzuconych przez przepływającą przez Bourton rzekę Windrush. rzeka jest super czysta i mega płytka. co ciekawe, co roku w lecie odbywa się w niej mecz średniowiecznej piłki nożnej, a bramkami są owe mostki. do tego mamy sieć klasycznych brukowanych uliczek, mnóstwo zieleni, klasyczną angielską zabudowę i pozostałości biegnącego nieopodal starego traktu rzymskiego. żyć nie umierać. trochę dużo turystów, no ale nie można mieć wszystkiego.. a Cotswolds nazywane jest 'sercem Anglii'. jest jednym z nielicznych okręgów z własną hermetyczną architekturą. lokalne prawo nakazuje wznoszenie budowli wyłącznie z wydobywanego w regionie żółtego piaskowca.

27

cze
2009

kilka fotek z Hamburga

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 22:39












17

cze
2009

moja Anglia żółto-czerwona..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 23:48

najpierw był rzepak, czyli gatunek rośliny dwuletniej lub byliny, należący do rodziny kapustowatych, a później maki, czyli oleiste rośliny jednoroczne (Papaveraceae Juss) zawierające biały sok mleczny i trujące alkaloidy. rzepak dojechałem w pobliżu Long Man of Wilmington (mapa), a maki w pobliżu Devil's Dyke (mapa).. uwierzcie mi, że te żółte i czerwone bluzki to dobór zupełnie przypadkowy.. więcej fotek wkrótce na fotoblogu, a pełna galeria jak zwykle na picasie..









19

cze
2009

foty z Eastbourne 2009

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16:24

moje zdjęcia z Eastbourne pojawiły się w serwisie tenis-ziemny.pl. link do galerii tutaj.

21

cze
2009

po latach..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 21:31

bo widzisz tomasz, ja po wojnie musiałem wybrać nową ojczyznę.. w 1946 azyl proponowały mi rządy Australii, Kanady, Stanów i Wielkiej Brytanii. wybrałem Anglię, jakoś tak czułem się bezpiecznie, odgrodzony od kontynentu wodą..

niespełna 80-letni mężczyzna w grubych oprawkach okularów popatrzył przez chwilę na soczyście zielony, równo wystrzyżony trawnik przed domem na przedmieściach niewielkiego angielskiego miasteczka.

urodziłem się w Polsce, niedaleko Lwowa. gdy przyszli Rosjanie zaczęło się moje piekło. miałem 13 lat gdy zabrali mnie od rodziny i wywieźli na Wschód. wojna była zła, zdarzało mi się spać w glinianych dołach i żywić się korzeniami. uciekłem. przez Azję i Bliski Wschód dotarłem do Europy, zaciągnąłem się do polskiej armii, walczyłem z Niemcami.. dzisiaj jestem Brytyjczykiem -- mam brytyjski paszport i tu znalazłem sobie żonę, trzy raz do roku wypoczywam na Majorce. kiedyś często latałem do Ameryki, mam tam kuzyna i jego rodzinę, dzisiaj jestem już na to za słaby. o Polsce myślałem zawsze, a jednak do '89 roku mogłem tylko pomarzyć, aby ponownie odwiedzić rodzinne strony.

na myśl o ojczyźnie po raz pierwszy od początku opowieści delikatnie się uśmiechnął.

miejsce mojego urodzenia po raz pierwszy odwiedziłem dopiero w latach dziewięćdziesiątych. odnalazłem moją wioskę, poszedłem w kierunku szkoły. dzisiaj stoi tam już inny budynek, a jednak czułem się wyjątkowo. spojrzałem do studni, z której kiedyś piliśmy wodę i wtedy usłyszałem kobiecy głos: Stefan, Stefan!!, podniosłem wzrok i spytałem starszą panią skąd zna moje imię. - bo wyglądasz identycznie jak twój brat, odpowiedziała. - przecież ja nie mam brata, to pomyłka. - ależ masz. masz również siostrę. okazało się tomasz, że po moim wyjeździe rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, doczekałem się rodzeństwa. moja rozmówczyni, mniej więcej mojego wieku, pamiętała mnie z dzieciństwa. brata już nie ma, umarł jakiś czas temu. a siostra jeszcze żyje?, spytałem z nadzieją, żyje, żyje, mieszka we Lwowie. proszę, oto jej adres, odpowiedziała z uśmiechem na ustach..

pojechałem do Lwowa, odnalazłem kamienicę, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi. otworzyła mi kobieta, na mój widok w jednej sekundzie po policzkach pociekły jej strumienie łez.. to dziwne, ale rodzoną siostrę poznałem będąc już starym człowiekiem..

26

cze
2009

Hamburg. w pracy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16:44

od 3 dni siedzę w Hamburgu. nagrywamy ścieżki dźwiękowe do niemieckiej wersji Aiona. idzie powoli, bo najczęściej trzeba podkładać głosy pod usta występujących na animacjach postaci, ale zabawa jest niesamowita. aktorzy z pierwszej półki (większość podkłada głosy do niemieckich dubbingów amerykańskich produkcji filmowych albo pod dubbingowane gry komputerowe), fajnie się patrzy jak się prężą i 15 razy powtarzają podstawowe kwestie. profesjonalizm i wyrafinowanie. ich głosy za każdym razem są prawie identyczne! zresztą lokalna ekipa inżynierów dźwięku wzięła sobie za punkt honoru prawidłowe ugoszczenie mnie w Wolnym Mieście Hamburg -- tak więc znam już parę najlepszych restauracji i solidną knajpę.. gorzej z samym miastem, no ale nie na wszystko jest tu czas..

15

cze
2009

Eastbourne Aegon International 2009

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14:06

tegoroczny turniej w Eastbourne właśnie się rozpoczął. rozgrywany na trawie turniej jest ostatnim sprawdzianem przed Wimbledonem, w zeszłym roku wygrała go nasza Aga Radwańska. nie udało mi się wtedy dostać biletu, więc tym razem pojawiłem się tam już w pierwszym dniu turnieju. plus był taki, że większość gwiazd odbywała treningi na bocznych kortach, do których miałem dostęp. tak więc udało mi się porozmawiać z Agnieszką Radwańską i Caroline Wozniacki oraz zrobić fotkę z Aną Ivanović. dziwnie przypatrywała mi się zwyciężczyni ostatniego French Open Swietłana Kuzniecowa, naocznie przekonałem się o sile uderzenia Amélie Mauresmo, a mecz Urszuli Radwańskiej oglądałem siedząc zaledwie metr od jej ojca-trenera i matki kibicki. Ula pewnie wygrała, choć strasznie nerwowa to dziewczyna: kilka razy głośno wyraziła swoją dezaprobatę, a ojciec z przekąsem dodawał, że 'tak, tak Ula, nawet sam Bóg ci dzisiaj przeszkadza..' kilka fotek poniżej, pełna galeria znajduje się tutaj na Picasie..

Agnieszka Radwańska:

z Agnieszką Radwańską:

Ana Ivanović:

z Aną Ivanović:

Urszula Radwańska:

Swietłana Kuzniecowa:

Caroline Wozniacki:

Amélie Mauresmo:

nogi Karoliny Sprem:

01

cze
2009

spadek

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 11:12

mija już prawie 40 godzin, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, jak tak straszna rzecz mogła wydarzyć się w tak pięknym dniu.. nie mogę nawet napisać, jak się czułem, bo wciąż w pełni to do mnie nie dociera. jakieś takie dziwne zawieszenie, spokój, a przy tym niewyobrażalny smutek. cały rok walki, starań, nadziei stał się nagle nieistotny. nieistotne stały się również te rzadkie chwile radości, których od czasu do czasu byliśmy z Maćkiem świadkami. te nerwy, którymi w minionym sezonie można by obdzielić wiele lat życia zwykłego śmiertelnika, nie mają już dzisiaj żadnego znaczenia. przegraliśmy i tyle. dzisiaj, już na spokojnie, mogę powiedzieć, że taki jest sport i dlatego tym wszystkim tak bardzo się pasjonuję. przegraliśmy, wracamy za rok, normalna sprawa. i tylko ta banda nawiedzonych piętnastolatków po ostatnim gwizdku sprawiła, że po raz pierwszy poczułem się zażenowany postawą kibiców Górnika..

kilkanaście minut po końcowym gwizdku, gdy zdruzgotany bez czucia leżałem na dywanie, usłyszałem tylko dochodzący gdzieś z oddali, kamiennie surowy głos Maćka: 'i chuj, trzeba będzie na rok wywieźć dekoder do Polski..'

14

cze
2009

Dublin, Irlandia

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 02:06

Baile Atha Cliath, czyli Dublin. stolica Zielonej Wyspy, w mocnym irlandzkim akcencie wymawiana jako doblin. raz na jakiś czas zdarza się nam odbyć tego typu wesołą wycieczkę. wesołą, bo kompletnie nieprzygotowaną, bez planu, listy zabytków i mapy. ot tak, polecieć, wypić piwo i przez chwilę na luźno popatrzeć na miejscowych..

zamieszkaliśmy w jednej z nowoczesnych dzielnic położonych u ujścia rzeki Liffey. ta nowoczesność, szerzej znana w świecie (i to nie dzięki spotom wyborczym PO) jako 'irlandzki cud gospodardczy' może budzić podziw. w ciągu 15 lat Irlandia przekształciła się z jednego z najbiedniejszych krajów w Europie w jeden z najbogatszych. oczywiście nie chcę powiedzieć, że szkło i metal całkowicie opanowały Dublin. istnieje wiele takich miejsc, w których nowoczesny hotel styka się z zaniedbanym budynkiem przemysłowym, które swoje lata świetności przeżywał w okolicach wojny. to chyba najbardziej spodobało mi się w tym mieście -- taka różnorodność, chłód nowoczesnej architektury i ciepło ceglanych, wymalowanych wiele lat temu farbą budynków..

ścisłe centrum to ulica O'Connell. tu już full Londyn, wpizdu ludzi, sklepy i piętrowe autobusy. a na środku, pomiędzy dwoma ruchliwymi pasami spire of Dublin -- 120 metrowy modernistyczny monument, przez miejscową Polonię nazywany Szpilą. warto jednak zejść z głównej ulicy i zagłębić się w prostopadle odchodzące alejki. to, co od razu rzuca się w oczy to oczywiście puby. niesamowite, bajecznie kolorowe, z mottem przewodnim dumnie wymalowanym u góry. Howl at the Moon, Break for the Border, The Auld Dubliner, the Temple Bar i setki innych irish pubs. Guiness smakuje podobnie jak w Brighton, choć być może jest coś nie tak z moim podniebieniem.. agata mówi, że puby irlandzkie są jakoś bardziej friendly..

podobnie zresztą jak sami Irlandczycy. fotki sobie nie można spokojnie zrobić -- przechodzą, krzyczą, rzucają się na szyje i obejmują. rude twarze młodych, wychowanych na Guinessie, ludzi. i fajnie, bliżej im do nas niż Angolom. są jakieś minusy? oczywiście, pogoda. niby czerwiec, a tu 12 stopni i wiatr taki, że głowę chce urwać. podobno tak jest tam zawsze. Peter, koledza Czech, mówił mi dzisiaj, że jak u nas (w brighton) pada, to u nich też pada. a jak u nas świeci, to u nich też pada. coś jak w Szkocji, mniej więcej. no i ceny. to skandal, żeby kanapka w supermarkecie kosztowała 5 euro, a piwo w knajpie 5.80. z torbami można pójść po samym weekendzie.

ach i jeszcze jeden element, o którym nie wiedziałem. to ich język, zwany iryjskim (Gaeilge). obok angielskiego jest urzędowym językiem Zielonej Wyspy. brzmi niesamowicie, mitologicznie, celtycko. nie jest podobny do żadnego języka, z którym wcześniej się zetknąłem, przypomina bardziej język elfów z prozy mistrza Sapkowskiego.. wiele dzisiejszych nazw pochodzi właśnie z tego języka, np. Belfast to Béal Feirste –- zatoka piaszczystych brzegów, a Cork to Corcaigh, czyli bagno. język irlandzki jest nauczany w szkołach, a w samym Dublinie można go spotkać na wszystkich ważniejszych tablicach, ogłoszeniach, przystankach autobusowych.. od 1 stycznia 2007 roku język irlandzki jest także jednym z 23 oficjalnych języków Unii Europejskiej..

a dopiero po powrocie, na spokojnie doczytując szczegóły wychodzi, że Dublin jest aż kipi od zabytków z epoki średniowiecznej i georgiańskiej. że stąd pochodzi U2 i James Joyce, że będąc w Dublinie nie sposób nie zwiedzić Muzeum Guinessa, Katedry Św. Patryka i Dublinii. ale to już temat na kolejny i zdecydowanie dłuższy pobyt w Irlandii.

15

maj
2009

Białoruś cz.3 -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16:32

dobra, nawijam o białoruskich zwyczajach, a przecież nie opowiedziałem jeszcze najważniejszego, czyli po co tam właściwie pojechaliśmy. otóż głównym celem naszego wyjazdu było odszukanie korzeni rodzinnych i wszelkich innych informacji o ludziach noszących nazwisko Ankudowicz. mój ojciec urodził się na dzisiejszych terenach północno-wschodniej Białorusi, które przed samym wybuchem II wojny światowej należały do Polski. i choć dojechać tam było równie ciężko co kupić używaną trumnę, misja zakończyła się sukcesem. posłuchajcie..

przed samym wyjazdem nie wiedzieliśmy za dużo. tereny, których szukaliśmy znajdują się w okręgu witebskim, a większymi miejscowościami, wśród których mieliśmy kluczyć miały być miasta Hlybokaye (biał. Глыбокае, pol: Głębokie) oraz Varapayeva (biał. ВОРОПАЕВО, pol: Voropajewo). znaliśmy oczywiście samo miejsce urodzenia mojego taty, czyli Malkowicze oraz miasteczko, w którym uczęszczał do szkoły, czyli Duniłowicze. na szczęście los zetknął nas z panią Felicją, która również urodziła się i wychowała w Malkowiczach. Felicja i siostra mojego taty, Maria (moja ciocia) były najlepszymi przyjaciółkami, dodatkowo Felicja mimo swoich prawie dziewięćdziesięciu lat dysponuje wspaniałą pamięcią. to właśnie ona była nieocenionym źródłem naszych informacji podczas tej emocjonalnej wędrówki w czasie..

zaczęliśmy od Duniłowicz odwiedzając lokalną parafię i miejscowy urząd gminy w poszukiwaniu informacji zapisanych w składowanych tu przez lata księgach. dużo się tu nie dowiedzieliśmy, bo księgi albo wywieziono do większych miast, albo bezpowrotnie, głównie podczas wojny, utracono. przychylny urzędnik odnalazł jednak dla nas adres kuzynki mojego taty, widzianej ostatnio przed 60-laty. piaskowo-szutrową drogą jedziemy więc w kierunku Malkowicz. po drodze, zupełnie przypadkowo, zatrzymujemy się w lokalnym sklepie (opisanym w poprzednich notkach) oraz nawiązujemy kontakt z miejscowym chłopem, który w czasie wojny chował przed Rosjanami ojca p. Felicji. droga przeradza się w sam piasek, którym jedziemy przez kolejne 10 km i w końcu docieramy do miejscowego cmentarza, na którym do dnia dzisiejszego chowa się mieszkańców kilku okolicznych wiosek. udaje nam się odszukać nagrobek babci mojego taty (mojej prababci), która zmarła w 1958 roku, w 3 miesiące po wyjeździe do Polski mojego taty. obok, prawdopodobnie, znajduje się grób ojca mojego taty, czyli mojego dziadka. prawdopodobnie, gdyż nie ma nagrobka ani żadnych dokumentów, które mogą to potwierdzić. dookoła znajdują się groby ponad 30 innych osób noszących nazwisko Ankudowicz, z ogromną większością nie jesteśmy jednak spokrewnieni, o czym za chwilę. cały cmentarz został przeze mnie solidnie sfotografowany i łącznie z nagrobkami i ich opisami będzie częścią mojej nowej witryny genealogicznej (adres wkrótce).

później błądzimy w lesie przez ponad godzinę, aż ciężko w to uwierzyć, ale nawet Felicja nie mogła trafić do samych Malkowicz. w końcu, po wielokrotnym błądzeniu w lasach i zakręcaniu na pobliskim polu buraczanym, udaje nam się ta sztuka i wjeżdżamy do rodzinnej wioski mojego taty. właściwie nie do samych zabudowań, bo na wysokich koleinach urywamy przedni zderzak, a potem przez ponad godzinę walczymy z wyciągnięciem z tego marazmu samego auta. Malkowicze liczyły kiedyś ponad 200 mieszkańców i takim zapamiętał je mój tata. dzisiaj, w 2009 roku, mieszka tu już zaledwie 9 osób, wszyscy w wieku powyżej 65 lat. był to dla nas pierwszy, ale od razy powalający na kolana szok. chodzimy między kilkoma zamieszkanymi jeszcze chatami i witamy się z mieszkańcami, którzy w większości również nazywają się Ankudowicz. tata poznaje się ze swoimi znajomymi z dzieciństwa, których nie widział przez pełne 60 lat. ciekną łzy, jest sentymentalnie, ale widać szczęście na ich twarzach. w końcu dochodzimy do miejsca, w którym mieszkała moja rodzina. chaty już nie ma, zburzono ją kilkanaście lat temu, a wszystkim co z niej zostało jest niewielka górka porośnięta trawą. robię tacie pamiątkowe zdjęcie, przypominające jedyną zachowaną fotografię z tamtych czasów, na której mój tata w obecności swojego ojca, mamy i babci stoi przed swoim domem. zdjęcie pochodzi z 1944 roku..

wchodzimy do domu Benka, jednego z kolegów mojego taty, z którym razem chodzili na wiejskie zabawy. na stole od razu pojawia się jedzenie i wódka i zaczynają się emocjonalne opowieści. tworzą się legendy, a dawno minione czasy ponownie stają im przed oczyma. jest niesamowicie! Benek i jego żona również nazywają się Ankudowicz, jednak nie jesteśmy jedną rodziną. cała komplikacja polega na tym, że w Malkowiczach mieszkały 3 niespokrewnione ze sobą rodziny Ankudowicz: mojego taty, Felicji oraz Benka. każda z nich miała oczywiście wielu potomków, którzy przez lata porozjeżdżali się po świecie, umarli, bądź wciąż żyją w tej wiosce. żona Benka, również wyposażona we wspaniałe 4gb pamięci ram szybkiego dostępu, opowiedziała o historii mojego rodu. otóż rodzicami mojego dziadka Mieczysława byli Modest Ankudowicz (zmarł ok 1935 roku, miał ok 65-70) lat i Anna, której nagrobek odnaleźliśmy na cmentarzu. w momencie kiedy pozostałe rodziny Ankudowicz przybyły do Malkowicz, Modest już tu mieszkał, co sugeruje, że jesteśmy najstarszą rodziną zamieszkującą to miejsce. pozostałe rodziny wywodzą się z leżącej nieopodal wioski Ankudy. w tej wiosce również mieszkali Ankudowicze, choć początek drugiej gałęzi w Malkowiczach wziął się z prostego faktu tworzenia nazwisk w XVIII wieku. osoba poślubiająca kobietę tworzyła nowe nazwisko wywodząc je z wioski, z której pochodziła. czyli koleś przybyły z Ankud tworzył nowe nazwisko Ankudowicz i zamieszkiwał we wiosce żony. Katarzyna Ankudowicz, polska gwiazda wśród aktorek, pochodzi właśnie z rodu Benka, u którego w chacie siedzieliśmy pijąc czystą białoruską wódkę. oh, dużo trzeba by pisać, więc zabieram się czym prędzej za moją witrynę genealogiczną, gdzie postaram się zebrać wszelkie wartościowe informacje o nazwisku Ankudowicz..

i rzecz ostatnia. mieszkańcy Malkowicz doskonalne zdają sobie sprawę, że ich wioska umiera. wraz z ostatnim mieszkańcem miejsce to zarośnie trawą i najnormalniej w świecie zniknie z powierzchni ziemi. myślę, że nasz przyjazd, w 2009 roku, był jedną z ostatnich szans na ujrzenie wioski w jako takim stanie..

30

kwi
2009

Where the hell is Matt?

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12:53

no dobra, jeszcze jedna rzecz. padłem, jak to zobaczyłem po raz pierwszy. koleś ma na imię Matt, mieszka w Seattle (!) i zdarza mu się podróżować po świecie. więcej informacji na stronie jego projektu: http://www.wherethehellismatt.com/


12

maj
2009

wpadka

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 00:14

posypało się w najgorszym możliwym momencie.. padł dysk, 500GB Seagate Barracuda 7200.11, i to właśnie wtedy, kiedy miałem na nim ok 70GB niezarchiwizowanych danych. danych, czyli w przeogromnej większości moich z agatą zdjęć. nie to, że jestem na tyle przezorną osobą, żebym dokonywał przemyślanych i stałych bekapów.. przerzucam na inny dysk, archiwizuję na płytkach zwykle w przypływie pesymistycznych wizji, a że od pewnego czasu mnie takowe nie nachodzą, dane poszły w pizdu.. choć przypadek jest nietypowy i warty wyjaśnienia..

otóż wyłączyłem peceta w czwartkowy wczesny wieczór o godzinie 23:48. włączyłem ponownie nie później niż o 13.14 dnia następnego, kiedym to ściągnął do domu celem spożycia lanczu, jak to nazywają w tych stronach. godziny nie mają tu większego znaczenia, podaję je wyłącznie dla większej dramaturgii. po włączeniu dysk nie został wykryty w BIOS-ie, system oczywiście się nie wczytał. kabelki i inne takie ulgi nie przyniosły, a sytuacja zaogniła się, gdy dysk nie zgłosił się również na kolejnych dwóch kompach. padł i po nim, od razu te czarne myśli, strata wielka, nieodżałowana. już z agatą składaliśmy te setki fontów na odzyskiwanie danych, aż tu clever crio zapodał linka do firmowej odzyskiwalni danych Seagate. kolejne googlanie pozwoliło mi odnaleźć identyczny przypadek na jakimś forum, a później znaleźć artykuł z knowledge base producenta, w którym ów winowajca wyjaśnia, że wina leży po jego stronie. model mojego dysku, jak i numer seryjny znajduje się na liście dysków potencjalnie zagrożonych wadliwym oprogramowaniem i kto może ten niech czym prędzej robi abgrejt firmweru. ja już nie mogłem, na szczęście telefonicznie poinformowano mnie, że to przypadek dość częsty i dane na dysku nie są zagrożone. wtedy zacząłem z kolei przyliczać, na co wydamy te kilka set zaoszczędzonych banknotów z królową Elką.. no więc dysk poszedł kurierem, na koszt producenta, do centrum odzyskiwania danych w Amsterdamie, a ja ufnie oczekuję jego rychłego i szczęśliwego powrotu..

a od trzech dni jestem (średnio)szczęśliwym użytkownikiem bootowalnego z płytki CD linuksa i .. przypominam sobie ambitne życie maniaka wiersza poleceń.. apt-get install, configure i inne takie..

29

kwi
2009

Smile Today..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 23:12

coś optymistycznego ;)




24

kwi
2009

Premiership

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 13:40

po raz pierwszy, a i pewnie na długi czas ostatni, zawitałem na meczu angielskiej Premier League. dzień wcześniej naoglądałem się wspaniałych popisów Arshavina i niesamowitego meczu pomiędzy Liverpoolem a Arsenalem. kolejny pojedynek londyńsko-liverpoolski oglądałem już na żywo na Stamford Bridge, gdzie Chelsea mierzyła się z Evertonem. żeby było śmieszniej, to druga moja wizyta na meczu Chelsea (wcześniej Champions League vs Valencia) i drugi bezbramkowy remis. mecz dosyć średni jak na najlepszą ligę świata, choć kilka zagrań można było określić słowami 'magiczne'. podobał mi się Michael Ballack, choć Maciek mówi, że jemu podoba się tylko Adaś Danch, który zresztą za kilka godzin będzie się dla nas bił o punkty z Wisłą w Krakowie. doping? właściwie brak -- załamka, pół Anglii mogłoby się uczyć dopingu od naszej Torcidy albo przynajmniej od fanów poznańskiego Lecha. no ale był szal, więc ładnie zaakcentowaliśmy naszą obecność..

27

kwi
2009

Białoruś -- miasta i wioski..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13:07

wjeżdżamy do miejscowości Hlybokaye (biał. Глыбокае, po naszemu: Głębokie), a z kamiennego podwyższenia wita nas potężny MIG 21 z demobilu. i oto pierwsza ciekawostka -- lokalna, pamiętająca lepsze czasy stacja benzynowa firmy LukOil oferuje przedział benzyn od 92 to 98, z tym że najpierw podaje się tu liczbę litrów i oczywiście za nią płaci, a potem można wlewać. zastanawiam się podejrzliwie, co będzie, jeśli zapłacę za więcej, a do baku wejdzie mi mniej. na to odpowiada uczynna pani w zakratowanym okienku, że przecież każdy wie, jak duży ma bak. wychodzi mi więc na to, że nikt tu nie leje do pełna, bo do pełna ciężko trafić. łatwiej przecież 10 razy w miesiącu podjechać tankując .. 10 litrów za każdym razem.. a potem wymieniamy pieniądze: na Białorusi bankomaty są jeszcze rzadkością, w mieście zdarza się, że jest tylko jeden. jeden jest również kantor, w którym najchętniej biorą dolary -- kilka, podobno, zużytych banknotów nie chcą jednak przyjąć..

samo miasto nie ujmuje. socjalistyczna zabudowa, ogromne blokowisko, kilka większych wytwórni przemysłowych, bardzo złe drogi. z pewnością na uwagę zasługują dwie potężne świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy z 1628 roku i prawosławna Cerkiew p.w. Narodzenia NMP. weszliśmy do tej drugiej podczas ortodoksyjnego nabożeństwa i wpatrzeni w nietypowe zachowanie kleru pozostaliśmy przez jakiś czas. odwiedziliśmy lokalny cmentarz, gdzie szczególne miejsce zajmują nagrobki poległych tu polskich żołnierzy w czasie I wojny światowej. co ciekawe w sklepach, szczególnie odzieżowych, przeważają towary polskie. polskie metki, polskie ceny do których sprzedawcy doliczają najczęściej 15-20% marży. raz w tygodniu jeździe się stąd do Grodna lub na Ukrainę i przywozi cały van polskich dupereli. tylko ceny wysokie w porównaniu do lokalnych zarobków.. o miastach nie będę się rozpisywał, bo szkoda czasu -- podobno lepiej i ładniej mieszka się tylko w Mińsku, gdzie Łukaszenko tworzy drugą Moskwę. nie wiem, nie byłem..

białoruska wieś ma w sobie jednak dużo więcej kolorytu, a to głównie za sprawą drewnianych, malowanych na przedziwne pastelowe kolory chat. nie ma tu zasady, że malujemy swój drewniany dom w określonych barwach (jak np w Skandynawii), albo w kolorach podobnych do sąsiada obok. nie, tutaj każdy maluje jak mu się podoba, a żeby było śmieszniej, najczęściej w innym kolorze niż płot, słupek, okno, czy bramka. jest więc radośnie i bardzo oczojebnie. oprócz tego jest czysto. może i kraj ten jest niedoinwestowany, ale brudu tutaj nie ma. obowiązują tzw. subotniki, czyli ogólnonarodowe (albo ogólnowiejskie) sobotnie czyny społeczne, podczas których każdy porządkuje swoją okolicę w myśl hasła: 'oczyśćmy Białoruś!' ludzie gromadzą się tłumnie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie zwalnianie się z tego obowiązku. Białoruś jest nietypowa -- z jednej strony biedne drewniane chaty wypełnione stalowymi piecami i naściennymi dywanami, z drugiej, murowane domy ze stałym połączeniem internetowym. z jednej zachodnie auta, z drugiej zgarbione kobiety w kolorowych chustach. wystawne kościoły i facet na chudym koniu. przeszłość i teraźniejszość dzieją się równocześnie -- nowe nadchodzi, ale stare wciąż trwa w najlepsze..

w większości miejsc, które odwiedzamy, w oczy rzucają nam się pomniki. anonimowi przedstawiciele ludu pracującego czy też bohaterscy i prawi żołnierze Armii Czerwonej nie zniknęli w pomroce dziejów. właściwie to nikt nie odwołuje się tu do królów sprzed tysiąca lat, jak jest w sąsiedniej Litwie, gdzie co krok trzynastowieczny Giedymin spogląda na nas z dumą wypolerowanego mosiądzu. na Białorusi zastępują go radziecki żołnierz, Lenin i czerwona gwiazda. szczególnie wyjątkowo prezentują się ci dzielni radzieccy żołnierze, do których najczęściej lgną młode dziewczynki, dziękując za wszystko polnymi kwiatami. zdarza się, że pomniki są całkowicie pokryte kolorową farbą i otoczone łańcuchem i zadbanymi trawnikami..

zatrzymujemy się w jakiejś zapadłej dziurze w pobliżu miasteczka Duniłowicze (biał. Дунілавічы). wchodzimy do wiejskiego sklepu i moim oczom ukazuje się widok wręcz niekonwencjonalny. ogromne błękitne pomieszczenie z piecem kaflowym i kilka rzędów półek zawalonych towarami spożywczymi. stara zardzewiałą waga i nie mniej wysłużona sklepikarka z niezwykle czerwoną twarzą. chleby, dżemy, konserwy, piwa i soki. a obok 3 pary skarpetek, pięć zeszytów i dwa wiadra. skrzynka jaboli i kredki świecowe. kobieta liczy na liczydle: strzelają przesuwane drewniane klocki i już mamy cenę finalną: 11 250 białoruskich rubli.. niesamowite, powrót do lat powojennych. wychodzę z 'magazynu' i robię fotki ludziom siedzącym przed swoją chatą. brudni, nieogoleni, w starych codziennych łachmanach. to ojciec z synem, którego nos przestawiano kilkakrotnie na wiejskich zabawach, a za chwilę zjawia się żona oraz drugi syn. rozmawiamy ponad pół godziny, tłumaczymy cel naszej wizyty, chętnie pozują do zdjęć. są radośni i mimo zaledwie kilku (srebrnych) zębów prawdziwie uśmiechnięci. nie chcą nas puścić, zapraszają na obiad, młodszy syn już poleciał po ziemniaki. i gdy byłem pewny, że nic już nie może mnie zaskoczyć, młodszy, uwalony jak świnia syn, wyciąga nagle Nokię i zaczyna do kogoś dzwonić..

później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..

zapraszam do białoruskiego fotobloga.

15

kwi
2009

Litwa -- z krótką wizytą w Wilnie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14:30

na Litwie spędziliśmy dwa niepełne dni. powiedziałbym, zachodnioeuropejski przystanek przed dalszą drogą na Wschód. więc 800 km jazdy do Wilna, a potem hotel, pływanko, wieczorny wypad na Starówkę i testing lokalnego piwa w jednej z niewielu otwartych knajp. o 20.00 miasto wydawało się wymarłe -- była wiosenna ciepła niedziela, a w samym centrum nikogo. ktoś tu się przewinął, jakaś para siedziała na krawężniku popijając wino, ale nic ciekawego. byłem negatywnie zaskoczony. po godzinie rozpoczęła się jazda -- tego wieczoru miejscowy klub koszykarski Lietuvos Rytas Wilno zdobył Puchar Europy pokonując w finale rosyjski Chimki Moskwa z Maciejem Lampe w składzie. w trakcie meczu wszyscy śledzili wynik, a później miasto ogarnęła euforia, tysiące młodych ludzi wypełniło centrum, a zabawa trwała do późna. samochody, klaksony, śpiewy, czyli szał znany z fetowania mistrzostw przez kibiców drużyn piłkarskich..

następnego dnia zebraliśmy się wcześnie rano i przy pięknej pogodzie zwiedziliśmy Stare Miasto, które znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO. wrażenie bardzo pozytywne, zabytkami i ich czystością Wilno może konkurować z Krakowem i Pragą, zachowując oczywiście proporcje wielkości. Wilno zamieszkuje niespełna pół miliona osób, choć samą tylko liczbą barokowych kościołów miasto może starać się o rekord Guinnessa. jest również zamek, znana w świecie Ostra Brama, wspaniała z zewnątrz Katedra, kościół Piotra i Pawła, ratusz i bogato zdobiona cerkiew. warto pamiętać, że mieszka tu wciąż ponad 100 tys Polaków (19% ogólnej populacji stolicy) i że mieszkał tu nasz Adaś Mickiewicz -- jego dom i muzeum są otwarte do zwiedzania. przechodząc uliczkami starego miasta co chwilę natyka się na jakaś ambasadę, czy wciśniętą w niewielki zaułek kawiarnię. oto pokaz slajdów, kliknięcie przenosi do większej wersji zdjęcia do picasy:

warto również wybrać się na Wieżę Giedymina. wieża jest resztą Zamku Górnego z początków XV wieku, a sam Giedymin był wielkim wodzem litewskim i jednocześnie dziadkiem naszego króla Jagiełły. z góry miasto wygląda bardzo okazale -- z jednej strony widać całą starówkę, z drugiej, oddzieloną rzeką Wilią, nowoczesną dzielnicę biznesową..

16

kwi
2009

Litwa -- Troki i dawna stolica państwa..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16:13

Troki, a właściwie Nowe Troki, to niewielkie malowniczo położone miasteczko znajdujące się ok 30 km na zachód od Wilna. osada otoczona jest ze wszystkich stron jeziorami, które podczas mojej kwietniowej wizyty w większości były jeszcze skute lodem.. miejsce to zasłynęło w średniowieczu, gdy wielki książę litewski Giedymin przeniósł tutaj stolicę swojego kraju. dzisiaj Troki są tętniącym życiem ośrodkiem turystycznym, a walory naturalne uzupełniane są starą historyczną zabudową. największą atrakcją Troków jest jednak zbudowany w XIV-XV w zamek, zwany dziś 'małym Malborkiem'. zamek pełnił w średniowieczu ważną rolę militarną, a podczas swoich najlepszych lat wielokrotnie odpierał liczne ataki Krzyżaków. gościł tu Władek Jagiełło z kochankami oraz wszyscy kolejni władcy Polski i Litwy. po Bitwie pod Grunwaldem zamek powoli popadał w ruinę, jednak w ostatnich kilkudziesięciu latach odrestaurowano całą konstrukcję nadając jej historyczny wygląd..

21

kwi
2009

Białoruś -- pierwsze wrażenia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17:41

Białoruś, dziwny kraj -- chciałoby się powiedzieć po powrocie z tygodniowej wycieczki parafrazując słowa skeczu Zdradliwa Geografia kabaretu Ayoy. choć geograficznie nam bliska, odcięła się od Polski i reszty zachodniej Europy ciężkim do przeskoczenia murem politycznym, kulturalnym i wizowym. Białoruś to kraj cudu. w państwie postradzieckim, w państwie kierowanym silną ręką pseudo dyktatora, w państwie dużego zacofania, braku inwestycji, drewnianych chat i szutrowych dróg płaci się za wszystko dolarami. kwoty za mieszkanie, samochód, czy nawet łapówkę podawane są w walucie amerykańskiej. i choć ludziom żyje się tu niespecjalnie, choć zarobki i emerytury są znacznie poniżej poziomu polskiego, a ceny dóbr przewyższają te po naszej stronie, ludzie są tu szczęśliwi. mimo walących się chat, azbestowych blokowisk, depresyjnie długiej zimy i braku większej szansy na wzbogacenie się ludzie wciąż są szczęśliwi. właściwie nie spotkałem jeszcze państwa, w którym mieszkańcy byliby tak pogodni, tak gościnni i tak uśmiechnięci jak Białorusini. to fenomen, istny kraj cudu..

zaczęło się od niewielkiego przejścia granicznego w okolicach Wilna. 10-sekundowe pokazanie paszportów strażnikom litewskim i żmudne, męczące półgodzinne manewry po stronie białoruskiej. obywatel wysiądzie, pokaże paszport, ubezpieczenie, prawo jazdy. pokaże dowód, kartę wjazdu, wypełni dokument tu i tu i tu. zapłaci 3 dolary za to, pójdzie do pani w okienku, podjedzie do szlabanu. wysiądzie i otworzy bagażnik. a co wiezie, dokąd jedzie, czemu i na jak długo. kogo zna, kiedy wraca i właściwie po co chce tu wjechać.. dobrze, że tata z wszystkimi od razu się zaprzyjaźnia, bo procedura mogłaby trwać w nieskończoność..

po drugiej stronie muru na równiny spadła ciemność. o 20-stej jedziemy już przez czystą czarną pustkę mijając nieznane zarysy pejzażu, pola i lasy. mijamy niewielkie wioski, wszędzie ciemno, wydaje się jakby kraj zamarł. nigdzie nie można dostrzec nawet pojedynczej sylwetki, nikogo nie można zapytać o drogę, czasami w oddali widać tylko ciemne okna samotnych chat. i w tym najbardziej archaicznym regionie jakim było mi dane prowadzić samochód, pośrodku 50-cio kilometrowej pustki zatrzymuje mnie milicjant. prędkość przekroczona o 32 km, znak ograniczenia podobno był wcześniej, 150$ mandatu. jak to, przecież 150$ to miesięczna pensja białoruskiej kobiety, pytam? takto, zatrzymujemy prawo jazdy -- twardogłowy nie wydaje się skory do negocjacji. po 20 minutach zrywanej rozmowy i 10 pytaniu 'to jak będzie?' niechlujnie rzucanym w moją stronę wypisuje mi na kartce papieru kwotę łapówki. 50$ i możemy jechać. a białoruska milicja ma się bez zmian, za to rodzina milicjanta jakoś sobie radzi. bo radzić sobie jakoś trzeba..

ale do wioski Karaby, naszego docelowego miejsca, był jeszcze spory kawałek i spora trudność w kluczeniu szutrowymi drogami. tylko główne trasy na Białorusi pokryte są asfaltem, a te miejskie zresztą strasznie podziurawionym. cała reszta to drogi kamienne, piaskowe, szutrowe i żwirowe. chcąc przeprowadzić po niej swój samochód nie należy przekraczać 30km/h, bo grozi to urwaniem zawieszenia. docieramy do nigdy nie widzianej kuzynki ze strony taty. powitanie, uściski, całowanko. od razu stół nakrywa się jedzeniem, wręcz pęka pod jego ciężarem. Białorusini częstują gościa wszystkim, co tylko mają w domu. począwszy od misek z ziemniakami, przez kotlety, kiełbasę, boczek i sery. śledzie, ogórki, pomidory i jajka. pełne misy, wszystko czym żywią się normalnie. panuje tu generalna zasada, że gość stołuje się jak gospodarz, czyli ani lepiej, ani gorzej, dokładnie tak samo. i tak jest wszędzie. żeby było weselej z reguły nie podaje się tu talerzy, a jeśli już to takie niewielkie. każdy ma widelec i nabiera ze wspólnych mis, najczęściej bezpośrednio na chleb. obficie leje się wódka, wyłącznie 50ml kieliszkami. jest wesoło, Białorusini mówią głośno, krzyczą wręcz, mocno gestykulując przy tym rękoma. przy pierwszym kieliszku, który wypiłem do połowy, zostałem wytykany palcami. u nas pije się na raz, wszystko, do dna. w świetle pokoju błyszczą złote zęby, a szary wystrój ubarwiają kolorowe chusty na głowach kobiet wszelkiego wieku.

tak wyglądały moje pierwsze godziny na Białorusi. później było jeszcze przyjemniej, zrozumiałem, że nie ma szybszego i tańszego sposobu na podróż w czasie do okolic polskich lat 70-tych, które znam z filmów Stanisława Barei. przez te kilka dni bardzo polubiłem ten urodziwy i starodawny kraj, bo nie da się nie lubić kraju ludzi prawdziwych. tu nikt nie kłamie, nie oszukuje i otwarcie mówi jak jest. na pytanie: 'jak wam się wiedzie?' ogromna większość odpowiada: 'normalnie'. ani dobrze, ani źle, po prostu żyje się normalnie. tu nikt nie oczekuje cudów, tu wszyscy znają swoje położenie i nawet nikt specjalnie nie narzeka, bo 'i tak niczego się nie zmieni'.. aha, no i Polaków się tu uwielbia, wbrew zdaniu i zachowaniu białoruskich polityków. wkrótce kolejne wrażenia.

03

kwi
2009

na Wschód: Litwa i Białoruś

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15:32

dalszy ciąg gonitwy, pakowania i organizowania Wielkiej Przeprowadzki. w międzyczasie w londyńskiej ambasadzie udało mi się dostać pozwolenie na wjazd na teren Republiki Białorusi -- ich wiza i procedura przyznawania jest strasznie zamotana, a do tego kosztowna. śmiesznie, bo mam prawo przebywać u nich łącznie przez 5 dni -- więc dłuższe pokręcenie się po polach, choroba, czy awaria samochodu nie wchodzi w grę..





celem wyjazdu jest odnalezienia miejsca urodzenia i wychowania się mojego taty. chcemy odszukać chatę w której dorastał (przed II wojną światową były to tereny Polski), szkołę do której chodził, jak również cmentarz, na którym pochowano mojego dziadka. chcemy zagłębić się w sprawy genealogii naszego nazwiska (niedawno wyszło, że mamy pochodzenia szlacheckie, herb Sulima) i odszukać ew. członków naszej gałęzi. odszukaliśmy kilka osób, które nas przyjmą, przenocują i opowiedzą to i owo. wszystko zostanie opisane, ułożone, a może uda się stworzyć jakieś drzewo genealogiczne..

oprócz Białorusi planujemy krótki przystanek w Wilnie i przynajmniej teoretyczne 'zaliczenie' Litwy na mapie krajów odwiedzonych. w ogóle tam też już Europa pełną gębą, a hotel średniej klasy kosztuje dokładnie tyle samo co w Paryżu. a i tak wszystko jest pełne, choć pogoda jeszcze zimowa. planem nadrzędnym jest odwiedzenie granicy białorusko-ukraińskiej i przyjrzenie się strefie wokół Czarnobyla. do samej elektrowni wjechać nie można, ale można wjechać do miasta Prypeć -- opuszczonego przed laty Miasta Widma, które pozostaje niezamieszkane od 1986 roku i stanowi prawie że skansen epoki radzieckiej. wkrótce szersza relacja i foty na fotoblogu. mam nadzieję, że wreszcie go zaktualizuję.

17

mar
2009

państwo Ankudowicz..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16:47

punktualnie o 13.37 w sobotę, 14 marca 2009, dołączyłem do szerokiego w świecie grona mężczyzn zaobrączkowanych :] GAME OVER man, jak mówi do mnie Luke ze sprezentowanej przed tygodniem koszulki.. sama ceremonia wypadła bardzo sprawnie, dostaliśmy jakiegoś dziwnego ataku uśmiechu, po wszystkim bolały mnie policzki. była rodzina, świadkowie i przyjaciele, a Pani z orłem na piersi miała głos uroczysty jak biskup w Boże Ciało.. podczas powtarzania za panią z orłem noga zaczęła mi drżeć (dawno zapomniane, a doprowadzone do perfekcji podczas studiów moje własne uzewnętrznienie strachu i podniecenia), ale obyło się bez wpadek rodem ze Śmiechu Warte. był nawet 3-miesięczny Daniel Aleksander, który osobiście życzył nam powodzenia i to na czas raczej dłuższy niż krótszy. a potem było dużo jedzenia i jeszcze więcej picia. towarzystwo chwaliło dzień ten szczęśliwy, wódka lała się szerokim źródłem, pojawiły się już nawet pierwsze prośby i zapewnienia, że potomstwo powinno pojawić się szybko. a przecież to tylko wstęp, prawdziwy bal odbędzie się w czerwcu 2010. wszystko ładnie pięknie, ale dzień później na meczu Górnika dawno niewidziani koledzy-kibice na podstawie własnych doświadczeń umiejscawiali moją sytuację gdzieś pomiędzy 'utrudnieniem' a 'problemem nie do rozwiązania'.. zobaczymy, na razie mam 3 dni doświadczenia, podczas których moja żona gdzieś mi zniknęła..

kilka zdjęć, pełna galeria znajduje się tutaj:







03

lut
2009

zabytkowa stacja kolei wąskotorowej w Rudach

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 16:48

ostatnio prawie każda wizyta w Polsce pakuje mnie w jakieś dziwnie nostalgiczne klimaty. chodzę, szukam, dziwuję się. kręcę się po brudnych podwórkach, oglądam syfiaste miejsca, po których przecież stosunkowo niedawno sam biegałem w tenisówkach i przykrótkich spodniach.. patrzę, wręcz odkrywam wszystko na nowo. ostatnio nawet wziąłem rodzinkę w tour po wiejskiej części Górnego Śląska -- dotarliśmy w końcu do Rud Raciborskich i zabytkowej stacji kolei wąskotorowej i .. moje serce zamarło. wszystko przez wspomnienia z dzieciństwa. w dawnych dobrych czasach kolej wąskotorowa kursowała regularnie między kopalnią, a pobliską elektrociepłownią. było głośno, czarno od sadzy, a wszyscy dookoła wdychali dym z kominów, przy czym ciepło zasilało mieszkania na drugim końcu miasta. ale to był nasz czas i niezmienny rytuał z przejazdu pociągu koło naszych 'baz'. bazy mieściły się najczęściej na drzewach, a maszyniści znali nas z twarzy. po latach, gdy z rozkradzionej przez złomiarzy lini kolejowej pozostało jedynie wspomnienie, dane mi było z bliska przyjrzeć się tym cudom.. hobbyści i fanatycy po dziś dzień dbają o zabytkową stację w Rudach. kiedyś była to końcowa stacja, do której kursowała osobowa kolej wąskotorowa z Gliwic Śródmieścia. połączenie przetrwało kilka lat, raz nawet udało mi się nią przejechać. na stacji zbiera się te wszystkie cuda z minionych lat, prowadzi się rozruchy i naprawy sprzętu. wygląda to rewelacyjnie, choć gołym okiem widać dramatyczny upływ czasu. Górnośląskie Koleje Wąskotorowe mają długą i bogatą historię, o której po dziś dzień przypominają członkowie stowarzyszenia Gliwiczanie. organizuje się nawet rajdy szlakami kolei! wspaniała inicjatywa, bo przecież tego typu kolej to skarb regionu -- w Niemczech czy Francji restauruje się taką trakcję i czyni się z niej atrakcję turystyczną. u nas niestety nie ma kasy..

06

mar
2009

welcome to Seattle Mr. Tomxx..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14:16

dzień dobry z Brighton, a jest to jeden z ostatnich dni podczas których nadaję z UK. życie potrafi zadziwiać i zdarza się, że z dnia na dzień zmiany zalewają spokojnego dotąd człowieka z siłą tsunami. zmiany totalne, gruntowne, zmiany decydujące o przyszłości. Ba, zmiany kształtujące przyszłość. no ale po kolei, posłuchajcie..

zaczęło się we wtorek, jakoś przed miesiącem. spokojny zimowy angielski dzień rozdarła nowina, że NCsoft Europe zwalnia 50% załogi. trąbiły o tym tabloidy przeróżne, jedni mówili o restrukturyzacji, drudzy o decyzjach strategicznych, a miejscowa prasa nazwała to wydarzenie szokiem w branży gier komputerowych. no bo miało być tak pięknie, walka z Warcraftem, drżyj świecie, atakujemy z siłą azjatyckich produktów, a tu nagle klapa, poczułem się niepotrzebny. w domu śpiewałem Agacie w stylu starego dobrego Muńka Staszczyka... kochanie wczoraj zwolnili mnie z pracy, wiedz o tym że nie dali mi szansy... kazali odejść, wyrzucili za drzwi.. nie to żebym się specjalnie tym wszystkim przejmował. znam swoją wartość i prędzej czy później znalazłbym pozycję równie fajną jak tutaj. do tego wysoka odprawa, szybkie oferty z Nintendo i Segi. ale jednak niesmak pozostał -- przez te dwa lata zżyłem się z miastem, otoczeniem i przede wszystkim moimi tutaj ludźmi. zdobyłem wielu wartościowych przyjaciół, dziesiątki rożnych nacji, inne punkty widzenia.. pracowałem z ludźmi na wysokim poziomie i za te pełne dwa lata wspólnej egzystencji byłem im wdzięczny. no ale nagle pracy dla nas zabrakło. pomysłów mieliśmy kilka, a najważniejszymi było założenie własnej działalności i jechanie dalej, tyle, że pod własnym szyldem. ja oczywiście celowałem w Google, ale dział lokalizacji w Irlandii niestety jest pełny, a wtedy kiedy chłopaki szukali kogoś na moje miejsce, ja byłem bezpieczny w tym południowym zakątku super wielkiej Brytanii. no więc spotkania, rozmowy, wstępne decyzje. i być może wszystko poszłoby tą drogą (dostaliśmy konkretną ofertę pracy od jednej z największych kompanii lokalizacyjnych na świecie), gdyby nie upomniał się o mnie szef Production Studio naszej firmy. znamy się ze wspólnej pracy tutaj w Europie, a on kompletuje skład w naszej głównej siedzibie za oceanem i zrobi wszystko, aby mnie ściągnąć. pewnie gdybym był bardziej ułożonym i mniej skłonnym do upatrywania we wszystkim przygody to dałbym sobie spokój. ale nie jestem, wciąż nosi mnie po świecie, więc zaczęliśmy rozmowy..

NCsoft West z siedzibą główną w Seattle przejmuje więc wszystkie działy odpowiedzialne za produkcję gier na Zachodzie. komórka lokalizacyjna tworzona jest od nowa, dotąd całość zlokalizowana była w Brighton/UK. Wielki Mistrz zaproponował mi stanowiska Localisation Managera, czyli piętro wyżej od moich aktualnych obowiązków Loc Project Managera. miłe to i fajne, ale to jednak inny świat.. zaczęliśmy rozmawiać i niespodziewanie szybko doszliśmy do porozumienia odnośnie tego co trzeba zrobić i jak trzeba zrobić. a że 'JAK' wiem tylko ja, więc chcieli mnie bardzo bardzo. w grę oczywiście wchodzi bloody good offer, bo życie 9000 km od domu, z dala od rodziny i polskich przyjaciół, musi być czegoś warte. negocjacje trwały tydzień i ... zakończyły się sukcesem. od kwietnia przenoszę się do Stanów, a dokładnie do Seattle downtown w stanie Waszyngton. dalej już nie można..

no ale, że nie jestem na tym świecie sam, to trzeba było coś ustalić z drugą moją połową. rozmawialiśmy dużo, zaciekle wyrzucając z siebie wszystkie za i przeciw, w końcu podjęliśmy decyzję, że spróbujemy. spróbujemy wspólnie, więc aby Agata mogła dostać hamerykańską wizę, co pozwoliłoby jej pracować za Wielką Wodą, musi być moją żoną. z tym nie było większego problemu, bo przecież i tak mamy wesele już zaplanowane na czerwiec 2010. szybka decyzja, kilka telefonów i bookowanie lotu do Polski. lecimy w środę, w czwartek robota papierkowa, w sobotę ślub cywilny. nie wiedziałem, że tak można, prawie jak Las Vegas. z tym, że trochę mniej światełek i alkoholu we krwi. no więc pojmuję za żonę wybrankę moją, Agatę Jagielską. wychodzi, że będzie kolejna AA w rodzinie, po siostrze mojej, która cieszy się i gratuluje.. po ślubie wracamy, kilkanaście dni w UK, sprawy wizowe i szybkie pakowanko: trochę gratów pojedzie do Polski, większość wyląduje na śmietniku, część zabieramy do US. firma płaci za pełne przeniesienie, więc mogę zabrać co tylko mi się podoba. pytanie tylko po co, skoro tam więcej i taniej.. potem jeszcze tydzień w Polsce na Wielkanoc, niestety wychodzi na to, że odpadnie planowana na kwiecień wyprawa na Białoruś -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych familii Ankudowicz. szkoda, bo byłoby fajnie..

od utraty pracy, bo nowe wyzwanie i żonę. chyba dobry deal, co? dwa w jednym. przeciągnie się nasz powrót do Polski, ale wszyscy wiedzą, że nasz kraj ojczysty wcale mnie nie mierzi, choć dookoła aż roi się od ludzi mających gdzieś chwalebną tradycję powstań niepodległościowych. przenoszę się do innej kultury, gdzie wszyscy czule się witają, pozdrawiają, a maile hurtowo rozpoczynają od how are you, choć wszyscy wiedzą, że gówno ich to obchodzi how I really am. zobaczymy. ja tam się cieszę..

20

sty
2009

z kart historii o kobietach..

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 16.58

powtarzam po filozofach, głowach kościoła, świętych. nie bić, koleżanki..

'zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów'. Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego

'kobiety są przeznaczone głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn'. Św Jan Chryzostom (349-407) biskup Konstantynopola

'kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. to naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie' Św. Augustyn (354-430) filozof i teolog chrześcijański

'wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego

'kobieta powinna zasłaniać oblicze, bowiem nie zostało ono stworzone na obraz Boga'. Św. Ambroży (ok 340-397) Ojciec i doktor Kościoła

'kiedy widzisz kobietę, pamiętaj: to diabeł! Ona jest swoistym piekłem' Kapokrates, założyciel klasztory

'kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny...' Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), Ojciec Kościoła katolickiego

'kobiecie przystoi jedynie szata żałobna. skoro tylko przekroczy próg wieku dojrzałego, winna zasłonić swe gorszące oblicze, by nie utracić szczęśliwości wiecznej' Tertulian (ok 160 - po 220), Ojciec Kościoła

'w miejscu, w którym zatrzyma się ksiądz, nie powinna przebywać żadna kobieta' ustalenia synodu paryskiego (846)

'kobiecie nie wolno mieszkać w pobliżu kościoła' ustalenia synodu w Coyaca (1050)

'księża, którzy udzielą noclegu kobietom i doznają przy tym podniety, muszą zostać ukarani. kobiety natychmiast mają zostać sprzedane przez biskupa jako niewolnice.' ustalenia synodu w Toledo

'u kobiety sama świadomość jej istnienia powinna wywoływać wstyd' Clemens Alexandrinus (215)

'kobietom nie wolno we własnym imieniu pisać ani otrzymywać listów' Ustalenia synodu w Ewirze (IV ne)

'cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. uświęcona zostaje jedynie przez macierzyństwo' Św Jan Chryzostom (349-407)

14

sty
2009

postanowienie noworoczne

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 18.04

przywiezione z polskiego wypadu świątecznego -- do przeorania na najbliższe miesiące jako solidny background pod nowe wyprawy:



15

sty
2009

nasze przedszkole..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.53

muszę podsunąć posłowi Palikotowi pewną myśl, aby polski internet przemalował naszą-klasę na nasze-przedszkole. przecież to już się staje nudne -- ludzie, ogarnijcie się!

16

sty
2009

Plener Dużej Rzeźby, Pszczew 2008

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 17.03

czy patrząc na dzieło artystyczne -- nieważne, obraz, odlew, rzeźbę -- zastanawiamy się kto jest jego autorem, ile włożył w to pracy i co czuł podczas długich godzin procesu tworzenia? czy patrzymy na efekt końcowy przez pryzmat przekazu i walorów artystycznych, czy też szybkim wzorkiem zaliczamy dzieło, za nic mając długie godziny obracania talentu artysty w efekt namacalny? nie codziennie dane jest nam przecież przyglądać się Ostatniej Wieczerzy, Słonecznikom, czy przynajmniej pomnikowi Jana Pawła w jednym z polskich miasteczek.. kilka miesięcy temu i ja wziąłem udział w tworzeniu czegoś z niczego i .. po kilku godzinach niewygodnych pozycji, skurczu mięśni, pęcherzy na dłoniach i potu na czole patrzę na to jakby inaczej..

mój zeszłoroczny wypad na Ziemię Lubuską pokrył się z corocznym pszczewskim Plenerem Dużej Rzeźby w Drewnie. wioska jest niewielka, choć jak widać solidnie ukulturalniona, a w sierpniu zaprasza się tu artystów, którzy w ciągu kilku dni zamieniają ogromne drewniane bale w arcydzieła sztuki rzeźbiarskiej. plener jest częścią Jarmarku Magdaleńskiego, a rzeźby docelowo zdobią sam Pszczew oraz inne okoliczne miasteczka. inspiracją rzeźbiarzy jest temat główny proponowany przez organizatora -- hasłem tegorocznego siódmego pleneru było: 'osobliwości, legendy i ginące zawody pszczewskich wsi'. wszyscy zainteresowani mogli odwiedzić miejsce pleneru (Plac Magdaleński) i obserwować cały proces powstawania dzieła, a także poznać twórców i ich warsztaty oraz oczywiście porozmawiać z nimi, bo równe to chłopaki... od kłody drewna, przez prace piłą motorową, siekierą, wreszcie perfekcyjne i żmudne nadawanie ostatecznej formy coraz to mniejszymi dłutkami. rzeźba kończy się w momencie, kiedy oglądający może odczytać emocje z twarzy drewnianego posągu.

po kilkunastu minutach przyglądania się fruwającym wiórom poznałem jednego z artystów. to Tadeusz Bartelas, który co roku stawia się w Pszczewie (i na innych tego typu imprezach), bo jak mówi, rzeźbienie to nie tylko praca -- to głównie pasja. część rzeźbiarzy (większość zna się doskonale) to samoucy z wrodzonym talentem, inni mogą pochwalić się dyplomem ukończenia uczelni artystycznej. przygotowanie artystyczne to jedno, drugim jest talent i ogólna wizja dzieła -- trzeba umieć wyobrazić sobie każdy najdrobniejszy element, bo jeden ciach za dużo i pozbawiamy naszą rzeźbę ucha.. pracuje się najczęściej w miękkim drewnie lipowym, czasem w dębinie. przed rozpoczęciem ogląda się zdjęcia, czy obrazy obiektu docelowego, jednak sam proces to głównie improwizacja, wyuczony przez lata warsztat i ruchy, które powodują, że każda z prac jest unikalna i składa się z pojedynczych, niepowtarzalnych wzorów.. ja wpadłem tam z aparatem, obiektywami i filtrami, czyli całym plecakiem wymaganych akcesoriów. podobnie oni: jedno dłuto nie wystarczy, dookoła wala się więc kilkanaście kilogramów rzeźbiarskiego sprzętu. dłuta, którymi się posługują robione są najczęściej na zamówienie. oczywiście całości materiału nie obrabia się w ten sam sposób, chłopaki (i dziewczyna) używają różnego rodzaju maszyn: od pił mechanicznych, przez wszelkie wielkości dłuta, po nożyki elektryczne, coś w stylu maszynki do wykonywania tatuaży. po ukończeniu dzieła efekt finalny jest impregnowany, czasem malowany, wszystko wg indywidualnych potrzeb klienta. każda wykonywana praca jest dla nich nowym wyzwaniem, daje dużo zadowolenia. dość szybko wkręciłem się w ten świat i po pół godzinie sam trzymałem już dłuto w rękach. przypadła mi w udziale zaszczytna praca wyrzeźbienia pleców XVI-wiecznemu pszczewskiemu poecie. zabrałem się do pracy z odwagą, bo jak mówił p. Tadek: z tyłu i tak nikt nie patrzy.. praca do lekkich nie należy, moje ciosy były koślawe, głębokie, ale mimo pęcherzy i zdrętwiałych palców pojawiłem się tam następnego dnia, by część swoją ukończyć. miałem więc prawo do podpisu artysty, więc dupa mojego poety szybko wzbogaciła się o napis: WWW.TOMXX.NET 2008.

siedziałem tam z nimi prawie dwa dni i najciekawszą teorię usłyszałem na samym końcu: rzeźbienie polega na usunięciu zbędnego materiału. krótko i na temat..

pokaz slajdów i galeria:

07

sty
2009

fotoksiążka

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 10.08

będąc w Polsce odwiedziliśmy Magdę i Mariusza -- parę, której wesele pstrykałem jakiś czas temu. Agata zajęła się zrobieniem książki; teraz mogliśmy to dzieło zobaczyć. twarda oprawa, 34 strony, wysokiej jakości papier kredowy. wykonanie: Empik -- żadnego pikselowania i ogólnie bardzo wysoka jakość druku. książka krąży po znajomych i robi furorę, wszyscy chcą kopię..







09

sty
2009

miejsca na mapie UNESCO

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13.25

wpadła mi ostatnio w ręcę witryna obrazująca miejsca znajdujące się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. niby nic nowego, bo list w sieci jest sporo. ta jednak przedstawia miejsca w formie graficznej za pomocą silnika Google Maps. podobnie jak w moim dziale podróży, mamy obiekty i łatwe dojście do odpowiadających im zdjęć oraz daty dodania na listę. każdy zabytek linkowany jest z oficjalnym opisem na liście whc.unesco.org. małe a cieszy. postanowiłem więc stworzyć listę odwiedzonych przeze mnie miejsc UNESCO. wyszły mi z tego pomysłu 42 pozycje, oto lista:

·Historic Centre of Evora, Portugal (link)
·Monastery of the Hieronymites and Tower of Belém in Lisbon, Portugal (link)
·Monastery of Batalha, Portugal (link)
·Historic Centre of Oporto, Portugal (link)
·Cultural Landscape of Sintra, Portugal (link)
·Alto Douro Wine Region, Portugal (link)
·Works of Antoni Gaudí, Barcelona, Spain (link)
·Palau de la Música Catalana and Hospital de Sant Pau, Barcelona, Spain (link)
·Paris, Banks of the Seine, France (link)
·Stonehenge, Avebury and Associated Sites, England, UK (link)
·Tower of London, England, UK (link)
·Maritime Greenwich, London, England, UK (link)
·Westminster Palace, Westminster Abbey, London, England, UK (link)
·Old and New Towns of Edinburgh, Scotland, UK (link)
·Defence Line of Amsterdam, Netherlands (link)
·Mill Network at Kinderdijk-Elshout, Netherlands (link)
·Historic Centre of Brugge, Belgium (link)
·Historic Centre of Prague, Czech Rep. (link)
·Town of Bamberg, Germany (link)
·Historic Centre of the City of Salzburg, Austria (link)
·Historic Centre of Vienna, Austria (link)
·Budapest, Banks of the Danube and Buda Castle Quarter, Budapest, Hungary (link)
·Church of Santa Maria delle Grazie with "The Last Supper" by Leonardo da Vinci, Milano, Italy (link)
·Venice and its Lagoon, Italy (link)
·Plitvice Lakes National Park, Croatia (link)
·Old City of Dubrovnik, Croatia (link)
·Old Bridge Area of the Old City of Mostar, Bosnia and Herzegovina (link)
·Meteora, Greece (link)
·Naval Port of Karlskrona, Sweden (link)
·Bryggen, Norway (link)
·West Norwegian Fjords ? Geirangerfjord and N?r?yfjord, Norway (link)
·L'viv -- the Ensemble of the Historic Centre, Ukraine (link)
·Kiev: Saint-Sophia Cathedral and Related Monastic Buildings, Kiev-Pechersk Lavra, Ukraine (link)
·Statue of Liberty, New York, USA (link)
·Independence Hall, Philadelphia, USA (link)
·Grand Canyon National Park, USA (link)
·Yosemite National Park, USA (link)
·Castle of the Teutonic Order in Malbork, Poland (link)
·Historic Centre of Warsaw, Poland (link)
·Wieliczka Salt Mine, Poland (link)
·Cracow's Historic Centre, Poland (link)
·Centennial Hall in Wroclaw, Poland (link)

07

sty
2009

autostradą nad Pacyfikiem

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 10.04

artykuł dla portalu Bermudy.pl: link.

Zwiedzając zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych nie sposób pominąć jednej z najpiękniejszych tras widokowych świata. Ciągnąca się wzdłuż Pacyfiku Autostrada Numer 1 to niespotykane połączenie krętej drogi, śmiało przerzucanych nad urwiskami mostów, nieskazitelnej przyrody i orzeźwiającego wiatru. Dla samych Amerykanów jest to miejsce kultowe.

Podróżowanie po Stanach Zjednoczonych kojarzy się zwykle z widokiem prostej, rozpalonej słońcem i ciągnącej się aż po horyzont autostrady. Wypożyczony samochód, tysiące kilometrów bezdroży i wszechogarniająca nas wolność. Sami Amerykanie opisują tego rodzaju drogi słowem classic i najczęściej mają na myśli dwie kultowe trasy swojego kraju: resztki legendarnej Route 66 (lub inne przecinające pustynie szosy Arizony, Nevady czy Utah) oraz Autostradę Numer 1. W przeciwieństwie do jednolitych (co wcale nie znaczy nudnych) pustynnych tras łączących Las Vegas z kanionami i parkami krajobrazowymi , położona nad Oceanem Spokojnym droga to przede wszystkim cudowne krajobrazy.

California State Route 1, czyli Kalifornijska Autostrada Stanowa nr 1 łączy Los Angeles z oddalonym o 600 km na północ San Francisco. Odcinek ten można pokonać równolegle biegnącą autostradą międzystanową nr 5 (Interstate 5), a trasa nie powinna trwać dłużej niż 6 godzin. Jeśli jednak nie goni nas czas to warto poświęcić kilkanaście godzin i skorzystać z zaproszenia jednej z tablic z napisem scenic route. Linia brzegowa należy tu do jednych z najpiękniejszych na świecie, a wytyczona wzdłuż oceanu trasa ciągnie się przez ponad 200 km. Oficjalna nazwa autostrady zależy od lokalnych władz zarządzających konkretnym odcinkiem, tak więc możemy spotkać się z Pacific Coast Highway (PCH), California Highway 1, Pacific Highway, Seacoast Drive czy Ocean Boulevard. Droga w kilku miejscach pokrywa się z większą US101, którą warto przejechać pierwszą, mniej interesującą część trasy.

Wyjeżdżamy z Los Angeles i kierujemy się na północ, choć przewodniki radzą, aby trasę pokonywać w kierunku przeciwnym. Początek naszej drogi to prawdziwy poczet ?świętych" miasteczek, gdyż nasza autostrada pokrywa się ze starym szlakiem misji hiszpańskich, zwanym El Camino Real. Mijamy niewielkie wioski oraz tętniące życiem kurorty turystyczne: Santa Monica, San Buenaventura, Santa Barbara, Santa Maria czy San Luis Obispo. Najważniejszy odcinek autostrady nr 1 rozpoczyna się zaraz za Obispo, w miejscowości Morro Bay, i ciągnie się aż do Santa Cruz. To tutaj możemy podziwiać prawdziwe piękno zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Wraz z każdym mijanym zakrętem naszym oczom ukazują się fantastyczne widoki, a w najgorszej sytuacji pozostaje kierowca, który z uwagi na strome urwiska i częsty brak barierek oddzielających trasę od klifów nie może sobie pozwolić na podziwianie krajobrazów. Zaletą drogi jest różnorodność scenerii: widoki zmieniają się wraz z pokonywanymi kilometrami, od pustyni do pięknych zielonych wzgórz, od karłowatych wysuszonych krzewów, po kwiaty, palmy i ogromne sekwoje.

Zapierające dech w piersiach krajobrazy to nie jedyne atrakcje autostrady. Liczne parkingi umożliwiają odpoczynek, a niektóre z nich wyposażono w miejsca biwakowe. Można tu rozbić namiot i przenocować, przy czym należy samemu zarejestrować się w odpowiednim zeszycie oraz uiścić opłatę do specjalnie przygotowanej skrzynki. Jesienią woda jest tu zimna, tak więc z kąpieli korzysta wyłącznie wszechobecne tutaj ptactwo. Wiele parkingów (w większości opanowanych przez kalifornijskie wiewiórki) oferuje dostęp do szerokich, piaszczystych plaż. Do tych najbardziej znanych należą Salmon Creek oraz okolice Half Moon Bay. Po drodze mijamy zamek Hearsta, luksusową willę amerykańskiego magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta. Warto również zwrócić uwagę na znajdujące się na trasie miasteczka: słynące z historycznej hiszpańskiej architektury Carmel, założone przez duńskich emigrantów Solvang, w którym kręcono nagrodzony Oskarem film Sideways, czy największe z nich Monterey, rozsławione w świecie w książce 'Tortilla Flat' noblisty Johna Steinbecka. Zachodnie wybrzeże Oceanu Spokojnego umożliwia obserwację wielorybów, jednak nam, w październiku, nie udało się dostrzec żadnego z tych ssaków. Docieramy w końcu do Big Sur i najbardziej charakterystycznego odcinka z mostem Bixby Bridge z 1932 roku. To kolejna z atrakcji, która sprawia, że rocznie odwiedza to miejsce ponad 6 milionów turystów.

Szybkie przejechanie trasy zajmuje zwykle jeden pełny dzień, choć oczywiście można tu spędzić nawet tydzień. Najczęściej dopisuje pogoda, lecz nawet w słoneczne dni niespodziewanie pojawia się tu mgła. Największym problemem może okazać się samochód pełen fotografów i prośby o zatrzymanie się co 200 metrów. Kolejna zatoczka, kolejny widoczek, który koniecznie trzeba sfotografować. I jeszcze jedno: warto zatankować do pełna, gdyż na trasie znajduje się tylko jedna niewielka stacja benzynowa.

04

lis
2009

Meksyk cz. VIII -- samotnia na Karaibach..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Tulum, 01:36

z mini-vana wysiadamy przed miasteczkiem Tulum, skąd po kilkunastu sekundach zawija nas taksówka. naszym celem były drewniane chatki położone na samej plaży, jakich sporo w tej okolicy. było już późne popołudnie i nie bardzo mogliśmy się zdecydować na jakikolwiek kierunek. w końcu zaufaliśmy kierowcy, który za 45 peso zawozi nas do jednego z ośrodków o raczej miernym standardzie. odmawiamy, ale na miejscu poznajemy dwójkę Niemców, którzy podwożą nas w inne miejsce. tam z kolei nie było już wolnych domków (z hiszp. cabañas), ale naszą samotnię znajdujemy 500 metrów dalej..

było już ciemno, więc dopiero rano przekonaliśmy się, gdzie jesteśmy. miejsce nazywa się diamantek i składa się z drewnianych domków o minimalistycznym, choć niezwykle ciekawym, wyposażeniu. właśnie ta pustka w połączeniu z dziką plażą stanowi o wyjątkowości tego miejsca. nocleg kosztuje nas ok 60 USD za dobę. właścicielka dba o rdzennie meksykański klimat, stąd dookoła aż roi się od kolorowo podświetlanych posągów przeróżnych bogów, rzeźb i symboli. dookoła palmy, hamaki i ten niesamowity kolor morza karaibskiego. przez dłuższą chwilę mocuję się z kokosem (coś jak Tom Hanks z Cast Away) -- nie przypuszczałem, że tak ciężko dotrzeć do białej zbitej warstwy owocu i wypełniającego ją mleka. zostaniemy tu przez kilka dni, bo oprócz wyjątkowości, jest to również idealna baza wypadowa do położonych o 3 km stąd ruin prekolumbijskiej osady Majów w Tulum.

na miejscu poznajemy kilka osób z Meksyku, parkę Francuzów, grupę Hiszpanów, ale przede wszystkim naszych rodaków z Krakowa. Ania i Mateusz pokonują Amerykę Centralną w odwrotnym niż my kierunku. naszym kolejnym krokiem będzie Belize, a oni, po przejechaniu środkowego Meksyku i północnej Gwatemali właśnie stamtąd wracają i zamierzają zwiedzić Jukatan. wreszcie możemy pogadać z kimś po polsku.. i to 10k km od domu ;)
















03

lis
2009

Meksyk cz. VII -- Coba

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 04:18

drugim prekolumbijskim miastem, które odwiedzamy na Jukatanie jest Coba. archeolodzy uważają, że było to największe z miast Majów, a w szczycie rozwoju mogło je zamieszkiwać nawet 60 tys ludzi. zasadniczą różnicą w stosunku do innych (najczęściej wrogich) królestw Maja była obecność wody, gdyż Coba położona jest między dwoma dużymi jeziorami. mieszkańcy miasta żyli z handlu, głównie dlatego, iż Coba połączona była z innymi miastami epoki prekolumbijskiej bardzo dobrymi, utwardzanymi drogami. cywilizacja trwała stosunkowo długo, bo aż do XIV wieku -- ostatnie świątynie budowano jeszcze w okresie przybycia hiszpańskiej konkwisty. Coba nie miała zbyt licznej armii, natomiast straszyć miały same piramidy -- potężne, wysokie i, jak na swoją epokę, nowoczesne. w przeciwieństwie do Chichen Itza ruin nie zwiedza się pieszo, gdyż odległości są zbyt duże. wynajmuj się więc rowery albo trzykołowe riksze, którymi można szybko przemieszczać się między zabytkami. plusem jest mniejsza liczba turystów, co pozwala na wsłuchanie się w głos otaczającej Cobę dżungli oraz dzisiejszy stan piramid. są one rzeczywiste, tzn pozostawione w takim stanie, w jakim odkryto je przed stu laty. Chichen Itza odbudowano zwożąc ze wszystkich stron kamienie, Coba jest w tym przypadku trochę bardziej naturalna.. szkoda, że nie można się wspinać na żadną z wyższych budowli -- z góry rozciąga się fajny widok na dżunglę.. tylko trochę drzewa zasłaniają..









01

lis
2009

Meksyk cz. VI -- cenotes

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 01:14

cenote to szeroko występujące na Jukatanie jaskinie wypełnione wodą gruntową. przed tysiącem lat służyły Majom za centra kultu, a jeszcze do niedawna znajdywano na ich dnach ludzkie kości, srebro i inne dary składane bogom. termin cenote również pochodzi z języka maja i oznacza studnię. cenotes połączone są ze sobą tworząc rozległy i skomplikowany system podziemnych rzek, a co większe bądź ładniejsze jaskinie udostępnione są do nurkowania. odwiedziliśmy dwa takie miejsca, a jako że dzień wcześniej nurkowaliśmy (snorklikng -- nurkowanie w masce z rurką) na otwartym morzu przy wyspie Cozumel, mieliśmy porównanie. nurkowanie w morzu jest ciekawe, ale nieregularne zarysy jaskiń, kolorowe dno i, przede wszystkim, cudownie załamujące się światło, zrobiły na mnie większe wrażenie. my nurkowaliśmy z rurką, ale ci z butlami zagłębiali się w rozległe kanały na znacznie dłuższy czas..









30

paź
2009

Meksyk cz. V -- kultura Majów..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 21:10

jedziemy przez Jukatan drogą z Tulum na wschód w kierunku Coby. podróżujemy mini-vanem w 6 osób: oprócz nas i parki Hiszpanów jedzie kierowca i przewodnik Rafael. przewodnik fantastyczny -- prawdziwy pasjonat, lokalny Mexicanos z zacięciem antropologicznym. mówi dość dobrze po angielsku, a swoje opowieści powtarza dwukrotnie, po naszemu i po ichniemu, bo Andaluzyjczycy no habla ingles. mamy szczęście, na wycieczkę zgłosiły się tylko 4 osoby, a zwykle jedzie 13. panuje miła, swojska atmosfera..

z samochodu niewiele widać. szeroką asfaltową drogą, któa znajduje się tu jakby nie na miejscu, dojeżdżamy do granicy stanów Quintana Roo i Yucatan -- po obu stronach rozciąga się gęsta dżungla, tylko gdzieniegdzie mijamy niewielkie, raczej zaniedbane osady. nie wiem jak żyją tu ludzie -- jest tak gorąco, że nie chce się wysiadać z klimatyzowanego samochodu. przed niewielkimi, zwykle zrujnowanymi domkami stoją czasem fajne samochody, ale głównie przeważa totalny chaos. po pewnym czasie nasz kierowca skręca w prawo i odtąd poruszamy się drogą żwirową. dżungla wręcz wchodzi na drogę, przez wiele kilometrów nie widać żywej duszy. kierujemy się do wioski Majów, której mieszkańcy jakby wbrew cywilizacji (z paroma wyjątkami) nadal żyją w XVII wieku.

w pewnym momencie XV wieku kultura Majów zanikła. z niewiadomych przyczyn opuszczono wznoszone przez wieki miasta i nigdy już do nich nie powrócono. Rafael mówi, że do zmian w kulturze doprowadziła wojna klas. prawdziwa rewolucja, podczas której zamordowano lub wypędzono 3-5% społeczeństwa rządzącej klasy. matematycy, architekci, budowniczy, astronomowie przestali istnieć. do zmian przyczyniła się również gleba, która uprawiana przez setki lat po prostu nie nadawała się do rodzenia.. rozwój stanął w miejscu, ale Majowie nie zniknęli -- dzisiaj na terenach Hondurasu, Gwatemali, Belize, Salwadoru i Meksyku językiem Maja posługuje się ok 5 mln ludzi. pielęgnują obyczaje i starają wieść życie w zgodzie z własnymi korzeniami. Majowie z reguły wyznają katolicyzm. tzn głównie, gdyż obok codziennych modlitw do jedynego Boga zdarza im się szepnąć kilka słów do bogów pogańskich. o coś wyproszą boga słońca, w czasie plonów porozmawiają z Chaaciem -- bogiem deszczu. ot tak, na wszelki wypadek..

wioska, którą odwiedzamy składa się z kilku chat. przewodnik prowadzi nas do zagrody jednej z rodzin. mieszka tu małżeństwo, 14 dzieci, małpa Natasza i cała masa przeróżnych zwierząt. mieszkają w dwóch chatach, chodzą na boso, śpią w hamakach, gotują na ognisku na dużej metalowej blasze, po hiszpańsku mówią tylko najstarsi. te kilka położonych w dżungli Jukatanu chat żyje ze sobą jakby w symbiozie. jedna wielka rodzina, wspólna mini-szkoła w jednym z domów. dziewczynki chodzą w plemiennych sukniach a chłopcy najczęściej w samych spodenkach. dookoła walają się śmieci i puszki po coli, ale jedynym poważnym elementem, który zdradza, że mamy XXI wiek, jest panel baterii słonecznych, który zapewnia mieszkańcom prąd na ok 3 godz. dziennie.

kręcimy się po okolicy i robimy sobie zdjęcia z miejscowymi. dzieciaki wystawiają ręce po peso, a matka smaży na ognisku prawdzie kukurydziane tortille. nasza rozmowa toczy się wyłącznie za pomocą gestów. jest dobrze, kompletnie inny świat.











29

paź
2009

Meksyk cz. IV -- Valladolid

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 06:13

wkraczamy do stanu Jukatan i zahaczamy o nieduże kolonialne miasto Valladolid. zostało ono założone przez hiszpańskiego konkwistadora Francisco de Montejo w 1543 roku, a atmosferę dawnych dni odczuwa się jeszcze dzisiaj. nad miastem, w centralnym jego punkcie, góruje katedra San Gervasio, do której budowy wykorzystywano kamienie z budynków podbitych Majów. mimo że katedra prezentuje się dużo bardziej okazale z zewnątrz niż z wewnątrz to warto ja zobaczyć. Valladolid znane jest z miejscowego targu i licznych wyrobów lokalnych rzemieślników (m.in. srebro). miasto wydaje się zaniedbane, a w regionie ważniejszą role odgrywają Mérida i Campeche. mi jednak podobają się takie miejsca, a największą radochę daje mi możliwość spróbowania lokalnego, sprzedawanego bezpośrednio z ulicznych wózków, jedzenia..









29

paź
2009

Meksyk cz. III -- Chichén Itzá

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 04:37

dosyć leżenia na plaży -- zaczynamy aktywne zwiedzanie. na pierwszy rzut poleciały najbardziej znane ruiny cywilizacji prekolumbijskiej -- Chichén Itzá, co w języku Majów, twórców tego miasta, oznacza Źródła Ludu Itzá. miejsce to obok stolicy i karaibskich plaż stanowi dzisiaj centralny ośrodek meksykańskiej turystyki, nie dziwią więc tłumy zwiedzających i .. tłumy naganiaczy pamiątkowych. pierwsze budynki powstały ok 700 roku, a te najbardziej znane, czyli El Castillo (świątynia Kukulkana), Templo de los Guerreros (świątynia wojowników) oraz boisko do gry w piłkę (pelota) datuje się na XI-XII wiek. trafiliśmy dosyć dobrego przewodnika, który wyjaśnił, ze Majowie byli bardzo kumaci jeśli chodzi o wiedzę i rozwój (architektura, sztuka, astronomia) natomiast średnio byli skorzy to bitki, przez co podbiło ich plemię (kultura?) Toltekow. podobno to wraz z nimi przyszedł zwyczaj składania ludzi w ofierze bogom, przez co piramidy Majów na długi czas skąpały się we krwi nieszczęśników. szacunek należy się chłopakom za perfekcyjne rozeznanie w astronomii, co możemy dzisiaj podziwiać w zbudowanym przez nich obserwatorium (okna ułożone w odpowiedni dla ruchu planet sposób) oraz przez położenie samej piramidy Kukulkana, gdzie w dniach przesilenia wiosennego i zimowego, cienie idealnie padają na ściany świątyni tworząc efekt pełzającego węża. mi osobiście spodobało się boisko do gry w piłkę (jakże mogłoby być inaczej..) -- ma to to 150 metrów, z 4 stron ograniczone jest wysokimi ścianami, a na środku dłuższych boków umieszczone są kamienne obręcze (widoczne na fotkach poniżej). grano po 7 chłopa, a celem było przerzucenie piłki przez obręcz, co mogło być wykonane tylko przez jednego zawodnika poszczególnej drużyny -- kapitana. i teraz uwaga: nie można było piłki dotykać rekami ani nogami. grano innymi częściami ciała, czyli barkami, piersią, udami, a osiągniecie celu (obręcz wisi dobre 5-6 metrów ponad nasypem wzdłuż boiska) przy bardzo niskim wzroście Majów było rzeczą bardzo trudną. ba, wręcz niemożliwą, bo piłka nie mogła dotknąć obręczy. doprowadzało to do tego, iż jeden mecz mógł trwać nawet 10 miesięcy (z przerwami na noc), a zawodników zmieniano kilkudziesięciu krotnie. nagrodą dla zwycięskiej drezyny była za to .. śmierć. tak, obcinano głowę kapitanowi zwycięzców, gdyż Majowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe i wygrana miała być przepustką śmiertelnika do krainy wiecznej szczęśliwości. niesamowite.

na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..














28

paź
2009

Meksyk cz. II -- ta druga strona..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 05:06

nadal siedzimy w Playa, jak świeci słońce to jest ciężko. 40 stopni, wysoka wilgotność, ciężko egzystować. jak pojawiają się chmury to też niedobrze, bo przyjechaliśmy tu na wakacje. a właściwie codziennie pada deszcz -- taki szybki, tropikalny, chmury pędzą z prędkością cen w morskich kurortach i tak jak szybko pada, tak szybko przechodzi. generalnie jest dobrze, może poza faktem, że nie możemy pobrać kasy z bankomatów. próbujemy z 3 kart i udało się tylko raz. taki jakiś losowy przypadek, a nam nie jest już wesoło. możemy za to płacić kartą za usługi, hotele, drinki, jedzenie, no ale i tak jedziemy już na dolarowej rezerwie..

zapuściłem się swoim stylem poza przygotowaną dla Amerykanów otoczkę i wszedłem w tą normalniejszą stronę Meksyku. w Portugalii rozpierdol strasznie mnie raził, ale tutaj właśnie na to liczyłem, więc mam wielką radochę widząc to na własne oczy. bo rzeczywiście miejsca poza ruchem turystycznym, czyli szeroko pojęta ulica, są strasznie zapuszczone. jest dosyć brudno, zaniedbane budynki, farba schodząca ze ścian po niedoszłych i upadających biznesach. ale jest w tym piękno -- szczególnie patrząc na przesiadujących na zacienionych krawężnikach i rozmyślających całymi dniami Metysów.. szkoda, że nie mówię po hiszpańsku, bo chętnie dowiedziałbym się czegoś o nich i pogadał wokół czego kłębią się ich powolne myśli. wyglądają na bardzo w porządku, chętnie dają się fotografować, zmęczeni słońcem wciąż się uśmiechają. poza tym wszyscy wyglądają tak samo i tak sobie trwają w bezruchu. myślę sobie, że na tym polega ich sekret -- nie tracą na daremno sił. może również dlatego Meksyk wygląda jak wygląda..



















25

paź
2009

Meksyk cz. I -- live z Playa del Carmen..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Playa del Carmen, 22:04

mimo ze z plecakiem to taszczę ze sobą laptopa -- firma wyposażyła mnie nie pozwalając zostać offline. no ale po raz pierwszy będę mógł na bieżąco wrzucać gorące myśli i pierwsze z brzegu fotki..

lot bez przygód -- kołowaliśmy nad Houston a w oczy rzucały się tysiące identycznych, pedantycznie zaprojektowanych domków jednorodzinnych. niesamowity widok przedmieść dużego miasta. w Cancun przywitała nas fala gorąca (30 stopni) i odprawa celna. wypełnia się deklaracje wjazdu do Meksyku, a potem następuje losowanko poprzez naciśniecie dużego czerwonego guzika. Agata wylosowała kontrole, wiec z grubsza przeorano nam plecak. akcja jest dosyć szeroka, bo miejscowi boja się wwożenia groźnych chorób (nie powinni pilnować w drugą stronę jakiś czas temu?) nie można miedzy innymi wwozić towarów spożywczych i owoców. a my takowe mieliśmy i oczywiście nie zadeklarowaliśmy. historia zatoczyła kolo -- jabłko, które stało na straży mojego wjazdu do Stanów w '04 także i tym razem mogło nieźle namieszać. no ale Meksyk okazał się szczęśliwy i celnik owego niezgłoszonego jabłka nie znalazł. w Stanach zrobiono z tego dużą awanturę..

przy wyjściu z lotniska stałą armia 50 mężczyzn z informacji turystycznej. śmieszne, bo prawie zupełnie nikt nie rozmawiał z turystami, a wszyscy gaworzyli miedzy sobą. pierwsza rozmowa i pierwszy oblany test: my z hiszpańskiego, on z angielskiego, choć jemu i tak lepiej szlo. dowiadujemy się w końcu, ze do Playa del Carmen jeżdżą autobusy narodowej linii ADO. wcześniej w bankomacie wybieramy 200 peso (koleją wpadka -- chciałem pobrał 200 dolców, ale peso ma bardzo podobny symbol do $ i dostałem odpowiednik 18 dolarów w walucie miejscowej. czyli nic) i kupujemy bilety dla nas dwojga za .. 200 peso. jeden więcej i trzeba byłoby kombinować. w autobusie jedziemy z poznana wcześniej para starszych Amerykanów ze .. Seattle. są tu już 6 raz ale raczej mało oglądają -- takie tam hamerykanskie leżenie na plaży. do Playa droga się ciągnie, autobus (wysoki standard z klima) co chwile zwalnia, dojeżdżamy w niespełna 1.5h. jest już ciemno, ale miasto żyje. główną reprezentacyjna ulica tętni ludźmi -- jest gwarnie, głośno i kolorowo. meksykańskich naganiaczy są tysiące! hola amigo, food, happi auers!! sprzedadzą wszystko, pewnie nawet własne siostry, a głównym tematem zaczepki jest pytanie: w czym płacimy, w dolarach czy w peso i w jakim hotelu mieszkamy. jakby to miało coś do rzeczy. a może właśnie ma i po tym ocenia się ranking bladych gringo?

w sklepach cala masa dupereli, ale jest tez kilka fajnych rzeczy. podobają mi się drewniane cedrowe maski azteckie i figurki bogów majów. ciekawie wygląda procedura handlu -- gdy już uda im się wciągnąć do środka zaczyna się targowanie na cokolwiek się spojrzy. właściwie to nie targowanie. oni sami schodzą z ceny po każdych kilkudziesięciu sekundach zawahania. thou are from polonia? polonia best prizzes. come hier.. lepsze ceny dla polonia, bo tamte ceny dla amerikanejros. wszyscy maja kalkulatory i przy nas skomplikowaną procedurą zbijają na szybko 20% ceny pierwotnej..

dzisiaj zaliczyliśmy już plaże. fajnie się udało bo pod palmami, gdzie się rozłożyliśmy, przesiadywali głównie miejscowi. kapelusz, browar Sol, koszula i maniana na maksa. nawet za bardzo ze sobą nie rozmawiali przez pol dnia -- trochę się rozkręcili jak odwiedził ich inny ziomal z gitara i trochę pograł.. ahhh, od razu polubiłem Mexico! pierwsze ujęcia z Jukatanu:















17

paź
2009

White River camping..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 02:43

postanowiliśmy, że nasz kolejny wypad do Parku Mt Rainier będzie nieco dłuższy. wraz ze znajomym Koreańczykiem i jego dziewczyną Japonką wybraliśmy się więc pod namioty. kupiliśmy sobie cały sprzęt: namiot, nowe śpiwory, maty do spania i ruszyliśmy w drogę. kempingi w Stanach przypominają te, które widziałem kilka lat temu w Skandynawii. są bardzo dobrze zorganizowane i znajdują się pod stałą opieką parkowych Rangersów. wszystko czyste, poukładane i oznaczone -- każde miejsce ma swój numer i jeśli kemping może zmieścić 40 namiotów to znaczy, że właśnie tyle i ani jednego więcej. opłaty są surowo przestrzegane, choć panuje tu totalna samoobsługa -- z odpowiedniej tablicy bierze się niewielką kopertę, wypełnia druczek, podaje numer rejestracyjny samochodu, numer spotu na którym rozbijamy namiot i wraz z opłatą wrzuca się do metalowej skrytki. jeśli przy wjeździe znajduje się tabliczka informująca, że nie można zbierać drewna z lasu na ognisko, to oznacza, że na prawdę nie można tego robić i wszyscy grzecznie kupują drewno za 5$ w odpowiednim punkcie obozowiska. są toalety, tablice informacyjne, zabezpieczone miejsca ogniskowe, tzw campfires i odpowiednio przygotowane punkty spotkań, gdzie wieczorami przy gitarze strażnicy opowiadają miejscowe historie.. dopełnieniem takiej infrastruktury jest mentalność Amerykanów. oni rzeczywiście przestrzegają i respektują panujące tu przepisy -- po raz pierwszy zauważyłem to na drogach, gdzie na prawdę przestrzega się ograniczeń prędkości, pewnie z uwagi na wysokie kary, ale nawet na polu kempingowym czy parkingu każdy zachowuje się tak jak powinien. 'zostaw miejsce takim jakim go zastajesz' -- pełna kulturka. na miejscu poznaliśmy kilka osób, wszyscy super-mega pomocni i życzliwi. gdy dowiedzieli się, że przyszliśmy pochodzić po górach wyciągnęli mapę i tłumaczyli najlepsze trasy, gdy powiedzieliśmy, że wieczorem rozpalimy ognisko, dali nam swoje drewno, a gdy powiedzieliśmy, że zawiało nas tu z dalekiej i zimnej Polski -- chcieli dowiedzieć się więcej o kraju.. dawno już nie byłem pod namiotem i może dlatego tak strasznie mi się tam podobało. cała ta otoczka gór, zapach lasu, szumiąca rzeka, kolacja i śniadanie przygotowywane na ognisku, super klimat. nazwa kempingu pochodzi od nazwy rzeki tworzonej przez jeden z lodowców wulkanu -- teraz w lecie jest to raczej średni, choć wartki potok, na wiosnę natomiast przeradza się w szeroką i niebezpieczną rzekę, zresztą widać to na moich fotkach. więcej ujęć z Parku znajduje się w październikowym fotoblogu. jest to ostatni na razie fotoblog ze Stanów, najbliższe miesiące poświęcone będą wyprawie do Ameryki Środkowej..








12

paź
2009

Seattle -- kilka pocztówek..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:21

wreszcie zabrałem się za starsze zdjęcia ze Seattle zbierając do kupy kilka wypadów w dalsze lub bliższe rejony miasta. zapraszam do wrześniowego fotobloga, a tutaj na zachętę wrzucam tylko kilka pocztówek.. na początek panoramka (pełna szerokość: 4035 px otwiera się w nowym oknie) z promu kursującego z downtown do dzielnicy West Seattle, a potem kilka ujęć z punktu widokowego w dzielnicy Queen Anne:







24

paź
2009

tomxx on tour: na południe!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:29

i wreszcie nadszedł ten cudowny dzień pakowania -- wczesna jesienią, jak co roku, przychodzi czas plecaka i ruszenia w drogę! tym razem Ameryka Centralna. ruszamy jutro przed świtem, w zasadzie za 4 godziny: lot ze Seattle do Houston w Teksasie, przesiadka na lot do Cancun na Półwyspie Jukatan. na Meksyk przeznaczamy ok 10 dni, później lokalnymi środkami uderzamy dalej na południe i wkraczamy do Belize. tam jakieś nurkowanie i kilka małych wysepek. później wjazd do Gwatemali głównie w kierunku Tikalu, ale pewnie uda mi się obstrykać kilka małych wiosek. taki jest plan, znając rzeczywistość i tak wyniknie z tego coś niespodziewanego. anyway, jak znajdę jakiegoś hotspota to będę pisał..

13

paź
2009

Kanada pachnąca żywicą, Arkady Fiedler

kategoria: cudze, link bezpośredni

Seattle, 08:09

ten objaw -- czy raczej odprysk -- materialnego dobrobytu byłby imponujący, gdyby szedł tutaj w parze z ludzkim szczęściem i zadowoleniem. lecz czy szedł? miewałem wątpliwości i nigdy nie mogłem uwolnić się od myśli, że życie w tej bogatej Ameryce Północnej rozwijało się nie tak, jak należało.

mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..

06

paź
2009

w wiosce indiańskiej..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 18:50

mieszkając w Seattle po raz drugi w życiu zetknąłem się z Indianami, lub jak nakazuje amerykańska poprawność, rodowitymi mieszkańcami Ameryki (native americans). oczywiście nie są to już półnadzy szamani ze skórą wilka na głowie, którzy tańczą wokół ogniska i odprawiają czary. te czasy już dawno za nami.. po raz pierwszy, przemierzając Arizonę w 2004 roku przypadkiem wjechałem do wioski Indian Nawaho. tamci Indianie mieszkają w ogromnym rezerwacie, a spragnionym wrażeń turystom oferują ręcznie wykonane pamiątki. drugie spotkanie wciąż trwa -- w Seattle pomieszkuje cała masa ludzi o widocznych wpływach indiańskich i choć są oni zupełnie ucywilizowani (jak to fatalnie brzmi z perspektywy białego człowieka..) to każdego dnia rzucają się w oczy. stan Waszyngton był niegdyś domem niezliczonych szczepów indiańskich, głównie zamieszkujących okolice wybrzeża Pacyfiku, a ich potomkowie, najczęściej wymieszani z innymi rasami, wciąż zamieszkują ziemie swoich przodków. tradycja Indian znika wraz z rozwojem cywilizacji, mimo to gdzieniegdzie można jeszcze spotkać korzennych, czystokrwistych mieszkańców Ameryki. przyznających się do indiańskich korzeni ludzi jest nawet coraz więcej: w roku ok. 1980 żyło w Stanach Zjednoczonych około 2 mln Indian. dzisiaj określa się ich ilość na ok. 4.2 mln w USA i około 1 mln w Kanadzie. gdzieś wyczytałem, że dostają ziemię i inne bonusy od państwa, czyli potwierdzenie korzeni rodzinnych staje się dla nich opłacalne..

odwiedziliśmy ostatnio wioskę Tillicum, która jest jednym z miejsc upamiętniających kulturę Indian. właściwie nie jest to wioska, ale pewien rodzaj przestronnego muzeum, którego pracownicy (potomkowie lokalnych Indian, oczywiście posługujących się amerykańską odmianą języka angielskiego) przybliżają odwiedzającym historię i kulturę swoich przodków. wioska (a raczej kompleks budynków) znajduje się na wyspie Blake położonej ok 8 mil od Seattle, która od wieków zamieszkiwana była przez dwa pokrewne szczepy indiańskie: Suquamish oraz Duwamish. przyjmuje się, że od nich wywodzi się legendarny wódz Seattle którego imieniem nazwano istniejące tu dzisiaj miasto. i choć bardzo ostro zalatuje tu komercją to jednak warto przyjrzeć się życiu i kulturze tych ludzi. można zobaczyć ich lokalne wyroby w postaci mniejszych lub większych totemów, można ujrzeć w jaki sposób przez tysiące lat przygotowywano łososia, a całość podsumowuje 25 minutowy spektakl ukazujący życie i plemienne tańce. zresztą mówił o tym Cejrowski -- dzisiaj już bardzo ciężko dotrzeć do wiosek pozbawionych jakiegokolwiek wpływu cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. dzisiejsi Indianie mają do wyboru rezerwat lub miejską adaptację. oczywiście przywiązanie kulturowe trwa i mimo że szczepy dysponują już własnymi stronami internetowymi, wciąż bardzo mocno pielęgnują własne tradycje..











02

paź
2009

Sony Reader

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 22:31

kupiłem sobie E-book Readera. małe urządzonko firmy Sony oparte jest na technologii papieru elektronicznego, którego działanie, w uproszczeniu, polega na elektrycznym sterowaniu dodatnimi (białymi) i ujemnymi (czarnymi) cząstkami, przez co możliwe jest dynamiczne symulowanie druku na szkle czy plastiku. w skrócie: czytamy elektroniczną książkę, jednak nie bolą przy tym oczy, bo nie spoglądamy na mniej lub bardziej migoczący ekran LCD, a na kawałek plastikowej szybki. do tego karta flashowa w środku (i miejsca na włożenie kolejnej), wyświetlania prostych obrazów i odtwarzanie muzyki. tysiące fruwających dookoła polskich e-booków idealnie rekompensuje więc chwilowy brak polskiej literatury papierowej. już dawno żaden z gadżetów nie sprawił mi takiej przyjemności..

ale przyjemność przyszła później, najpierw była droga przez mękę. Sony Reader standardowo nie obsługuje polskich znaków diakrytycznych. chcą obsługiwać polskie litery w Unicodzie konieczna była zmiana oprogramowania. nasi bracia ze Wschodu napisali kilka małych skryptów przystosowanych do flashowania systemu, więc sprawa wydawała się prosta. jednak prosta się nie okazała, gdyż mój OS posiadał najnowszą z możliwych wersji i niemożliwe było cofnięcie się do wersji obsługiwanych przez rosyjskie aplikacje. sprawie poświęcone jest mnóstwo stron na forach e-bookowych portali, np. www.mobileread.com, czy polskie http://forum.eksiazki.org. jako że czasem należę do zdeterminowanych, postąpiłem odważnie, choć nieroztropnie i Readerka po dwóch dniach trafił szlag. zawiesił się tak kompletnie i żaden z dostępnych tricków (ani telefonicznie technicy z Sony), nie był w stanie go obudzić. walka trwała 3 dni, przy czym Readerek kilkakrotnie był bliski pofrunięcia z okna naszego nowego apartamentu na 100 Taylor Ave.. w końcu na forum zaczął pomagać mi ów rosyjski programista, który hobbistycznie zajmuje się reverse enineeringiem podobnych urządzonek i wspólnymi siłami, poprzez kabel USB i napisane kilka lat temu skrypty Pythonowskie, maszynka się obudziła. właściwie to ona nie spała, tylko czuwała. w międzyczasie znalazłem alternatywną metodę tworzenia polskich znaków, która, co ważne, nie wymaga flashowania urządzenia i po wczorajszym przetestowaniu wszystko działa pięknie. na szybko przeczytałem już 400 stron i zabieram się za kolejne. koniec posuchy i anglosaskich rządów. niech żyją polskie gęsi!!!

kto podeśle tytuł do przeczytania?

04

paź
2009

relikty przeszłości

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:44

poruszając się na południowy-wschód stanową siódemką, w pobliżu niewielkiej osady Elbe natknęliśmy się na malowniczą pozostałość dawnego przedsięwzięcia, którego istnienie miało kiedyś całkiem spory sens. była to jedna ze stacji utworzonej ok roku 1890 trakcji kolejowej parowej, której jednym z zadań był transport bali drzewnych z okolicznych gór i lasów, a która docelowo łączyła się z innymi miastami zachodnich Stanów. dzisiaj w miejscu tym istnieje zabytkowa widokowa trasa kolei, a dawne wagony adaptowano na niewielki hostel. dookoła panuje fajny klimat, a w promieniu 300 metrów można natknąć się na nikomu już niepotrzebne składowisko rupieci. ot, takie kolorowe miejsce podkreślające upływ czasu..







05

paź
2009

z cyklu: znalezione w sieci: Weszlo.com

kategoria: cudze, link bezpośredni

Seattle, 22:06

poranna kawa już od dwóch miesięcy smakuje jakoś lepiej, a to dlatego, że do kilku stron od których zaczynam dzień dorzuciłem Weszlo.com. chłopaki są genialni, a ich ironia rozbraja mnie kompletnie. warto dodać, że wypowiada się tu spore grono (byłych) piłkarzy i innych ludzi świata piłki i tylko jeden Wojciech 'skończyłem 7 klas podstawówki' Kowalczyk nic nie kuma, ale tym półmózgiem i pseudo-redaktorem (to apropos Cafe Futbol na Polsacie) przejmować się nie warto. a to dwie próbki ich stylu:

Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.

Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.

Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.


albo:

Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.

albo:

W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:

- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva

I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!

20

wrz
2009

jeszcze o pracy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:14

już kilka luźniejszych dni minęło i od razu serce przestaje bolec, a i humory coraz lepsze.. zaczynamy się śmiać z naszych gorących głów, kłótni, chybionych pomysłów, błędów i nocnych posiedzeń w firmie. teraz to wydaje się nawet zabawne, ale wierzcie mi, że wszystko, nawet 15 kolejnych darmowych pizz może się w końcu znudzić. ostatnie parę dni totalnie sobie olałem, a czasem zdarza mi się odwiedzić firmę około godz 14-stej.. a inni walczą dalej: obecnie nasza ekipa w Austin w Teksasie na szybko kończy projekty witryn www. o tyle na szybko, ze pozbierali ludzi z oddziałów na całym świecie i kazali im pracować po nocach. z mojego działu polecieli Marco i Martin (zwalniając ich sam narobiłem sobie problemów z kolejnymi tłumaczeniami), a po powrocie (2 doby praca na okrągło) rzucili mi zdawkowe: 'nam to ten wypad wydal się już dziwny gdy zobaczyliśmy 20 Koreańczyków z Seulu, którzy do firmy przyszli ze śpiworami i poduszkami..' żarty żartami, ale mamy już prawie pół miliona abonentów -- aż sam się boje co z tego będzie.. 500 tys x 15 dolców daje wpływ do firmy rzędu 6 mln dolarów miesięcznie, a takie liczby budzą szacunek.. w międzyczasie węgierski GameStar zrobił ze mną wywiad, który (obcięty) okazał się w ich najnowszym wydaniu, zrzuty z pdfa poniżej. może ktoś mi to przetłumaczy, czy prawdę piszą? poniżej również kilka ujęć z naszej sesji nagrań dźwięku..







21

wrz
2009

Dol Blathanna

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:23

Teren za wzgórzami opadał łagodnie w kierunku równych, płaskich pól pociętych mozaiką różnokolorowych upraw. Pośrodku, okrągłe i regularne jak listek koniczyny, szkliły się plosa trzech jezior okolonych ciemnymi pasami olchowych zarośli. Horyzont wytyczała zamglona, sina linia gór wznoszących się nad czarną, bezkształtną połacią boru. [..]
- Ale w jednym utrafiliście, panie. Rodzi się tu wszystko na potęgę i rośnie, aż miło. Dlatego i mówią: Dolina Kwiatów. Dlatego się tu nasi dziadowie posiedlili, elfów stąd wprzód wyżenąwszy.
- Dolina Kwiatów, czyli Dol Blathanna - Jaskier trącił łokciem wyciągniętego na słomie wiedźmina..


Andrzej Sapkowski -- 'Kraniec Świata'







reszta zdjęć na sierpniowym fotoblogu..

18

wrz
2009

Aion goes live..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 00:32

ughm, powoli wracam do świata żywych.. gdzie byłem jak mnie nie było? cały czas w Seattle, tyle że nie we własnym domu, a w biurze. od rana do wieczora, po 12-14 godzin dziennie. i tak przez 6 tygodni, dzień w dzień wraz z weekendami, kompletnie wyniszczająco i aż do zajebania. nawet w Helionie mnie tak nie przemaglowali..

lokalizacja Aiona była niesamowitym wyzwaniem. projekt obejmował wypuszczenie gry na Zachodzie w trzech językach: angielskim, niemieckim i francuskim. fabuła gry to ok 2 milionów słów, a na projekt, oprócz przetłumaczenia terminologii (lokacje, bohaterowie niezależni, umiejętności, przedmioty, UI, misje, zadania itp) i dostosowania wszystkich tekstów do realiów naszych rynków, składały się prace i nagranie tysięcy linijek mówionych ścieżek dźwiękowych (czyli voice over -- strasznie i groźnie brzmią próby jakiegokolwiek przełożenia prostych terminów technicznych na j. polski), tłumaczenia instrukcji, opisów, map, oficjalnych stron www produktu i dziesiątek innych mniejszych elementów. wszystko to w niewyobrażalnie krótkim czasie i, co najgorsze, w ciągle zmieniającym się środowisku. pierwszym problemem był sam język oryginału. mało firm na świecie oferuje tłumaczenia z j. koreańskiego, a jeśli już, to język docelowy jest bardzo słabej jakości. tak więc pierwszym krokiem było stworzenie podstawowej wersji angielskiej (nazywaliśmy ją EN1), a dopiero na jej bazie siedzący za moimi plecami zespół amerykańskich pisarzy tworzył odpowiednią fabułę. gotowa wersja angielska była bazą do tłumaczenia na niemiecki i francuski. problemem lokalizacji gier MMO jest nie tylko ich objętość -- tego typu gry żyją własnym życiem, wciąż są rozwijane, niektóre elementy są dodawane, inne są zmieniane, lub zupełnie usuwane z produktu. zdarzało się, że pliki wysłane wczoraj do tłumaczenia następnego dnia nie były już aktualne. powstają nowe wersje, często z błędami i nieścisłościami w porównaniu do elementów poprzednich, a tysiące lokacji, nazw przedmiotów czy bohaterów po pewnym czasie nie daje nad sobą zapanować..

pracowałem wcześniej nad dwoma podobnymi produktami, jednak wcześniej byłem tylko trybikiem w wielkiej maszynie prac. tym razem to ja stanąłem na czele ekipy, zająłem się pełną organizacją, doborem ludzi, kształtowaniem budżetu, terminarzem i własną głową odpowiadałem za całość projektu. moja wrodzona ambicja nie pozwalała mi na chwilę spoczynku, bo zasadnicza różnica polega na tym, że moją rolą było takie zmotywowanie zespołu, aby cel został wykonany. i choć niejednokrotnie marzyłem o rzuceniu tego wszystkiego wpizdu i choć nigdy jeszcze nie pracowałem w dużym takim stresie, poddanie się nie wchodziło w grę. zdarzały się powroty do domu o 3 czy 4 nad ranem, by kilka godzin później pojawić się ponownie w biurze..

kilka dni temu oddaliśmy komplet plików, który 20 września ujrzy światło dzienne. Aion, choć W Europie i Stanach nie miał jeszcze nawet swojej oficjalnej premiery, sprzedał się już w liczbie 400 tysięcy egzemplarzy. nasza gra jest produktem opartym na miesięcznej subskrypcji, a głównym celem jest zagrożenie i choć częściowe zbliżenie się do wyników World of Warcraft Blizzarda. utrzymanie się na poziomie pół miliona abonentów na Zachodzie będzie już sporym sukcesem, choć generalnie grę mamy przecudną. produkt jest oparty na znanym z serii Far Cry silniku CryEngine, który również wciąż się rozwija i wspiera coraz to silniejsze karty graficzne. już dzisiaj gra się bajkowo, choć wszyscy zdajemy sobie sprawę, że zakończenie głównych prac to dopiero początek rozwoju gry. wciąż mamy nad czym pracować, projektanci w dalszym ciągu rozwijają świat Aiona, a dookoła czają się nieznalezione dotąd błędy.. lada dzień spłynie na nas pierwszy poważny feedback sfer fanowskich, ale najważniejsze, że najtrudniejszy okres pracy w moim życiu mam już za sobą..

22

sie
2009

Mt Rainier

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:52

raj na ziemi wcale nie znajduje się na żadnej z piaszczystych wysp Pacyfiku. i wcale nie ma tam lazurowej wody, palm i piaszczystej plaży. kokosy owszem są, ale tylko kandyzowane. raj, dosłownie rzecz ujmując, znajduje się w Ameryce Płn, w stanie Waszyngton, u stóp wulkanu Mt Rainier. dolina Paradise rozciąga się na wysokości 1600m południowym stoku widocznego aż ze Seattle masywu górskiego..

wulkan Mt Rainier, mimo że ostatni raz wybuchł przed ponad 100 laty, uważany jest za aktywny. powstał przed prawie milionem lat, a jego najwyższe partie przez cały rok pokrywa 26 dużych lodowców. góra jest często odwiedzana przez turystów, a w jej obrębie, już w 1899 roku, powstał w park narodowy. nasze pierwsze spotkanie z Rainierem to bodaj najpiękniejsza część parku -- dolina Paradise. do samego jej centrum prowadzi droga stanowa numer 706 wijąca się malowniczo wzdłuż koryta rzeki Nisqually. w zimie droga pozostaje jedną z nielicznych otwartych dla ruchu. Paradise słynie z wielu szlaków turystycznych i zielonych, wręcz alpejskich, łąk. prawdziwą atrakcją są tu tzw wildflower meadow, czyli łąki kwiatowe, szczególnie kolorowe w pierwszej połowie sierpnia. podczas pierwszego wypadu do parku zrobiliśmy dwie trasy: Nisqually Vista Trail i Skyline Trail / Panorama Point. pierwszy jest stosunkowo krótki i łatwy, Skyline natomiast ciągnie się przez ponad 8 kilometrów z najwyższym punktem na wysokości 2164 metrów. fajne widoki i duża różnorodność: od łąk, przez kamienie magmowe po lodowce. na trasie dużo przyjaznych ludzi, pozdrowionka, hej ho, skąd, dokąd i w ogóle bardzo ciepłe przyjęcie, szczególnie, gdy pada pytanie o pochodzenie i ten dziwny akcent wcale nie z okolic. kozice górskie, masa wiewiórek (pozdrawiam) i ptactwa wszelakiego. przejścia przez rzeki powstałe wskutek letniego topienia się lodu, brak mostów, kamienie, parzące letnie słońce i te kwiaty dookoła..

jutro wybieramy się znowu, tym razem już z namiotem. dziki wypad i polowanie na łososie, zapasy z niedźwiedziem i szum zimnej jak szlag rzeki.. fotki wkrótce na fotoblogu.







16

sie
2009

Hempfest

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 09:15

Seattle Hempfest to największa na świecie impreza nawołująca do legalizacji marihuany (wiki). częściowo dzięki tej inicjatywie (odbywa się nieprzerwanie od 1991 roku) rząd stanu Waszyngton zalegalizował w 1998 roku medyczne wykorzystanie tego narkotyku, a w 2003 znacznie obniżył kary za osobiste jego zażywanie. poniżej trochę ludzi z koncertów:
















13

lip
2009

leaving the UK..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 11:50

dzisiaj kończy się moja brytyjska przygoda. w Brighton, na południu Anglii, dane mi było mieszkać 2 lata, 7 miesięcy i 14 dni. 957 dni wrażeń. przenoszę się z żoną za ocean, do Seattle, a plusem tego przedsięwzięcia jest fakt, że lecimy Boeingiem.. minusów jest jakby więcej, bo przez ostatnie miesiące bardzo zżyliśmy się z tym miejscem i przede wszystkim z ludźmi. żal nam opuszczać Brighton, bo rzeczywiście jest w tym mieście coś niesamowitego.. no ale czas na kolejny krok.. może niedługo się zbiorę i bardziej poważnie opiszę Anglię i jej mieszkańców.. podsumowanie made by Agata:

3 years in the UK from Tomasz Ankudowicz on Vimeo.


tą notkę skleciłem na szybko z brajtonowskiej plaży. jest tu zupełnie pusto i świeci słońce. tomxx-in-the-UK off.

17

lip
2009

Seattle po raz pierwszy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 03:59

kończy się trzeci dzień naszego pobytu w Seattle. wrażenia jak na razie bardzo pozytywne. miasto jest ogromne, ale na pierwszy rzut oka wydaje się przyjazne. w ścisłym centrum, jak to w US (i Katowicach), kręci się duża liczba bezdomnych, ale generalnie miasto jest czyste. przez te kilka dni mamy tu upały i błękitne niebo. dookoła cała masa Meksykanów i Azjatów, właściwie to oni utrzymują przy życiu większość restauracji i fast-foodów. downtown składa się z klasycznej siatki prostopadłych ulic, ciężko gdziekolwiek dojść: z jednej strony spore odległości, z drugiej mało przyjazny pieszym system świateł i kończących się nagle skrzyżowań. chwila nieuwagi i idzie się bokiem 5-pasmowej trasy. no i te NIESAMOWITE widoki z 20-tego piętra biurowca Century Square w której ulokowany jest NCsoft.. szczególnie, że zajmujemy wszystkie pomieszczenia, więc widać wszystko w promieniu 360 stopni. z jednej strony mamy więc Zatokę Elliotta, z drugiej Space Needle, z trzeciej centrum centrów, czyli skrzyżowanie 5th Avenue z Pine Street, a czwartej panorama aż po rozległy port. zresztą wezmę jutro aparat i wrzucę kilka fotek..

mało jeszcze widziałem, siedzę tu w biurze po 10 godzin i brak czasu na cokolwiek. do tego wciąż jet lag, budzę się codziennie w środku nocy, organizm wciąż żyje czasem europejskim. na początku to było śmieszne, ale dzisiaj o 3 nad ranem śmiać mi się nie chciało. a poza tym wszystko zgadza się z wrażeniami z mojej pierwszej wyprawy do Stanów w 2004 roku. przestrzenie, specyfika, drogi, budynki. wkrótce więcej newsów.

18

lip
2009

Brighton -- end of the road..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 02:22

tak się żegnaliśmy z przyjaciółmi.. jeśli mieszkasz w Brighton, a kartki nie dostałeś/aś to są dwa wyjścia. pierwszym jest, że nie mam Twojego adresu, drugim..

26

lip
2009

Seattle -- pierwsze wrażenia

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:47

głównie potężne downtown, kilka wizytówek Seattle, trochę klimatów amerykańskich i paru moich ziomali o rożnych narodowościach. jestem tu już dwa tygodnie -- powoli przywykam do codziennego życia, wiec wrzucam, póki mogę.. wkrótce więcej fotek, bo pogodę mamy tutaj niesamowita -- codzienne upały i błękitne niebo.. amazing.

26

lip
2009

wieczorny widok z balkonu..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 08:19

wieczorna panoramka i Space Needle z naszego balkonu. na razie mieszkamy w firmowym mieszkanku na 20. pietrze Metropolitan Tower, we wrześniu zaczniemy szukać czegoś własnego.. większa wersja po kliknięciu:


02

sie
2009

nocny grajek

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 07:06

na ulicach Seattle na każdym kroku spotyka się żebrzących ludzi. są wśród nich podróżnicy z plecakami, dzieciaki, wszelkiej maści wykolejeńcy i oczywiście bezdomni. bezdomnych jest najwięcej. za bardzo się nie narzucają, ale są wszędzie. ostatniej nocy spotkaliśmy jednak bezdomnego innego niż wszyscy pozostali. facet przedstawił się jak Glen Freeman, pseudo 'POPS', powiedział, że nie ma gdzie mieszkać, a na końcu dodał, ze ma 12 piosenek na You Tubie i za pół dolara zrobi nam tu małe show. na światłach na skrzyżowaniu. do tego strasznie był wygadany i w ogóle przyjaźnie mu z oczu patrzyło. no wiec zgodziłem się: wyciągnął bęben (zrobiony z 3-galonowego pojemnika na wodę) i przez 3 minuty śpiewał na środku chodnika. coś mniej więcej jak tutaj:


02

sie
2009

widoki z okien mojej firmy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:44

NCsoft West mieści się na 20 piętrze budynku przy 1501 Century Square. zajmujemy całe piętro, więc niesamowite widoki obejmują w zasadzie całą panoramę Seattle. oto kilka z nich:









03

sie
2009

pierwszy krok do wyższej ligi..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 21:38

dziwnie się czuję oglądając pierwszy mecz Górnika w pierwszej lidze. i to nie z powodu ligi, ale czasu. poniedziałek, 10 rano, mecz na żywo z Roosevelta park.. oczywiście w pracy, na monitorze, ze słuchawkami na głowie.. tak oddanego fana jeszcze w Seattle nie widzieli. ważne, że chłopaki wygrali i uczynili pierwszy krok na drodze do powrotu do ekstraklasy. na stadionie nic się nie zmieniło -- znowu komplet, co jak na obecne warunki budzi jeszcze większy podziw. u mnie ofkors podobnie: czas meczu jest świętem i zawsze śledzę aktualny stan: w tv, radiu czy na necie. 'tyle lat za nami, a my ciągle wariatami' -- pojawiło się kiedyś na naszej sektorówce. i tak to mniej więcej wygląda. myślę sobie nawet, że już nigdy się nie zmieni, bo to już 18 rok mojego kibicowania. i nie ma na to wpływu aktualna forma naszych grajków, liga w której grają, strefa czasowa czy drugi koniec świata. bo przecież Górnik to mój klub..

12

sie
2009

o miejscowych..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 02:42

jestem bardzo mile zaskoczony Amerykańcami. miałem średnie doświadczenia z 2004 roku, choć zdawałem sobie sprawę, że wpływ na to miało ściśle wakacyjne miejsce. po pierwszym miesiącu przysłowiową głupotę miejscowych można włożyć między bajki. jak wszędzie, spotyka się tu całe masy zdrowo trzepniętych ludzi, ale generalne odczucia są pozytywne. z każdym napotkanym miejscowym można rzeczowo i otwarcie porozmawiać, opowieści z umiejscawianiem naszego kraju w Ameryce Płd również się tu nie zdarzają.. ludzie, z którym każdego dnia się tu spotykam, cechują się kreatywnością, szybkim działaniem i błyskotliwością. wiedza wielu z nich szeroko wychodzi poza to, czym zajmują się w firmie. pisarz naszych tekstów jest zapalonym muzykiem, producent półzawodowo zajmuje się grafiką i renderowaniem filmów, a tester potrafi programować. jednak szczególnie ujmuje mnie fakt, że każdy każdego traktuje tutaj na równi. nowe, czasowo przyjęte osoby czynnie uczestniczą w spotkaniach, ludzie słuchają się nawzajem i zadają pytania nie robiąc przy tym głupich min. zero wyższości, otwarcie na świat. każdy mówi innym angielskim, a miejscowi z uporem lepszej sprawy nie łamią się łamaniem ich rodzinnego języka. z jednej strony luz, z drugiej dążenie każdego z osobna do pomyślnego załatwienia sprawy. tak jest u nas, choć na ulicy spotkać można podobnych ludzi. nie wiem, czy wpływ na to ma fakt, że w Seattle mieści się główna siedziba wiele światowych korporacji, od Microsoftu po Amazon.com, od Starbucksa po Nordstrom, od Boeinga po RealNetworks. na chodnikach ścisłego centrum przewija się cała masa garniturowców i wypachnionych panienek, a między nimi, dodając z poczucia obowiązku, przesuwa się cała reszta, w tym szaleni bezdomni i otumanieni nie-wiadomo-czym nastolatkowie. do tej pory trzykrotnie spotkałem tu Polaków: raz na lotnisku, 2 razy na chodniku Polaków odbywających staż, albo wymianę, w Microsofcie. ale wracając do sprawy: napotkani przez ten miesiąc Amerykanie są bardzo w porządku. na górskich szlakach Mt Rainier spotkaliśmy kilkanaście osób, każdy zainteresowany naszym światem, każdy gotowy do niesienia pomocy. przyciąga ich jakaś magia bycia z innej części świata. mnie osobiście strasznie to kręci i czuję się tu dobrze.

30

gru
2009

świąteczne Seattle..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 02:37

centrum Seattle w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. pusto i świątecznie. czasem jakiś samochód, kilka osób przemknie chodnikiem, z oddali słychać ulicznego grajka..










15

gru
2009

Gwatemala cz. IV -- Santa Elena..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:48

żeby nie odnieść wrażenia, że Gwatemala to ósmy cud świata, poniżej kilka fotek z miasta Santa Elena, które przy uroczym Flores prezentuje się jak wietrzna noc listopadowa. brzydsza siostra naszej małej wysepki okazała się bowiem miejscem brudnym, śmierdzącym i chaotycznym. miejscowi przestrzegają przed wysoką przestępczością, ja jednak nie byłbym sobą, gdybym nie przekonał się na własne oczy, czy ktoś nie chce przede mną czegoś ukryć. i rzeczywiście, nie ma tam nic godnego uwagi, a odwiedzenia Santa Eleny ma w samym sobie tylko jedną, za to sporą zaletę: ukazuje kontrast i piękno panujące dookoła..








22

gru
2009

Gwatemala cz. V -- dżungla..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 08:32

o dżungli pisałem już podczas relacji z Meksyku. bujna, wilgotna i lepka zieleń towarzyszyła nam niemal przez cały wypad centralno-amerykański. trochę mniej było jej w Belize, ale w Gwatemali ponownie uderzyła w nas całą swoją mocą, urokiem i tajemniczością. zdaję sobie sprawę, że nasze kontakty z tym niebezpiecznym światem były tylko przelotne i nijak nie da się tego porównywać do wypraw opisywanych w książkach podróżniczych. jednak dane nam było przedzierać się przez nią przez wiele godzin, spotkać zwierzęta i wdychać słodkawy zapach rozkładających się roślin. poniżej kilka ujęć z Gwatemali..










23

gru
2009

moja opowieść wigilijna..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:56




ponad pół roku temu przesłałem swoją aplikację do siedziby głównej korporacji Google w Europie. ciepła posada Localisation Project Managera w Dublinie w 100 procentach pokrywała się z tym, co w tamtym czasie robiłem w NCsofcie. przygoda z tą najszybciej i najprężniej rozwijającą się światową firmą rozpoczęła się w już w połowie kwietnia, ale trzymałem ją w ścisłej tajemnicy. sytuacja była skomplikowana -- moja aktualna firma przechodziła głęboką restrukturyzację, ja chwilowo (i czysto teoretycznie) pozostawałem bez pracy, więc Google było pewną szansą, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że dostają się tam tylko najlepsi. wysłałem aplikację i .. na jakiś czas o niej zapomniałem.

po jakichś trzech tygodniach otrzymałem maila zapraszającego na pierwszą rozmowę telefoniczną. moją rekruterką okazała się miła irlandka o imieniu Sarah i miała mnie ona prowadzić przez cały proces rekrutacyjny. po przyjaznym powitaniu dość szybko, i bez zbędnej kurtuazji, przeszliśmy na tematy zawodowe. zadaniem pracowników działu HR jest w pierwszym okresie sprawdzenie, jak ja to nazywam, ogólnej kumatości, kandydata. przez ok 30 min prześlizgnęliśmy się po moim CV, poopowiadałem co nieco o życiu, planach i wrażeniach, i już podczas tej rozmowy dostałem zaproszenie na drugi etap..

po około tygodniu odbyła się druga rozmowa telefoniczna, tym razem z osobą pracującą w dziale Lokalizacji w siedzibie głównej Googli w Europie. Judith miała około 30-stki i już na samym początku potwierdziła to, o czym kiedyś czytałem: pracownicy Googli dzielą swój czas w firmie na pracę w ramach swoich obowiązków, pracę własną (Google pozwala na poświęcanie godzin w firmie na własne projekty, które mogą w przyszłości pozytywnie wpłynąć na rozwój korporacji) oraz na rekrutację nowych pracowników. rozmowa z Judith miała już inny, bardziej profesjonalny charakter: oboje pracujemy w podobnym środowisku, korzystamy z tych samych aplikacji, posługujemy się zbieżną metodologią. znaleźliśmy wspólny język i 45 minut rozmowy upłynęło bardzo szybko.

zasadą rozmów rekrutacyjnych w Google jest poznanie procesów myślowych kandydata. pytania są konkretne, bezpośrednie i praktyczne. sposoby różnią się w zależności od danego stanowiska (inżynieryjne, zarządcze, operacyjne), najczęściej jednak stawia się delikwentowi problem do rozwiązania. Googli nie interesuje gotowa odpowiedź, a raczej tok myślenia i słowne dotarcie do celu wg zasady: nie interesuje nas co już wiesz, ale co jeszcze możesz osiągnąć. większość sytuacji, na omówienie których mamy przecież kilkadziesiąt sekund, czasem minut, wymaga kreatywnego podejścia. stawia się kandydata przed hipotetyczną, acz prawdopodobną w życiu działu, sytuacją i oczekuje się burzy mózgowej mającej rozwiązać konflikt. Judith nie zapytała się mnie czy wiem co to jest format TTX w Tradosie, ale jak poradziłbym sobie z problemem nie akceptowania tego formatu przez jedną ze współpracujących z nami firm. nie interesowała jej historia produktów Google, ale zapytała o sposób podejścia do tłumaczenia interfejsu Google Maps. interesowała ją zgodność środowisk aplikacji, w których oboje pracujemy, ale gdy świadomy tego co robię omówiłem różnice między naszymi firmami, odpowiedziała, że to nawet lepiej, bo trzeba iść do przodu i poznawać nowe metody. rozmowa była prowadzona w bardzo przyjaznej atmosferze -- czyli tym czym szczyci się Google na całym świecie -- a po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że rozmawiam z koleżanką przy kawie, a nie z osobą, która ma zdecydować o mojej przyszłości. pozytywnie zaskoczył mnie brak pytań z gatunku Interview 2.0 (jak obliczyłbym wagę ziemi, ile piłeczek pingpongowych zmieści się w autobusie, itp) -- kreatywne myślenie wyegzekwowano tu w nieco inny, bardziej naturalny, sposób..

po ok tygodniu zadzwoniła moja rekruterka Sarah i z uśmiechem oznajmiła, że miło jej zaprosić mnie do Dublina na trzeci etap rozmów. tym razem miały to być rozmowy bezpośrednie przeprowadzane przez, być może, moich przyszłych współpracowników. Google opłaciło przelot, 2 dni w hotelu, obiady i wszelkie wydatki, jakie mogłem ponieść podczas tego wyjazdu. rozmowy miałem w poniedziałek, ale poprosiłem Sarę o lot niedzielny -- w spokoju zwiedziliśmy z Agatą miasto, co dało mi czas na mentalne przygotowanie się do jutrzejszego wysiłku. na European Google HQ w Dublinie składają się dwa ogromne budynki, klasyczne połączenia szkła i stali, już coś koło 2000 pracowników. przy wejściu powitało mnie znane ze strony głównej kilku-kolorowe logo firmy oraz klasyczne googlowskie lampy. pełna komputeryzacja, cyfrowa rejestracja, wydruk plakietki pozwalającej mi na czasowy wstęp do budynków firmy. w końcu przyszła Sarah i zaprowadziła mnie na odpowiednie piętro. pierwsze co rzuciło się w oczy to domowa atmosfera środowisk pracy: ludzie pracują w ciszy, ale dookoła masa zabawek i udziwnień, tak aby każdy czuł się jak u siebie. na każdym piętrze znajduje się kilka aneksów kuchennych, gdzie do dyspozycji pracowników udostępnia się jedzenie, picie i wszelkie możliwe wspomagacze. wszystko oczywiście za darmo. chwilę pogadałem sobie z nią w kuchni, wypiłem kawę i rozgościłem się w pokoju rozmów. trzeci etap był bardzo rozbudowany: przewidywał sesję z trzema pracownikami firmy, a rozmowy miały następować jedna po drugiej i trwać kilka godzin. dodam jeszcze, że do wszystkich tych rozmów podszedłem bardzo na luzie, widząc w tym raczej szansę niż zagrożenie..

pierwszą osobą przeprowadzającą ze mną wywiad była Judith, z którą wcześniej rozmawiałem telefonicznie. pytania ponownie oparte były o zasadę jak zaplanował byś zrobienie tego czy co zmieniłbyś w zarządzaniu projektem, aby łatwiej dojść do celu. generalnie pracowaliśmy na faktach, mało w tej rozmowie było gdybania. Judith opisywała tok pracy w dziale googlowskim, a w pewnym momencie nadmieniła, że właściwie nie ma znaczenia na czym się znam, bo prędzej czy później Google postawi przede mną taki problem, do którego rozwiązania będę zmuszony nauczyć się czegoś nowego. rozmawialiśmy także o kulturze pracy i o wielonarodowości, z którą zetknąłem się również w swojej firmie. kilkadziesiąt krajów, wiele języków, co z łatwością można rozpoznać nawet, a może przede wszystkim, po różnych akcentach języka angielskiego.

drugim rozmówcą był szef działu lokalizacji, mężczyzna w wieku ok 45 lat. ten już na dzień dobry wystrzelił z sednem Googlowskiej rekrutacji, czyli innowacyjnością, zadając mi pytanie: co innowacyjnego wniosłeś do ostatniego prowadzonego przez ciebie projektu?. dla mnie to woda na młyn, bo oprócz nudnawych tekstów pasjonuję się językami programowania. a że mogę pochwalić się wieloma zaprojektowanymi dla swojego działu aplikacjami, rozmowa poszła bardzo sprawnie. nawijałem o aplikacjach parsujących lokalizacyjne pliki xml, omawiałem swoją wiedzę z dziedziny platformy .NET i języka C# w którym piszę aplikacje windowsowe, mówiłem o konieczności i wygodzie wykorzystywania języka VBA dla tekstów i danych zapisywanych w formatach microsoftowego office'a. a gdy wyczerpały się te tematy uderzył jeszcze odważniej pytając o moje pomysły na usprawnienie i przyspieszenie prac w całym pionie lokalizacji. tu również mogłem się pochwalić pomysłami, które wprowadziłem w NCsofcie, a które przykładowo skracały tworzenie baz Translation Memories z kilkudziesięciu minut do kilkunastu sekund za pomocą prostej, acz efektywnej aplikacji autorskiej.. koleś prześwietlił nawet moją przeszłość, sprawdzał i pytał o poprzednie moje zajęcia, czyli prowadzenie sieci osiedlowej SportNet czy pracę w wydawnictwie Helion..

trzecią rozmówczynią była Irlandka również w podobnym do mnie wieku. tu znowu nawijałem sporo o programowaniu, widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, często pytając mnie o najdrobniejsze nawet szczegóły. tą rozmowę uważam za najcięższą, głównie z racji jej charakteru. w ogóle się nie uśmiechała, nie potakiwała głową, nie ukazywała emocji. zadawała pytania, wnikliwie słuchała odpowiedzi, a z jej kamiennej twarzy nie można było poznać, co sądzi o mnie i o moim świecie. przyznam, że ta rozmowa wlokła się najdłużej, a napięcie dało o sobie znać, więc byłem już trochę zmęczony. wałkowaliśmy również podstawowe produkty Googli, czyli AdSense i AdWords, o których dużo nie wiedziałem i wśród których nie czułem się najpewniej. w sumie rozmowy w Dublinie trwały ok trzech godzin, a do Londynu leciałem z mieszanymi uczuciami. byłem zadowolony z wielu odpowiedzi, w kilku natomiast już po czasie znalazłem lepsze rozwiązania..

na kolejny kontakt Sary czekałem ponad 10 dni. odpowiedź była pozytywna i dostałem zaproszenie na czwarty etap rozmów, który miał być przeprowadzony z Product Menedżerem z jednej ze światowych placówek Googli. myślę, że był to moment przełomowy: wcześniej była to raczej zabawa, ale teraz zrozumiałem, że oto otwiera się przede mną duża szansa. nie kandydowałem na stanowisko dla Polaka. musiałem być lepszy od ludzi z całego świata, mimo że miałem prowadzić projekty lokalizacyjne w wielu zupełnie obcych dla mnie języków. osoba, która zadzwoniła do mnie kilka dni później nazywała się Etaoin. na co dzień pracuje w oddziale londyńskim, jednak dzwoniła do mnie 'gdzieś z trasy', bo pracownicy korporacji często się przemieszczają. ta rozmowa miała nieco inny charakter: Etaoin nie miała pojęcia o lokalizacji, znała się natomiast na zarządzaniu produktem. nasza rozmowa (trochę krótsza niż poprzednie) sprowadzała się do wzajemnej współpracy: w jaki sposób ja pomogę jej przetłumaczyć produkt na 18 języków w Europie i na Bliskim Wschodzie. było tu, przyznaję, trochę gdybania. nawijałem od czego bym zaczął, co chciałbym się od niej dowiedzieć przed rozpoczęciem, jaka jest metodologia samego projektu, ramy czasowe, budżet. padło kilka pytań laickich w stylu: czym jest internacjonalizacja czy jakbym mógł jej wytłumaczyć, co to jest aplikacja sieciowa. było w tym trochę lania wody, ale uważam, że było to również fajne przetarcie przed ew. przyszłą współpracą. po wszystkim wyczułem, że moja rozmówczyni była zadowolona..

sytuacja z rekruterką znowu się powtórzyła i po tygodniu dostałem zaproszenie na ostatnią rozmowę, która miała być przeprowadzona z szefem wszystkich szefów z siedziby głównej Googli z Mountain View w Kalifornii. i tutaj mnie kolo zaskoczył: nie pytał o sposoby pracy, nie pytał o realizację projektów, a zaczął nawijać o wewnętrznym świecie Googli. nawijał długo, do tego z jakimś dziwnym hinduskim akcentem, po czym poprosił mnie o zadawanie pytań. nie wiem, czy to jakaś nowa psychologia rekrutacji, ale po pierwszym pytaniu z mojej strony poprosił o drugie, potem kolejne i jeszcze jedno. po pewnym czasie mój zasób znaków zapytania się wyczerpał, na co on rzucił: to jak nie masz pytań do naszej pracy to chociaż zapytaj się mnie coś o moim życiu prywatnym.. z perspektywy czasu porównałbym naszą rozmowę do wywiadu z jakimś szalonym naukowcem, którego co prawda można podziwiać za wiedzę, ale który żyje w jakimś swoim szczególnym zamkniętym świecie.. nie czułem się źle po tej rozmowie, ale nie odczuwałem również zadowolenia.. odpowiedź z Googli nadeszła po 10 dniach, niestety negatywna. Sarah z przykrością powiedziała mi, że dotarłem bardzo daleko, bo był to już ostatni etap, ale firma zdecydowała się na zatrudnienie innego kandydata. powiedziała również, że nie ma dla mnie żadnego negatywnego feadbacku -- na końcu procesu wybrano po prostu kogoś innego i tyle. byłem trochę zawiedziony, bo szansa była duża, ale rozwój wypadków potoczył się dla mnie dosyć szczególnie, bo proces Googli trwał przez prawie 3 miesiące i dosłownie za 4 dni po ostatecznej decyzji wylatywaliśmy już do Seattle. wcześniej podpisałem z moją firmą roczny kontrakt, więc wyjazd do Stanów i tak musiał już mieć miejsce. miałem zresztą w NCsofcie premierę Aiona za kilka miesięcy i cały dział na głowie, choć powiedziałem sobie: próbuję z Googlami do końca, a jeśli się uda, to będę martwił się później w myśl zasady Google się nie odmawia.. po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi nie za bardzo się jednak zmartwiłem. co wyniosłem z tych rozmów? masę doświadczenia. sporo wrażeń i ten inny sposób oceny kandydata. nakierowanie na konkretne fakty, innowacyjne rozwiązania, ciągły rozwój. żadna z firm nigdy mi tego nie zaoferowała. poznałem strukturę firmy od środka, widziałem jak tam jest i jak się tam pracuje. poznałem ludzi, dokładnie takich jak ja, i zdałem sobie sprawę, że Polak też potrafi. że nie możemy ustępować Niemcom i Francuzom, że trzeba szukać szans. cóż, może kiedyś w przyszłości będzie mi dane spróbować ponownie..

08

gru
2009

Gwatemala cz. III -- Tikal, historyczna stolica Majów..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 21:15

wstajemy przed 4 nad ranem. jest jeszcze ciemno, a nad jeziorem Petén Itzá panuje kompletna cisza. za chwilę spod hotelu odbierze nas kierowca z niewielkiego lokalnego biura podróży i skierujemy się na północny-wschód. jedziemy do Tikalu -- kolebki i dawnej stolicy rozległego państwa Majów. chcemy być tam jeszcze przed wschodem słońca, aby poczuć magię budzącej się do życia dżungli..

dzisiejsza nazwa tego historycznego miejsca wywodzi się z języka Indian Maja zamieszkujących Jukatan: ti ak'al oznaczało miejsce z dostępem do wody lub wg innej teorii miejsce głosów. pierwsze budynki powstały tu już ok 600 lat przed Chrystusem, a w czasie największego rozkwitu w latach 600-900 naszej ery mieszkało tu nawet 90 tys. Indian. w tym czasie miasto było ważnym centrum naukowym, politycznym i religijnym. na powierzchni ok. 20 km kw. stało tu kiedyś 3000 budynków -- zarówno zwykłych krytych słomą chat mieszkalnych, jak i wysokich 70-metrowych piramid sakralnych wystających ponad wierzchołki wilgotnej dżungli. Tikal zbudowano aby zadziwiał. i nawet dzisiaj, po 2200 latach, budowle nadal to czynią..

naszym przewodnikiem jest Jose, dwudziestoletni uśmiechnięty Gwatemalczyk, dość dobrze władający angielskim. przez pierwszy kilometr przemierzamy dżunglę, a Jose opowiada o bujnej roślinności i licznych głosach rozpoczynających dzień zwierząt. jest parno i pochmurno -- nie zobaczymy dziś wschodu słońca, ale może to i lepiej, gdyż pod błękitnym niebem można się w dżungli ugotować. jesteśmy tu pierwszą grupą i jako pierwsi wdrapujemy się na jedną ze świątyń. większość budowli pokryta jest tu roślinnością: nieustannie trwa walka archeologów z siłami natury. odsłonięte, a pozostawione na jakiś czas budynki ponownie zarastają bujną tropikalną roślinnością i może dlatego miejsce to jest tak unikatowe. siedzimy na czubie piramidy i podziwiamy poranną, skąpaną w mgle i chmurach dżunglę. kilkaset metrów dalej przez czubki drzew przebijają się pozostałe z sześciu wysokich pirami schodkowych. dookoła drą się ptaki i małpy..

Tikal stanowił kiedyś kompletne miasto. wznosiły się tu świątynie, budynki mieszkalne, kaplice, ołtarze, platformy i boiska do rytualnej gry w piłkę. centralnym miejscem stolicy był Gran Plaza -- Wielki Plac na którym władca i znaczący mieszkańcy odbywali długie narady. to najlepiej odrestaurowane miejsce Tikalu. chodzimy tu na własną rękę labiryntem kamiennych uliczek, schodów i placyków. to tutaj znajduje się Świątynia Wielkiego Jaguara -- najbardziej znana, wręcz pocztówkowa budowla Tikalu. zdobi ją płaskorzeźba przedstawiająca mężczyznę, który odziany w skórę jaguara dzierży w dłoni atrybut władzy kapłańskiej. zresztą większość współczesnych nazw świątyń pochodzi od płaskorzeźb ozdabiających budynki. oprócz tego znajdujemy tu znane z poprzednich miast Majów stele -- płaskie, kamienne płyty z inskrypcjami, często po dziś dzień nierozszyfrowanymi.

w gęstwinie ruin, drzew, krzewów, lian i głośnych zwierząt spędzamy ponad 6 godzin. zastanawiam się nad powodem opuszczenia miasta przez Indian. podobnie jak w Chichen i Cobie, Tikal został nagle porzucony. działo się to ok 900 roku, czyli w czasie głębokiego i ciemnego średniowiecza w Europie. niektóre teorie mówią o buncie społecznym, inne o wyjałowieniu ziemi. brzmi to dziwnie, ale miasto pozostało opuszczone i niezamieszkane przez prawie 1000 lat! w tym czasie dżungla pochłonęła wszystko i miejsce to popadło w zapomnienie. oczywiście lokalne ludy zamieszkujące okolicę wiedziały o umarłym mieście, jednak współczesność odkryła to miejsce dopiero w 1848 roku. dawną potęgę i świetność Tikalu możemy dzisiaj oglądać wyłącznie dzięki archeologom -- mimo że pracują od wielu lat to do dnia dzisiejszego udało im się odrestaurować zaledwie kilka procent starożytnego Tikalu..









03

gru
2009

Polaku! ucz się języka niemieckiego!

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 20:28

uwielbiam Cyfrową Bibliotekę Narodową za jej historyczne skarby i szerzenie dziedzictwa kulturowego Polski. oraz za perełki, na które bardzo łatwo jest się tu natknąć. dzisiaj na przykład trafiłem na cztero-stronicową broszurę zatytułowaną: 'ucz się po niemiecku! najszybciej opanujesz język niemiecki, jeśli nauczysz się następujących wyrazów i zwrotów, niezbędnych dla każdego Polaka'. na pierwszy rzut oka wyglądało mi to na niemiecką książkę dla okupowanych Polaków, jednak po kilku frazach zrozumiałem, że broszura to nic innego jak podręczny słownik polskiego partyzanta. dzieło zostało wydane w roku 1944 w Warszawie przez Komendę Główną AK:





ja wiem, że to nie jest śmieszne, a jeśli ma coś wspólnego z humorem, to raczej czarnym. w każdym razie nie mogłem się powstrzymać. moich Niemców w firmie też nie oszczędziłem..

04

gru
2009

Gwatemala cz. II -- Flores

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 02:13

kiedy w 1541 roku hiszpański konkwistador Hernán Cortés stanął nad brzegami jeziora Petén Itzá ujrzał sporą jak na owe czasy osadę. miasteczko było stolicą państwa indian Itza i nosiło nazwę noh peten, co w wolnym tłumaczeniu z języka majów oznaczało miasto-wyspę. Cortés zmierzał na południe, w kierunku dzisiejszego Hondurasu, osady więc nie zaatakowano i dzięki temu pozostała ona na długie lata ostatnim ośrodkiem wolnych indian Maja..

znajduję się w samym sercu regionu El Petén w północnej Gwatemali: na zgliszczach prekolumbijskiej stolicy Indian wyrosło miasteczko Flores. współcześnie również jest to stolica regionu, na co dzień mieszka tu ok 22 tys. osób. teoretycznie, gdyż przez region przewija się zmasowany ruch turystyczny, więc liczba przebywających tu w skali całego roku osób jest znacznie wyższa. turystyka wyrosła oczywiście na licznych w regionie Petén (jak i całej Ameryce Środkowej) ruinach osad prekolumbijskich: Uaxactun, El Mirador, Yaxha i oczywiście najbardziej znany Tikal. umiejscowione w samym środku skarbów Majów Flores jest więc idealną bazą wypadową na jedno- lub wielodniowe wycieczki..

bajkowo położone miasteczko wygląda więc jakby stworzone było wyłącznie pod potrzeby turystów. wielokolorowa architektura, wąskie brukowane uliczki i umiejscowiona w najwyższym punkcie wyspy katedra. do tego cała masa niewielkich hoteli, restauracji, knajpek i sklepów z pamiątkami prowadzonych przez pojedyncze rodziny. wyspa połączona jest ze stałym lądem wąską groblą na której zbudowano drogę -- jednak z wielu jej miejsc kursują niewielkie łódki, którymi za kilka quetzali można dostać się do innych pobliskich osad. we Flroes spędziliśmy łącznie 3 dni: miasto emanuje bezpieczeństwem, a jego mieszkańcy -- spokojem. jest znacznie taniej niż w Meksyku i w Belize, a jakość usług, zarówno hotelowych jak i kulinarnych, równie wysoka. na stałym lądzie znajduje się nawet lotnisko, które utrzymuje częste połączenia z innymi miastami Ameryki Środkowej. chcieliśmy nawet lecieć stąd do Cancun w Meksyku, ale ceny były zabójczo wysokie..

jeszcze o ludziach, tym razem przyjezdnych, jako że we Flores spotyka się całą masę międzynarodowych wynalazków. na lokalnych wycieczkach poznajemy Hiszpanów, Szwedów, Norwegów i Francuzów, a właściciel niewielkiego biura podróży przyznaje, że przez Flores często przewijają się Polacy. jadamy w restauracjach należących do Niemców: pierwsza do grupy archeologicznej prowadzącej gdzieś w dżungli wykopaliska, druga do młodego małżeństwa, które tak pokochało to miejsce, że przeniosło się tu z Europy serwując lokalne potrawy. w hostelach tradycyjnie istna wieża Babel -- młodzi ludzie mieszkają w wieloosobowych pokojach, w dzień uczą się hiszpańskiego (Gwatemala znana jest z tanich i bardzo dobrych szkół tego języka), wieczorami w ruch idzie szkło, gitara i śpiew. wszyscy przyjaźni, wszyscy wyluzowani..








03

gru
2009

wykupili wszystkie polskie nazwiska..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 01:47

pewna firma zarejestrowała domeny (.pl) większości nie zajętych jeszcze polskich nazwisk. jak to możliwe? od strony technicznej za pomocą odpowiedniego oprogramowania. od strony finansowej? zakładam, że istnieje jakieś 30 tysięcy różnych nazwisk w Polsce, również tych z naszymi znakami diakrytycznymi. najtańsze ceny oferowane przez NASK klientom hurtowym to 9.90 zł, więc koszt 30k domen mógł wynieść ok 297 tysięcy PLN. nie jest to jakaś mega-wysoka kwota, ale jednak tego typu biznes wydaje się mało prawdopodobny. co jednak jeśli inwestor skorzystał z ofert jednej z popularnych polskich firm handlujących domenami i zakupił domenę w promocji za pierwszy rok za 1 zł? wówczas mógł łącznie wydać ok 30k PLN i wystarczy, że sprzeda 10 z nich, a każda kolejna transakcja pójdzie na plus. tak, wystarczy 10, gdyż domeny wystawiane są z nową super ceną wynoszącą 3000zł. oto co otrzymałem wklepując do paska adresu przeglądarki domenę: ankudowicz.pl:

Pod adresem tej domeny nie ma jeszcze strony WWW. Zapraszamy wkrótce.
Adres domeny jest utrzymywany na serwerach: www.nazwa.pl
Ta domena jest na sprzedaż
na Giełdzie Domen:
kup teraz!
po kliknięciu odnośnika kup teraz przechodzimy na stronę z ofertą:

Szczegóły oferty
Nazwa domeny: ankudowicz.pl
Cena: 3 000 zł
Data wygaśnięcia oferty: 2009-12-03 21:14:18
Data wygaśnięcia domeny: 2010-08-10
Kategoria: Imiona i nazwiska
Status prawny sprzedającego: firma
Domena zakupiona w promocji: ---
można kupić teraz lub negocjować stawkę. sprawa może rozwinąć się w swoistą prawną operę mydlaną, gdyż mamy tu do czynienia z możliwym łamaniem lub naruszeniem dóbr osobistych. zresztą była kiedyś taka głośna sprawa handlu domenami, do których dany podmiot nie miał praw. ale co zrobić w przypadku, kiedy jeden ankudowicz odzyska domenę, a drugi oskarży pierwszego, że jemu bardziej należy się ten adres? a co jeśli adres ankudowicz.pl będzie przekierowywał ruch na serwis pornograficzny lub prawnie zakazany?

idąc dalej tropem domeny trafiamy na podmiot ją rejestrujący:

DOMAIN: ankudowicz.pl
registrant's handle: nta440760 (CORPORATE)
nameservers: ns3.netart.pl. [85.128.130.10]
ns2.netart.pl. [85.128.129.10]
ns1.netart.pl. [85.128.128.10]
created: 2009.08.10 15:13:22
last modified: 2009.09.16 18:57:53


no option

REGISTRAR:
NetArt Spolka Akcyjna S.K.A.
Rondo Mogilskie 1 31-516 Krakow
Polska/Poland
+48.801 33 22 33
+48.12 297 88 10
+48.12 297 88 08
będę sprawę śledził, choć osobiście nie jestem swoją domeną zainteresowany. jakiś czas temu wykupiłem już domenę ankudowicz.com, a z tego co widzę, ludzie raczej starają się rejestrować adresy wskazujące na nich osobiście. tak właśnie zrobiła Katarzyna Ankudowicz rejestrując domenę: kasiaankudowicz.pl..

20

lis
2009

zmarł twórca Giany Sisters..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 23:35

dzisiaj dowiedziałem się, że 8 listopada, podczas mojego pobytu w Meksyku, zmarł Armin Gessert. Armin był niemieckim programistą, pracował w Rainbow Arts i Blue Byte, a w 1994 założył własną firmę Spellbound Entertainment znaną m.in. z głośnej serii Desperados. jednak główną produkcją gwarantującą mu sławę wśród komputerowych graczy była oczywiście Great Giana Sisters -- fantastyczna gra wypuszczona na Commodore 64, Amigę, Amstrada i Atari ST, na której, dokładnie rzecz ujmując się, się wychowałem. o Arminie usłyszałem po raz pierwszy w 1992 roku gdy Szymon, mój kuzyn z Niemiec, wcisnął jednocześnie na klawiaturze mojego Komodorka magiczne słowo-cheat 'armin', które przenosiło do kolejnej planszy. to było super, to była rewelacja na miarę tamtych czasów.. a samą grę otrzymałem pod choinkę od mojego Chrzestnego -- kupił mi dyskietkę pełną gier nagrywaną w popularnych w tamtych czasach budach pirackich. nikt nie wiedział, co jest w środku -- jednak samo odkrywanie kolejnych gier, w tym Giany, miało w sobie coś magicznego. właśnie Giana w wersji na Nintendo DS była ostatnią grą nad którą pracował Armin.



już jakiś czas temu postanowiłem, że odkupię całą moją 8-bitową komputerową kolekcję dokładnie w wersjach i modelach, w jakich ją miałem w przeszłości. sprzętu nie było co prawda dużo: miałem Commodore 64 (wersja II, nie tzw. mydelniczka) ze stacją dyskietek 1541 II (również nowsza wersja. dyskietki oczywiście 5.25 cala) oraz Amigę 600. pozbycie się kiedyś tych sprzętów uważam, obok wyboru kierunku studiów, za mój największy błąd ery dorastania. na szczęście ebay i allegro pełne są jeszcze tych sprzętów, więc kompletacja zestawu nie będzie taka trudna. na razie kupiłem najnowsze dziecko spadkobierców marki Commodore -- konsolę telewizyjną C64 Direct-to-TV. fajna sprawa, bo w środku w zminimalizowanej formie mamy kompletnie działający C64, szkoda tylko, że produkt wydano z tak słabymi grami..

a na końcu i tak pozostaje nam nostalgia za dawno minionymi czasami, kiedy gry komputerowe miały duszę i wpływały na umysł gracza, a nie były tylko zlepkiem cudownej grafiki i zerem grywalności..


25

lis
2009

podróż z Belize do Gwatemali..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:24

po 4 dniach opuszczamy Caye Caulker i wracamy na stały ląd. w Belize City za 25 USD na głowę kupujemy bilety na bezpośredni autobus do gwatemalskiego Flores. odległość to tylko 235 km, ale cała wyprawa trwa ponad 6 godzin. jedziemy znanymi z wcześniejszego przejazdu liniami San Juan & Linea Dorada. autobus to trochę za dużo powiedziane -- jedziemy większą odmianą mini-busa, a w środku oprócz nas i kierowcy jedzie tylko para Brytyjczyków i dwie dziewczyny z Brazylii..

zachód Belize mile mnie zaskakuje. jedziemy całkiem dobrą drogą, po obu stronach malownicze krajobrazy, gdzieś daleko na horyzoncie piętrzą się góry. i ludzie żyją tu jakby lepiej -- spora część domków wygląda na zadbaną, w ogrodzonych ogródkach zaparkowane stoją amerykańskie samochody. mijamy głównie wioski, ale po 80km przejeżdżamy obok University of Belize -- to znak, że jesteśmy w stolicy kraju Belmopan. szczerze mówiąc był to jedyny tego typu dowód -- żyje tu zaledwie 16 tys ludzi i obok parlamentu, większych skrzyżowań i ładniejszych niż zwykle chodników dominuje tu przestrzeń i wszechobecne palmy. obawiam się, że nigdy już nie ujrzę tego typu stolicy jakiegokolwiek państwa.

jedyna większa miejscowość przez którą przejeżdżamy do San Ignacio. miasto położone jest nad brzegami rzeki Macal i uważane jest za świetną bazę wypadową do licznych w okolicy zabytków epoki prekolumbijskiej. do najbardziej znanych ruin w okolicy należą Caracol i Xunantunich. samo miasto przypomina, że skorzystam ze słów klasyka, ogarnięty pożarem burdel. chaos na drodze, gdzie samochody mieszają się z motorami, rowerami i bydłem. krzyczący ludzie przekrzykujący przekrzykującego ryk samochodów policjanta. dzielni sprzedawcy lokalnych wyrobów spożywczych pchają się wszędzie ze swoimi kramami na kółkach. mniej więcej tyle samo ludzi co w Belmpoan, ale jaki gwar. nic tu po nas -- po krótkim postoju jedziemy dalej..

po chwili dojeżdżamy do granicy Belize - Gwatemala. wysiadamy z busa z całym swoim dobytkiem i na nogach udajemy się do przejścia. opuszczenie kraju to formalność -- należy jedynie zapłacić podatek, tzw. Passenger Service Fee (PSF) w kwocie 30$ BZE (15 USD). do tego dochodzi opłata PACT (7.5$ BZE), która naliczana jest każdemu, kto przebywa w kraju powyżej 48h. spora kasa i niezły biznes biorąc pod uwagę, że podróżujący z Jukatanu z Meksyku na południe turyści nie mają innej drogi.. wjazd do Gwatemali z kolei kosztuje nas 3 USD, pada trochę pytań o świńską grypę i obcowanie ze zwierzętami. pytania po hiszpańsku, więc długo sobie nie rozmawiamy. Bienvenidos a Guatemala!

i tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. droga zamienia się w szutrową, bus jedzie średnio 25km na godzinę, dziura na dziurze. dodatkowym smaczkiem jest biały pył, który po pewnym czasie osadza się wszędzie -- cała kraina w odległości 20 metrów od drogi jest zresztą biała. mijamy jakieś wioski, wszystko to wygląda bardzo biednie. znajdujemy się w prowincji Peten, który obejmuje 1/3 powierzchni całej Gwatemali. część wschodnia to mieszanina traw i pagórków, na północy króluje dżungla. mijamy dość jednostajny krajobraz, co jakiś czas pobocza wypełniają się zwierzętami i dzieciakami bez butów. po niekończących się godzinach dojeżdżamy w końcu do Santa Elena w pobliżu naszego Flores. tutaj kierowca oddaje nas we władanie trójki podejrzanych typów z własnymi mini-busem. jest dosyć nietypowo -- nasłuchałem się opowieści o porwaniach w Kolumbii i to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. okazuje się jednak, że kolesie mają własną firmę turystyczną i rozwożą nas po hotelach we Flores. dodatkowo sprzedają nam wycieczkę do Tikalu na kolejny dzień i ogólnie są bardzo pomocni. tzn jeden z nich, który mówi po angielsku. przez kolejne dni pobytu spotykamy ich jeszcze wielokrotnie..





19

lis
2009

Belize cz. 3 -- Caye Caulker

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:18

Caye Caulker to niewielka koralowa wysepka położona na Morzu Karaibskim. mimo malowniczej lokalizacji, niewielkich rozmiarów, palm i całej tej karaibskiej otoczki nie nazwałbym jej rajską. rzecz prawdopodobnie w subiektywnym odczuciu, ale również w szczegółach i odpowiednim stosunku występowania wymaganych do szczęścia elementów. plaż właściwie tu nie ma, a woda przy brzegach jest strasznie zamulona. palmy są wszędzie, ale również wszędzie występują lasy namorzynowe, które skutecznie blokują dojście do wody. właściwie nie ma tu asfaltu, wszystkie drogi są piaszczyste, ale dookoła wala się cały ten plastikowy odpad naszej cywilizacji..

Na wyspę docieramy turystyczną motorówką (water taxi) z nadbrzeża Belize City (15 USD w dwie strony). podróż trwa ok 40 minut, po drodze podpływamy do Caye Chapel -- prywatnej wysepki w całości zamienionej w luksusowe pole golfowe. Caye Caulker, a właściwie jedyną na wyspię osadę nazwaną wioską (Caye Caulker Village) zamieszkuje obecnie ok 1200 osób. krajobraz bajkowo wypełniony jest kolorowymi drewnianymi domkami, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że większość z nich czasy świetności ma już za sobą. jak wcześniej wspomniałem, drogi są tylko pisakowe, a najlepszym środkiem transportu są rowery oraz niewielkie samochodziki golfowe w stylu naszych dawnych meleksów. na wyspie są 3 większe sklepy z artykułami wszelakimi (wszystkie w rękach Chińczyków), kilkanascie sklepików z pamiątkami, kilka knajpo-restauracyjek z dobrym lokalnym żarciem (głównie owoce morza z codziennych połowów) i garstka firm organizujących nurkowanie, wyprawy wędkarskie i morskie wycieczki. są również miejscowi artyści sprzedający swoje dzieła na głównej uliczce wioski..

życie na wyspie toczy się leniwie. króluje słońce, muzyka reggae, piwo i dredy. no wyobraźcie sobie: klimat tropikalny, całoroczne upały (nawet w porze deszczowej), do pracy się nie chodzi, bo praca zależy tylko od naszych chęci, czy wypłyniemy z turystkami naszą łódką połowić ryby, czy też zostawimy sobie to na jutro. ceny są wysokie, więc i zarobek duży. w zasięgu naszego harpuna przepływają miliony ryb, z głodu nie da się umrzeć. marihuana jest łatwo dostępna, a lekko- narkotykową koniunkturę rozkręcają zachodni turyści, którzy przecież przyjeżdżają się odprężyć. są hamaki i, co najważniejsze, jest dużo uśmiechu i życzliwość. pierwszego dnia poznałem kilku miejscowych, którzy z uwagi na niewielki ruch zapamiętali mnie na kolejne dni. w mordę dostać ciężko, bo każdy tutaj z daleka wita cię swoistym aloha my friend. właścicielem naszego hoteliku była Amerykanka, która przeprowadziła się tu z Teksasu -- zresztą takich jak ona osób jest tutaj zdecydowanie więcej. jestem pewien, że dla ludzi od lat tu żyjących nie ma na świecie lepszego miejsca do życia..

do tego mamy tu cały ten backpakerski świat. hoteli jest kilka, hosteli 2 razy tyle. niektóre w głębi lądu, reszta położona jest nad samym brzegiem, czasem metr od wody. hostele mają własne drewniane pomosty, gdzie można przeleżeć w hamaku cały dzień. wszystko jest otwarte, ludzie łączą się w grupy, piją drinki i wymieniają się opowieściami ze swojej podróży. jest sporo Amerykanów, są Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy. podczas naszego pobytu na Caye Caulker trafiliśmy na brytyjską jednostkę czołgową -- chłopaki przez wiele tygodni jeździli czołgami po poligonie w głębi Belize, a po manewrach pozwolono im zabawić się na wyspie. oprócz turystów kwitnie tu codzienne życie, czego najlepszym dowodem jest szkoła i masa dzieciaków w różnym wieku sumiennie poubierana w ciemnobrązowe mundurki..

jedynym miejscem do kąpania się jest tzw. split czyli miejsce, w którym wyspę przecina wartki prąd Morza Karaibskiego. rozdarcie lądu jest efektem huraganu Hattie, który nawiedził wyspę w 1961 roku. jako że wyspa w najwyższym punkcie ma zaledwie 2.4 m npm, dość często dochodzi tu do powodzi i kompletnej dewastacji kruchej architektury.. kąpanie się w tym miejscu jest ciekawym doświadczeniem, gdyż prąd przepływającej wody jest tak silny, że porywa każdego, kto tylko oderwie się od betonowego brzegu..













17

lis
2009

Belize cz. 2 -- kraj i jego historyczna stolica..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 01:18

powierzchnia Belize może jeszcze budzić jako taki szacunek, jednak liczba ludności (poniżej 300 tys, czyli tyle co średniej wielkości polskie miasto) brzmi raczej zabawnie. do 1973 państwo nosiło nazwę Honduras Brytyjski i było jedyną brytyjską kolonią w tej części świata. dzięki temu, iż nigdy nie dotarli tu Hiszpanie, Belize jest jedynym krajem w Ameryce Centralnej, w którym językiem urzędowym jest angielski. szczerze mówiąc, średnio nam to pomogło: ludność kraju w ogromnej mierze stanowią bowiem Metysi (osoby o krwi europejsko-indiańskiej, czyli tutaj potomek brytyjskiego drwala i córki wodza wioski majów), Murzyni (potomkowie przywiezionych tu z Afryki niewolników), Kreole (potomkowie Euroentuzjastów, którym spodobały się murzyńskie niewiasty) i wszelkiej procentowości Mulaci -- to powoduje, że język uzyskał unikalny zamieszany dialekt, swoisty rapowy slang, który nie ma nic wspólnego z odmianą brytyjską czy amerykańską.. na ulicy da się dogadać, ale spora w tym zasługa języka gestów i mowy ciała.

Belize City jest największym miastem kraju i jego historyczną stolicą (rzeczywistą stolicą jest położony w głębi lądu Belmopan). położenie miasta nad samym Morzem Karaibskim gwarantuje wzmożony ruch turystyczny i jako taki przemysł, z drugiej jednak strony naraża na liczne w tej części świata huragany i tajfuny. miasto zostało kilka razy zmiecione z powierzchni ziemi i być może dlatego jego architektura nie jest zbyt wyszukana -- dominują niewielkie, często osadzone na drewnianych palach domki. z przekąsem można powiedzieć, że buduje się je tu z papieru -- swoiste minimalizowanie ryzyka wystąpienia kolejnej zagłady. przewodniki strasznie koloryzują rzeczywistość opisując to miejsce jako kolonialną perłę, prawdziwą tradycyjną Anglię, piękno i luz. na własne oczy przekonaliśmy się, że komuś strasznie się coś pomieszało..

Belize City jest bowiem miejscem brzydkim, brudnym, mrocznym i śmierdzącym. nocą strach wychodzić na ulice, gdyż przestępczość jest niezwykle wysoka, co najczęściej przejawia się w napadach rabunkowych, a nawet morderstwach. ulice zawalone są tonami śmieci, wszędzie leżą bezdomni (zresztą w Katowicach i Seattle też leżą i pewnie jest ich znacznie więcej), a budynki zadziwiają samym faktem, że stoją w jako tako wertykalnej pozycji. wg samych miejscowych po 20-stej nie warto wychodzić na ulice -- wszędzie pełno ciemnych typów, a zresztą i tak nie ma tu niczego ciekawego do obejrzenia, a wszystko inne jest pozamykane. dobrze, że taksówką zabraliśmy się z poznaną w autobusie parą Amerykanów do zamówionego przez nich hostelu -- w przeciwnym razie mogłoby być nieciekawie. ceny jak z kosmosu: ok 30-40% wyższe niż w sąsiednim Meksyku, a lokalna waluta (dolar belize) oparta jest na stałym przeliczniku względem dolara amerykańskiego w stosunku 2:1. tak więc kanapka to 6 USD, czyli 12 BZ$, a noc w pokoju hucznie nazywanym przez właścicielkę hostelem to koszt 33 USD czyli 66 BZ$. w takim kraju to rozbój w biały dzień..

długo się nie zastanawiając następnego ranka łapiemy jeden z pierwszych promów na wyspę Caye Caulker -- tam z kolei humory nam się poprawiły o czym w następnej notce. samo Belize City odwiedzamy raz jeszcze po powrocie z wyspy i udaje nam się odnaleźć przystań w ładnym kształcie (budowaną pod Amerykanów) i bardzo malowniczy lokalny targ. na targu doznajemy kilku fajnych odkryć, rozmawiamy z paroma miejscowymi, którzy budzą naszą sympatię. w tej części miasta spotykamy sporo lokalnych artystów, handlarzy i sprzedawców mleczka kokosowego pitego wprost z kokosa. jednak generalnie odradzam wizytę w tym mieście, chyba że przejazdem, bo 3 godziny pokręcenia się po ścisłym centrum w zupełności wystarcza..

















14

lis
2009

Montreal, czyli Kanada po raz pierwszy..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 04:51

zaledwie 4 dni po powrocie z Karaibów firma wysłała mnie do Montrealu. moje 'dzień dobry Kanado' nastąpiło więc w prowincji Quebec, a nie jak można się tego było spodziewać w Kolumbii Brytyjskiej, od której dzieli mnie na co dzień zaledwie 150 km..

zaczęło się niemrawo -- pobudka przed 5 rano i senny dojazd na lotnisko Seattle-Tacoma. podczas check-inu wszyscy wiedzieli o zniesieniu przez rząd Kanady wiz dla Polaków oprócz maszyny, która zdecydowała się mnie nie przepuścić żądając dodatkowych dokumentów. sprawę załagodził telefon do urzędnika, który potwierdził, to o czym od początku było wiadomo. trzęsący lot do Newark pod Nowym Jorkiem trwał ok 5 godzin, a na miejscu okazało się, że połączenie docelowe do Montrealu jest opóźnione, przy czym opóźnienie rosło wprost proporcjonalnie do ilości wypitych przeze mnie kaw. zaczęło się od 40 minut, po czym tablice wskazały kolejno 1.5h, 2.5h, 4h na 4.5h opóźnienia kończąc. trochę kiepskawo, bo na czwartkowy wieczór miałem już spotkanie z przedstawicielami jednej z firm. wreszcie wystartowaliśmy i po 50 minutach byłem na miejscu. w Hiltonie, tuż przed północą, przywitano mnie dwiema wiadomościami: złą i dobrą. zła była taka, że zarezerwowany przeze mnie pokój nie jest dostępny, a hotel ma pełne obłożenie. dobra natomiast jest taka, że zarezerwowali dla mnie pokój w Mariocie (100m dalej) i że mam go zupełnie za free dorzucając do tego śniadanie i standard VIP-owski. dla mnie super. do tego przeprosili mnie z 15 razy i zaprosili ponownie jutro z samego rana..

Montreal jest piękny. nie widziałem jeszcze zbyt wiele, bo z samego rana miałem spotkania w oddalonym o 80km miasteczku Sainte-Adèle (gdzie zabrano mnie do fantastycznej lokalnej restauracji), ale przed chwilą wybrałem się na wieczorny spacer do historycznej dzielnicy. wszystko wspaniale odnowione i klimatycznie podświetlone. brukowane uliczki, mnóstwo kafejek i ten cudowny spokój wszędzie dookoła.. jest piątek, ale ruch niewielki, mało młodzieży, pewnie bawi się w innej części miasta. wszędzie na ziemi złote liście klonowe -- symbol Kanady. jest zimno, zmarzłem strasznie, szczególnie że kilka dni temu miałem 30 stopni więcej..

Quebec jest historyczną prowincją, w której od zawsze panowali Francuzi. począwszy od pierwszych europejskich osadników, język francuski był zawsze językiem urzędowym. dzisiaj miałem tego przykład -- wielu Kanadyjczyków słabo mówi po angielsku, albo nie mówią w tym języku wcale. znaki drogowe, informacje na ulicach, reklamy -- wszystko po francuskiemu. standard życia bardzo wysoki, podobnie jak w po drugiej stronie kontynentu w Stanach: świetne drogi, wypasione samochody, ludzie zadowoleni z życia. podobno mieszka tu sporo imigrantów, dużo Arabów. jutro zobaczę więcej, mam zamiar poszwendać się mniejszymi uliczkami, ma być fajna pogoda..










09

lis
2009

Meksyk cz. IX -- Tulum

kategoria: podróże, link bezpośredni

Tulum, 22:38

Tulum to nie tylko palmy i hamaki. oprócz niewielkiego położonego ok 4km od plaży miasteczka są tu również bardzo znane ruiny prekolumbijskiej osady Majów. postanowiliśmy, że mamy już trochę dość tych wszystkich kup kamieni (a przecież jeszcze wybieramy się do Gwatemali zobaczyć Tikal) i że ruiny Tulum będą ostatnimi z meksykańskich miast Majów, które zobaczymy, szczególnie że nasza samotnia jest oddalona od nich o zaledwie dwa kilometry i drogę można pokonać idąc wzdłuż piaszczystej plaży. ruiny Tulum (co w języku Maja oznacza płot lub mur) to jedyne położone tak blisko wybrzeża miasto, które swego czasu pełniło rolę ważnego portu przyjmującego towary płynące ze wszystkich stron dzisiejszej Ameryki Środkowej. gród na 12-metrowej skale pojawił się po raz pierwszy w dzienniku pokładowym hiszpańskiego konkwistadora Juana Diaza w 1518 roku, jednak Europejczycy nie zdecydowali się tu zakotwiczyć. pierwszy kontakt przybyszów ograniczył się więc do minięcia miasta, które zgodnie z biegiem historii Majów zostało w pewnym momencie XVI wieku opuszczone. dzisiejsze ruiny utrzymane są w bardzo dobrym stanie i są jedną z głównych atrakcji turystycznych Jukatanu..

wyjątkowe dbanie o szczegóły to nie tylko świetnie utrzymane ruiny miasta Majów. to ścieżki, opisy i trawa przycięta równo niczym na polu golfowym. wszędzie dookoła kręcą się ogromne iguany, spokojnie i wytrwale szukając cienia przed lejącym się z nieba żarem. szczególne wrażenie robią masywne mury oddzielające miasto od morza i niewielka wolna przestrzeń, która prawdopodobnie służyła do cumowania statków przy plaży. super atrakcją jest tu również drewniane zejście z wysokiego klifu na piaszczystą plażę i możliwość wskoczenia do lazurowej wody. z czegoś podobnego korzystaliśmy w Chorwacji zwiedzając Dubrownik -- w pewnym miejscu miejskich murów znajdowało się przejście na skały skąd można było skoczyć do morza. zajebista sprawa..









10

lis
2009

wyboista droga z Meksyku do Belize..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Caye Caulker, 00:28

trochę posiedzieliśmy pod palmami, ale czas ruszyć w drogę na południe. w Tulum łapiemy autobus do meksykańskiego miasta Chetumal położonego przy samej granicy z Belize. podobnie jak z Cancun, tu również jedziemy jedynym słusznym w Meksyku środkiem transportu -- klimatyzowanymi autobusami linii ADO, koszt: 164 peso/osoba. taksówki grupowe (colectivos) nie jeżdżą tak daleko. podróż trwa niecałe 4 godziny, a dookoła tylko dżungla -- problemem podróżowania w Ameryce Centralnej, o czym wkrótce mieliśmy się dobitnie przekonać, jest maniakalne wręcz wykorzystanie drogowych zwalniaczy, tzw leżących policjantów. gorące głowy latynoskich kierowców są więc studzone nieraz co 50 metrów, a zwalniacze nie przybierają tak delikatnej formy jak u nas w dzielnicach sypialnych -- są 5 razy wyższe i 20 razy dłuższe. zdarza się, że tego typu ograniczenie jest jednocześnie przejściem dla pieszych (musi więc być odpowiednio szerokie). tego typu huśtawka -- przyspieszenie, hamowanie, w górę i w dół na początku może być wesołe, ale nieprzystosowane zawieszenia samochodów/vanów/busów kiepsko sobie z tym radzą, a człowiek wysiada po kilkudziesięciu kilometrach. spowalniacze czasami znajdują się w totalnie abstrakcyjnych miejscach -- pośrodku niczego, nakazując zwalniać i porozglądać trochę po dżungli lub wysokich na półtora metra trawach..

w autobusach puszcza się filmy, niestety zawsze z dubbingiem hiszpańskim. warto również zabrać ze sobą cieplejszą bluzę, bo po pewnym czasie, mimo że na zewnątrz 35 stopni, w środku tworzy się lodówka. autobus staje co jakiś czas, a na przystankach miejscowe meksykanki sprzedają home made żarcie. w Chetumal mamy szczęście -- autobus do Belize City ma odjechać za 10 minut. szybko więc kupujemy bilety (ok 10USD za osobę płacone w peso, lub w dolarach amerykańskich lub belizeńskich, wszystko jedno) i za chwilę wskakujemy do nowego pojazdu linii Premier Lines, którego cel podróży ręcznie wypisany jest farbą na drewnianej tabliczce za szybą autobusu. następuje tu zmiana na jaką liczyłem: przenosimy się do wczesnych lat siedemdziesiątych. autobus jedzie, ale średnio mu to wychodzi. w środku wszystkie odmiany człowieka: od białych po hebanowoczarnych, od starych po dzieciaki. większość jedzie obładowana tobołami -- dopiero na granicy dowiedzieliśmy się, że różnice w cenach są tak duże, że Belizeńczycy jeżdżą sobie na zakupy do sąsiedniego państwa, coś w stylu naszych wycieczek na Słowację w latach dziewięćdziesiątych..

na granicy duża kolejka -- każą nam wyjść z autobusu z wszystkim co mamy i na nogach dojść na punkt graniczny. trzepią równo wszystkich miejscowych, a nas traktują lekko z przymrużeniem oka. informują o cle wyjazdowym i zabierają mi melona -- wwóz świeżych owoców do królewskiego Belize jest niedopuszczalny, zły byłem strasznie. cała operacja graniczna trwa dobrą godzinę, a gdy wszyscy ponownie pakują się do pojazdu możemy ruszać dalej. bus wlecze się niemiłosiernie. w międzyczasie zachodzi słońce (o tej porze roku na Karaibach ciemno jest już ok 17-stej) i oprócz wstrząsów niewiele wynosimy z podróży. co jakiś czas mijamy niewielkie wioski i w oczy rzuca się jedno: drzwi większości domków z tektury są pootwierane, tak że widać wszystko co dzieje się wewnątrz. ktoś ogląda telewizor, ktoś inny się przytula, ale większość i tak siedzi na dworze. światła spotyka się rzadko, a jeśli już to są one punktowe, tak że jedziemy od jednej do drugiej oświetlonej wysepki. w miasteczku Orange Walk wysiada spora grupa miejscowych -- planowałem nawet zatrzymać się tu na wypadek, gdyby nie udało nam się złapać niczego jadącego do Belize City, ale po tym co zobaczyłem byłem wdzięczny, że mieliśmy bezpośredni transport. nie ma tu niczego ciekawego (oprócz cukrowni i wytwórni alkoholi), a krajobraz tak jak poprzednio składa się z drewniano-papierowych, wściekle kolorowych domków na palach i czarnych podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. w naszym busie oprócz nas i pary młodych Amerykanów jadą sami miejscowi.. w końcu, po kolejnych 4 godzinach dojeżdżamy do Belize City..