Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2008:

03

sty
2008

noworoczne planowanie..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 12.13

10 dni w Polsce wpłynęło na mnie pozytywnie, pozwoliło trochę zwolnić i poczuć ciepło rodzinnego mieszkania. wystarczyła jednak szybka lustracja, co też porabiają moi internetowi znajomi podróżnicy i już odechciało mi się ciepła domowego ogniska.. Karol w Wenezueli, Kamila na Tajwanie, a Bart właśnie wrócił z Indii. jakby tego było mało, koleżanka mojej mamy pokazała mi witrynę swoich znajomych -- Dominiki i Tomka z Zabrza (podroznicy.com.pl), którzy od pół roku objeżdżają świat. no i szlag mnie trafił, że ja siedzę w tej niekumatej Anglii i tracę swój cenny czas na korporacyjne dziwactwa, z których nic dobrego nie wynika. wychodzi na to, że potrzebowałem 3 lat na zrozumienie, że biurko nie jest optymalnym dla mnie rozwiązaniem..

zgodnie z poczynionym kilka lat temu postanowieniem (przynajmniej jeden, a najlepiej dwa nowe kraje odwiedzone podczas danego roku), zaczynam myśleć o tegorocznych wyprawach. za kilka dni przylatuje Agata, więc dokładne planowanie przeznaczam na długie styczniowo-lutowe wieczory. już teraz jednak, w mojej głowie kiełkuje kilka pomysłów: prawdziwym MUST BE tego roku jest czerwcowa wycieczka w Alpy, a dokładniej do Austrii, gdzie nasi kopacze zagrają w ME. planujemy z Miśkiem odwiedzenie Klagenfurtu i Wiednia, a tydzień powinien na to wystarczyć. we wrześniu chcielibyśmy odwiedzić europejskie południe, ale niepełne dwa tygodnie starczą zapewne tylko na Chorwację i kawałek Czarnogóry. na bałkańską podróż reflektują nasi słowaccy przyjaciele z Bratysławy (Lukas i Lidia), więc być może zgarniemy ich po drodze.. w Chorwacji jeszcze nas nie było, a podobno pięknie i niezbyt drogo.. wypada również skorzystać z tanich jak brytyjska wędlina biletów lotniczych, więc szykuje się weekendowy wypad do jakiegoś większego miasta. myślę o Barcelonie lub Madrycie, choć kto wie, czy nie poniesie nas do Edynburga lub Dublina. zeszłoroczne plany zrealizowaliśmy w stu procentach, wypada mieć nadzieję, że rok 2008 będzie pod tym względem podobny.

07

sty
2008

z archiwum: Tomasz z Brzezinki, czyli Miśka subiektywne opisanie..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 18.46

przeglądając archiwum mojej strony z czasów zamierzchłych (tekstów tych nie ma dzisiaj na tomxx.net, były dostępne pod adresem tomxx.ux.pl) wyłowiłem kilka perełek. z czasem będę je wrzucał tutaj, aby kompletnie nie przepadły w kilobajtach zapomnianych danych. zacznę od dość subiektywnego i przekolorowanego tekstu, jaki powstał w roku 2003, a pojawił się w dziale 'friends' (kto pamięta? tam opisywałem moich bliskich płci obojga) 18 stycznia 2004. tekst opisuje mojego przyjaciela Miśka, a wrzucam go apropos jednej z wcześniejszych notek podsumowujących jego ślub z Olą.. dzisiaj brzmi to cukierkowo i pseudo heroicznie, ale wtedy tak sprawy widziałem.. i jakby przewidziałem jego ścieżkę zagranicznej kariery..

POZNANIE :: gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w roku '95, nie przejawiał większej inicjatywy na ingerowanie w czyjś świat, nie wyglądał na takiego, który potrzebuje kogoś do życia. było to w 1. klasie liceum, przez które wspólnie przebrnęliśmy. trochę sie bałem, że trafiłem na jakiegoś kaznodzieję, który minął się z powołaniem. dzisiaj, gdy kończymy wspólne studia, Tomek jest osobą, z której przyjaźni po prostu nie da sie zrezygnować... przez te 9 lat przeszedł znaczną metamorfozę: z niewinnego, lekko wystraszonego dziecka wyrósł na niesamowicie silny i ambitny charakter, z którym każdy zdoła nawiązać nić porozumienia.

SUBIEKTYWNIE :: Misiek (ksywka jeszcze z czasów lo -- od miśkowatej budowy) jest osobą bardzo ostrożną w osądach. charakteryzuje się ścisłą logiką, potrafi słuchać. on rzeczywiście słucha, nie udaje... gdy się uczy, łatwo chłonie wiedzę. gdy gra w kosza, jest nie do powstrzymania. gdy tłumaczy, słucham, jak objaśnia. i mimo swojej wiedzy, mimo zdolności, mimo dwóch dziennych fakultetów, nie emanuje postawą 'szefa', nie wysyła żadnych niepokojących sygnałów. niesamowicie skromny, cichy, o niskim głosie, wolno cedzący słowa. taki pożądany charakter, który jak już poda dłoń to nie da się wciągnąć, tylko będzie wyciągał. gdy się zwrócę, wiem, że wysłucha. czasem coś podpowie. do tego kibic sportowy, i na Górnika czasem jeździ -- rozumiemy się bez słów...:)


czy dzisiaj bym coś zmienił w tym opisie? oczywiście. ale niestety tak wylewnym już dzisiaj nie jestem..

09

sty
2008

feel

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.21

podchodzi do mnie Allan, Brytyjczyk współpracujący z polskimi tłoczniami płyt kompaktowych i pokazuje płytę zespołu Feel, którą od kogoś dostał.. to jest fajne!, mówi i próbuje przeczytać pierwsze dwa tytuły z okładki. to pierwsze polskie utwory, jakie słyszałem i odtąd bez przerwy grają mi w samochodzie.. jak mu powiedziałem, że to chłopaki z Katowitzów to się ucieszył, bo on w Polsce oprócz Wawy i Krk zna tylko prześliczną stolicę Górnego Śląska..

Ale Allan to jednostka -- tutaj nikt nie zna niczego polskiego. no może tylko death metalowcy słuchają Vadera..

14

sty
2008

fenomen nasza-klasa.pl

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 22.55

'nasza klasa', czyli nasza-klasa.pl bije rekordy. mimo przenosin na najszybsze polskie serwery (w Poznaniu, te same, na których leżą pliki allegro.pl) serwer wciąż muli, a czasem mamy nawet szansę zobaczyć niepowtarzalnego pana Gąbkę. miliony odwiedzin dziennie, niesamowity przyrost zarejestrowanych użytkowników (mówi się o 30 tys. dziennie), miliony złotych zarobku dla twórców. każda wzmianka o portalu przyciąga internautów, a administratorzy firmowych sieci zaczęli już masowo blokować dostęp do portalu, bo zaaferowani starymi znajomościami Polacy grupowo przestali pracować. w telewizorni mówią o Naszej Klasie, w radiu mówią o Naszej Klasie, a w prasie dla odmiany piszą o .. Naszej Klasie. wydaje się, że przyszłość naszego narodu zależy od prędkości porannego otwierania się witryn serwisu. znalazłem kiedyś na dużym portalu informacyjnym komentarz (zupełnie nie związany z omawianym tematem): 'mam 30 lat i tylko 33 znajomych na Naszej Klasie. czy to znaczy, że przegrałem życie?'. łatwo przewidzieć, jaką odpowiedź dostał pytający od przyjaznych rodaków. Nasza Klasa to hicior, a kogo nie ma w serwisie, ten podobno nie jest trendy.. znam jednak ludzi, którzy owe 'dodawanie się do kontaktów' traktują jako zło konieczne -- w sumie racja, w kontaktach powinniśmy mieć ludzi, z którymi kiedyś spędzaliśmy dłuuugie godziny na nudnych lekcjach historii czy przydługich dziełach Mickiewicza. a nie wszystkich, jak leci, bo kiedyś się widzieliśmy na ulicy. jeden mój dobry kolega (tzn on twierdzi czasem, że dobry, czasem, że niezbyt) otwarcie pisze do byłych znajomych: 'dlaczego chcesz mnie dodać do swoich kontaktów? przez tyle lat nawet słowem się do mnie nie odezwałeś, nawet nie zapytałeś co porabiam, a teraz chcesz, żebym był twoim kolegą? wybacz, ale ja nie chcę mieć takich kolegów.' i odrzuca zaproszenie. i to ta druga strona medalu -- czasem przez lata nie chce nam się nawiązać z dawnymi przyjaciółmi kontaktu i jeden klik w naszej-klasie tego życiowego podejścia nie zmieni..

23

sty
2008

drewniany ładunek na plaży w Brighton

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15.12

co jakiś czas na morskich i oceanicznych wodach zdarzają się katastrofy. niedawno przeżywaliśmy 15-stą rocznicę zatonięcia promu Jan Heweliusz -- katastrofa płynącego do Ystad promu, wskutek czego śmierć poniosło łącznie 55 pasażerów i członków załogi, to jak do tej pory największa polska tragedia morska. nie tak dawno, bo w styczniu 2007, głośna była sprawa brytyjskiego kontenerowca MSC Napoli, który płynąc z Belgii do Portugalii został uszkodzony przez huragan Kyrill. ogromny statek został porzucony przez swoją załogę, a świat z uwagą i pewnym niepokojem śledził dalsze losy porzuconej jednostki. przypominał mi się film Statek Widmo, tyle, że w rzeczywistości dramatyczne wydarzenia wypełnione były wstawkami humorystycznymi.. otóż na skutek przechylenia Kanał La Manche wzbogacił się o setki ton przewożonych przez statek materiałów, począwszy od pieluch, na motorach BMW kończąc. Brytole penetrowali plaże, bo nigdy nie było wiadomo, co też im dzisiaj morze ześle. BBC pisało o pewnej Szwedce, której szabrownicy zawinęli cały jej majątek, który jakimś cudem nienaruszony dopłynął do brzegu Kornwalii.. Parę dni temu na Kanale zatonął kolejny statek. tym razem był to transportowy okręt Ice Prince płynący pod banderą grecką i przewożący kilka tysięcy ton drewna. statek nadał sygnał SOS w nocy z wtorku na środę będąc ok 42 km od brzegów hrabstwa Dorset. członków załogi szybko uratowano, a statek po kilku godzinach zatonął. ponad 250 0 ton drewnianego ładunku znalazło się na wodach Kanału, by po kilku dni dotrzeć do południowych brzegów Wielkiej Brytanii. największe skupiska pięknie heblowanych desek znalazły się w okolicach miasteczka Worthing, ale i cała plaża w Brighton pokryta została ładunkiem. ludzie zaczęli podjeżdżać samochodami i pakować darmowy budulec. ktoś napisał kredą na chodniknie pozwalała na kradzież niczyjego towaru. w każdym razie warto się przejść na plażę, bo oprócz zdrowego powietrza można poczuć się jak w lesie -- piękny sosnowy umila plażowe przygody..

24

sty
2008

kilka słów o innych kulturach..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 10.39

kolega Jez z mojej firmy poleciał do Korei odwiedzić braci ze spółki-matki naszej korporacji. w Seulu chłopaki zabrali go na kolację do restauracji. oto co było daniem dnia: (tytuł filmu: Help, my dinner is moving!)



*****

utrzymujący porządek w naszej klatce kolo pochodzi z Zanzibaru. urodził się w Stone Town i chodził do jednej szkoły z Freddiem Mercurym, późniejszym liderem Queen. czasami rano sobie z nim rozmawiam, bo pogodny to osobnik. mówi z taką pasją, jakby również nad brytyjskim niebem każdego dnia świeciło słońce, jakby wszystko było na wyciągnięcie ręki. tym razem 10 minut rozmawialiśmy o łowieniu ryb, przez co zresztą spóźniłem się do pracy. nawijaliśmy o sposobach łowienia, miejscach, sprzęcie, godzinach 'brań', pływów wodnych i pozwoleniach. a po tym wszystkim on mówi: 'ale ja nie jadam ryb, ryby śmierdzą. łowię i wpuszczam z powrotem.'

*****

wczoraj w knajpie The Eagel przez cały wieczór leciała świetna, rockowo-celtycka muzyka. w końcu nie wytrzymałem i spytałem barmana, co to za kapela. The Waterboys, brzmiała odpowiedź. piękne, muszę się rozglądnąć za ich pełną płytą!

25

sty
2008

Sapkowkiego świat. również cyfrowy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 11.15

wyłowiłem kolejny tekst z archiwum. powstał mniej więcej w połowie 2003 roku i był wprowadzeniem do osobnego działu na stronie tomxx.ux.pl, który był poświęcony Andrzejowi Sapkowskiemu i stworzonemu przez niego świecie fantasy. przedstawiałem wówczas moje ulubione (w wyborze pomagała nieoceniona Wiewióra) fragmenty prozy AS z podziałem na konkretne pozycje książkowe. obecnie już tych fragmentów nie posiadam (prawdopodobnie kurzą się gdzieś w Gliwicach na płytkach CD), ale dość ciekawy tekst inicjacyjny przedstawiam poniżej.

Andrzej Sapkowski, z wykształcenia ekonomista, rozpoczynał swoją przygodę z literaturą w roku 1985, pisząc opowiadanie "Wiedźmin" w ramach konkursu literackiego miesięcznika "Fantastyka". a później była całość, którą spinają ramy kilku zdań. w roku '85:

"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę."

...by po kilku tysiącach stron dodać w roku '01:

"Jechali wprost w zachodzące słońce. Za nimi zostawała ciemniejąca dolina. Za nimi było jezioro, jezioro zaczarowane, jezioro niebieskie i gładkie jak oszlifowany szafir. Za nimi zostawały głazy na jeziornym brzegu. Sosny na zboczach.
To było za nimi.
A przed nimi było wszystko."

moja fascynacja literaturą Sapka wynika z kilku elementarnych przyczyn. po pierwsze, dość głębokie zainteresowanie średniowieczem. fascynowały mnie te dawno minione, zapomniane Wieki Mroczne, świat zamczysk, klasztorów i traktów, na których napotkać można było błędnego rycerza, wędrownego mnicha lub zakochanego trubadura. po drugie klimat stworzonego świata, jego złożoność, moim zdaniem sprawniejsza niż u Tolkiena. po trzecie polskość wypowiedzi, za to że marszałek podczas bitwy wypowiada się normalnie, prawdziwie ('nie ma już którędy spierdalać'), a po wszystkie następne, zgodnie ze zdaniem Polityki, ponieważ 'Sapkowski ma fenomenalny dar narracji, wymyślania sensacyjnych wydarzeń, tworzenia sugestywnego nastroju, stopniowania napięcia. z woli Sapka w ów świat pełen potworów i bujnych charakterów, skomplikowanych intryg i eksplodujących namiętności wnosi Geralt nasze problemy, mitologie i nowoczesny punkt widzenia.'

...i oczywiście pewien sentyment do przerabianych niejednokrotnie scen. uwielbiam wszystkie sceny szkolenia Ciri w Kaer Morhen, zachwycam się scenami strategii, rokowaniami królów. podziwiam Emhyra, bitwę pod Brenną, rebelię na Thanedd. fascynuje mnie chrzest ognia, rozbraja Bonhart. rozśmiesza dyskusja o chędożeniu Ciri z Yarpenem, wszystkie sceny z krasnoludami w roli głównej, szczególnie krasnoludzki Gwint, dzienniki Jaskra na temat członków drużyny Wiedźmina... filozoficzne wykłady wampira. I Angouleme, mówiąca Geraltowi, że umie być wdzięczna. I Bitwa o Most, i Yennefer, i jak Ciri uciekła do Wieży Jaskółki. I jak Milva sprała pasem Geralta i Cahira. I papuga krasnoluda oraz jej donośne 'O rrrwa mać'! no przecież nie będę tu wszystkich opowiadań i pięciu tomów Sagi streszczał!


taaaak, tak było kiedyś. na szczęście własne egzemplarze wszystkich dzieł tego pana pozwalają mi sięgnąć po tę mega prozę w dowolnym niemal momencie. i tylko co jakiś czas chwalimy się wzajemnie z Wiewiórą, że chyba wkrótce znowu sobię tę sagę przeczytamy. a ileż to już razy przeszedłem przez całość? chyba 3 (bądź 4, nie pamietam) razy przeczytałem całą sagę i ok 7-8 razy wszystkie opowiadania. tu zaletą jest ludzka pamięć, która w moim przypadku jest nader zawodna, jeśli chodzi o literaturę. i dobrze, dostaję od życia więcej..

no ale dlaczego o tym piszę? otóż od kilku tygodni męczę grę Wiedźmin autorstwa warszawskiego studia CD Projekt RED. to największy w historii naszego kraju projekt gry komputerowej, którego budżet zamknięto kwotą .. 20 mln złotych. jest to kwota o jakiej pomarzyć może wielu producentów filmowych.. pieniądze wykorzystano rzeczywiście dobrze, bo Wiedźmin jest grą świetną. dopracowany, z urzekającą średniowieczną grafiką, zawiłą szpiegowską fabułą, klimatyczną muzyką i ciekawymi wstawkami filmowymi. intro stworzył sam Tomasz Bagiński nominowany w 2003 roku do Oscara za krótkometrażowy film animowany 'Katedra'. przy pracach brano pod uwagę opinie Sapkowskiego i trzeba powiedzieć, że zarówno klimat, humor oraz filozoficzne podejście do życia udało się autorom gry odzwierciedlić. gra osadzona jest w stereotypowo polskim średniowieczu i, co ciekawe, był to jeden z nielicznych zarzutów, gdy grę pokazano na targach w Lipsku w zeszłym roku. dla nas, fanów prozy AS, to oczywiście duży plus. można się przyczepić do rozwiązania w produkcie kilku mniej ważnych kwestii (nocne rabowanie chałup przy śpiących obok gospodarzach, brak uczucia głodu, czy pragnienia) jednak, szczerze przyznając, Wiedźmin to gra wybitna, której po kilku latach od kiczowatego filmu i dennego serialu, udało się ocalić honor polskiego twórcy..

28

sty
2008

Magda na Fitz Roy!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 12.57

moja koleżanka z czasów wspólnej pracy w redakcji Helionu uderzyła wysoko. naprawdę wysoko: na 3375 metrów. właśnie się dowiedziałem, że wraz z dwoma kolegami z Gliwickiego Klubu Wysokogórskiego zdobyła położony na granicy Argentyny i Chile szczyt Fitz Roy, zwany także Cerro Chaltén. gratulacje Magda! pełny zapis wyprawy możecie śledzić na blogu Wojtasa na stronie http://argentina2008.blox.pl/html. kilka niesamowitych zdjęć ze szczytu dostępnych jest tutaj. było ciężko, zresztą sami poczytajcie:

Słowo stało się Ciałem, Wallenrod-Belvederem, a Ekipa spod znaku "Budman-Manko Stubai KW Gliwice" stanęł 25 kwietnia o godzinie 16 na szczycie Fitz Roya, od wyjścia z Passo Superior do powrotu na Passo akcja zajęła nam 51,5h, po drodze bivak na półce skalnej, łącznie 30 wyciągów trochę ponad 1000m wspinania, Polacy po raz 5 w historii stanęli na szczycie jednej z najbardziej znanych i trudniejszych gór świata.

30

sty
2008

Austin, Hawaje i równy Angol..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 12.00

wczoraj w pubie Caxton Arms żegnaliśmy Roberta. jeden z najrówniejszych firmowych Brytoli przenosi się za Wodę do NCsoft Austin w stanie Teksas. to ściśle współpracujący z nami oddział korporacji, który powstał przed laty z inicjatywy Richarda Garriotta -- legendy gier komputerowych, twórcy m.in Ultimy. głównym powodem przenosin Roberta jest jego dziewczyna, Amerykanka. właściwie pół-Amerykanka, bo kobita pochodzi z Hawajów -- wysp okupowanych przez lata przez USA, a obecnie będących jednym ze stanów tego supermocarstwa. żeby było śmieszniej, poznali się w Japonii. historia fajna, ale nasza opowieść o tym, jak dwoje studentów z Gliwic poznało się kilka tysięcy kilometrów od domu -- w niewielkiej dziurze w stanie Delaware w hameryce, brzmi jeszcze bardziej sensacyjnie. Rob w każdym razie planuje osiąść na Hawajach, więc mamy zaklepany kolejny przystanek na naszej przyszłościowej trasie round the world..

11

lut
2008

pierwszy brajtonowy photo crawling..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 15.51

wiosna w Anglii! słonko świeci i piękne kolory budzących się do życia kwiatów.. będąc mądrzejszym niż w roku poprzednim ubieram się ciepło, choć w sobotni poranek ujrzeliśmy z Agatą dzieciaka rozebranego do połowy! zupełnie bez niczego -- w pierwszej połowie lutego.. no ale do rzeczy: w sobotę rozpoczęliśmy nowy projekt, zwany pełzaniem z aparatami. photo crawling jest już niezwykle popularny na całym świecie, głównie z powodu faktu, że .. zawsze się udaje. grupa zapaleńców szlaja się po danym obszarze, a poprzez różnospojrzeniowe pomysły na tematy ujęć nakręcają się wszyscy. generalnie chodzi o to, aby iść w danym kierunku, obserwować, śmiać się i pstrykać.. pod koniec dnia zbiera się z tego dość ciekawa i co najważniejsze, zróżnicowana galeria. coś podobnego zrobiliśmy w Lizbonie z bractwem z portalu Trekearth.com, tym razem postanowiliśmy rozkręcić trochę ludzi z naszej firmy. z Agatą było nas tylko czworo, ale to dopiero początek projektu. Marek założył osobnego bloga: http://photocrawl.blogspot.com/, gdzie z jednego wyjścia mamy zamiar umieszczać po 10 najlepszych zdjęć danej osoby. mam nadzieję, że sprawa się pomyślnie rozwinie, bo wkrótce mamy zamiar przekonać kilka innych osób z NCsoftu i okolic.. po drodze spotkaliśmy inną grupę fotografów -- oni z kolei skupiają się wokół portalu www.ephotozine.com. trochę porozmawialiśmy doceniając atrakcje fotograficzne Brajtonowa.. kilka ujęć z crawlingu dostępnych jest już w lutowym fotoblogu.

20

lut
2008

Jeff Strain

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 10.27

był sierpień 1998 roku. mimo iż nie miałem jeszcze komputera PC (jako posiadacz i wielbiciel Amigi chwaliłem jej niezrównane możliwości) zdobyłem na własność swoje dwie pierwsze gry: Age of Empires i Diablo. wersje pirackie oczywiście, na szybko nagrywane przez kolegę kuzyna w Niemczech, co kosztowało mnie 10 marek za płytkę. te dwa produkty na długo ukształtowały moje gusta: AoE (i kolejne części) było najlepszą w historii strategią czasu rzeczywistego, a Diablo jednym z pierwszych tak udanych produktów z gatunku gier fabularnych. cóż, ściśle mówiąc, Diablo nie było typowym RPGiem, a klasyczną łupanką typu hack and slash -- mimo wszystko grało się w to wspaniale. klimat gry, grafika, dźwięki..

8 lat później poznałem Jeffa Straina. Jeff był jednym z programistów gry Diablo i walnie przyczynił się do rozwoju innych produktów potężnego Blizzard Entertainment. oprócz Diablo pracował nad Starcraftem oraz serią Warcraft (w tym hitowym World of Warcraft). po opuszczeniu Blizzarda w 2000 roku, wraz z Mikem O'Brienem i Patrickiem Wyattem założył spółkę ArenaNet (nawiązanie do wcześniejszego pomysłu BattleNet), a ich pierwszym hitem był Guild Wars. Jeff przebywa u nas w Brighton na kilkudniowych warsztatach. uśmiechnięty, otwarty i .. wciąż normalny. kto by przypuszczał 10 lat temu, że spotkam kolesia osobiście..

22

lut
2008

tekst cudzy: tacy byliśmy -- dzieciństwo w latach.. - autor nieznany

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.33

poniżej cudzy tekst z oryginalnej prezentacji (krążąca obecnie w Sieci jest jej kopią ze zmienionymi latami na osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte), która świetnie wpasowuje się w nasz okres dorastania, bo .. mówi o nas całą prawdę i przypomina nasze najlepsze lata.. przeczytajcie, koniecznie przy dźwiękach utworu Eldo 'Dzieciństwo':

'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..

..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!

Czyż nie ?'

piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)

26

lut
2008

Agatka w Miller-Bourne!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.37

Słońce oświetla Brighton od 15 stycznia -- wtedy to dołączyła do mnie Agatka i mieszkamy sobie razem. z początku leniwie, później z dużym rozmachem zaczęliśmy się rozglądać za jakąś ciekawą posadą architekta i .. udało się! pochodzący z dalekiego wschodniego kraju zdolny blond umysł zapragnęła mieć u siebie pracownia Miller-Bourne. chłopaki rozpoczęli działalność jeszcze w latach '50-tych, a dzisiaj skupiają się głównie na architekturze budynków publicznych (ratusze, szpitale, centra handlowe i biznesowe), ośrodków edukacyjnych, centrów sportowych i zabudowy mieszkaniowej. lokalizacja również dość ciekawa, bo prawie na plaży..

jestem z Ciebie dumny, Mała :)

4.

mar
008;

Wielkie Derby Śląska, czyli ja, my mogymy..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 7.15

przylot: ubrani w koszulki Górnika spacerujemy po lotnisku London Gatwick. dookoła pełno fanów Arsenalu wracających do domu po swoim meczu z Aston Villą. po jakimś czasie podchodzi do nas inny kibic Górnika, który też leci na derby. witamy się, a on pyta: czy my się już kiedyś nie poznaliśmy? w Lizbonie, podczas meczu Polaków z Portugalią? niesamowite, rozmawiałem z kolesiem 3 minuty (był jedynym Żabolem w grupie 22 fanów płockiej Petry), a on poznaje mnie pół roku później. lot przebiega miło, czas upływa na dyskusjach o sprawach piłkarsko-kibicowskich, aż wlatujemy w objęcia orkana Emma i .. zaczyna nami trząść. może nie było tak źle jak w samolocie Lufthansy lądującym na lotnisku w Hamburgu, ale my także kilka razy znaleźliśmy się w stanie przeciążenia. przy podchodzeniu do lądowania w Katowicach rzucało nami już tak poważnie, że nikomu nie było do śmiechu -- wszyscy zamilkli, ciszę przerywał tylko płacz dzieci z przedniej części kabiny, a dookoła wymiotowali ludzie. po dobry lądowaniu kabina zatrzęsła się od oklasków uradowanych pasażerów..

mecz: sportowo do bani. chorzowscy byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 3-2. przegraliśmy, ale na tym świat się nie kończy. kibicowsko -- światowa pierwsza liga. na sektorach 21-29 zasiadło tego dnia aż 15 tys kibiców Górnika. na naszych sektorach byli zarówno młodzi gniewni, jak i ludzie starsi, małżeństwa, dzieci. słowem: cały przekrój społeczeństwa, a wszyscy w jednolitych trójkolorowych czapeczkach. doping bardzo dobry w pierwszej połowie, w drugiej, z uwagi na wynik i fatalną pogodę, nieco gorszy. jeszcze dzisiaj przechodzą mnie ciarki, gdy przypomnę sobie 15 tys skaczących głów w rytm piosenki: 'zagraj zagraj jak za dawnych lat..' oprócz pogody tego dnia udało się wszystko: były emocje, był b. dobry pojedynek sportowy, było bezpiecznie, było efektownie.. 41 tysięcy nie przyszło na mecz ligowy od ćwierćwiecza, a my pokazaliśmy, że polska piłka ma się coraz lepiej i że należy ludziom dać szansę. a już na pewno należy dać szansę Śląskowi i dopuścić Stadion Śląski do organizacji EURO 2012. swoją drogą, wygląda to jak zapowiedź wspaniałej przyszłości: poczekajmy tylko aż powstaną nowe stadiony i aż ludzie zrozumieją, że na naszych stadionach nie jest niebezpiecznie..

powrót: smutny, bo czego można się spodziewać po przegranym meczu. Katowice zalała trójkolorowa rzeka kibiców, czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w życiu. powrót fatalny i źle zorganizowany. przemoknięci i zmarznięci czekamy na peronie w Załężu ponad półtorej godziny, a po nieudanych poszukiwaniach taksówki wreszcie pakujemy się do drugiego podstawionego pociągu. w samolocie powrotnym do UK spotykamy kilku Żaboli, a jeszcze na lotnisku w Pyrzowicach jestem świadkiem ciekawej sceny, kiedy to kibic Górnika w szaliku na szyi rozmawia o meczu z kibicem Ruchu, również z szalikiem swojej drużyny. i niech ta scena będzie podsumowaniem tego niecodziennego, ale jakże pięknego wydarzenia sportowego..

ps. tytuł notki zapożyczony od Pawła Czado. prowda, że fajny?

31

mar
2008

St. Patrick day w Londynie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.17

jeszcze przed świętami Wielkiej Nocy udało nam się odwiedzić Londyn by z bliska przyjrzeć się paradzie z okazji Dnia Św. Patryka. ów Św. Patryk (w lokalnych dialektach irlandzkich zwany również Pádraig Mac Calprainn, i Naomh Pádraig) żył sobie na terenach wczesnośredniowiecznej Brytanii jakieś 1600 lat temu, a wsławił się ewangelizacją północnej, środkowej i zachodniej części wyspy. był synem diakona i wnukiem kapłana, oczywistym więc było, że młody Patryk również zostanie duchownym (swoją drogą nikt wówczas nie starał się ukrywać faktu, że kapłani to zwykli ludzie i potomstwo mieć muszą). zjednoczył Irlandczyków, doprowadził do chrztu kraju (u nas dokonał tego Mieszko I kilkaset lat później) i częściowo to właśnie dzięki niemu dzisiejsza Ameryka mówi chrześcijańskim głosem.. jest również uważany za patrona fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz opiekuna zwierząt domowych, choć ja osobiście wątpię, aby miał czas i chęci zajmować się oraz dbać o zdrowie i ogólne powodzenie każdego z należących do tych grup -- no taki uniwersalny to on być nie może. no ale do rzeczy: parady odbywają się właściwie w całej Europie. oczywiście te największe wciąż mają miejsce na Zielonej Wyspie, jednak Irlandia jest tak lubianym krajem, a kultura celtycka zyskała taką popularność, że wszyscy chcą z niej mieć coś dla siebie. na paradę w Londynie wybraliśmy się z Marasem już w zeszłym roku, jednak ta odbywała się w niedzielę, a my dojechaliśmy tam w sobotę :P tym razem solidnie przemyśleliśmy z Agatą sprawę i wsiedliśmy do pociągu w odpowiednim dniu. zawiodła pogoda -- cały dzień lało, a jak nie lało to mżyło, a jak nie mżyło to kropiło. do tego było zimno, wietrznie i wcale nie wiosennie. parada oczywiście się odbyła i wypadła całkiem fajnie. jak przystało na dobrą paradę było wesoło, głośno i kolorowo. w wielokulturowej uroczystości wzięły udział amatorskie i zawodowe grupy folklorystyczne oraz orkiestry wielu krajów. przejeżdżające platformy wiozą tańczących ludzi, a także żonglerów, cyrkowców i różnej maści grajków. większość przyodziana na zielono, co symbolizuje koniczynę, tradycyjnie przypisywaną Św. Patrykowi. jedni jechali, inni jeździli dziwnymi środkami lokomocji, a jeszcze inni chodzili na szczudłach, rozrzucając dookoła wypracowane uśmiechy.. święto to związane jest przede wszystkim z serwowaniem tradycyjnego, irlandzkiego 'zielonego' piwa oraz pokazami irlandzkich tańców i muzyki. całość kończyła się na Trafalgar Square, gdzie do późna trwały koncerty i kabarety.. kilka zdjęć z parady znajdziecie w marcowym fotoblogu..

20

mar
2008

tomxx.net 3.0 on board

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 15.31

tomxx 3.0 załadowany. prostota wersji 2.0-2.2 była fajna, ale od pewnego czasu chciałem czegoś więcej. stąd dość ciężka wersja trzecia, bo mamy tu sporo grafiki (w tworzeniu której uczestniczyła Agata), klipy flashowe i, przede wszystkim, Google Maps. wykorzystywane w dziale 'podróże' mapy pozwalają idealnie zobrazować odbyte wycieczki, choć nad kilkoma państwami muszę jeszcze popracować. po raz pierwszy wykorzystałem Flasha w wersji 8, a tworzone dynamicznie zakładki w fotoblogu bazują na plikach XML. zrezygnowałem z opartego na JavaScripcie Lightbox'a na rzecz prostego, a równie efektownego, Slimbox'a. JS, z uwagi na Google Maps API jest zresztą wciąż bardzo dużo, a do tego standardowo: XHTML1.0, CSS 2.0, PHP w wersji 5 i MySQL, jako zbiornik danych. jako ukłon w stronę zewnętrznych czytników dodałem RSS feed.. w najbliższej przyszłości zamierzam wprowadzić delikatne elementy Ajaksa, przez co fotoblog stanie się bardziej dynamiczny..

oczywiście polecam jedyną słuszną przeglądarkę, a IE w różnych wersjach proponuję podarować swoim wrogom od zająca na święta. apropos świąt: miejcie je wesołe, ja zmykam do Polski. już po raz drugi w tym miesiącu :)

3.

kwi
008;

dream destination?

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 1.02

taki mały pomysł na dream destination w ten zimny brytyjski poranek: Lady Elliot island.. wyspa leży na Wielkiej Rafie Koralowej jakieś 85 km na północny wschód od Australii. zajmuje powierzchnię 40 ha i będąc resortem dla wybranych może być uznawana jako 'raj na ziemi'. właściwie nie tylko dla wybranych: na wyspę każdego dnia odlatują kursowe samoloty, a ceny też nie są wygórowane -- jedynie 230 dolarów australijskich za lot i tyle samo za dzień pobytu na wyspie. no.. ale na poczatek należy się znaleźć w Kraju Antypodów.. komercyjnie wyspa wykorzystywana jest już od 1805 roku, jednak udało się uchronić przyrodę od większych strat -- wciąż mają tam wielkie żółwie, walenie i masę ptactwa, choć trzeba powiedzieć, że wykoszony na jej środku pas startowy wygląda jak wjechanie buldożerem w dżunglę.. coś, może kiedyś..

15

kwi
2008

przez łąki przez pola, czyli pieszo do Alfriston..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.53

celem pierwszej tegorocznej wycieczki weekendowej było miasteczko Alfriston. tak wypadło w losowaniu, a ja żyję w zgodzie z naturą i losem, więc mimo że pogoda nie rozpieszczała, zebraliśmy się do drogi. Alfriston oddalony jest od Brighton zaledwie o 30 km, jednak dojazd nie jest sprawą prostą: kursowym autobusem linii Brighton&Hove buses dotarliśmy do Seaford, gdzie rozpoczynają się fantastyczne kredowe klify, a dalej musieliśmy kombinować. dwa razy dziennie odchodzi stąd minibus organizacji Cuckmere Community, my jednak trafiliśmy w lukę czasową i, nieco z przymusu, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na nogach. po raz kolejny okazało się jednak, że największą przyjemnością podróży jest samo jej odbywanie, a fizyczne dotarcie do celu. szlak do Alfriston wytyczony jest wśród malowniczych łąk regionu South Downs -- dookoła zieleń, pasące się zwierzęta i cudowne widoki pobliskich wzgórz. naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od samego morza, które w pełnej okazałości widoczne jest dopiero z odległości kilku kilometrów. w międzyczasie rozpogodziło się, co pozwoliło zrobić użytek z nowego obiektywu Agatki -- Sigmy 10-20mm oraz polaryzatora Hoyi i uzyskać ciekawe ciemnobłękitne niebo oraz białe chmury. idąc wzdłuż średnio ruchliwej drogi docieramy do miejsca widokowego, na którym William Rees Jefreys (pisarz i publicysta angielski) postanowił podzielić się ze światem swoimi odczuciami wystawiając mały pomnik przedstawiający różę wiatrów z kierunkami i odległościami okolicznych miejscowości. ze wzgórza rozciąga się fantastyczny widok na meandrującą Cuckmere River, która po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wpada do Kanału przy klifach Seven Sisters. stoję na wzgórzu, wiatr urywa głowę, a ja cierpliwie testuję nowy obiektyw, polaryzator i filtry połówkowe. od możliwości wyboru kadru kręci się w głowie (widok ok 270 stopni), ale szczególnie podoba mi się ujęcie, w którym łapię zarówno okalający wzgórze płotek, jak i stertę białych jak śnieg kamieni kredowych oraz samą rzekę i okoliczne pola.. o tym, że historia śmieje mi się w twarz dowiedziałem się dopiero później, w domu. otóż stałem 2 metry od Białego Konia z Littlington (Littlington White Horse), który w pełnej okazałości można podziwiać z doliny rzeki Cuckmere lub ze zdjęcia satelitarnego. kredowe dzieło powstało w 1924 roku, nie jest to więc megalityczna budowla minionej cywilizacji porównywana ze Stonehenge lub pobliskim Long Man of Wilmington, jednak wciąż robi wrażenie, głównie dlatego, że utrzymana jest w fantastycznym stanie..

wracamy na drogę. idziemy kilka kilometrów dochodząc wreszcie do Alfriston. na terenach dzisiejszej wioski (która wraz z pobliską mniejszą Litlington liczy zaledwie 769 osób) osady ludzkie istniały już w Neolicie -- końcowym okresie epoki kamienia. wioska rozkwitła w czasach Saksonów (miejsce to nazywano Aelfrictun) oraz w średniowieczu, kiedy odbywał się tu znany w regionie targ.. tak długa historia pozostawiła ślad w architekturze miasteczka: przez jego środek ciągnie się główna High Street, a na każdym kroku spotykamy tu kilkusetletnie budynki, kamienne kościoły i drewnianą anglosaską zabudowę. jednym z najważniejszych domów o budowie szachulcowej (ang. timber-framed house) jest gospoda Star Inn -- zbudowany w 1345 roku budynek był początkowo hostelem religijnym, a w XVI przemianowano go na gospodę, która w prawie niezmienionej formie istnieje do dzisiaj. historia Alfriston mówi również o gangu przemytniczym (ang. smuggling gang), który miał tu swoją kryjówkę, a którego pozostałością jest dzisiejszy pub Ye Olde Smugglers Inn. fenomenem tego miejsca jest również Market Cross, czyli wyjątkowy placyk miasteczek handlowych będący jednocześnie ich centralnym punktem oraz miejscem, w którym krzyżują się wszystkie najważniejsze drogi wioski. dookoła tego miejsca rozłożyły się pachnące smołowanym drewnem restauracyjki, kilkusetletnia apteka oraz miejscowa niewielka lodziarnia. nieopodal znajduje się chyba największa atrakcja miasteczka -- zbudowany w 1360 roku kościół poświęcony Św. Andrzejowi. z uwagi na swoją wielkość St.Andrew Church zwany jest potocznie Katedrą regionu South Downs. mieliśmy szczęście -- błękit nieba był oszałamiający i mogliśmy zrobić fajne fotki kościoła wraz z przyległym doń cmentarzem. przed kościołem rozciągają się rozległe zielone tereny, które również wywodzą się z czasów saksońskich, gdzie tego typu przestrzenie nazywane były The Tye. wydaje się dzisiaj, że miasteczko cierpi z powodu swojego piękna i długiej historii -- mieszkańcy mogą zapomnieć o spokoju, gdyż każdego dnia miejsce odwiedzane jest przez całe rzesze turystów, a my mieliśmy to (nie)szczęście, że zetknęliśmy się z 30-osobową grupą Francuzów, którzy na tak małym terenie zrobili niezłe zamieszanie.. miejscowi w każdym razie nie wydają się tym zmartwieni i można powiedzieć, że dzisiejsze piękno trwa właśnie dzięki pieniądzom odwiedzających Alfriston ludzi..

zewnętrzna galeria z wycieczki dostępna jest tutaj.

17

kwi
2008

w 30 sekund dookoła Alfriston

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.23

27

kwi
008;

Barcelona -- wrażenia i wiadomości ogólne..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 1.53

3 pełne dni, jakie spędziliśmy w Barcelonie, pokazały nam piękno stolicy Katalonii.. i choć miasto liczy 1,5 mln mieszkańców (a wraz z aglomeracją i rzeszami turystów liczba ta urasta do kilku milionów) to sprawia wrażenie fantastycznego miejsca do życia. są miejsca, jak Nowy Jork, Paryż, czy nawet Londyn, gdzie nie wyobrażam sobie siebie, gdzie tłumy, centra biznesowe i codzienna gorączka komunikacyjna skutecznie wybijają z mojej głowy najmniejszą nawet myśl o zmianie otoczenia. stolica Katalonii jest inna. i być może ma na to wpływ specyficzna kultura tego miejsca, śródziemnomorski klimat lub piękno architektury, mnogość zabytków i setki atrakcji turystycznych? a może po prostu świat docenia otwartość Barcelony oraz oferowaną przez nią symbiozę tradycji i nowoczesności? rzadko kiedy na tak niewielkim obszarze mamy do czynienia z udanym połączeniem gotyckiej zabudowy, zaskakujących budowli modernistycznych, cichych zaułków, zielonych palm, morza, gór i parków..

miasto położone jest nad wybrzeżem Morza Śródziemnego, pomiędzy wzgórzami Montjuic i Tibidado. i choć nie sposób nie zauważyć prężnie rozwijającego się dzisiaj życia, to jednak o historii Barcelony najlepiej świadczą jej dzielnice. większość z nich przez setki lat funkcjonowała jako osobne miejsca, zanim połączyło je dynamicznie rozwijające się miasto. klasycznym must be miasta jest dzielnica Barri Gotic. Dzielnicę Gotycką odrestaurowano w latach 20. XX wieku, a odnowione budynki z XII-XV wieku przypominają o wielkości średniowiecznej Barcelony. w rzeczywistości dzielnica jest o wiele starsza, o czym świadczą zabytki z czasów rzymskich, a w szczególności pierwsze mury miejskie z IV wieku. historia miasta sięga aż III wieku pne, kiedy to placówka była kolonią rzymską i prężnie rozwijającą się republiką kupiecką.. bliżej morza, niedaleko Dzielnicy Gotyckiej znajduje się Ribera -- w przeszłości siedziba kupców i rzemieślników. to właśnie tu królują wąskie uliczki i gotyckie kamienice, a całość wieńczy fantastyczny kościół Santa Maria del Mar. dalej na północ rozłożyła się Barceloneta, skąd kolejką linową można przedostać się na przeciwległe Montjuic. wzgórze to nazywane 'Wzgórzem Żydów' wznosi się na wysokość 173 metrów i zawiera mnóstwo atrakcji, z wybudowaną specjalnie na Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku wioską olimpijską, na czele. od pomnika Kolumba, aż do Placa de Catalunya rozciąga się mega-znana w świecie Rambla -- pasaż turystyczny, tętniący życiem, kolorami i zapachami o każdej porze dnia i nocy. w głębi lądu przez wiele kilometrów rozciąga się ulica Passeig de Gracia -- to właśnie tutaj znajdują się znane w świecie kamienice zaprojektowane przez Gaudiego: Casa Mila i Casa Batllo. nieopodal, idąc ulicą Diagonal na płn-wsch. docieramy do bodaj najbardziej znanego zabytku Barcelony, bazyliki Sagrada Familia. bazylika poświęcona Św. Józefowi i Św. Rodzinie w zamyśle Gaudiegi miała być ofiarą przebłagalną za materializm współczesnego świata. historia jej budowy trwa już 120 lat, a choć nadal wiele jest do zrobienia (dźwigi na górze, rusztowania wewnątrz) to budowla robi niesamowite wrażenie. wjeżdżamy nawet windą na jedną z wież, skąd rozciąga się widok na całe miasto. na dzień dzisiejszy podaje się, że budowa bazyliki zostanie ukończona w 2027 roku. mam nadzieję, że Agata napisze więcej o dziełach ambitnego architekta Gaudiego, bo jest ich tu znacznie więcej, a charakterystycznym przypadkiem jest zaprojektowany przez niego Park Guell -- miasto-ogród nigdy nie zostało jednak dokończone, choć dziś tłumy zwiedzających są pod wrażeniem bajkowego klimatu tego miejsca, schodków, altanek, baśniowych domków, mozaikowych ławek i porcelanowych wież.. Barcelonę zwiedziliśmy prawie w komplecie. prawie, bo oczywiście tego typu miasta można zwiedzać tygodniami, a nawet miesiącami. i zawsze pozostanie coś do odkrycia. stolica Katalonii jest miastem drogim -- ktoś wyliczył, że pod względem kosztów życia plasuje się B. na 31 miejscu na świecie. do mnie bardziej dociera, że za piwo na Rambli zapłaciłem 12 euro, a wejście do prawie każdego muzeum (czy wartego pokręcenia się po nim miejscu) warte jest min. 8 euro. ale i tak warto. wszystkie słyszane na ulicach języki świata (w tym niezwykle częsty polski :) są tego dobitnym przykładem! wkrótce więcej osobistych relacji z tego miejsca..

2.

maj
008;

z wizytą na Camp Nou -- katalońskiej arenie snów..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 7.47

był 8 sierpnia 1992 roku. kończą się Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, trwa finałowy mecz na stadionie Camp Nou w którym Hiszpanie walczą z Polską, okrzykniętą rewelacją tego turnieju. z jednej strony Abelardo, Guardiola, Alfonso, Luis Enrique i Kiko. z drugiej Wałdoch, Brzęczek, Juskowiak, Kowalczyk, Świerczewski, Koźmiński i Kłak. byłem dzieckiem, ale emocji, których wtedy doznałem (na przemian zdenerwowanie, radość i smutek) nie zapomnę nigdy. i ten niepowtarzalny głos komentatorów Dariusza Szpakowskiego i Andrzeja Zydorowicza. na początku Szpakowski przekonywał, że marzeniem każdego sportowca jest zdobycie medalu na olimpiadzie, a w końcówce I połowy na całe gardło wykrzyczał: Kowalczyyyk, Kowalczyk.. będzie gol i taaaaaaak!!! piękna sprawa, prowadzimy na Camp Nou jeden do zera! oto radość w polskich domach. teraz trzeba będzie to utrzymać, Hiszpanie natrą z furią.. i rzeczywiście natarli, choć Zydorowicz znalazł czas, żeby podzielić się z nami swoimi odkrywczyni racjami: wspaniała akcja świadcząca o dużym refleksie i dużych umiejętnościach technicznych Juskowiaka, który wykonał tak zwaną siatkę mówiąc językiem piłkarskim-bramkarskim. w drugiej połowie i on miał swoją chwilę podczas strzelenia przez nas wyrównującej bramki: nie ma spalonego, znakomita sytuacja, gooooool, dwa do dwóch, Ryszard Staniek. tak proszę państwa, jeszcze Polska nie zginęła, walczymy do końca.. aż ciężko uwierzyć, że od tego dnia minęło już ponad 15 lat.. moja przygoda z piłką i kibicowaniem dopiero się rozpoczynała -- kilka miesięcy wcześniej po raz pierwszy byłem na stadionie Górnika na meczu ze Stalą Mielec, kilka miesięcy później pojechałem na pamiętny mecz z Anglią na stadionie Śląskim w Chorzowie, gdzie kibice Lechii Gdańsk rzucali milicjantami..

po wielu latach odwiedziłem arenę finału z 1992 roku -- największy stadion w Europie, legendarną siedzibę potężnej FC Barcelony, dumy Katalonii. obiekt początkowo nazwano El Nou Estadi del Futbol Club Barcelona, jednak powszechniej zaczęto używać krótszego Camp Nou. budowa stadionu rozpoczęła się w marcu 1954 roku, a pierwszy oficjalny mecz rozegrano na nim 24 września 1957 roku, w którym Barca zagrała z ... Legią Warszawa. pierwszego, historycznego gola strzelił Paragwajczyk Eulogio Martinez.. pierwotnie trybuny mogły pomieścić 90 tys. widzów, jednak ich pojemność stale wzrastała, by w 1982 roku, specjalnie na rozgrywane w Hiszpanii Mistrzostwa Świata, mogła na nich zasiąść 120 000 kibiców. obecnie stadion może pomieścić 109 815 osób, jednak na mecze FIFA widownia ograniczona jest do 98 tys.

jadąc z centrum niebieską linią metra wysiadamy na stacji Collblanc, a po 500 metrach naszym oczom ukazuje się stadion. pierwsze wrażenie jest .. nijakie. widok nie jest tak okazały jak nowego Wembley, czy amsterdamskiej Areny A, głównie dlatego, że Camp Nou znajduje się pośrodku blokowisk, szczelnie otoczony betonem i drzewami. długo szukamy wejścia (całkiem podobnie jak na stadionie Ruchu w Radzionkowie), ale po przejściu bramy głównej.. show się zaczyna. na powierzchni 15 ha, oprócz ogromnego Camp Nou wybudowano tu halę sportową na 6 tys miejsc, sztuczne lodowisko, drugi stadion na 16 tys miejsc (dzisiaj trenują tu grupy młodzieżowe Barcy), parking na kilkaset samochodów, boczne boiska treningowe z trawą jak dywan, korty tenisowe i cały szereg budynków klubowych. po wejściu na stadion (bilet tour de Camp Nou kosztuje 16 euro) trasa prowadzi nas przez wszystkie warte poznania zakamarki obiektu. zaczyna się od kiczowatego 3d show, potem przechodzimy do centrum informacyjnego, w którym odbywają się konferencje prasowe. mijamy szatnie gospodarzy i wchodzimy do szatni gości. na stadionie byłem w poniedziałek, dwa dni później przebierali się tu piłkarze Manchesteru United przed półfinałem LM. szatnia duża, jednak z wyjątkiem ogromnego zestawu jakuzzi i wodnych masaży nie ma tu nic powalającego na kolana. następnie przechodzimy obok stadionowej kapliczki, a po kilkudziesięciu metrach zamkniętego tunelu wychodzimy na murawę. efekt jest piorunujący. co prawda stadion jest pusty, panującą dookoła ciszę przerywa tylko warkot koszącego trawę traktorka pana Stasia, jednak jest coś fantastycznego w majestatycznym wyglądzie pionowych trybun.. na równo skoszonej trawie wymalowano emblemat klubu, a za moimi plecami znajdują się wygodne ławki rezerwowych. trwają przygotowania przez środowym spotkaniem, ekipa remontowa zakleja niedozwolone na Lidze Mistrzów reklamy. robię zdjęcia. zmieniam obiektywy, pstrykam wszystko, szczególnie, że wyszło słońce i obiekt jest pięknie oświetlony. wchodzimy na górę, gdzie znajdują się miękkie siedzenia kilkutysięcznej loży honorowej. zaczepia mnie starszy kibic z synem i czyta znajdujący się przy smyczy z moimi kluczami napis GÓRNIK ZABRZE. mówi, że jest Szwajcarem z St. Gallen i pamięta z lat 70-tych i 80-tych pojedynki szwajcarskich klubów z Górnikiem. pyta się, czy nadal gramy w pierwszej lidze i życzy powodzenia w przyszłości. robi mi się bardzo miło. ponownie wchodzę do środka: wejście prowadzi nas do szklanego tunelu z tablicą informującą, że obiekt uzyskał najwyższą możliwą rangę (5 gwiazdek) wśród stadionów piłkarskich. potem jeszcze dwukrotnie wchodzimy na trybuny, a widok z coraz to wyższych krzesełek jest jeszcze lepszy. w końcu docieramy na koronę stadionu, gdzie ulokowano stanowiska komentatorskie. właśnie stąd docierał do moich 12-letnich uszu niezapomniany wrzask Szpakowskiego i Zydorowicza. zresztą nie tylko ich, przecież na Camp Nou rozgrywano tak wiele ważnych meczów, na czele z pamiętnym finałem Ligi Mistrzów w maju 1999 roku, w którym Manchester po super dramatycznym meczu pokonał monachijski Bayern 2-1.. widoku trybun z katalońskim napisem 'MES QUE UN CLUB' (więcej niż klub) nie da się porównać do tego znanego z telewizorni. sam nie wiem, czy stadion wydaje się mniejszy, czy większy. jest inaczej, jest wyjątkowo i dla tego widoku warto się tu pojawić..

a potem przechodzimy do muzeum. w ogromnych salach rozłożono liczne pamiątki klubu. historia FC Barcelony sięga 1899 roku, więc eksponatów jest bardzo dużo. oczywiście dla mnie najważniejszymi są pamiątki po sławnych w przeszłości piłkarzach klubu: korki, koszulki, zdjęcia, autografy Koemana, Stoichkova, Maradony, Cruijffa, Michelsa, Linekera, Laudrupa, Ronaldo, Romario i wielu, wielu innych. oczywiście nie mniej ważne są dzisiejsze gwiazdy, z Ronaldinho i Messim na czele. wrażenie robi na mnie Puchar Europy zdobyty po meczu z Sampdorią Genua, który to mecz oglądałem w swoim pokoju 20 maja 1992 roku. w innym miejscu znajduje się puchar Ligi Mistrzów z 2006 roku zdobyty po zwycięstwie w finałowym meczu na paryskim Stade de France z Arsenalem Londyn. muzeum jest świetne, utrzymane w stylu osi czasowej: przechodzimy obszernymi salami, a etykiety obrazują kolejne lata historii klubu. wszystko efektownie oświetlone i niezwykle zadbane. po pewnym czasie przechodzimy do sztuki -- rzeźby, figury woskowe, obrazy, plakaty -- wszystko obrazuje historię Barcelony. klubu znanego na całym świecie również z powodu swojego obiektu. spędziłem na nim ponad 1.5 godziny, ale tylko dlatego tak krótko, gdyż na zewnątrz czekała na mnie Agatka. meczu nie widziałem, ale chwilowo widok samego Camp Nou mi wystarcza -- przecież i tak kiedyś pojawimy się tu z Torcidą i Drużyną Śląskich Miast na finale Ligi Mistrzów..

zewnętrzna galeria z tour de Camp Nou znajduje się tutaj.

12

maj
2008

pasja podróżowania

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 15.30

mając chwilę popełniłem emocjonalny tekst o mojej pasji podróżniczej. wrzucam go na główną stronę działu podróży, ale żeby nie zniknął całkowicie przeklejam go również tutaj:

podróżowanie pasjonowało mnie od zawsze. dziś już nie wiem, czy wpłynął na to otrzymany od mojego taty w wieku 5 lat globus, czy może kilkudniowa podróż pociągiem w najdalsze zakątki Ukrainy w roku 1989, czy też może połykane między lekturami książki podróżnicze. przemierzając kilkunastoletnią Ładą rozległe stepy Półwyspu Krymskiego poczułem magię odległości, słońce i wiatr we włosach. poczułem wolność, która w umyśle 9-letniego chłopaka zaszczepiła plany zwiedzania świata. moje podróżowanie ogranicza się jak na razie do miejsc i krajów leżących na półkuli północnej naszego globu. i jak w piosence Krawczyka: przemierzyłem cały świat, od Las Vegas po Krym.., najdalej na wschód wysuniętym skrawkiem lądu, który odwiedziłem, było leżące na 35° długości geograficznej wschodniej miejsce na Ukrainie, gdzie Półwysep Krymski styka się wodami morza Azowskiego. natomiast najdalszym skrawkiem lądu na Zachodzie było położone na 122°25' długości geograficznej zachodniej San Francisco i przyległe do niego wybrzeże Oceanu Spokojnego. najdalej na północ dotarłem do położonego na 63°23' szerokości geograficznej północnej norweskiego miasta Trondheim, natomiast najdalej na południe stanąłem na greckiej wyspie Skiathos, która leży na 39°10' szerokości geograficznej północnej.

'każde marzenie dane jest nam wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia.' -- mawiała Kinga Free Spirit. nigdy nie zapomnę pierwszych kroków w Zachodniej Europie: wysadzony przez siostrę w okolicach miasteczka 's-Gravendeel w południowej Holandii, bez planu, z plecakiem i z głową pełną marzeń. a potem były przepiękne norweskie fiordy, spanie w śpiworze na parkingu przy żywopłocie i fascynująca podróż przez amerykańskie bezdroża Nevady, Utah, Arizony i Kalifornii. zielone austriackie Alpy i skąpane w słońcu północne Włochy. elegancki Paryż, rozbawiona Barcelona i romantyczna Wenecja. grillowane sardynki na plażach Algarve w Portugalii i tłusta angielska ryba z frytkami. smażony ser w zmarzniętej Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami i wille gwiazd kina na wzgórzach Beverly Hills. wygrana w kasynie w Atlantic City i darmowe Ouzo na rozkołysanej falami morza Egejskiego łódce w upalnej Grecji. łowione na wędkę metrowe łososie i kradziony z przydrożnych ogródków kalafior. ekstrawaganckie zaułki Soho w Londynie i wypełnione emigrantami szwedzkie Malmö. bajkowa dolina rzeki Douro w okolicach Porto i pozbawiona skrupułów meksykańska Tijuana. wpatrywanie się w szum wód Niagary i gwieździsta noc spędzona na pustyni. zimowa wigilia Bożego Narodzenia w belgijskiej Brugii i klimat metra w Kijowie. uroki Tour de France w Anglii i jesienny October Fest w Bawarii. potężny Manhattan w Nowym Jorku i niewielkie Arco na jeziorem Garda. wschód słońca w Las Vegas i zachód w polskich Tatrach. wszystko tanio i sprawnie -- z googlami i mapą w jednej, a aparatem fotograficznym w drugiej ręce.. a przygoda trwa, choć świat jakby się kurczył..

12

maj
2008

wizyta rodzicieli w UK

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 15.59

wczoraj wieczorem do Polski odlecieli rodzice -- gościli w Anglii przez 10 dni. mieli szczęście, bo od środy połączenie WizzAira London Gatwick - Katowice zostaje zawieszone. mieli również fantastyczną pogodę: przez 9 dni z nieba lało się słońce i wskazane było leżenie na kamienistej plaży, a jeden pochmurny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Londynu. zauroczeni Anglią zapewne zaczną zauważać szare polskie budynki, krzywe chodniki, niemiłych urzędników i wiecznie spóźnioną miejską komunikację. udało mi się pokazać im kilka atrakcji hrabstwa Sussex, w którym mieszkam, więc ogólna ocena wizyty jest bardzo pozytywna.. ogromna galeria z wizyty rodzicieli w UK dostępna jest tutaj.

a że dzisiaj mam urodziny, to postanawiam przypomnieć notkę, którą napisałem dokładnie 4 lata temu. Portugalia zdobyta, więc jedno marzenie jest już spełnione.. zresztą, sam nie wierzę w ten swój wiek: kupując rano czekoladki dla workmates zostałem zapytany przez przemiłą panią sprzedawczynię, czy na pewno mam 16 lat, bo niektóre z czekoladek zawierają alkohol i ona musi się upewnić..

14

maj
2008

zmiany, zmiany..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.13

awansowałem. chyba pierwszy raz w życiu ;) od wczoraj pełnię funkcję Project Managera w dziale lokalizacji NCsoft Europe. aby dojść do stanowiska, do którego w pewnym sensie przygotowała mnie wyższa uczelnia, potrzebowałem 38 miesięcy, czyli 3 lat z groszami (20 miesięcy w Helionie i 18 miesięcy w NCsofcie jako localisation linguistic manager). mówię, w pewnym sensie, bo nadal uważam, że Wydział OiZ to pięcioletnia strata czasu. czasu, który mógłby być wykorzystany w sposób o wiele bardziej efektywny i pomysłowy. zobaczymy co dalej, na razie idę pograć w AION-a, nad którym od 2 miesięcy siedzę wraz z Chinką Jie..

kolejną nagłą, niespodziewaną, ale równie fajną zmianą jest plan najbliższej wycieczki. przed Mistrzostwami Europy w Austrii wyrywamy się jeszcze na 4 dni na północ do Szkocji. w planie Edynburg i szkockie wyżyny (Loch Ness i te sprawy). po drodze zahaczymy o historyczne brytyjskie miasteczko York i znajdującą się w nim najstarszą gotycką katedrę w Wielkiej Brytanii.. aparaty do ręki i modlitwa o słońce -- choć akurat błękit nieba w tej części świata do częstych nie należy..

16

maj
2008

Barcelona cz 2 -- zieleń, woda i dzielnica gotycka..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.01

po powrocie z Barcelony wypowiadaliśmy się o tym mieście prawie w samych superlatywach. miasto jest bardzo ładne, choć przecież nie jest to jedyny czynnik decydujący o odbiorze danego miejsca. mi osobiście spodobał się całokształt Barcy: jej ludzie, formy spędzania przez nich wolnego czasu, wspaniała pogoda, mnogość kafejek i względna czystość. na uwagę zasługuje duża różnorodność: jednego dnia podziwialiśmy potężne gotyckie katedry, nowoczesną wioskę olimpijską, futurystyczne budowle i marinistyczne nadbrzeże..

a zaczęło się od targu na placu przy Łuku Triumfalnym, który z uwagi na towary okolicznych rolników, piekarzy, rzeźników i innych sadowników był rajem dla wielbicieli żywności organicznej i nietypowej. podobne targi coraz częściej spotyka się w krajach Europy Zachodniej -- ludzie odróżniają nijaki smak chemicznych wyrobów z supermarketu i wolą zapłacić podwójną cenę, ale zdobyć produkt organiczny. nasz pokój mieścił się dosłownie 100 metrów od tego miejsca, więc tu zaczęliśmy poznawać Barcelonę. sam Łuk Triumfalny powstał w 1888 roku z okazji odbywającej się tu Wystawy Światowej EXPO -- zresztą jak wynika z przewodnika, znaczna część miasta właśnie tej wystawie zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd. szeroka promenada tętni życiem, a w oczy rzucają się pola do gry w bule i mnóstwo miejscowych z pasją miotających metalowe kule. dostrzega się zaangażowanie w grę i towarzyszący zabawie zapał.. Agata od razu zwróciła uwagę na ich luz, brak trosk i wolność podkreślaną metalicznym odgłosem odbijających się kul. na przeciwległym końcu skweru mieści się zbudowany również z okazji EXPO Parc de la Ciutadella. 30ha soczystej zieleni skrywa masę atrakcji -- zbudowanej w 1714 roku cytadeli co prawda już nie ma, ale jest zoo, jeziorko, muzea, fontanny, kaskady i przede wszystkim, palmy, drzewa cytrusowe i ogromne połacie kwiatów. na zielonych łąkach wygrzewają się miejscowi, a ja czuję wioskę dookoła, a nie 1,5 milionowe miasto.. jest coś niesamowitego w tej pogodzie, w tej zieleni i w kwiatach dookoła. w takich momentach zdaję sobie sprawę jak bardzo chciałbym opuścić miasto i schować się gdzieś, gdzie nie dociera internet i nie ma nowoczesności. do tego chętnie zrezygnuję z angielskiej pogody i poproszę niewygórowane 26 stopni. no dobra, zagalopowałem się..

szeroką arterią Passeig de Colom mijamy dzielnicę Barceloneta i idziemy wzdłuż wybrzeża, w którym urządzono duży nowoczesny port z tysiącami białych jak śnieg (nie mylić ze śniegiem na Śląsku) żaglówek. w tym miejscu widać już turystyczny zawrót głowy -- jeżdżą turystyczne autobusy, słychać dziesiątki różnych języków i różne kolory mijanych facjat. z pewnością część przyjechała tu w celach klasyczno-poznawczych -- aby poznać miasto, zwiedzić zabytki, wystawić buźkę do słońca, jednak spora część zdecydowała się na najebki niekontrolowane i w lokalnych zaułkach lub na placach wśród palm pije już od rana. do tej grupy z pewnością można zaliczyć nieuczesanych Angoli i ich braci po kuflu -- nieogolonych Niemców. omijamy towarzycho i wbijamy się na Rambla del Mar. ten sztuczny twór jest połączeniem morskiej promenady z molem, restauracjami, mostkami i galeriami sztuki. z jednej strony pasaż handlowy, z drugiej zacumowane potężne okręty, a z trzeciej McDonalds i ubrudzona frytkami tłuszcza. sam się do niej zaliczam (a i Agata też), bo także nas natchnęło, aby coś zjeść na szybko. Rambla del Mar generalnie zbudowana jest z drewna, a jak powiedział mi jeden miejscowy (czego zresztą nie potrafił udowodnić), na końcu znajduje się port. po wiatrowym przewianiu robimy 'w tył zwrot' i wchodzimy do centrum na najbardziej znaną barcelońską ulicę -- Las Ramblas. właściwie to La Rambla stanowi ciąg krótszych ulic, z których każda nosi inną nazwę (stąd forma w liczbie mnogiej). co prawda jeżdżą tu samochody, ale można powiedzieć, że jest to kilometrowej długości deptak, który rozpoczynając się przy pomniku Krzysztofa Kolumba ciągnie się aż do Placa de Catalunya. Rambla tętni życiem: uliczne przedstawienia, sztuczki i pokazy przyciągają turystów. można usiąść i napić się piwa na wolnym powietrzu, można położyć się pod palmą, można popatrzeć na wysportowanych miejscowych, salta, przewroty i tańce na głowach (czyli brek-genc, jak mawiał Andrzej Lepper). są też rzemieślnicy, malarze, artyści i poeci. innym słowem -- La Rambla kipi życiem przez całą dobę. dookoła zabudowania dzielnicy Barri Gotic i naprawdę bardzo przyjemnie jest się zgubić w klimatycznych zaułkach niewielkich uliczek. po godzinie kluczenia docieramy do fantastycznego placyku Placa Reial, gdzie pośród gotyckiej zabudowy wybudowano fontannę, posadzono palmy i gdzie chłód upalnego dnia pomaga się zrelaksować. nakręciłem tu 30 sekundowy filmik, bo miejsce naprawdę mnie urzekło..

Barri Gotic oferuje oczywiście znacznie więcej, niż rozrywkowe placyki. korzenie tej dzielnicy sięgają czasów Rzymskich, podobno w muzeum miejskim (zamknięte, kiedy tam dotarliśmy) można oglądać całe podziemne miasto. większość uliczek starego miasta pozostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, a niektóre są tak niewielkie, że nie ma ich nawet na mapie. labirynt przejść zawiera fantastyczne wstawki (jak Carrer del Bisbe Irurita), czy nawet całe odcinki przypisane do pewnej zamkniętej społeczności (jak średniowieczna część żydowska). mniej więcej pośrodku znajduje się Katedra Santa Eulalia -- gotyckie dzieło budowane od XII do XV wieku. niestety (podobnie jak 2 lata wcześniej w Mediolanie), fasada katedry znajduje się w remoncie. po godzinie docieramy jednak do okazałego kościoła Świętej Marii (Santa Maria del Mar). to fantastyczne dzieło z XIV (budowę rozpoczął w król Alfons IV Łagodny w 1329 roku) wieku jest dumą Katalonii, a tak cudownych sklepień nie widziałem jeszcze nigdzie. dach podparty jest ośmiokątnymi słupami, a wnętrze kościoła wypełnione jest cudownie rozproszonym światłem. wchodziłem do tego kościoła trzykrotnie i za każdym razem urzekała mnie swoim pięknem. nie miałem statywu (choć i tak pewnie nie pozwolono by mi robić z niego zdjęcia), więc aby zobrazować tę kamienną potęgę po prostu kładłem aparat na kamiennej podłodze.. należy również dodać, że kościół wybudowano głównie z datków marynarzy i kupców (w przeciwieństwie do miejskiej katedry, która powstała ze środków arystokracji).

18

maj
2008

tekst cudzy: prof. Bartoszewski o Polakach..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.31

kilka mądrych słów prof. Bartoszewskiego z wywiadu na TVN24:

'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'

18

maj
2008

Barcelona: Placa Reial. i Agata przez sekundę..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 12.33

29

maj
2008

Szkocja -- informacje ogólne

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13.01

wyprawa do Szkocji zakończona pełnym sukcesem. strzałem w dziesiątkę była modlitwa błagalna o pogodę -- przez cały pobyt na północy UK mieliśmy cudowny błękit nieba i ostro grzejące słońce. miejscowa pani przewodnik w kraciastej spódnicy kilka razy powtarzała swoim typowym miejscowym akcentem, że taka pogoda w tej części świata jest niezwykłą rzadkością. zwiedziliśmy gustowny Edynburg i historyczne miasto Stirling, gdzie od setek lat pomieszkiwali władcy Szkocji. tutaj także odbyła się legendarna bitwa szkockich górali z potężnymi oddziałami angielskimi, która barwnie została pokazana w filmie Braveheart z Melem Gibsonem.. niedzielę spędziliśmy w regionie Highlands, który swoim pięknem, zielenią, krajobrazem przyćmił wszystko, co do tej pory widzieliśmy. region można porównać do Norwegii -- wyżyny, wzniesienia i doliny zalane polodowcową wodą oraz brak większych osad ludzkich. co prawda fiordy nie jedzą tu z ręki, ale jeziora zwane lochs również budzą olbrzymią sympatię.. do tego mogę dorzucić wspaniałe towarzystwo wycieczkowe -- mieliśmy Rosjanina z Moskwy i Borata z Kazachstanu, a także Niemców, Turków, Hindusów, Koreańczyków, Hiszpanów, Argentynki, obywatela Zjednoczonych Emiratów Arabskich z Dubaju i pilota rodem z Brazylii. rozmowy, różnice kulturowe i mnóstwo śmiechu -- wkrótce relacje z odwiedzonych miejsc i szkocki fotoblog.

30

maj
2008

już wkrótce gramy z Niemcami..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 10.14

02

maj
2008

atmosfera przed EURO..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 15.36

wycieczki, podróże i wrażenie dookoła. wypadałoby wreszcie coś konstruktywnego napisać, przelać na ekran kłębiące się w głowie emocje, usystematyzować nowe lądy i napotkanych po drodze ludzi. ale jak to zrobić, kiedy pełna uwaga, moje całe zaangażowanie, kręci się już tylko wokół zbliżających się Mistrzostw. EURO2008 startuje w sobotę, my również w sobotę lecimy do Innsbrucka, by w niedzielę z rana mknąć z biało-czerwonych koszulkach do Klagenfurtu. za rozbiory, za Westerplatte chciałoby się powiedzieć. wreszcie dogonić, podjąć walkę i pokonać Niemca! czy mamy lepszą drużynę niż 2 lata temu? może minimalnie tak. mamy jednak najlepszego na świecie coacha -- Don Leo, w którego wierzy 75% naszego społeczeństwa, a który potrafi to, czego nie potrafili Engelowie, Janasowie i wcześniejsi Bońkowie. przecież nasi kopacze nie zrobili aż tak dużego postępu, przecież całość leży tylko i wyłącznie w ich głowach. i potrzeba kogoś, kto wie, jak to coś wydobyć. kto dotrze do głów średniej jakości grajków, kto wpoi im wiarę i zarazi optymizmem. potrzeba kolesia, który nie przejmuje się krytyką niemieckich brukowców, nie komentuje uwag spoconego Janka i jest poza wszelkimi układami topornego PeZetPeeNu. prasa od tygodni buduje atmosferę, a my, na 6 dni przed startem mistrzostw możemy tylko domniemywać, co też tam pod kopułą Leo się kryje. To, że zagra Artur w bramce, a Bąk z Żewłakowem w środku obrony było wiadome od dawna. wiemy również, że niepodważalne są pozycję Krzynówka i Lewandowskiego w środku pola, podobnie jak Ebiego z przodu. Kuba Błaszczykowski również nie musiałby się martwić, no ale przejechali go rywale i chłopak wraca do zdrowia. Maciek 'Magic' Żurawski podobno przeżywa drugą młodość, mamy walczaka Wasilewskiego i młodego Wawrzyniaka, który prawdopodobnie zagra na lewej obronie z Niemcami. mamy Dudkę na defensywnej i Wojtka Łobodzińskiego na prawej pomocy. mamy w końcu napadziora Zahorskiego z Górnika, który na EURO pojedzie z Michałem Pazdanem, który jednocześnie będzie najmłodszym członkiem naszej ekipy..

o składzie, taktyce i przygotowaniach napisano już wiele. czy uda nam się wreszcie zagrać na miarę swoich umiejętności? czy Leo dokona cudu? czy dziesiątki tysięcy biało-czerwonych fanów w Austrii i miliony przed telewizorami wreszcie będzie mogło być dumnych z naszych Orłów? przekonamy się już niedługo. ja jak zwykle jestem optymistą, wierzę w ten zespół i czystą ideę rywalizacji. moje mistrzostwa, rozgrywane w grze PES2008 na Playstation3 w biurze NCsoftu, rozgrywają się już od tygodnia -- Polska ma się dobrze i już po dwóch meczach zagwarantowała sobie prawo gry w ćwierćfinale: pokonałem Niemców 1-0 po pięknej bramce Maćka Żurawskiego z 24 metrów, a w drugim meczu pozbawiłem złudzeń Chorwatów wygrywając 2-1. każdy z 16 startujących ziomali z firmy wybrała inny zespół, więc duch rywalizacji jest ogromny, każdemu zależy na jak najlepszym wyniku. Polska w ćwierćfinale zagra z Portugalią (którą gra Eric z Gujany Francuskiej) i szczerze mówiąc, będziemy mieli małe szanse, bo Eric to wymiatacz i na 10 spotkań zwykle przegrywam 7.. ale dopóki piłka.. eee pad w grze, wszystko jest możliwe..

dodałem szkocki fotoblog, wkrótce update Szkocji w dziale podróże i pokaz slajdów z picasy..

04

maj
2008

Edynburg..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.26

Edynburg przywitał nas chłodem i ciężkimi ołowianymi chmurami. jak się miało później okazać, był to jedyny moment, kiedy w Szkocji widzieliśmy chmury. zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy już o 8 rano wjeżdżając na górujące nad Edi wzgórze Calton Hill. jest to jedno z siedmiu wzgórz w pobliżu Edynburga, a z uwagi na swoje centralne położenie, jest wymarzonym miejscem do obserwacji miasta, fotografii i .. publicznego seksu. na Calton Hill znajduje się kilka ważnych pomników oraz budynek szkockiego rządu, jednak kto miałby do tego wszystkiego głowę o 8 nad ranem po całonocnej jeździe autobusem? w każdym razie widoki ciekawe, choć wietrznie było i Agacie blond fryzurę na cały dzień popsuło. szczególne wrażenie sprawia ujście rzeki Forth do Morza Północnego -- końcowe kilometry rzeki i szerokie połączenie z morzem tworzy tu swoistą zatokę, a oficjalna nazwa brzmi Firth of Forth. przyjemny widok jaki sprawia panorama okolic potęgowany jest przez żółtą roślinę szczelnie porastającą okoliczne wzgórza. ów rośliną okazuje się kolcolist zwany po szkockiemu gorse. ta kolczasta paskuda jest niezły przeciwnikiem, jak nam potem powiedziała przewodniczka w szkockiej spódnicy. zaczyna to to rosnąć na małym skrawku terenu, a po chwili zaczyna się rozprzestrzeniać. korzenie ma głębokie i podobno jest prawdziwą zmorą i plagą szkockich ogrodników. nie wiem co na to ogrodnicy, ale mi się bardzo podoba..

zwiedzanie centrum Edynburga rozpoczynamy od reprezentatywnej ulicy zwanej Royal Mile. jest to główny trakt starego miasta, który jak nazwa wskazuje ciągnie się około mili, by kończyć się wejściem do zamku. sam zamek znajduje się na potężnym wzgórzu (jak zwykle, zresztą kto buduje zamek w dolinie?)o nazwie Castle Rock. siłą rzeczy Royal Mile powoli pnie się do góry. po obu stronach brukowanej ulicy liczne sklepy, kafejki i małe restauracje. ofkors jak wszędzie mamy tu McD czy Subwaya, jednak są też miejsca tradycyjne, gdzie goszczą nieśmiertelną rybą z frytkami. idąc w kierunku zamku mijamy kilka miejscowych perełek, jak maleńki wymalowany niebieską farbą posterunek policji, czy anachroniczne sklepy z pamiątkami. w jednym z nich dokonuję zakupu figurki kobziarza, nasłuchuję się celtyckich rytmów, jestem szczęśliwy i mogę wracać do domu.. do domu jednak daleka droga więc udajemy się na zamek. na zamku tłoczno i gwarno więc dzwonię do Kuby i umawiamy się na spotkanie. właściwie to Kuba ma na imię Mariusz, a poznaliśmy się w Stanach kila lat temu. równy z niego chłop i nawet kiedyś razem planowaliśmy wypad do Edynburga (o tutaj tego dowód). mi się wówczas nie udało, ale Kuba rozgościł się w Szkocji i teraz jest to już jego miasto -- nawet Kazika zaprosił, aby Kult grał Polakom na emigracji. z Kubą przechadzamy się wzdłuż niesamowicie zielonych i pięknych terenów parku Princes Street Gardens. ogrody zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie i jestem pewien, że dla mieszkańców dużego przecież Edynburga są gwarancją wypoczynku. ludzie leżą tu na trawie we wszystkich możliwych kierunkach, dookoła biegają dzieciaki, mijający ludzie mówią nawet po polskiemu. od dawna wiadomo, że naszych rodaków jest tu od groma, ale ciekawą rzeczą jest fakt, że strona parku w wikipedii oprócz j. angielskiego istnieje wyłącznie po polsku :) po drodze można zobaczyć nietypowy pomnik poświęcony Sir Walterowi Scottowi, a więcej rzeczy nie pamiętam, bo byłem niezmiernie głodny..

ogólne wrażenia jak najbardziej pozytywne. miasto jest czyste, dookoła widać uśmiechniętych ludzi (kto by pomyślał, tak daleko na północy, na skraju cywilizacji.. :), mnóstwo ludzi biega i jeździ na rowerach. zresztą jogging był pierwszą rzeczą, jaką tutaj zobaczyliśmy. rozespanych z samego rana zaskoczyli nas miejscowi biegający pod górkę i z górki okolicznych wzgórz. respect. tradycyjnie w UK życiem towarzyskim królują puby, a dorzucając do tego liczne uniwersytety (chyba ze cztery, wraz z najstarszym w Szkocji University of Edinburgh założonym w 1583 roku) ze wszystkimi rozbawionymi studenciakami (coś jak ul. Pszczyńska w Gliwicach przy Politechnice, hehe) otrzymujemy całkiem fajne miejsce do życia. Kuba jest zadowolony i ja myślę, że też byłbym, gdyby losy potoczyły się inaczej..

6.

cze
008;

ostatnie chwile przed EURO!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 4.26

od jutra pełnym blaskiem rozbłyśnie Euro 2008! historyczna impreza z Biało-Czerwonymi, klasyczne święto, piłkarska uczta. i nie tylko dla futbolowych fanatyków: mistrzostwa to czas narodowego patriotyzmu, okres zainteresowania się piłką całego narodu. słuchane w radiu relacje naszych komentatorów, wywieszane za oknem flagi, radość po zwycięstwie i smutek po porażce. już jutro rano lecimy do Innsbrucka i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wczorajsza kontuzja Błaszczykowskiego, naszego key playera. smutna to wielce wiadomość, choć niektórzy piszą o jakimś konflikcie w kadrze, ale to rzecz niepotwierdzona.. atmosfera EURO udziela się wszystkim: w prasie i w internecie ciągłe dyskusje, Polsat nadaje na okrągło spod hotelu naszych reprezentantów.. Leo przeprasza za chorą okładkę w chorym SE, a co ja mam powiedzieć moim kolegom Niemcom? że mi przykro, szkoda? zresztą oni są nieco bardziej ogarnięci i zdają sobie sprawę, że wojna pomiędzy brukowcami (Bild vs SE) rozgrywa się tylko w głowach przekupnych redaktorów -- przecież właścicielem obu wielce poczytnych pism jest ten sam wydawca. o szansach poszczególnych drużyn rozmawiamy w naszej firmie każdego dnia. Hiszpanie są wyjątkowo sceptyczni i twierdzą, że znowu odpadną w ćwierćfinale. Niemcy wyjątkowo zgodni i wszyscy typują 1-0 w pierwszym meczu z Polską. Francuzi wierzą w Makelele i Riberiego, a jedyny Szwed w NCsofcie planuje przebrać się za szwedzkiego kucharza.. co innego Angole -- jadę sobie z jednym rano w windzie i wywiązał się klasyczny dialog o pogodzie:

- how are you Tomash?
- fine thanks, go to Austria tomorrow..
- Austria? what for?
- for the Euro!
- for whaaaat?


właściwie to wcale mnie to nie dziwi. ich ignorancja (wiem, generalizuję) zamyka się we fryzurze królowej Elżbiety i bulwarowym piśmie Sun, w którym na jeden (!) dzień przed Mistrzostwami pisze się o krykiecie i zwycięstwie ich reprezentacji na Trynidadem i Tobago kilka dni temu..

a Mistrzostwa, czy to Mundial czy Euro, to rzecz święta. pierwsze, jakie pamiętam to Italia '90 -- wspaniałe intro z niepowtarzalnym hymnem imprezy: (nie to co teraz)



Argentyńczy Claudio Caniggia, rewelacyjny Kamerun i horror rzutów karnych w półfinale. a nade wszystko łzy Diego Maradony po przegranym finale. wszystko rozpoczęło się w '90 roku, a każde kolejne mistrzostwa moją pasję potęgowały. zasiadałem przed telewizorem w dzień otwarcia mistrzostw i odchodziłem od niego po zakończeniu finału. nie straszne mi były mecze potencjalnie bez znaczenia lub te z udziałem Boliwii czy Arabii Saudyjskiej. pochłaniałem każde zagranie, każdy wywiad i każdą wzmiankę w wiadomościach. a po meczach szliśmy z kolegami na boisko ćwiczyć zauważone w tv sztuczki. właściwie to sami również mieliśmy własne mistrzostwa -- na kartkach rozpisywaliśmy tabele, wyniki, strzelców. i kopaliśmy do upadłego.. potem była Szwecja 1992, następnie USA 1994 i Anglia 1996 -- wszystkie imprezy bez udziału biało-czerwonych Orłów. występy na 2 ostatnich MŚ pozostają zauważone w świecie, jednak wyniki jakie uzyskiwaliśmy również poszły w świat. może dlatego analiza szans w naszej grupie na stronach Guardiana nie daje nam również teraz większych szans na sukces. mało tego, redaktorzyna angielska skazuje nas na ostatnie miejsce w grupie!! Niemcy mają być pierwsze (mają również wygrać całe mistrzostwa), a Chorwacja druga. Guardian zauważa korupcję w naszym kraju, ale i dostrzega jaśniejsze punkty Polaków: blondwłosą Katarzynę -- żonę Artura Boruca. do tego dorzuca pozytywne info o naszych fanach -- 15000 w Brukseli na meczu z Belgią i 7000 w Lizbonie. jako największą gwiazdę przedstawia się tu Smolarka, a największym talentem ma błysnąć Błaszczykowski. tzn miał. ciekawe czy po kontuzji Kuby redaktorzyna angielska zmieni pogląd i uplasuje nas, powiedzmy, na 5 miejscu w grupie?

no nic, zbieram się i postaram się w poniedziałek wrzucić pierwsze zdjęcia z Klagenfurtu..

16

cze
2008

euro, euro i po euro..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.45

euro, euro i po euro. przynajmniej dla Polaków, bo szanse na awans z grupy są iście iluzoryczne. przez tydzień udało nam się odwiedzić Innsbruck, Kufstein, Klagenfurt, Kitzbühel i Salzburg. oprócz tego w czwartek wybrałem się na samotną podróż do Monachium -- tak więc również Niemcy, w których bywałem wielokrotnie wcześniej, będę mógł oficjalnie wrzucić do mapy moich podróży.. Euro nie rozczarowało (no może z wyjątkiem postawy Biało-Czerwonych, co powoli staje się normą), choć nie mogę powiedzieć, żeby miasta austriackie były jakoś szczególnie przygotowane czy wystrojone. oni od dawna mają całą infrastrukturę (stadiony, drogi, hotele, restauracje), więc budować nie ma ani gdzie, ani po co. często można było spotkać niezakończone budowy, prowizoryczne rozwiązania, walający się dookoła gruz. oczywiście dopisali kibice i był to dla mnie najfajniejszy aspekt Euro. wielotysięczne grupy kolorowych kibiców, zabawa na maksa, śpiewy, tańce, malowanie twarzy. raj dla fotografa.. no ale po kolei:

Innsbruck

w Innsbrucku meldujemy się w sobotę, czyli w dzień otwarcia mistrzostw. pogoda deszczowa, ale dookoła czuć atmosferę święta. rozmawiam z taksówkarzem, dlaczego wśród dziesięciu flag na swoim samochodzie nie ma Polski? on odpowiada, że bardzo chciał, ale flagi Polski za nic w świecie nie można dostać w austriackich sklepach. ma za to dwie flagi włoskie, bo jego dziewczyna jest Włoszką.. mówi, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero jutro -- na pobliskim lotnisku ląduje bowiem 70 samolotów, a do tego przyjedzie kilkadziesiąt specjalnych pociągów. udajemy się na stadion -- wszystko pozamykane, ochroniarze pilnują i nie pozwalają nawet zbliżać się do trybun (prowizorycznych, bo stadion po Euro będzie w połowie rozebrany -- Tirol nie potrzebuje tak dużego stadionu), otwarte jest wyłącznie centrum dziennikarskich akredytacji. następnie uderzamy na stare miasto -- Altstadt wypełniony jest, co zapamiętałem sprzed dwóch lat, pięknymi kolorowymi kamienicami i fontanny. panuje klimat górskiego uzdrowiska. nawet chmury wiszące nad pobliskimi wzgórzami takie same. spotykam dwóch Polaków z Opola, którzy wybrali sobie to miasto jako bazę noclegową, bo jak mówią: 'sprawdziliśmy kto gdzie gra. i wybraliśmy Innsbruck, bo wiesz, Greczynki, Szwedki.. mhmm, będzie w czym wybierać..' spotykamy pierwszych Niemców chuliganów, a także hiszpańskich przebierańców. panuje sielanka, a miasto pewnie eksplodowało dopiero podczas pierwszego meczu Hiszpanii z Rosją..

Klagenfurt

nasze święto! bić Niemca, bo jeśli nie teraz to kiedy? cóż, opcja 'kiedy' zwyciężyła i nadal musimy żyć marzeniami. Klagenfurt to 90-tysięczne miasteczko w Karyntii, a w tym dniu liczyło prawie 200 tyś luda. dobrze rozwiązano transport -- park&ride zlokalizowane były już na autostradach i drogach dojazdowych, tak więc ruch uliczny w mieście wcale nie był duży. po drodze na parkingach spotykamy setki samochodów z powywieszanymi flagami, panuje przyjazna atmosfera. siły polskie i niemieckie były wyrównane, choć obiektywnie rzecz biorąc, Niemcy byli przed meczem bardziej rozbawionym narodem. z niewielkich scen leciało ich lokalne szlagiery, lało się piwo, tańczono na ulicznych stołach. w knajpach i ogródkach piwnych ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce.. pogoda w kratkę -- na chwilę wyszło słońce, a potem trzeba się było chować przed deszczem. wśród kibiców obydwu reprezentacji spotkać można było zarówno bardzo młodych, jak i starszych kibiców. wiek, płeć i inne takie już od dawna nie mają znaczenia, bawią się całe rodziny. na zmianę z różnych ulic słychać tradycyjne 'Polskaaa! Biało-Czerwoni' i 'Super Deutschland, oleeee'.. władze miasta przygotowały dwie strefy kibicowskie: mniejszą na 7 tys. głów w samym centrum, druga, na 21 tys. poza miastem. wbijamy się na główny plac i na telebimach oglądamy pierwszy mecz Austriaków z Chorwatami. miejscowi także wzięli sobie do serca sprawy kibicowskie i jest ich tu naprawdę sporo. mimo że Polacy są za nimi, Chorwacja wygrywa. Polacy zajmują centralne miejsce w Fan Zone, a dookoła, jakby nas otaczając, stoją Niemcy. sam mecz to huśtawka nastrojów, a nasza dobra gra nic nie daje i tracimy dwie bramki. po drugiej dla Niemców w naszą stronę lecą plastikowe kubki po piwach, a po chwili rozpoczyna się starcie bezpośrednie. sprawę w rewelacyjnym tempie normuje niemiecka policja, która wjechała w fanów z .. pięściami. i to w naszych fanów, choć zadymę wywołali niemieccy naziści. podobno znacznie ostrzej było w drugiej Fan Zone, gdzie aresztowano ponad 100 osób. w nocy podłamani wracamy do Kufstein, gdzie meldujemy się po 3 nad ranem.

Salzburg

lot powrotny miałem o 22, ale do Salzburga wybrałem się już o 10 rano, bo liczyłem na dobrą zabawę przed meczem Rosjan z Grekami. i nie zawiodłem się: grupkę Rosjan z Moskwy poznałem już na dworcu i razem z nimi spędziłem cały dzień oczekując na ich pojedynek. super przyjaźnie nastawieni, a do tego otwarci, jak prawdziwi Słowianie. w pociągu jedna wielka impreza -- leje się alkohol, trwają dyskusje, co chwilę ktoś intonuje rosyjskie pieśni pochwalne. mi osobiście najbardziej podoba się powtarzane na zmianę przez różne grupy fanów 'Wpierdiooood Rasiiiija!'. zwiedzamy miasto (a raczej ja im pokazuję Salzburg, bo byłem tu całkiem niedawno), pijemy piwo, jemy obfity obiad. w restauracji na zmianę wykrzykiwane są piosenki rosyjskie i greckie. Rosjanie wielokrotnie pytają się o Polskę, o ludzi, o braci Kaczyńskich. prędzej czy później musieliśmy zejść na tematy polityczne, no więc rozmawiamy o Putinie, rosyjskiej demokracji i ich kłopotach z mniejszymi republikami. poza Rosjanami miasto pęka w szwach od Greków -- świetnie bawiący się kibice przywieźli ze sobą trąby, bębny, ogromne flagi. śpiewają świetnie brzmiące pieśni, cały rynek należy do nich. właśnie dla takiej atmosfery warto pojawić się w dniu meczu na Mistrzostwach. później oglądam w Strefie Kibicowskiej pojedynek Hiszpanii ze Szwedami (których również wielu tego dnia spotkałem), a na lotnisku pierwszą połowę meczu Rosji. cieszę się, że strzelili bramkę i wygrali cały mecz, bo dla takich kibiców warto grać. mimo że nie miałem biletów obejrzałem na żywo kawałek meczu Euro: stadion Red Bull Salzburg na którym rozgrywany był pojedynek znajduje się bardzo blisko lotniska, więc startując samolotem linii RyanAir na małej wysokości przelecieliśmy nad stadionem. wrażenie nie do opisania: jasność, zielona murawa, zawodnicy i flesze aparatów fotograficznych ;) była 60 minuta meczu..

18

cze
2008

Tyrol i Kitzbühel..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.09

czas odpocząć od piłki. w przerwach między Euro wybraliśmy się na kilka alpejskich wycieczek. wysokie góry dookoła i ten sam codzienny rytuał: otwieram jedno oko wczesnym rankiem i patrzę na niebo. jeśli niebiesko dookoła to zrywam się w pośpiechu, budzę blondynkę i zaczynam parzyć kawę. jeśli, co znacznie częściej, pochmurno, brzydko, szaro i wilgotno to daję sobie jeszcze parę godzin snu.. Kufstein leży w północnej części austriackiego Tyrolu, rzut beretem od granicy z Niemcami. granica jest o tyle fajna, że w ogóle nieoznakowana. idąc/jadąc mija się takie same zielone przestrzenie i podobne wioski, więc (mówię zupełnie poważnie) przypadkiem można obudzić się w innym kraju i potem mieć wyrzuty sumienia, że coś nas ominęło.. położone na wysokości 499m npm miasto otaczają dwa łańcuchy górskie: Wilden Kaiser i Zahmen Kaiser, które wspólnie tworzą pasmo Kaisergebirge. kierujemy się na Pyramidenspitze (1998 m) i choć przeszkadza nam burza, docieramy do kilku ciekawych miejsc. góry obfitują tu w klasyczną alpejską zabudowę -- bielone domki o spadzistych dachach w znacznej części składają się z drewna, a ogromne balkony przystrajane są kwiatami. w wielu z nich znajdują się gospody serwujące tradycyjne tyrolskie jedzenie. to, co zaskoczyło mnie 2 lata temu to fakt, że Austriacy nie używają powitań w stylu 'dzień dobry' czy 'cześć', a w zamian korzystają z utartych 'grüß dir' (bądź pozdrowiony) lub, częściej, 'grüß Gott' (niech będzie pochwalony). kościoły rzadko zapełniają się tu ludźmi, ale religijność obyczajowa widoczna jest na każdym kroku -- psalmy wypisywane na murach, ściany przyozdabiane malowidłami, krzyże wiszące w gospodach. zresztą same kościółki i kapliczki są formą wyrażania tradycji i bardzo często można je spotkać na górskich szlakach.. na największą jednak uwagę zasługują sami ludzie. najczęściej w wieku emerytalnym, ubrani w drogi markowe ciuchy, z kijkami w rękach maszerują szlakami górskimi. mają tak wyrobioną kondycję, że byliśmy mijani w zawrotnym tempie i aż nam było głupawo. ponadto w momencie w którym my na górę wchodziliśmy (rano), wielu z nich już ze szczytu schodziło! wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni i pozdrawiający się dookoła. kilkakrotnie wcześniej widywałem podobnych podróżników w samolotach na różnych lotniskach Europy i zawsze z dużą dozą pewności można powiedzieć, że pochodzą z Tyrolu lub Bawarii..

***

innym razem uderzamy do miasteczka Kitzbühel, które leży ok 40 km na południe od Kufstein w Alpach Kitzbühelskich (Kitzbüheler Alpen). miasto jest znanym w świecie kurortem narciarskim dookoła którego znajduje się 230 (!) wyciągów narciarskich, a co roku na pobliskim szczycie Hahnenkamm odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. miejscowi szczycą się faktem posiadania najbardziej stromej oraz najtrudniejszej trasy zjazdowej FIS na świecie. samo centrum Kitzbühel niczym oryginalnym nie zaskakuje, chyba że wywindowanymi do przesady cenami. owszem, jest tu pięknie i czysto, a kamieniczki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. co ciekawe, największą grupą klientów są tu .. Rosjanie, bo tylko ich stać na miejscowe wydatki. nawet Niemcy, którzy mają tu bardzo blisko są w znaczącej mniejszości. na hotelach powiewają biało-niebiesko-czerwone flagi, gdyż wielu Rosjan wybrało sobie to miejsce jako bazę na czas mistrzostw.. niestety nie udaje nam się wjechać na pobliskie góry -- szkoda, choć pogoda i tak była do bani, a w fotografii światło jest podstawą. a bez możliwości robienia fotek to po co tam wjeżdżać? ;)

30

cze
2008

viva espanha!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.18

miałem dobry poranek. wiatr przez otwarte okno, słońce, podstawiona winda na dole w budynku. niewielu porannych meneli na trawniku pod kościołem, zero dumnych garniturowców z American Express po drodze. wchodzę uśmiechnięty, a na mój widok Nick, Niemiec ze Stuttgartu, wcale bez uśmiechu: 'so whaaaaat?!'.. i mnie sprowadził na ziemię. a mój uśmiech wcale nie wynikał z porażki zachodnich sąsiadów w ostatnim, najważniejszym z meczów. w meczu pięknej i bestii. nie, choć osobiście cieszę się, że tytuł trafił do rąk bajecznych Hiszpanów. po tylu latach coś im się od życia należy.. a Alvaro, jeden z naszych hiszpańskich colleagues ma dzisiaj swoje 5 minut. dumny, czerwono-żółto-czerwony kibic z Walencji wychodzi przed szereg i wznosi okrzyki ku czci swoich bogów.. nawet cotygodniowe firmowe spotkanie poniedziałkowe rozpoczęło się od słów naszego CEO: gratulujemy Hiszpanii..

a meczu nie widziałem. nie widziałem FINAŁU Mistrzostw Europy. wyjątkowo aktywny był to weekend, a wczoraj zaliczyliśmy wyjątkowo aktywny wypad fotograficzny. klify i różne temperatury barwowe słońca oraz grill na łące pod lasem. istna sielanka, gdzie na zielonej trawie wśród śpiewu ptaków można było usnąć i zapomnieć o galopującym do przodu świecie.. szczegóły wkrótce na fotoblogu..

1.

lip
008;

desperat w biurze

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 1.01

niezła akcja w NCsofcie. do działu Customer Service od kilku dni wydzwaniał kolo, któremu nasi chłopacy zmienili login w grze. nazwa jego postaci w City of Heroes była niedozwolona, więc musiała ulec zmianie. koleś się z tym jednak nie pogodził i nie dawał za wygraną dzwoniąc na losowo wybrane numery w firmie, atakując ludzi często nie mających o sprawie pojęcia. po kilku dniach w akcie desperacji pojawił się w biurze. elegancko ubrany, młody mężczyzna zarządał rozmowy z CEO naszej firmy. dyrektor był niedostępny, a desperat odmówił wyjścia z biura. dzwoniono po policję, choć podobno nie mieli na wyposażeniu wozów bojowych. po kilku godzinach sprawę załatwiła (również efektownie ubrana) ochrona i z użyciem siły wyprowadziła skrępowanego nastolatka. na intranetowym forum od razu rozgorzała dyskusja, a sprawę określono jako 'najbardziej ekscytującą w historii firmy'. pojawiła się nawet ankieta, w której można było się opowiedzieć o poziomie ekscytacji niecodziennym wydarzeniem:

How exciting is this?
More exciting than the late night explosion
About as exciting as the flood
Just as exciting as payday is normally
As exciting as when Paul used to get drunk in the pub

zdecydowanie prowadzi opcja z nocnym wybuchem, choć ja głosowałem na Paula, bo wygląd natrzepanego dyrektora finansów byłby nie lada wydarzeniem.. ;) całość udało się nagrać ukrytą kamerą, więc mamy dowód wtargnięcia zdesperowanego gracza i fizycznego ataku na dobro firmy. z uwagi na dobro śledztwa filmiku nie ma (i raczej nie będzie) na youtubie..

17

lip
2008

szlakiem South Downs do Lewes..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.39

o szlaku South Downs pisałem już kilkakrotnie wcześniej. rozciągający się wzdłuż Kanału na długości prawie 150 km Park Krajobrazowy obejmuje powierzchnię 260 km2 z łącznymi ścieżkami ciągnącymi się przez ponad 3000km. obszar ten przed 60 milionami lat był dnem płytkiego morza -- dlatego wszystko składa się tu z białych nalotów kredowych powstałych z mikroskopijnych szkieletów morskiego planktonu. szlaki South Downs przyciągają turystów pieszych, rowerzystów, paralotniarzy, a nawet amatorów jazdy konnej. warto podkreślić, że ścieżki nie są wymysłem żyjących obecnie ludzi. jak mówi historia, pokrywają się one ze szlakami wytyczonymi tysiące lat temu, a liczne odkrycia archeologiczne udowadniają, że obszary te były zamieszkiwane już w czasach neolitycznych czy erze brązu. piękno otwartego i pofałdowanego krajobrazu rzeczywiście powala, obszar pozwala więc na chwilę oderwać się od życia miejskiego. oficjalna strona turystyki w Wielkiej Brytanii reklamuje region jako ucieczkę od wszystkiego -- 'to get away from it all'..

sobotniego ranka na trasie byliśmy już o 8 rano. z miasteczka Portslade ruszyliśmy w kierunku doliny Devil's Dyke -- byłem tam wielokrotnie, jednak dopiero David, kolega z Belgii, powiedział mi, że miejsce to w epoce żelaza było silnie strzeżonym fortem, a zarysy można jeszcze dzisiaj rozpoznać po wyraźnych pagórkach usypanych ręką ludzką. ruszyliśmy na wschód głównym szlakiem trasy -- łącznie tego dnia udało nam się pokonać całkiem fajny dystans 25 kilometrów.. padła nawet idea, aby wziąć niewielki urlop i spróbować w kilka dnia przejść całą trasę w hrabstwie Sussex, która rozciąga się przez ok 110km. największym urokiem tych obszarów są oczywiście zielone pagórki, jednak co chwilę mijamy porośnięte zbożem i makami pola uprawne. miejsce to jest rajem dla wielbicieli golfa, a szlak prowadzi między innymi przez środek jednego z pól, należy więc uważać na śmigające nad głowami piłki.. poszczególne części trasy poprzecinane są szeregiem płotów oraz licznymi bramkami, prostymi do otwarcia dla ludzi, nie do pokonania przez licznie pasące się tu zwierzęta. jest coś fajnego w stadzie 200 baranów przez które przyszło się nam przeciskać, albo w ciekawych otaczającego je świata krowach. po prawej stronie w oddali błyszczą wody Kanału, a po lewej co jakiś czas mijamy niewielkie, wypełnione kamiennymi domkami, średniowieczne wioski. tego typu mieściny, np. Clayton ze swoim ogromnym młynem nazwanym 'Jack and Jill', również mają swoją historię, szczególnie jeśli interesują nas historyczne wiejskie knajpy serwujące tradycyjne angielskie posiłki i lokalne piwa Ale. po jakimś czasie docieramy do wzgórza Ditchling Beacon (213 m npm), które od 1920 roku jest mekką miejscowych artystów. miejsce ciekawe przede wszystkim z powodu swojego kształtu geologicznego, wspaniałego widoku na pobliskie doliny oraz gęstej i różnorodnej w okresie letnim roślinności. fakt, że drukowane są foldery, budowane parkingi, oraz że przyjeżdżają tu spragnieni przestrzeni ludzi jest zasługą Towarzystwa Turystycznego, które, w przeciwieństwie do naszych rodzimych organizacji, dba o rozwój tego typu miejsc. idąc dalej na wschód mijamy dziesiątki usypanych przed tysiącami lat kurhanów. kurhany przybierają kształt niewysokich okrągłych górek, są wyraźnie zaznaczone na mapach. wiele z nich nigdy nie było badanych przez archeologów. z drugiej jednak strony w wielu widać wgłębienia -- podobno w średniowieczu i niedalekiej przeszłości kurhany były bardzo często plądrowane w poszukiwaniu skarbów dawnych cywilizacji.. przez kolejne kilometry krajobraz się nie zmienia -- wciąż te same zielone pola z pasącymi się zwierzętami i rozdzielające je żywopłoty. co jakiś czas drogowskaz wskazujący poszczególne szlaki lub okoliczne miasteczka. docieramy do Lewes, o którym szerzej pisałem w tej notce z 20 lutego 2007 roku. przechodzimy przez pole, na którym w 1264 roku odbyła się sławna w regionie Bitwa pod Lewes, w której z siłami francuskiego króla Henryka III starła się zbuntowana (również normańska) frakcja baronów.. Lewes jest pięknym średniowiecznym miasteczkiem, jednak czując w nogach zrobione kilometry, od razu wybraliśmy się w kierunku miejscowego browaru Harveys, aby w lokalnej tawernie cieszyć się smakiem miejscowego ciemnego piwa. przez dłuższy czas cieszyliśmy się prężąc nasze zmęczone ciała na słońcu nad brzegiem rzeki Ouse, a niektórzy (czyt. nasz kolega David) nawet usnęli.. do Brighton wróciliśmy autobusem..

22

lip
2008

Monachium -- wrażenia ze stolicy Bawarii..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 11.42

podczas wypadu na EURO udało mi się wyskoczyć na jeden dzień do sąsiednich Niemiec i zwiedzić Monachium, stolicę Bawarii. mówi się, że do czasu, aż Berlin po długim okresie podziału nie odzyska dawnej świetności, to właśnie Monachium przypada rola prawdziwej stolicy Niemiec.. miasto, jak na niemieckie warunki, rozwinęło się późno. zostało założone w 1158 roku (czyli tylko 92 lata przed Gliwicami) przez Henryka Lwa i przez pewien czas stanowiło osadę przyklasztorną, a początkowa nazwa Mönchen znaczy po prostu mnisi. W 1180 r. włości przeszły w ręce dynastii Wittelsbachów, która panowała nieprzerwanie do 1918 r. miasto liczy obecnie 1,5 miliona mieszkańców -- przyjmuje się, ze aż 20% stanowią obywatele innych państw. przez miasto przepływa rzeka Izara (niem. Isar), która jest prawym dopływem Dunaju.

do Monachium bezpośrednio z Austrii można się dostać podmiejskim pociągiem. jeszcze w Austrii kupuję Bavaria Ticket i za jedyne 19 euro do końca dnia mogę podróżować po całym landzie. po niespełna 1,5 godz. z przesiadką w Rosenheim (gdzie przed laty bawiliśmy na wrześniowej imprezie piwnej) melduję się na Hauptbahnhof w Monachium. stojące na rozbudowanym dworcu pociągi co chwilę odchodzą do miast we Francji, Szwajcarii, Holandii, Czech i przede wszystkim Włoch. widać kibiców udających się do Klagenfurtu na mecz Niemców z Chorwacją. kieruję się w stronę starego miasta, którego centrum stanowi Marienplatz. Plac ów jest zarówno centrum socjalnym, gdzie młodzi monachijczycy spotykają się przy fontannie i centralnie ustawionej kolumnie Mariensäule, jak również centrum transportu, gdyż pod ziemią znajduje się główny węzeł metra U-Bahn. wszędzie dookoła wytyczono obszerną strefę ruchu pieszego -- jest dużo restauracji i podparasolowych miejsc serwujących piwo -- tradycyjny napój bawarski. eleganckie sklepy i galerie handlowe zapraszają swoim wystrojem, choć z drugiej strony rzeczywiście widać tu ogromny wpływ historii i kultury na miasto i jego mieszkańców. na własne oczy ujrzałem tradycyjnego Bawara, w skórzanych wyszywanych spodniach i kapeluszu z kitką -- takiego, jakiego można ujrzeć na większości bawarskich pocztówek. nie zwiedzałem zabytków, a jedynym kościołem, do którego wszedłem był XV-wieczny gotycki Frauenkirche. nieopodal znajduje się również sławna Stara Pinakoteka (Alte Pinakothek) prezentująca malarstwo światowe XIV-XVIII wieku. udałem się za to na ogromny miejski targ, w którym można było zobaczyć prawdziwą duszę miasta. stragany z wędlinami, rzeźbiarskie arcydzieła, zakątki pachnące mydłem, powidłami, kwiatami i alpejskim serem. do tego liczne restauracyjki pod gołym niebem, gdzie za 2-3 euro można skosztować lokalne wypieki. jem przysmażaną Bratwurst i obserwuję pamiętających drugą wojnę światową mieszkańców Monachium dyskutujących nad kuflami piwa..

ponownie wskakuję w metro i jadę do Parku Olimpijskiego. park zaprojektowano i wybudowano z okazji odbywających się tu w 1972 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. oprócz mnóstwa zieleni, kilku stawów, mostków i tras rekreacyjnych sercem parku są obiekty sportowe. najważniejszym od zawsze był Stadion Olimpijski (Olympiastadion), na którym przez długie lata swoje mecze rozgrywały zespoły Bayernu i TSV 1860 Monachium. wejście na rzadko wykorzystywany obecnie stadion kosztuje 2.5 eura -- warto jednak pobyć sam na sam ze sportową historią, gdyż miejsce to nawet średnio-kumatemu Polakowi na zawsze będzie się kojarzyło z półfinałowym, rozgrywanym 'na wodzie' pojedynkiem Polaków z Niemcami. i wiecznym pytaniem reprezentacji: co by było gdyby..? obchodzę stadion i robię kilka ujęć. na szczęście, dla fotografii, wyszło słońce. na nieszczęście dla mnie, gdyż powietrze zostało szybko rozgrzane przez szklany dach i naprawdę nie wiem, jak podczas upałów wytrzymywali tu kibice.. wspinam się również na okoliczne wzgórze widokowe, skąd rozciąga się świetna panorama całego parku. jak na dłoni widać górującą nad tym miejscem Olympiaturm -- skonstruowaną w 1968 roku i liczącą 291 m wieżę służącą obecnie firmie Deutsch Telekom.. po zwiedzeniu parku udałem się metrem na drugą stronę miasta, aby na własne oczy zobaczyć futurystyczną Allianz Arenę. niesamowita konstrukcja, najnowsze standardy, podświetlenia i wszystkie inne bajery sprawiają, że stadion (obok londyńskiego nowego Wembley) uważany jest za najnowocześniejszy obiekt piłkarski na świecie.. nie dało się podejść w pobliże płyty, zwiedziłem jednak część wnętrza, w tym sklepy obu grających tu klubów..

co jeszcze można powiedzieć o Monachium? miasto rozwija się bardzo prężnie, co w głównej mierze jest zasługą ogromnych koncernów przemysłowych z BMW i Siemensem na czele. miasto jest dość liberalne, mówi się, że żyje tu aż 100 tys. gejów i lesbijek. dominującą imprezą jest oczywiście Octoberfest, której choć raz w życiu trzeba być świadkiem..

24

lip
2008

Epitafe, czyli świeczki od byłego szefa..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 18.02

David, Francuz, który zatrudnił mnie w mojej aktualnej firmie jakiś czas temu odszedł z pracy, aby, jak mówił, zająć się swoimi sprawami, na które przez długi czas nie starczało mu czasu. dzisiaj pochwalił się swoimi dokonaniami, które prezentuje na stronie www.epitafe.com. odkąd go poznałem sprawiał wrażenie gotycko-zakręconego kolesia. Epitafe jest, jak mówi, wynikiem połączenia jego odwiecznych pasji, czyli klimatów gotyckich i radości płynących z palącej się świeczki. gdy odchodził z pracy kupiliśmy mu nawet prawdziwą czaszkę bawołu. w Paryżu poznał ekscentrycznych artystów i tak zaczęła się jego zabawa.. 10 funtów za czachę to nie dużo, więc jak ktoś jest zainteresowany to mogę podrzucić do Polandii..

26

lip
2008

żul angielski jaki jest każdy widzi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 00.23

dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..

angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..

menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..

ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..

coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..

29

lip
2008

WWO -- każdy ponad każdym

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 00.23

podaję za Mupim -- ciekawa niekonwencjonalna piosnka hip-hopowa (choć sprzed 4 lat) i bardzo dobry teledysk. więcej o WWO tutaj.

18

sie
2008

tygodniowa ucieczka od cywilizacji..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.00

ostatni tydzień spędziłem w Polsce. a raczej w gdzieś bliżej nieokreślonym miejscu, wśród szumu wiatru, zapachu lasu i czystych wód Pojezierza Lubuskiego. sprawy potoczyły się szybko: bilet Gatwick - Poznań Ławica, pociąg do Zbąszynia i 3 następujące po sobie autostopy do celu. a cel to ośrodek nad jez. Chłop w woj. Lubuskim -- miejsce sentymentalne, odwiedzane z przerwami od 1991 roku. nic-nie-wiedzący rodziciele zaniemówili z wrażenia -- a przyjechałem nie po to aby odnaleźć samego siebie, zgłębić istotę wszechrzeczy czy odszukać złoty środek. po prostu odpocząć. zwłaszcza, że za tydzień startujemy z Chorwacją i emocji tego lata z pewnością nie zabraknie.. Borowy Młyn, bo tak nazywa się odwiedzana przeze mnie wioska leży na teranie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i jest to miejsce, do którego nie dociera żaden pekaes (nie mówiąc już o kolei żelaznej) i gdzie położonego w późnej erze gierkowskiej asfaltu od lat nikt nie naprawia. i prawdopodobnie z tych powodów panuje tu taki spokój, woda w jeziorach jest czysta, a gatunki występujących tu zwierząt liczy się w setkach. kilka kilometrów dalej leży sam Pszczew -- niewielka urokliwa osada, historycznie należąca na przemian do Polski i do Niemiec. przed laty chodziliśmy tu lokalne dyskoteki (a potem z buta 7 km do naszego ośrodka) -- dziś wioska (obecnie bez praw miejskich) urzeka swoim spokojem, kolorowymi kamieniczkami i licznymi atrakcjami turystycznymi. w kolejnych notkach więcej o tych magicznych dla mnie miejscach..

kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..

18

sie
2008

Redukuję biegi by Agata

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 22.01

dostałam zadanie do wykonania z reprymendą, że mam to robić wolniej! wyobrażacie to sobie??

tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).

zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..

no i co teraz? wracać czy nie wracać?

a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)

21

sie
2008

Brighton Pride 2008

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.44

sierpniowy fotoblog w całości poświeciłem Brighton Pride -- dorocznej Paradzie Równości promującej kulturę homoseksualną. imprezy Pride od lat odbywają się na całym świecie, a odmiana południowo angielska ma miejsce każdego roku w pierwszy weekend sierpnia. pierwszy raz zdarzyło mi się być świadkiem parady, która jest najważniejszym elementem obchodów gejowskiego święta, jak mawia się o Pride (choć oczywiście znaczna część aktywnych uczestników należy do płci pięknej). organizatorzy określają imprezę jako:

registered charity from Brighton and Hove in England promoting equality and diversity, and advances education to eliminate discrimination against the lesbian, gay, bisexual and transgendered (LGBT) community.
nastawiłem się na kolorowe focenie i sztuka ta udała się w pełni, bo gejostwo wszelkiej maści pozuje chętnie i otwarcie. mimo przerażającej pogody (wietrznie i deszczowo) udało się uchwycić tych co bardziej zakręconych, przez strój i zachowanie manifestujących swoją inność. a akceptacja inności to podstawa, gdyż naczelnym założeniem Parady Równości jest zrozumienie i szacunek drugiej osoby, bez względu na rasę, płeć, orientację, czy jakiekolwiek wyznania. pełen luz i, muszę potwierdzić, uśmiech oraz przyjaźń na każdym kroku. nikt tu z nikim się nie naparza, nikt niczego nie niszczy, choć jak na każdej imprezie była muzyka, alkohol i narkotyki. daleko nam, Polakom, do takich zachowań i czasem przykro, że jest w nas wciąż tyle uprzedzenia.. co ciekawe, oprócz tych najbardziej zakręconych pełno tu rodzin z dzieciakami od małego wychowywanymi w pełnej tolerancji dla bliźniego.. z czystej ciekawości przywiózłbym tu kiedyś braci Kaczorów -- być może spodobałoby im się wielokolorowe i dobrze bawiące się bractwo..

17

wrz
2008

Chorwacja cz. I -- PN Jezior Plitwickich..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.29

koniec każdej wycieczki to czas podsumowań, wrażeń, opisów i .. przeglądania zdjęć. nie inaczej jest tym razem -- z Chorwacji wróciliśmy już jakiś czas temu, więc powoli zaczynam kompletować materiały.. Bałkany odwiedziliśmy po raz pierwszy, choć region jest położony stosunkowo blisko Polski. wybraliśmy najczęściej wykorzystywaną trasę, a więc Cieszyn -> Brno -> Mikulov -> Wiedeń -> Graz -> Maribor -> Zagreb i sruuuu na południe chorwacką autostradą. podróż bez większych niespodzianek, tym razem hieny czeskie na mnie nie zarobiły, bo jak jednostka w stadzie baranów nie przekraczałem w miastach 50 km/h. Seat Cordoba rodziców sprawował się dzielnie, jednak czym bliżej Południa tym brak klimy coraz bardziej dawał się we znaki.. za Grazem występują już liczne oznaczenia kierujące na Klagenfurt (tam już byliśmy w tym roku), a my zaczynamy operację 'cwaniak' polegającą na zaoszczędzeniu 35E na winiecie słoweńskiej. od lipca tego roku przejazd kilkunastoma kilometrami ich autostrady obliguje do zakupu półrocznej winiety, a ja, podobnie jak cała masa rodaków, nie dam się robić w balona, więc jedziemy mniejszymi drogami. daje nam to możliwość przypatrzenia się małomiasteczkowej zabudowie Słowenii, w końcu jesteśmy tu po raz pierwszy. objazd jest dość łatwy, detale opisane na forum strony cro.pl. warto tu zatankować, gdyż litr benzyny kosztuje (sierpień 2008) tu zaledwie 3.30 zł. wjeżdżamy do Chorwacji, wbijamy się na autostradę, która ciągnąc się wzdłuż malowniczych pustkowi miała nas zaprowadzić do Dalmacji, regionu, który wybraliśmy..

pierwszym przystankiem naszej chorwackiej przygody był Park Krajobrazowy Jezior Plitwickich. miejsce tłumnie odwiedzane przez światowy ruch turystyczny przelewający się we wszystkich kierunkach po słonecznej Chorwacji, głównie z powodu swojego dobrego położenia w samym centrum kraju. dojeżdżamy tu w środku nocy, a więc krótki sen i o 8 rano rozpoczynamy zwiedzanie Parku. bilet kosztuje 120 Kn (ok 65 zł), a w zamian, oprócz wstępu, otrzymujemy mapy, ulotki i możliwość skorzystania z transportu wewnętrznego, czyli autobusu wyglądającego jak pociąg (choć poruszającego się po asfalcie) oraz statku na największym z jezior. organizatorzy opracowali cały szereg tras przystosowany właściwie do .. liczby godzin, jaką turysta zamierza spędzić na miejscu. my wybieramy trasę H, której ścieżki powinny nam zabrać ok 6 godzin spokojnego marszu..

Park Narodowy Jezior Plitwickich (chor. Nacionalni Park Plitvička jezera) obejmuje 16 jezior krasowych, które są połączone licznymi rzekami i wodospadami. Jeziora zasilane są przez strumienie, co powoduje ciągły przepływ wody -- ogółem ciąg wodny rozciąga się na powierzchni ponad 8 km, a ich łączna powierzchnia to ok 200 ha (nigdy nie umiałem sobie tego wyobrazić, ale teraz porównuję do swojej działki i już mi się we łbie układa, jaki to ogrom).. flora parku obejmuje ok 1100 gatunków roślin, a całość uzupełnia fauna z mnóstwem latającego, pełzającego, pływającego i pohukującego dziwactwa. wody w jeziorach mają odcień turkusowo-wściekle-zielonkawy, są niezwykle czyste, co sprzyja podziwianiu tysięcy ryb kłębiących się wszędzie w pobliżu ludzkich tras. wszech głodne ryby zjedzą wszystko, co empirycznie stwierdziłem rzucając im na pożarcie słonecznik niełuskany, duże winogrono, a nawet kawałek pomostu. coś w stylu mojego psa za czasów swojej młodości, kiedy zwykł jadać obierane ziemniaki z surową cebulą.. teren dzisiejszych Parków, z uwagi na swój oczywisty walor turystyczny, był kwestią sporną pomiędzy Serbią, a Chorwacją -- w marcu 1991 roku, na Wielkanoc, doszło tu do starć między wojskami obydwu państw, w wyniku których zginęło dwóch żołnierzy. wydarzenie wzmogło napięcie pomiędzy dążącej do autonomii republiką Chorwacji a władzami Jugosławii i istotnie wpłynęło na późniejsze wydarzenia, w tym wojnę jugosłowiańsko-chorwacką. gonitwa po lasach i jeziorach skończyła się zwycięstwem armii chorwackiej i wypędzeniem z regionu wielu tysięcy serbskich mieszkańców..

trasy wokół jezior są zadbane i dobrze oznakowane. przebiegają głównie małymi pomostkami, po których w obydwie strony suną zastępy ludzi (w sezonie letnim nawet 4k dziennie). często trzeba wspinać się na wzgórza, a przy 35 stopniowym upale sprawa nie jest taka prosta. dookoła skaliste wzniesienia, przypomina mi się śmierć dwójki polskich turystów na Krecie, którym podczas wędrówki skończyła się woda. po pewnym czasie docieramy do Wielkiego Wodospadu -- osiąga on wysokość 78 metrów i pod tym względem jest największym w Chorwacji. podobno najpiękniej prezentuje się na wiosnę, gdy topnieją śniegi w okolicznych górach (Park Jezior Plitwickich znajduje się w południowej części gór Kapela, wchodzących w skład Gór Dynarskich), rzeki wzbierają, a hektolitry wody spadają z hukiem na teren parku. co prawda w Kalifornii, w PN Yosemite widziałem już wodospad 740 metrowy, jednak byłem tam w porze suszy, więc nic z góry nie leciało. tutaj przynajmniej ściemy nie było i można sobie było posiedzieć pod waterfallem. jeziora prezentują się niezwykle malowniczo z góry -- kilka tras pnie się coraz wyżej, skąd można podziwiać rozległe, poprzedzielane kaskadami, jeziora, mostki oraz tysiące ludzkich kształtów nieustannie się mijających.. raj dla fotografów..

Park zdecydowanie warto zwiedzić. ale moim zdaniem warto to zrobić raz. jedyny. piękne widoki po pewnym czasie stają się monotonne, szczególnie, że podobnych parków jest w Chorwacji kilka. wracając z urlopu zatrzymujemy się w Parku Narodowym Krka, jednak.. wydaje się, że wszystko to już widzieliśmy..

zewnętrzna galeria z Parku znajduje się tutaj.

17

wrz
2008

zawirowanie wokół Mojego Klubu..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 18.53

wrócę jeszcze do spraw bieżących, bo nie wypada mi pozostawić bez komentarza około górniczych wydarzeń minionego tygodnia. otóż mój jedyny, ukochany i niepowtarzalny Klub rozegrał pierwszy (od 1956 r) mecz z drużyną z mojego miasta. najważniejszy jest wynik: Górnik - Piast 1-0, styl i chuligańskie epizody schodzą na drugi plan. trzy punkty po nieoczekiwanym falstarcie sezonu 2008/09 były klasycznym must be tego meczu, choć przekomiczne niuanse (kury w sektorze Gliwiczan), czy dramaturgia (niestrzelony karny przez Tomka Hajtę) istotnie wpłynęły na wrażenia i ogólny stan mojego zdrowia.. tak czy inaczej wygraliśmy, uciszyliśmy Kurczaki, a przy tym pokazaliśmy, że w Gliwicach bez zmian panują fani Górnika -- Piast z przyznanych 2000 biletów wykorzystał zaledwie 1200, a naszych fanów z Sośnicy, Łabęd, Kopernika i okolicznych wioch było tego dnia dwa razy więcej..

i druga sprawa: mamy nowego trenera, Henryka Kasperczaka, przez wielu uznawanego za najlepszego polskiego coacha. radość jest wielka, zarówno wśród piłkarzy oraz działaczy, jak i, przede wszystkim, wśród zgłodniałych sukcesu fanów Trójkolorowych. wraz z Heniem (notabene rodowitym Zabrzaninem) przychodzą więc kolejne inwestycje właścicieli z firmy Allianz i kolejne obietnice ciągłego pięcia się do góry. aż do zdobycia upragnionego mistrzostwa (symboliczna koszulka, którą otrzymał trener ma numer 15, jak 15 tytuł Mistrza Polski Górnika), oby szybciej niż w 2012 roku. Heniu potrafi, pokazał to już niejednokrotnie, zarówno jako trener Wisły, jak i narodowych ekip z Afryki. wątpliwość jest jedna, pisze o tym Michał Pol na swoim blogu: Kasperczak ma w kontrakcie klauzulę odejścia z Górnika, jeśli nadarzy się okazja przejęcia sterów w Reprezentacji Polski. dziwne to i niepojęte, choć jak zapewnia Michał Listkiewicz, niemożliwe do 2012 roku, bo wtedy kończy się kontrakt Leo. niestety nasz prezes PZPN-u odejdzie ze stanowiska już jesienią tego roku, więc .. wolę nie myśleć, co się zdąży, jeśli Biało-czerwoni nie wywalczą kilku punktów w najbliższych meczach z Czechami i Słowacją.. do boju więc Górnik i do boju Polska. abyśmy wszyscy zdrowi byli..

18

wrz
2008

Chorwacja -- PN Jezior Plitwickich

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 13.17



19

wrz
2008

Chorwacja cz. II -- Dalmacja i Riwiera Makarska by Agata

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13.14

wakacje tego lata nie zapowiadały się różowo kolorowo. w zasadzie nie chciało mi się nigdzie jeździć, nigdzie ruszać, nic oglądać; byłam zmęczona jak nigdy wcześniej, bo w końcu ile nowo zdobytych państw można odhaczyć w ciągu 9 miesięcy.. a ten rok pod względem podróży był wyjątkowo intensywny -- Hiszpania, Szkocja, Austria, Polska dwa razy i prawie każdy weekend wypełniony wypadami i zwiedzaniem okolic Brighton). tego lata zupełnie nie miałam pomysłu na wakacje. gdzieś tam przelatywało hasło Chorwacja, ale bez entuzjazmu, bez euforii, bez niczego.. najlepsze rzeczy przydarzają nam się w życiu kiedy się ich najmniej spodziewamy. powoli wkradają się w nasze życie ukazując kawałek po kawałku ich piękno aż do momentu, w którym na myśl o rozstawaniu twarz zalewa się łzami. taka jest właśnie Chorwacja..

niby nic, w głębi lądu wszystko wygląda iście polsko, tylko trochę cieplej (no i mają tam autostradę z tunelami!! i to jaką!).. jednak prawdziwe serce Chorwacji to Dalmacja -? wybrzeże ciągnące się wzdłuż Adriatyku, od wyspy Pag na północy, aż po Zatokę Kotorską na południu, tworząc pas o szerokości do 50 km i długości około 400 km. z jednej strony stromy grzbiet górski pasma Biokovo schodzący nagle do morza, a z drugiej całość zamknięta przez około tysiąc przybrzeżnych wysp. wszystko to rozgrywa się na szerokości niecałego kilometra. jest tutaj jedna droga, jedna siec komunikacyjna i infrastrukturalna łącząca wszystkie miasteczka ciągnące się wzdłuż wybrzeża. wszystkie domy są białe lub w jasnych odcieniach, pokryte jednakową ceramiczną dachówką, gdzieniegdzie sterczące wysokie palmy, sady drzewek oliwkowych czy figowych. wszystko to tworzy niesłychanie ciekawy śródziemnomorski klimat. prawdziwa uczta dla zmęczonych angielskim chłodem, przepracowanych ciałek, dla oczu wpatrzonych codziennie w komputerowe monitory i w końcu niemała gimnastyka dla naszych mięśni, bo żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się wspiąć, zejść, podejść..

Trzy rzeczy zawładnęły tutaj moim sercem:

Pierwsze: MORZE. niesamowicie czyste i ciepłe. pływając 20 metrów od brzegu można dostrzec to, co znajduje się na dnie.

Drugie: MIX NADMORSKIEJ ARCHITEKTURY Z OTOCZENIEM. dla mnie, jako architekta, nie sposób o tym nie wspomnieć. to miejsce potwierdza, że tradycja jest piękna i dobrze podkreślona i wyeksponowana daje właściwe efekty.

Trzecie: SPOKÓJ. tam się po prostu odpoczywa, a pojęcia takie jak praca, problemy wydają się czystą abstrakcją.

Udało nam się zobaczyć kilka miasteczek Riwiery Makarskiej (w tym miejscowość Podaca, w której mieszkaliśmy) o czym wkrótce w kolejnych notkach..

22

wrz
2008

Chorwacja cz. III -- kamienne miasteczka nad Adriatykiem

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.27

mimo że nie jestem tytanem pracy, to błogie lenistwo cieszy mnie przez niezwykle krótki okres. czasem lubię zmarnować dzień na plaży z książką, albo zasnąć na wodzie na materacu, gdzie moim największym problemem jest niewiadoma, gdzie też zniosą mnie fale.. słońce jest fajne, ale po chwili (czyt. dniu, max. półtorej) szlag mnie trafia, że siedzę i mitrężę czas. jak kilku innych moich znajomków, preferuję wypoczynek aktywny. więc zaczynam iść, szukać, oglądać i dziwować się. a jest czemu, gdyż wystarczy odwrócić głowę, aby podziwiać pasmo górskie Biokovo, z którego rozciąga się wspaniały widok na ruiny dawnych miasteczek, obecne kurorty nadmorskie oraz wyspy Brac i Hvar.. wieczorem, kiedy temperatura zbliża się do normalności, ruszamy na podbój okolicznych miasteczek. jest ich sporo, wszystkie kamienne, zadbane, urzekające..

na początek trochę historii: tereny o których piszę przez wiele wieków (przynajmniej przez 2000 lat przed Chrystusem) zasiedlone były przez lud Ilirów. świadczą o tym kamienne ruiny wznoszonych przez nich budowli. w czasach świetności Imperium Rzymskiego lud ten został podbity, a na terenie dzisiejszych Zachodnich Bałkanów powstała prowincja Iliria, a następnie Dalmacja i Panonia. z tego okresu pochodzą liczne znaleziska archeologiczne oraz szczątki rzymskich murów obronnych. musiało minąć kilkaset lat by wędrówka ludów przygnała na te obszary Chorwatów. było to pomiędzy VI, a VIII wiekiem, jednak dla bezpieczeństwa wybierali wysoko położone tereny na stokach Biokova, które były korzystniejsze ze względu na możliwości obronne. rozpoczęły się walki z Wenecją -- potężnym miastem-państwem kontrolującym żeglugę i handel na morzu Adriatyckim. po wielu latach walk region upadł w roku 1280, co było kresem średniowiecznej potęgi chorwackich sił morskich.. w kolejnych wiekach obszary przechodziły panowanie Habsburgów, Turków osmańskich oraz Napoleona, co tłumaczy ogromne zróżnicowanie kulturalne tego regionu..

największym miastem Dalmacji jest Makarska, od której nazwę wzięła cała riwiera. poza sezonem mieszka tu ok 15 tys. ludzi, a w okresie letnim aż 3 razy więcej. Makarska jest kurortem nazywanym chorwackim Saint Tropez, głównie z uwagi na wspaniały port, niezliczone knajpy, restauracje i dyskoteki. pomimo dynamicznego rozwoju miejscowości zachowała się tu przepiękna starówka z wąskimi uliczkami i kamiennymi domkami. dzisiejszy rynek, kościół parafialny Św. Marka i pobliskie uliczki uformowały się w XVII i XVIII w. na samym rynku stoi posąg pisarza z okresu oświecenia, mnicha franciszkańskiego Andrija Kacic Miosie, a w okolicach przylądka Osejava na południe od portu stoi klasztor franciszkański z roku 1400, którego wygląd współczesny pochodzi z roku 1614. sama nazwa 'Makarska' po raz pierwszy wspomniana była w roku 1502 w dokumencie bośniackiego sędziego Muhameda Musina. miasto było wówczas pod okupacją turecką i tutaj odbywał się handel między Turkami i pozostałymi krajami Adriatyku. powstały wówczas wieże obronne przed Wenecjanami, co jednak nie zapobiegło podbojowi miasta w 1681 roku, kiedy Makarska staje się częścią Wenecji. w XVIII wieku, wraz z rozwojem handlu i dzięki bardzo dobrej sytuacji materialnej miasta, powstają kościoły i pałace, a młoda szlachta buduje swoje rezydencje w stylu barokowym. pomijając zabytki, już samo włóczenie się po brukowanych uliczkach Makarskiej ma swój urok. chłodne zaułki przypominają te z miast północnych Włoch -- natrafiamy na niewielkie placyki, niekiedy w całości kamienne, niekiedy wypełnione trawą i palmami.. najwięcej zieleni występuje jednak na nadmorskim bulwarze, których Makarska posiada aż dwa. tu znajduje się ładny port, skąd można popłynąć na całodniowe wycieczki na okoliczne wyspy oraz oczywiście plaże.. plaże, jak w przypadku całego wybrzeża, są głównie kamieniste, a woda.. krystalicznie czysta.

podobnie zresztą jak w miejscowości Gradac.. tu jednak, głównie z uwagi na wielkość miasteczka, zauważyliśmy wzmożony handel produktami własnej roboty. kamienne murki, a także wiele innych miejsc (np. domowe okna) zmieniają się na wieczór w niewielkie stoiska, gdzie wiele rodzajów rakii, a także oleje, figi, migdały, czy cytrusy czekają na nowych właścicieli. sprzedawcami są najczęściej starsze osobniczki pochodzenia lokalnego, a po zainteresowaniu można się domyśleć, że wakacyjny handel stanowi solidne podreperowanie domowego budżetu. ceny są w porządku, litr chamskiej (czyt. domowej, w używanej szklanej butelce zakręcanej nakrętką) rakiji można już kupić za 25 kun, czyli ok 13 zł. hitem kolekcjonerów są natomiast alkohole w przyozdabianych butelkach, najczęściej z detalami pochodzenia morskiego: mamy więc butelki z muszlami, piaskiem i skorupiakami. całość stanowi barwne przedsięwzięcie, gdyż stoiska są oświetlane kolorowym światłem, a jak uczono na marketingu, otoczka sprzyja sprzedaży i pozytywnie wpływa na kupującego..

podobnie rzecz się ma w innych miasteczkach Riwiery Makarskiej. jadąc krętą malowniczą drogą na południe mijamy kilkanaście turystycznych miasteczek, z których każde może budzić sympatię. Baska Voda, Brela, Tučepi, Podgora, Drvenik, Igrane i wiele innych to leniwe i wyludnione mieściny podczas dnia, oraz centra gastronomiczne wieczorami. wszystkie w zabudowie kamiennej, zwykle z górującym nad całością kościołem pod wezwaniem jednego z setek świętych. gdy stygną plaże, nad brzegami rozpalają się grille, zaczyna grać muzyka, a turyści wychodzą na promenady. i tak to wygląda, od kwietnia, do późnej jesieni..

a jak wygląda świat między miasteczkami? dość jednorodnie, choć malowniczo: dookoła ktoś wszechmocny porozrzucał głazy, które w towarzystwie traw królują na długich setkach kilometrów. już od wysokości Splitu krajobraz pustoszeje, a ziemia nie nadaje się do niczego. z tego powodu oprócz oliwek i mandarynek (ale to i tak na dalekim południu, w okolicach miasta Metkovic) nikt jej tu nie uprawia. ten region nie jest rozpieszczany przez pogodę. Goran, nasz chorwacki gospodarz, załamuje ręce i prosi o deszcz. w tym roku nie padało już od 3 miesięcy -- krajobraz wyraźnie pożółkł, drzewka oliwne nie dadzą nawet litra oliwek, w różnych miejscach regionu wybuchają pożary. w dzień wyjazdu Goran pokazuje nam lokalną gazetę, gdzie piszą, że przez najbliższe 10 dni nie ma ani 1% szansy na opady. jak to, przecież jadąc tutaj w okolicy Splitu przeszła ogromna burza?, pytam. w Splicie tak, mówi Chorwat, u nas nie pada prawie nigdy.. nawet we wrześniu każdego dnia jest tu ponad 30 stopni, a do jakiejkolwiek aktywności nadają się tu tylko poranki i wieczory. i pewnie dlatego Chorwacji wstają o 6 rano, aby w spokoju, na własnym tarasie, oczekiwać tego, co przyniesie nowy dzień..

24

wrz
2008

Chorwacja: wieczorowy widok z Górnej Podacy

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.12


26

wrz
2008

Chorwacja cz. IV -- Wioska

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.25

Wioska męczyła mnie od kilku dni. spokojna i autorytatywna spoglądała na mnie z góry. jej zabudowa lśniła w upalnym słońcu, białym kamieniem wyróżniając się spośród położonego wyżej pasma górskiego. nie byłem dla niej przeciwnikiem -- przez wiele lat stawiała twardy opór Wenecjanom i Turkom, dawała schronienie tysiącom istnień ludzkich. emanowała wiekami historii. tego ranka podjąłem decyzję o zmierzeniu się z Wioską. przed sobą miałem spokojne wody Adriatyku z wyraźnie zaznaczoną na horyzoncie wyspą Hvar, za sobą masywny łańcuch Biokova. Wioska położona była za moimi plecami, 350 metrów wyżej..

na Wioskę wołano Podaca, z 'ca' na końcu, nie 'ka'. w przeciwieństwie do tej dzisiejszej, tą na górze zwano 'Gornja'. oczywiście nazwa powstała niedawno, kiedyś Wioska była jedyną znaną Podacą w okolicy. budziła szacunek. jej dzieje sięgają w głąb wczesnej epoki kamienia, o czym świadczą liczne znaleziska archeologiczne -- nie można się więc dziwić, czemu dzisiejsza Górna Podaca, z brutalnie skradzioną osobowością i nazwą, czyha na turystów takich jak ja. Wioska chce się pokazać..

dla lepszej dramaturgii postanowiłem wyruszyć wieczorem. nie mogąc się jednak doczekać aktywnych emocji wypuściłem się już po piętnastej. słońce grzało niemiłosiernie, 35 stopni spowalniało moje ruchy, a Wioska bez przerwy patrzyła na mnie z góry. droga wiodła zakosami, łapczywie szukałem najmniejszego wręcz kawałka cienia. duchota straszna, żadnej palmy daktylowej, gdzieniegdzie tylko niewielkie krzewy oliwne. 350 metrów pokonałem z bijącym nerwowo sercem, z litrem wypitej wody i kilkoma przystankami. wchodząc do Wioski cieknąca od potu koszulka znaczyła moje ślady. trzymając się jedynej większej ulicy, w milczeniu mijam zabudowania po obu stronach piaskowej drogi. niewielka kapliczka, jednopiętrowe coś, co kiedyś było willą, kamienna stajnia, murowana altanka i zacieniony placyk z polem do gry w bule. po lewej stronie niewielki kościółek z wysoką wieżą zegarową i skromny, wioskowy cmentarz.. kilkanaście metrów dalej majestatyczna owalna wieża i bezładnie porozrzucane, pokryte roślinnością kamienie. niedaleko mnie ukradkiem przebiega czarny kot. dookoła panuje cisza, jestem tu zupełnie sam..

Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. kolejne nawiedzające te tereny trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do zejścia niżej, aż nad samo morze. rozpoczęto prace nad nową wioską, jako pierwszy oczywiście powstał nowy kościół. wysoko pod masywem górskim żyło się bezpiecznie, choć niewygodnie. zajmująca się rolnictwem i rybołówstwem ludność miała do pokonania kawał drogi, co przy ostrym słońcu nie było zadaniem prostym, ani przyjemnym. tego typu wioski nie są w Dalmacji niczym szczególnym -- właściwie każda z większych dzisiejszych osad ma swój odpowiednik wysoko na stokach górskich. Gornja Podaca, mimo że opuszczona, częściowo nadal utrzymywana jest przez państwo, co przejawia się we względnym porządku i remontach głównych budowli. niedawno wymieniono tu dach kościoła, a świeżo otynkowana kaplica emanuje białym światłem.. co jakiś czas odbywają się tu niewielkie festiwale, a w dni świąteczne celebrowana jest msza święta. oczywiście nie wiedziałem tego podczas mojego pierwszego spotkania z Wioską -- klucząc po opuszczonych miejscach czułem się wyjątkowo, a tajemniczość miejsca wpływała na moją pewność siebie. tu Wioska wygrała zdecydowanie -- często zatrzymywałem się nasłuchując, czy ktoś aby się nie zbliża, nie czai za rogiem, nie czyha na błąd. i to dziwne uczucie, to plaskate coś na twoich plecach kiedy wydaje ci się, że jesteś obserwowany. brrrr, jak w jakimś Ghost City gdzieś w Meksyku, albo przynajmniej na bezdrożach Nevady..

zwiedzanie zaczynam od placu kościelnego, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. budynki są zamknięte, jednak przez szpary w drzwiach widzę dobrze utrzymane wnętrza. zbudowany w okresie przedromańskim (XI i XII w.) kościół pod wezwaniem św.Jana Chrzciciela został ufundowany przez rodzinę niejakiego Kacića, w poszukiwaniu której lustruję niewielki cmentarzyk. groby ludzi, najczęściej ze zdjęciami na pomnikach, uruchamiają wyobraźnię. każdy ma tu swoją historię zaczynającą się najczęściej jeszcze w XIX wieku. wspólnie z dziećmi pochowane małżeństwo, samotna kobieta, młody, żyjący niespełna szesnaście lat chłopak.. zauważam kilka późniejszych dat -- niektórych pochowano tu w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku -- widać ich życzeniem było pozostanie w swoim rodzinnym miejscu. w takim miejscu przypominam sobie książki Andrzeja Stasiuka -- osadzone w realiach Wschodniej Europy i Bałkan nostalgiczne opowieści o minionych wydarzeniach i o nieustannym upływie czasu.. o zapomnianej Europie, czyli miejscu, gdzie teraz się znajduję. odnajduję średniowieczny kamień nagrobny, tak zwany stećak, będący najlepszym dowodem na historię tego miejsca. wychodzę na główną ulicę i przyglądam się stojącym tu i ówdzie murkom. jak to możliwe, że prze lata waliły się całe budynki, a te kilkudziesięcioletnie konstrukcje (powstałe przecież bez użycia cementu) nadal stoją i mają się dobrze? największe wrażenie sprawia jednak ogarniający wszystko bluszcz. wydaje się, że niepodzielnie panuje we Wiosce, otacza i umacnia zabudowania, wychodzi przez okna, zsuwa się z dachów. to właśnie bujna roślinność tych wzniesień zapewnia równowagę środowiska, a jej korzenie zapewniają utrzymanie w jednym kawałku rozgrzanych i kruszących się wapieni. wchodzę do kilku pomieszczeń -- wnętrza są surowe, jakby niedokończone. gdzieniegdzie pozostałości łóżek, zawalone stoły, milczące, jakby zamyślone ściany. wśród dzikiej roślinności jest cała masa drzew figowych, ochoczo korzystam z gościnności Wioski, choć wciąż czuję, że mnie obserwuje i wytycza trasę mojego zwiedzania. wchodzę w wąską boczną uliczkę, gdzie znajduję pożółkłą gazetę, o dziwo wciąż nadającą się do czytania. data wskazuje na 18 czerwiec 1998 roku. z ciekawości otwieram drzwi niewielkiej zagrody -- jest pusta, wypełniona suchą i pożółkłą pozostałością traw. wyciągam aparat i nagrywam krótkie filmiki -- starając się uchwycić moment chwili, puste odrzucające okiennice, zarośnięte altanki czy surowe schody. w mojej zuchwałości zapuszczam się w coraz to bardziej niedostępne miejsca, z bijącym sercem krocząc wśród pozostałości ludzkiej osady.. gdzieniegdzie odnajduję porozrzucane noże, ledwo rozpoznawalne potłuczone talerze, miski i inne dziwactwa. większość domostw jest pozamykanych, łuszcząca się farba drzwi nadaje im makabryczny wygląd..

docieram do zabytkowych murów obronnych z wieżami. cóż, wieżami to one kiedyś może i były, gdyż wzniesiono je w celach obronnych przeciw częstym najazdom tureckim, dzisiaj wszystko jest tu ruiną. ruiną tym lepszą, że kontrastującą z mozaiką pożółkłych wzgórz, bieli okolicznych miasteczek, lazurowego morza i dalekich, widocznych na horyzoncie, wysp. raj dla fotografa -- pstrykam jak oszalały, choć nie wiem, jak zareaguje na to sama Wioska. chyba jednak się polubiliśmy -- daje dużo cienia, pasjonuje widokami i tajemniczością. odnajduję miejsce z folderów turystycznych: kamienne domy pozbawione dachów stojące nad samym wzgórzem; kilkaset metrów niżej zabudowania dzisiejszej Podacy. wracając ponownie spoglądam na małą kapliczkę z figurką Matki Boskiej i zardzewiałym krzyżem. ktoś o nią dba, w jej wnętrzu ustawiono zakurzone plastikowe kwiaty. nieopodal wchodzę na rozległą, porośniętą winnym gronem, altanę. wygląda jakby ktoś wyniósł się stąd w trakcie swoich codziennych prac: wyschnięty płyn do mycia naczyń, spleśniały chleb na kiwającym się stole, pożółkła chorwacka flaga. później dowiaduję się, że ktoś wykupił ten budynek i co jakiś czas się tu pojawia. sprawa wydaje się oczywista, chleb nie może mieć przecież 40 lat.. na koniec mojej wycieczki zapuszczam się do najwyżej położonych punktów Starej Podacy i odnajduję .. samochód. nie spodziewałem się tego zupełnie. po chwili wychodzi do mnie jego właścicielka -- całkiem komunikatywnie mówi po angielsku i tłumaczy, że domek jest na wynajem, a jednorazowo może pomieścić osiem osób. ona zostawia nam klucze, więc mamy dla siebie cały domek. i całą wioskę, dodaje po chwili.. schodząc na dół mijają mnie dwa samochody wjeżdżające za moją rozmówczynią w kierunku wynajmowanego domku. ich rejestracje rozpoczynają się od liter: KR i polskiej flagi..

29

wrz
2008

Chorwacja: Gornja Podaca -- filmik

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.23



29

wrz
2008

Long Man of Wilmington..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.31

w sobotę udaliśmy się na kolejny lokalny wypad -- tym razem celem był Long Man of Wilmington. wielokrotnie kręciliśmy się w jego okolicach, obchodząc, zachodząc, nie natrafiając, przejeżdżając, w rzeczywistości więc nigdy nie stanąłem u stop ogromnego dzieła minionych cywilizacji. w sobotę się udało.. Long Man jest kamienną figurą ułożoną na stokach wzgórza Windover w pobliżu miasteczka Wilmington w hrabstwie East Sussex. samo Wilmington niczym szczególnym się nie wyróżnia -- ot spokojna wioska z gatunku tych leżących na dnie dolin, w których białe kamienne kościółki czuwają nad pomyślnością mieszkańców. tajemnicze dzieło mierzy 69 metrów i pod tym względem jest jednym z największych odzwierciedleń kształtu człowieka na kuli ziemskiej (największym pozostaje Atacama Giant w Chile). jego pochodzenie, jak również cel budowy, ginie w pomroce dziejów, a prawdy prawdopodobnie nie dowiemy się już nigdy. teorii oczywiście jest wiele, gdyż badania nad wapienną atrakcją trwają od wieków. czy pomnik reprezentuje boga, czy wojownika, czy jest on może opiekunem płodności dawnych mieszkańców tych okolic, czy strażnikiem chroniącym przed najazdem wroga? tego typu intrygujących pytań, na które odpowiedzi poznać można chyba tylko na wycieczce do światów alternatywnych, jest zresztą więcej. Long Man zbudowany jest zgodnie z zasadami proporcji -- patrząc od dołu, z poziomu gruntu figura zachowuje proporcje ludzkiego ciała. dopiero zdjęcia satelitarne wyraźnie ukazują jego rzeczywistą długość. figura została zrekonstruowana (!) w czasach wiktoriańskich, kiedy to pozbawiono Long Mana genitaliów i zmieniono kształt jego stóp, co miało dopasować pomnik do wyobrażeń tamtej epoki. dla mnie działania śmieszne i pozbawione sensu. materiały na które się natknąłem sugerują zresztą, że kształt figury mógł znacznie różnić się przed tysiącami lat -- np. w okresie II wojny światowej białe wapienne kamienie pomalowano na zielono, aby nie stanowiły punktu odniesienia dla niemieckich pilotów w Bitwie o Anglię. obiekt w każdym razie jest do dzisiaj elementem kultu angielskich neopogan, podobnie jak sławny Stonehenge. festiwale odbywające się w tych okolicach są całkiem znane, a najlepszym podobno źródłem informacji o tym miejscu jest pub The Giant's Rest (spoczynek olbrzyma), który mijaliśmy idąc od centrum miasteczka.. tajemniczość figury tak mocno wpłynęła na Agatę, że po kilku kilometrach marszu zasnęła jak kamień (cóż za zbieg okoliczności) u stóp tajemniczej postaci.. ja wdrapałem się na okoliczne wzgórze (tocząc z napotkanym królikiem korespondencyjny pojedynek wspinaczkowy), gdzie oprócz olśniewających widoków South Downs można natknąć się na pozostałości grodziska i kurhanów grzebalnych z epoki brązu. stojąc na szczycie i patrząc się (ha, z góry!) na Long Mana, nie sprawia on już tak wspaniałego wrażenia, jak z dołu. sprawnie ułożone kamienne bloki, do tego wymalowane niedawno jakąś lśniącą białą farbą.. świetne anglojęzyczne źródło informacji o tym cudzie można znaleźć tutaj.

02

paź
2008

wesele Magdy i Mariusza -- pokaz slajdów by Agata

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 09.58



plenerowe zdjęcia z wesela naszych przyjaciół Magdy i Mariusza bardzo się spodobały, więc dzisiaj dorzucam pokaz slajdów, który jest dziełem Agaty. po raz pierwszy na vimeo i prawdopodobnie tak już zostanie, gdyż jakość jest tu zdecydowanie wyższa niż na jutiubie. będzie jeszcze lepiej, bo film był poddany dość dużej kompresji podczas renderowania. sama sesja miała miejsce nad zalewem w Kłobucku koło Częstochowy. wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, choć podczas uroczystości pstrykałem wspólnie z Robertem, widocznym podczas pracy na jednym ze slajdów. do zdjęć podzielonych na 7 części dochodzi książka i kilka filmów na kształt tego powyżej..

4.

0.
008;

dwa zdjęcia..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 3.16

robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie, ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii. oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń, jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto, jak tutaj..

podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?

10

paź
2008

Chorwacja cz. V -- Dubrownik -- perła Adriatyku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.19

przedostatni dzień w Chorwacji poświęcamy na Dubrownik. noszące miano perły Adriatyku miasto znajduje się na południowym krańcu państwa, a jadąc z północy należy przejechać kilkunastokilometrowy odcinek należący do Bośni i Hercegowiny. z Podacy, miejscowości w której mieszkaliśmy, mieliśmy do pokonania odcinek ok 130 km. biegnąca wzdłuż wybrzeża, tyleż malownicza, co pokręcona droga, gwarantuje jednak ponad 2.5 godziny pięknych widoków spędzonych w do czerwoności rozgrzanym samochodzie. do tego, standardowo już w wypadach zagranicznych, nie ominęły nas przygody z lokalnymi stróżami prawa. tym razem jednak zakończone happy endem. posłuchajcie.. wlokę się już dwudziestą minutę za tirem, droga wąska, nie ma jak wyprzedzić. i nagle jest -- łagodny zjazd z górki, przerywana linia, nic nie jedzie z naprzeciwka. po chwili znowu ograniczenie do 50-ciu i zakręt w lewo. hamuję delikatnie (po co zwalniać, skoro za chwilę i tak jest podjazd), a tu panowie w dziwnych czapkach z radarem machają mi życzliwie. Dobar dan -- miło zagaduje ten młodszy i prosi o paszport. było 50 km/h, pan miał 72, to jest 1000 kun mandatu. szybko przeliczam i niezbicie wychodzi mi kwota 500 zł. no tyle to nawet w Stanach nie zapłaciliśmy! szybko wprowadzam w życie kilka nabytych w redakcji Helionu kruczków negocjacyjnych i po 5 minutach dyskusji po angielsku zbijam cenę o połowę. zapraszają mnie 'do poloneza' i pokazują wyświetlacz radaru. jak byk 72, choć kto im udowodni, że nie jest to liczba poprzedniego kierowcy? brnę dalej w tonie służalczo-przepraszająco-uniżonym i po pewnym czasie starszy z dwójki radarowców obniża mandat do 300 kun, z zastrzeżeniem, ze niżej nie może, bo takie jest prawo. no nic, idę do Agaty po kasę -- a tu zonk, w portfelu mamy łącznie 240 kun, reszta na karcie. dobrze, że wcześniej tego dnia zatankowaliśmy do pełna ;) dyskusja i zabawa w dyplomację zaczyna się na nowo, ale kolesiom wcale nie jest już do śmiechu: coś tam straszyli sądem, potem wspominali groźnego oficera na posterunku w miejscowości Metkovic -- jednym słowem byli twardzi. ja jednak byłem jeszcze twardszy, bo stojąc w szczerym polu nie miałem lepszego wyjścia z sytuacji. w końcu z odsieczą przyszedł kolejny z polskich rajdowców wypadając zza zakrętu z większą niż ja prędkością.. chłopaki gościa capnęli, a oddając mi paszport usłyszałem na do widzenia: powoli Polaku!. rejestracja wybawcy zaczynała się od liter GD..

dojeżdżamy do Dubrovnika. tłoczno, duszno, ale po chwili kluczenia po mieście znajdujemy free parking na jakimś blokowisku. w 10 minut dochodzimy do Starego Miasta i wbijamy się przez jedną z dwóch imponujących kamiennych bram obronnych. właściwie o kamieniu nie powinienem wspominać, gdyż, jak przystało na gród wczesnośredniowieczny, jest to jedyny wykorzystywany tu surowiec. począwszy od murów miejskich, przez posadzki, schody, fontanny, na budynkach kończąc. wszystko fantastycznie wypolerowane, w posadzkach można się wręcz przeglądać. z uwagi na przepotężny ruch turystyczny (czyt. tysiące turystów każdego dnia) był to proces wręcz nieunikniony. Dubrownik jest przecież najbardziej znanym nadmorskim miastem Chorwacji, należy do światowego dziedzictwa UNESCO i konkuruje z Wenecją o miano najpiękniejszego miasta śródziemnomorskiego.. historia tego miejsca sięga VII wieku, kiedy to Słowianie założyli tu osadę o nazwie Dubrava. już w VIII wieku osada została otoczona murami, rozwinął się port, co wspólnie z położeniem geograficznym gwarantowało rozwój osady. w XIII wieku miasto zrekonstruowano, a miejskim kręgosłupem stała się ulica Stradun, od której odchodzą dziesiątki mniejszych odgałęzień. zaczęły powstawać budowle publiczne, kościoły i place. o sile miasta decydowała potężna flota morska z 200-oma statkami i ponad 5 tys czynnych marynarzy. rozwijał się handel, wzrastała siła ekonomiczna, a kwitnąca literatura, malarstwo i nauka podniosły poziom kulturalny.. przez wiele lat miasto szczyciło się monopolem na handel w ogromnej części regionu śródziemnomorskiego, posiadało własną monetę, czy np. pierwszy w Europie szpital i aptekę. w latach 1204-1806 istniała tu Republikę Dubrownicką, która swoją niepodległość przez kolejne wieki utrzymywała głównie dzięki potędze handlu i sprawnej dyplomacji polegającej na sprytnym lawirowaniu między Turcją a Wenecją.. kresem samodzielnego bytu tego państwa-miasta było wkroczenie doń wojsk Napoleona..

spacer po Starym Mieście należy rozpocząć z samego rana. przed przybyciem zmasowanej zgrai turystów jest również szansa na odrobinę chłodu. śródziemnomorski klimat miasta sprawia, że każdego dnia temperatury przekraczają tu 30 stopni, a wiatr powiewa z rzadka. zabytki historyczne obejmują pałac Rektora (XV w), pałac Sponza (XVI w), kościół św. Błażeja (patrona Dubrownika z XVIII wieku) oraz najstarszą europejską aptekę ( 1317 r). na pierwszy plan wysuwają się oczywiście obronne mury miejskie, które można obejść oglądając miasto z góry, choć swoisty urok miejsca można wyczuć na targu owocowym znajdującym się na jednym z placyków starego miasta. szlajając się z wolna coraz to większymi zaułkami dochodzimy niespodziewanie do niewielkiego przejścia w murach, gdzie na skale nad samym morzem wyleguje się kilkanaście osób. krótki moment zastanowienia i .. skok z wysokiej skały do chłodnego morza. rewelka, pływanie w Adriatyku pod samymi murami miasta. z biegiem czasu na kamiennej plaży przybywa ludzi, część z plecakami, będąc jakby w ciągłej podróży.. uliczki miasta są niezwykle czyste, słychać wszystkie języki świata, Polaków, jak zwykle, jest bardzo wielu. o odpoczynku (jak np w Wenecji) nie ma tu mowy. aby polubić to miasto należy zaakceptować tłum, lub przyjechać tu w okolicach listopada. architektura rzeczywiście jest piękna i bez zbytniej fantazji można sobie wyobrazić jak wyglądało tu życie kilkaset lat temu. część zabytków została oczywiście zrekonstruowana, gdyż Dubrownik ucierpiał w trakcie wojny między państwami byłej Jugosławii. generalnie jednak miasto jest piękne i przynajmniej raz w życiu warto go zobaczyć. Bernard Shaw powiedział kiedyś: 'ci, którzy szukają raju na ziemi, muszą przyjechać do Dubrownika'.. i pewnie coś w tym jest, choć upał, tłumy i wszędobylska komercja w żadnym przypadku nie są dla mnie wyznacznikiem raju..

13

paź
2008

Games Convention videos from NCE..

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 11.23

dzisiaj wrzucam 3 NCsoftowskie filmiki przygotowane specjalnie na tegoroczne targi gier komputerowych w Lipsku. Games Convention jest największą imprezą w branży gier komputerowych w tej części świata -- kilkaset producentów, wydawców, setki tysięcy odwiedzających i prezentacje najnowszych produktów, zapowiedzi, celów. to, co widzicie poniżej, jest głównie dziełem naszego community service, czyli działu poświęconego relacjom ze społecznością graczy. zawsze mówiłem, że pracuję z ludźmi wszechstronnie utalentowanymi, a w tym przypadku oprócz pomysłowości udało im się włożyć w filmiki sporą dawkę humoru.. zresztą od jakiegoś czasu myślę o szerszym pokazaniu ludzi, z którymi codziennie współpracuję. przyszłościowo planuję poświęcić im jakiś miesiąc mojego fotobloga, ale wideo będzie dobrym początkiem. wrzucam 3 epizody (z dziesięciu przygotowanych), reszta dostępna jest w linkach na jutiubie:

no więc po kolei: pierwszy kolo w poniższym klipie do Julien, Francuz, który odszedł z firmy w zeszłym tygodniu. będzie pracował w Dublinie nad Warhammerem. kolejny to Martin, Niemiec z Dortmundu, jajcarz i opowiadacz zabawnych historii. obok niego siedzi Loic -- również Francuz (co słychać), z którym co poniedziałek kopiemy piłkę na zielonej murawie. 'What do you recon, Jorg?' pada z ust Alexa, Australijczyka. równy kolo, który jakiś czas temu odszedł z NCsoftu, by powrócić do nas po 3 miesiącach banicji. Jorg, również Niemiec, rocker o farbowanych na brązowo włosach. szydzi z niego Martin z Norymbergi, z którym również gramy w piłkę, tyle że na PlayStation.. następna jest Tia, nasza perełka z Polinezji Francuskiej (to tam daleko na Oceanie Spokojnym; nie wiem dokładnie gdzie, ale leci się tam 20 godzin z przesiadką w LA). po jej lewej Peter, Hiszpan, który twierdzi, że Hiszpanem nie jest, bo urodził się w Belgii. no i Sebastian -- Szwed z jakiejś zaśnieżonej nory z którym czasem gramy w gry online. obok niego Nicolas, nawiązując do Ikei, a samo wprowadzenie do dyskusji pada z ust Jen -- Brytyjki, z którą nigdy nie rozmawiałem..



na drugim klipie mamy Stephena (ten łysy) -- najbardziej pomysłowego kolesia, z którym kiedykolwiek współpracowałem. te wszystkie filmy to zresztą jego idee. razem z Alexem przepytują kolejno: Rickiego z mieczem (jednego z Koreańczyków z naszego biura w Seulu), Martina, Alexa, Jorga, Loica, ponownie Jorga (wszystkich ich już znacie), Toma, Volkera rapera, który dostaje ciepłą posadkę na targach ;)



na 3 klipie występuje głównie Tom -- Angol, który prawie 2 lata temu nie podzielił się ze mną swoim łączem internetowym.. Tom odszedł z firmy 2 tygodnie temu, i w większości panowała opinia, że jest to: really big loss for the company. pomysłowy, otwarty, bezkompromisowy. podobno świetny grafik i projektant.. stare kino niczym z lat 30-stych Hollywood, albo, bardziej współcześnie, z projektu Dharma, jaki mieliśmy w Loście. pod koniec ponownie pojawia się Martin, którego na lunchu zlałem w Pro Evolution Soccer ;)


17

paź
2008

Bośnia i Hercegowina

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.28

granicę Bośni i Hercegowiny przekraczamy w chorwackim mieście Metkovic. bośniacki urzędnik nie chce nas wpuścić, bo nie mamy wykupionej zielonej karty. ubezpieczenie takie można nabyć w baraku obok i kosztuje, bagatela, 20 Euro. wyjścia nie było, więc po zakupie wjeżdżamy do kraju i jak się okazuje, żadnych problemów tego dnia już nie mieliśmy.. jesteśmy tylko 1500 km od Polski, jednak odległość, zwłaszcza ta kulturowa, wydaje się znacznie większa. znajdujemy się w kraju historycznie podzielonym, którego ziemie przez wieki na przemian wchodziły w skład Bizancjum, Serbii i Królestwa Węgier. znajdujemy się w miejscu, gdzie styka się ze sobą kilka znaczących religii -- w tych samych miasteczkach mieszkają tu ze sobą muzułmanie, katolicy i wyznawcy prawosławia. kościoły mieszają się z cerkwiami, a wszędzie dookoła piętrzą się minarety. jesteśmy w końcu w kraju, który w znacznym stopniu został spustoszony niedawną Wojną Bałkańską -- ślady po walkach, w przeciwieństwie do takiej Chorwacji, są tu aż nadto widoczne. szczególnie na tym polu wyróżnia się stolica -- Sarajewo, w której jednak nie byliśmy. spędziliśmy w tym kraju cały dzień odwiedzając Pocitelj, Mostar i Medjugorje, czyli najważniejsze miejsca Hercegowiny.. tereny te są w dużej mierze zamieszkane przez mniejszość chorwacką, co widać w każdej wiosce po flagach wiszących nad drogą.

ok 30 km na wschód od Chorwacji znajduje się miejscowość Pocitelj. z uwagi na bliską odległość do morza oraz przepływającą obok rzekę Neretwę, miasteczko przez lata stanowiło kryjówkę dla piratów. właściwie niewiele wiadomo o średniowiecznych losach tego miejsca, oprócz faktu, że w XV wieku miasteczko zostało przejęte przez Turków i to właśnie ich architektura pozostawiła tu najtrwalsze ślady. wkraczamy więc na terytorium Cesarstwa Ottomańskiego, tego samego, z którym nasz Janek wojował kiedyś pod Wiedniem. przed samym wejściem do miasteczka atakuje nas zgraja kobiet w chustach sprzedająca lokalne dobra. kupujemy kosz nektarynek, jednak zakup podziałał budująco na resztę kobiet, które na zmianę próbowały wcisnąć nam kamienne figurki, dorodne figi, czy bawełniane chusty. Pocitelj w całości zbudowane jest z kamienia -- wspinamy się powoli brukowaną uliczką ciągnącą się wzdłuż starego muru obronnego. na horyzoncie majestatycznie pręży się pierwszy meczet, który miałem okazję zobaczyć z bliska. świątynię z białego kamienia zbudował w 1563 roku turecki władca Hadżi Alli. ściągamy buty i wchodzimy do środka. chłód, dywany, świece, specyficzny zapach, egzemplarze Koranu. wszystko to wpływa na dreszczyk emocji właściwy przebywaniu w zupełnie odmiennej niż nasza kulturze. samo Pocitelj przypomina mi portugalską Sortelhę -- domki są prawie niewidoczne, wrośnięte w leżące na wzgórzu głazy, wtopione w kamienie średniowiecznych murów obronnych. wspinamy się coraz wyżej, w kierunku ruin tureckiego zamku z XV wieku. wchodzę na jedną z wież, skąd rozciąga się wspaniały widok na niedaleką dolinę, przez którą przepływają turkusowe wody rzeki Neretwy. w mieście jest pusto -- na swojej drodze spotykamy tylko grupkę Łotyszy i rodzinkę Bośniaków, która ostatnie lata spędziła w Niemczech. powoli schodzimy w dół, jest bardzo ciepło, jednak od kamienia bije przyjemny chłód. na końcu jedna z przekupek prosi nas o transport do Mostaru -- miała spokojną poczciwą twarz człowieka, od którego bez wahania można kupić używanego konia, tak więc z chęcią ją zabieram. niestety była na tyle średnio kumata, że nie pogadaliśmy sobie ani po angielsku, ani po niemiecku, ani po rosyjsku, ani po żadnemu.. bezproblemowo za to kieruje nas do samego centrum Mostaru, gdzie parkujemy i uderzamy w kierunku starówki..

na pierwszy rzut oka Mostar wydaje się miastem zniszczonym. skutki wojny oglądamy na każdym kroku, dookoła mnóstwo ostrzelanych ścian, krzywe kamienice, szkielety budynków grożące zawaleniem. metamorfoza widoczna jest gołym okiem po przejściu kilkuset metrów i wkroczeniu w najbardziej znaną część miasta -- starówka została pięknie odrestaurowana i to właśnie ona przyciąga turystów zainteresowanych pozostałościami ottomańskimi. spacerujemy brukowaną uliczką i podziwiamy dziesiątki kolorowych kramów, których właściciele sprzedadzą nam wszystko -- od szpilek, przez cukierniczki, po obietnice zbawienia (to ostatnie oferowało kilku wędrownych proroków).. sprzedaje się to co jest w cenie -- tutaj mamy więc głównie do czynienia ze sztuką turecką. jest kolorowo, głośno i chaotycznie. ktoś kogoś woła, ktoś się śmieje, czasem zza pleców słychać język polski. gdzieniegdzie ukryte w mniejszych uliczkach pachnące dymem restauracyjki, kawiarenki i małe herbaciarnie, w których na puszystych dywanach delektuje się przeróżnymi wymyślnymi napojami. w cieniu dostrzegam starszego jegomościa (to ten z wcześniejszej notki), lat ok 70-ciu (a może tylko tak wyglądał), bez emocji przyglądającemu się zgrai turystów. dochodzimy w końcu to Starego Mostu, symbolu tego miasta. jednoprzęsłowy most został zbudowany w 1566 roku na polecenie sułtana Sulejmana II. proporcje, kształt, kolor przez wieki zachwycały przyjezdnych, a Europejczycy podobno przez lata nie mogli uwierzyć, że coś tak wspaniałego zbudowali Turcy. średniowieczny most został wysadzony przez Chorwatów w 1993 roku, a moje serce na tą myśl drży z podziwu, że aż tak można mieć ten świat w dupie. totalna ignorancja i wyższe cele doprowadziły do zniszczenia symbolu, jak i wielu innych placyków, budynków, kościołów.. jednak kiedy nastał cudowny dzień, gdy umilkły strzały, a w sklepach pojawiło się mydło, Mostar zaczął się odradzać. dzisiaj miasto kwitnie (odbudowany za pieniądze UE most i starówka zostały wpisane na listę UNESCO), a mieszkańcy choć z pewnością wojnę mają głęboko w sercu, to raczej nie odnoszą się z tym publicznie. i tylko czasem, w jakimś zaułku, w jakimś niewielkim sklepie można natknąć się na zdjęcia, mapy, plakaty obrazujące wojnę. na zarys rozmieszczeń poszczególnych jednostek, fotografie zniszczonych miast i miasteczek. ktoś światły zastanowił się i doszedł do wniosku, że skoro dzisiejszy Mostar żyje z turystyki to dlaczego nie rozszerzyć oferty miasta? zaczęto więc handlować akcesoriami sztuki wojennej -- na każdym targu możemy dzisiaj spotkać naboje, granaty, blaszki identyfikacyjne i całą resztę sentymentalnego metalowego złomu. i nie jest to żaden akt publicznej, rozdzierającej manifestacji -- obowiązują ceny w Euro, kasa płynie, interes się kręci.. ale wracając do Starego Mostu: lokalni chłopcy organizują skoki do wody. wysokość rzeczywiście imponująca, więc i kasa musi się zgadzać. chodzą, proszą, pytają, a turyści sypią eurosami. po uzbieraniu pewnej kwoty jeden z odważnych skacze w dół. taki skok to cała procedura, stopniowanie napięcia, kilkudziesięciominutowe przygotowania. nikt przecież za darmo nie będzie tutaj ryzykował zdrowia. tego dnia widzieliśmy tylko jeden taki skok, i to siedząc w ciszy i spokoju pod kamiennym mostem przy domu tureckim z 1635 roku. rzeczywiście wyglądało to imponująco.. po kilku godzinach tułaczki wstępujemy jeszcze na dziedziniec meczetu Karadjozbeg -- podobno jednego z najwspanialszych w całym kraju, a później raczymy się lokalnym przysmakiem -- coś na kształt dużego pieroga z mięsem, chyba zwie się to 'burak'..

w drodze powrotnej zjeżdżamy z głównej trasy i kierujemy się na Medjugorie. jest to jedno z najbardziej znanych i najczęściej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w świecie katolickim. Watykan wciąż nie potwierdził, ani nie zanegował objawień Matki Boskiej na tzw. Górze Objawień. według świadectwa sześciorga, wtedy młodych parafian (dwóch chłopców i cztery dziewczynki), od 24 czerwca 1981 roku we wsi Bijakovici w parafii Medziugorie codziennie objawia się Najświętsza Maria Panna. miasto wygląda jak mniejsza wersja Fatimy -- te same Matki Boskie we wszystkich rozmiarach, kolorach i światełkach. dużo plastiku, gipsu i święconej wody. jest też czysty klasztor, choć nie ma on nic wspólnego z majestatycznymi katedrami innych miast europejskich. więcej informacji o tym miejscu na polskiej wikipedii. wracając trochę błądzimy -- mieliśmy przeciąć Biokovo i przejechać prawie centralnie nad wybrzeże, niestety zafascynowany widokami źle skręcam i wracamy tą samą ruchliwą drogą, którą przyjechaliśmy..

pełna galeria zdjęć z Bośni i Hercegowiny dostępna jest w dziale podróże.



















30

paź
2008

Bermudy.pl

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.25

dwa moje artykuły wraz ze zdjęciami zostały sprzedane Agorze i pojawiły się w serwisie turystycznym Bermudy.pl, będącym częścią Gazety.pl. tajemniczy strażnik angielskich nizin, czyli tekst o figurze Long Man of Wilmington, który pojawił się na moim blogu 29 września znajduje się tu (początek artykułu wraz ze zdjęciem umieszczono nawet na stronie głównej gazety.pl), a wpis Camp Nou - katalońska arena snów z 2 maja tego roku można znaleźć tutaj..

03

lis
2008

Halloween po angielsku..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 18.24

tradycyjny Dzień Wszystkich Świętych powoli ustępuje miejsca wesołym obchodom Halloween. święto, które w europejskiej kulturze przez wiele wieków kojarzone było głownie z zadumą i wizytą na grobach zmarłych, przeobraża się powoli w znane od lat w Stanach Zjednoczonych marsze umarłych. wieczór 31 października, gdy tylko zgasną ostatnie promienie słońca, staje się rajem dla czarownic, upiorów, strzyg i zombie. wielobarwne i rozkrzyczane pochody przebierańców, wzorem miast amerykańskich, oblegają europejskie stolice, a nowy prąd powoli, choć nieubłaganie, dociera również do Polski. w tym roku miałem okazję uczestniczyć w typowym Zombie Crawl i na własne oczy przekonać się o fenomenie angielskiego helołynu..

mało kto wie, że dzisiejsza forma obchodów Helloween czerpie swoje korzenie z kultury celtyckiej. wiele wieków temu w dniu Samhain (nazwa oznaczała śmierć ciała) ofiary bogowi śmierci składane były wyłącznie w przebraniach. procesje nazwane uświęceniem (staroangielskie Hallow) stały się częścią kultury irlandzkiej, a wraz z masową transoceaniczną wędrówką ludów, zapoczątkowały dzisiejsze święto w Kraju Hamburgerów.. większość marszów zombie opiera się na klasycznych zasadach dobrej zabawy: przebierańcy wywołują popłoch na ulicach, jednak atakują tylko tych przechodniów, którzy wyraźnie tego od nich oczekują. bywa, że ludzie przyłączają się do zabawy, a wówczas impreza nierzadko przenosi się na wysokość chodnika i przypomina sceny rodem z Nocy Żywych Trupów. uczestnicy odgrywają swoje umarłe role przez cały okres trwania pochodu, z czym moim angielscy koledzy mieli, szczególnie po wizycie w trzecim pubie z kolei, niemałe problemy. do perfekcji opanowali jednak rzucanie się na wolno jadące samochody oraz szyby mijanych restauracji, które po niespodziewanym i zmasowanym ataku przejmowały trupie kolory, ślinę i Bóg wie, co jeszcze. angielski Crawl of the Dead skonstruowano typowo po brytyjsku: straszonko, krzyki i procesje trwają minut piętnaście, a po każdym etapie uczestnicy zachodzą do lokalnego pubu. piwo leje się strumieniami, blade i pokrwawione twarze tracą resztkę hamulców, a kolejna część procesji przybiera coraz to bardziej realne formy.. cóż, imitujemy trupy, które, jak na umarlaków przystało, charakteryzują się nieco mniejszym kanonem zachowań, niż żywy człowiek. dobrze odegrany zombie porusza się wolno, nie wykonuje gwałtownych ruchów, kuśtyka lub powłóczy nogami. twarz nie wykazuje emocji, usta wydobywają ciche, nieartykułowane dźwięki. zombie z reguły nie mówią (no chyba, że wciela się w niego mój kumpel Conor), w zamian zaś ulicę zalewa jednomiarowy, pozbawiony składu jęk. moim osobistym hitem zachowania zombie jest wskazywanie ręką w bliżej nieokreślonym kierunku i próba przekonania przechodnia do swoich umarłych racji.. zresztą zapraszam do obejrzenia pełnej galerii zdjęć, która znajduje się tutaj.

13

lis
2008

tekst cudzy: kibicowanie w latach 90' by DR. MARTENS

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 18.44

przeglądając starsze wpisy na forum kibiców Górnika natknąłem się na fantastyczny tekst obrazujący strukturę i zachowania polskich kibiców lat dziewięćdziesiątych. tekst jest mi bliski, choć ja wówczas dopiero zaczynałem moją przygodę z Górnikiem (mój pierwszy mecz przy ul. Roosevelta to 1991 rok, czyli wkrótce stuknie mi 20 lat na kibicowskiej drodze). tekst daje również do myślenia: kibicowanie znacznie zmieniło się przez ostatnie lata. na mecze wyjazdowe jeździ znacznie więcej ludzi, jest lepsza organizacja, wyższy poziom bezpieczeństwa.. powstają nowe stadiony, a po EURO2012 nic już nie będzie takie samo..

Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.

Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.

Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.

Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.

Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.

Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.

Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.

Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.

18

lis
2008

Pszczew

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 19.13

stoję na rynku w Pszczewie -- niewielkiej lubuskiej wsi. wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak zapamiętałem to z moich poprzednich wizyt w tym miejscu. być może jest trochę bardziej kolorowo, dookoła nowsze samochody i piękniejsze reklamy sklepowe, jednak na dobrą sprawę mógłbym przysiąc, że wyjechałem stąd nie dalej niż tydzień temu. gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej miejscowości, a było to już ponad 15 lat temu, zastanawiałem się, jak też można tu żyć. gdzie są tramwaje, stadiony, ludzie.. co robić, gdy nie świeci słońce, jak spędzać czas.. po latach zdałem sobie sprawę, że fenomen małych miasteczek polega właśnie na braku cywilizacji. na spokoju, trwaniu, zaściankowości. w rzekach regionu musiało jeszcze upłynąć wody na niejedną powódź, abym mógł sobie tę prawdę na dobre uświadomić.. a w tym roku przyleciałem tu aż z Wielkiej Brytanii: samolotem z Gatwicka do Poznania, następnie pociągiem oraz trzema autostopami.. fenomen?

Pszczew liczy obecnie 1826 osób -- 889 mężczyzn i 937 kobiet, a sama gmina niewiele więcej, bo tylko 4230 mieszkańców. miejscowość nie posiada obecnie praw miejskich, jednak aby poznać jej historię należy cofnąć się aż o 2 tysiące lat. cały ówczesny region stanowił ciężkie do przebycia pasmo jezior, moczar i bagien. i tylko tędy, wąskim przesmykiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, biegł stary rzymski trakt na wschód i na północ. jako że miejsce miało znaczenie strategiczne, ok IX wieku powstał tu gród, o którym do dzisiaj przypomina głaz z inskrypcją: 'miejsce grodu wczesnopiastowskiego IX-XII w' znajdujący się na Płw. Katarzyna na jednym z brzegów jeziora Miejskiego. pierwsza wzmianka o Pszczewie pochodzi z roku 1256, kiedy to miejscowość była własnością biskupów poznańskich. w późniejszych wiekach miasto wielokrotnie palono (m.in. przez wojska szwedzkie), a ludność dziesiątkowały liczne w średniowieczu choroby, m.in. epidemie cholery. w roku 1918, na skutek nowego wytyczenia granic, Pszczew znajduje się po niemieckiej stronie (zyskuje wówczas nazwę Betsche), jednak wraca do Polski po zakończeniu II wojny światowej..

przez wiele lat odwiedzałem te okolice w każde wakacje -- wraz z rodzicami jeździliśmy nad pobliskie jezioro Chłop do miejscowości Borowy Młyn -- nic więc dziwnego, że region zaczął mi się kojarzyć z beztroską. otoczony kilometrami lasów i jezior, malowniczo położony wśród licznych wzniesień i pagórków. poprzecinany polami uprawnymi, rzekami i niewielkimi leśnymi duktami. w 1986 roku utworzono tu Pszczewski Park Krajobrazowy, a w niektórych miejscach przyroda znajduje się pod ochroną rezerwatową. wstawanie wraz ze słońcem, ranne łowienie ryb, budząca się do życia przyroda. wycieczki rowerowe wzdłuż leśnych ścieżek, spływy kajakowe przez połączone kanałami jeziora (Lejek, Kropa, Crio, Zgardek, pamiętacie to i to jeszcze? ), mijane przydrożne kapliczki, z których każda ma swoją własną historię.. i jakoś tak się złożyło, że dzisiaj, po przejechaniu znacznej części Europy i Ameryki Północnej, wracam do Pszczewa z nieskrywaną radością. mimo całego piękna świata, mimo cudów, budowli, krajobrazów i towarzyszących im emocji, to właśnie tutaj odpoczywa mi się najlepiej. a muszę powiedzieć, że kilka zaprzyjaźnionych osób ma podobnie, więc gdy tylko tam jestem, nadarza się okazja do spotkań i wspominania dziecięcych czasów..

wracając do samego Pszczewa: kolorowy rynek i dwa otaczające go jeziora to nie jedyne atrakcje miejscowości. znajduje się tu również kościół św Marii Magdaleny z 1654 roku, niewielki pałacyk z połowy XIX wieku oraz Dom Szewca, czyli muzeum mieszczące się w odrestaurowanym, krytym gontem domu mieszczańskim, gdzie oprócz dawnych pamiątek z historii miejscowości można przyjrzeć się wykopaliskom archeologicznym z całego regionu. odwiedzając Pszczew w sierpniu tego roku zwiedziłem również Skansen Pszczelarski p Tadeusza Bryszkowskiego, i o dziwo, poznałem samego pana Tadeusza ;) co roku od piętnastu lat odbywa się tu również Jarmark Magdaleński -- oprócz imprez można podziwiać dzieła lokalnych artystów, rękodzielników i rzemieślników. można tu znaleźć niezwykłe naczynia, obrazy, ręcznie kute przedmioty, pachnące miodem świeczki i tego typu klimatyczne sprawy. znajduje się tu, podaję to w ramach ciekawostki, nawet kino, co w przypadku wsi nie jest zjawiskiem często spotykanym. jednak najważniejsza dla mnie jest ta cisza.. nie ma tu zbyt wielu turystów, choć tereny te są zdecydowanie piękniejsze od wychwalanego wszędzie Pojezierza Mazurskiego. można usiąść, przyjrzeć się siedzącym obok mężczyznom o opalonych twarzach tradycyjnie czekającym, aż dzień przyniesie jakąś sensację albo niespodziankę.. kobiety na targu pod gołym niebem, lokalny skup grzybów, wędkarze łowiący ryby 100 metrów do rynku.. przejrzyjcie wrześniowy fotoblog -- to jest dopiero życie..

04

gru
2008

Kredowy przylądek..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.35

artykuł dla portalu Bermudy.pl: link

Co łączy Jamesa Bonda, Robin Hooda i Harrego Pottera? Białe klify angielskiego wybrzeża, które pojawiają się w produkcjach filmowych wszystkich trzech klasycznych już bohaterów.

Wiele kilometrów wybrzeża południowej Anglii, począwszy od Dover, a kończąc na plażach Kornwalii, charakteryzuje forma klifowa. Te najwyższe, a jednocześnie jedne z najpiękniejszych klifów, znajdują się w hrabstwie East Sussex, pomiędzy kurortami Brighton i Eastbourne. Miejsce to przed milionami lat było dnem morza. W okresie Kredy na skutek masowego obumierania morskich organizmów tworzą się kolejne warstwy osadów, a na początku ery kenozoicznej teren ulega spiętrzeniu. Reszty dzieła dokonuje erozja, która przeradza obszar w dramatyczne klify. Erozja trwa zresztą do dzisiaj, a wody Kanału La Manche każdego roku wydzierą kolejne metry lądu i na nowo kształtują wygląd wybrzeża.
Ciągnąca się nad wapiennymi klifami malownicza trasa oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności ? to get away from it all, jak mawiają miejscowi Anglicy. Dwa najbardziej znane miejsca to grupy klifów Seven Sisters w pobliżu miasteczka Seaford oraz Beachy Head, niedaleko Eastbourne. Siedem Sióstr to grupa siedmiu (choć niektórzy doszukują się ośmiu) klifów znajdujących się przy ujściu meandrującej rzeki Cuckmere. W 1971 roku ustanowiono tu Park Narodowy oferujący odwiedzającym liczne atrakcje, począwszy od pieszych wycieczek i obserwacji ptaków, na spływach kajakowych kończąc. Potyczki i niespokojne wody Kanału przyczyniły się na tym obszarze do wielu katastrof morskich. W pobliżu Seven Sisters doliczono się przynajmniej 25 zatopionych okrętów, a do najbardziej znanych zalicza się katastrofy hiszpańskiego statku Nympha Americana z 1747 roku oraz niemieckiego żaglowca Polynesia, który zatonął tu w 1890 roku. Wrak tego ostatniego jest do dzisiaj widoczny z pobliskiej plaży, gdyż pływy w tym miejscu dochodzą nawet do poziomu 15 metrów. Moim osobistym hitem jest jednak Beachy Head ? malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się na wysokość 162 m. nad poziom morza. To kredowe urwisko nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego (pierwsza wzmianka z roku 1274), gdzie słowo Beauchef oznaczało Przepiękny Przyczułek. Znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni ?Spanish Ladies? (również w jej polskim odpowiedniku: Hiszpańskie dziewczyny):

The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
Legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. Znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. Legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma jasnymi światłami widocznymi z odległości 26 mil morskich, na skutek erozji znajduje się już 17 metrów od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka. Osobiście nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem, ale na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji ? myślę, że nie jestem odosobniony, w końcu miejsce to odwiedza rocznie ok. 350 tys. turystów. Wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno i romantyzm biało-czerwonego budynku. Śnieżnobiałe klify można podziwiać również z dołu, jednak poziom wody zmienia się niezwykle szybko, dlatego należy uważać, aby w porę opuścić niebezpieczne obszary.

Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób, o których po dziś dzień przypominają liczne krzyże i starannie ułożone na trawie kwiaty. Motyw upadku z Beachy Head pojawia się również w teledysku piosenki Close to Me zespołu The Cure.

04

gru
2008

W królestwie Porto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.37

artykuł dla portalu Bermudy.pl: link

Położone na zachodnim krańcu Europy, ponad 3000 km od Warszawy, Porto nie jest zbyt często odwiedzanym przez Polaków miastem. Jednak może warto dać szansę miejscu urodzenia sławnego Henryka Żeglarza, królestwu rozsławionego w świecie wina oraz tętniącej życiem dzielnicy Ribeira?

Okrzyknięte stolicą północy Porto jest drugim co do wielkości miastem Portugalii Najstarsze wzmianki o znajdującej się w tym miejscu osadzie, od której później wzięła się nazwa całego kraju - Portus Cale - pochodzą z V wieku. Porto zbudowano na północnym, górzystym brzegu rzeki Douro, przy samym jej ujściu do Oceanu Atlantyckiego. Miasto zamieszkuje dzisiaj ok. 240 tys. osób (choć znaczna część ludności osiedliła się w mniejszych miejscowościach okręgu Wielkie Porto), co z pewnością przypadnie do gustu zmęczonemu ogromnymi metropoliami turyście. Chociaż Porto jest miastem dość rozległym, to najważniejsze atrakcje znajdują się na stosunkowo niewielkim obszarze, pomiędzy nadrzeczną Ribeirą, a centralną aleją Avenida dos Aliados. Właśnie ta cześć Porto definiuje całe miasto: siatka średniowiecznych brukowanych uliczek, kolorowe kamienice i pranie powiewające nad głowami przechodniów. Stara część miasta nie zmienia się od lat...

Zwiedzanie rozpoczynam od Avenida dos Aliados, która uważana jest za ścisłe centrum Porto. Aleja ta składa się z dwóch jednokierunkowych ulic przedzielonych szerokim deptakiem, pasmem drzew i fontanną. Po obu jej stronach dominuje ciekawa neoklasyczna architektura. Na północnym końcu alei znajduje się miejski ratusz - Câmara Municipal - z 70-metrową wieżą dzwonniczą, a na południowym, w pobliżu Praça da Liberdade, stacja kolejowa Sao Bento. Warto choć na chwilę wejść do środka tego budynku i przyjrzeć się 20 tysiącom płytek azulejo , które układają się w sceny z historii Portugalii. Dzieło autorstwa Jorge Colaço powstało w latach 1905-1916, a sam autor uznawany za jednego z najważniejszych malarzy azulejo tamtych czasów. Avenida dos Aliados jest również dobrym miejscem na nocleg: liczne hotele i dobrze utrzymane hostele oferują dwuosobowy pokój już od 40-50 euro za noc ze śniadaniem. Nie od dzisiaj wiadomo, że portugalskie miasta do najczystszych nie należą. Porto jednak nie ma się czego wstydzić i moim zdaniem panuje tu o wiele większy porządek niż np. w Lizbonie czy Coimbrze. Średniowieczna zabudowa Porto od 1996 roku znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe, chroniony obszar nie jest ograniczony wyłącznie do starej, znajdującej się w obrębie XIV-wiecznych murów miejskich, dzielnicy, lecz rozciąga się aż do położonych po drugiej stronie rzeki zabudowań Vila Nova de Gaia. Tutaj magazynuje się i sprzedaje wino Porto. Spacerując wąskimi brukowanymi uliczkami starego miasta (Barredo) odbywamy również wycieczkę w czasie: żółte i czerwone kamieniczki zachowały swój średniowieczny charakter, a znajdująca się na wzgórzu Penaventosa katedra (Sé) dumnie spogląda na miasto i rzekę Douro. Katedra, jako świątynia obronna, powstała w XII wieku. Z jej tarasu rozciąga się piękny widok na całe miasto. Z innych kościołów warto zobaczyć Torre dos Clérigos oraz złocony Igreja de Sao Francisco.

Porto to oczywiście nie tylko historia. Znajdują się tu również: dzielnica biznesowa, giełda papierów wartościowych, wspaniale zaprojektowana linia metra, największy w Portugalii uniwersytet i wiele nowoczesnych muzeów. Na końcu jednej z najdłuższych prostych ulic Europy - Avenida da Boavista - znajduje się Casa da Musica, czyli Dom Muzyki. Zaprojektowany przez Holendra Rema Koolhaasa budynek o nieregularnych kształtach jest główną salą koncertową Porto, a od 2005 roku, kiedy skończyła się jego budowa, uznawany jest również za architektoniczną wizytówkę miasta. Ośmiokilometrowa trasa kończy się pomnikiem spoglądającego w kierunku Brazylii króla Joao VI oraz szerokimi plażami nad Atlantykiem. Jak mawia mój portugalski przyjaciel, duszą Porto jest nabrzeże Douro i znajdująca się tam Ribeira. Miejsce to było kiedyś handlowym centrum miasta. To tutaj, przy Cais da Ribeira, odprawiano statki, podpisywano umowy, dokonywano rozliczeń. Dzisiaj port już tu nie istnieje, a dzielnica wraz z centralnym placem Praça Da Ribeira jest miejscem spotkań towarzyskich. Na niewielkiej przestrzeni aż roi się od małych restauracyjek, pubów i ogródków, które do późnych godzin nocnych serwują dania i wszystkie możliwe napoje. Zjawiliśmy się tutaj w środku nocy i ze znalezieniem miejsca w restauracji pod gołym niebem był spory problem. Zabawa w Portugalii rozpoczyna się po godzinie 23, a Porto nie jest w tej mierze wyjątkiem. Jest gwarno, głośno i wesoło. Podobnie zresztą za dnia: zarówno miejscowi, jak i turyści tłumnie wypełniają skwer i liczne wąskie uliczki schodzące w kierunku rzeki. Warto wykupić wycieczkę oferowaną przez lokalne biura turystyczne i przepłynąć się niewielkim statkiem w górę i w dół rzeki Douro. Miasto z tej perspektywy sprawia zupełnie inne wrażenie!

Porto szczyci się również potężnymi i rozpoznawalnymi w świecie mostami. Zbudowano ich tu sześć, a do najważniejszych zalicza się dwukondygnacyjny Ponte de Dom Lu~s z 1886 roku. Jego projektantem był uczeń Gustave'a Eiffela -Teófilo Seyrig. Na szczególną uwagę zasługuje również Ponte da Arrábida, który opiera się na jednym żelbetonowym przęśle o długości 615 i szerokości 27 metrów. Most powstał w 1963 roku. Jak na tamte czasy, było to niezwykle ambitne i niebezpieczne rozwiązanie. Po drugiej stronie Douro rozciąga się Vila Nova de Gaia. Właściwie jest to już odrębne miasto, które w świecie zasłynęło z butelkowania i przechowywania wina Porto. Do dzisiaj znajdują się tu magazyny wszystkich liczących się producentów tego gatunku wina. Większość firm oferuje zwiedzanie swoich siedzib i piwnic składowych. Oglądanie zwykle połączone jest z degustacją różnych gatunków i roczników win. Przy nabrzeżu stoją barcos rabelos, czyli specjalne łodzie o płaskim dnie, które przez lata wykorzystywano do transportu beczek z winem z regionu Alto Douro (Górne Douro). Obecnie łodzie są wyłącznie turystyczną atrakcją, a przy produkcji wina wykorzystuje się tylko nowoczesne, lądowe środki transportu. Na zakończenie wizyty w Porto, warto udać się jeszcze na wycieczkę w górę Złotej Rzeki. Niekończące się plantacje winogron i czerwone dachy mijanych kamiennych wiosek sprawiają, że jest to jeden z najpiękniejszych regionów Portugalii. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść...

12

gru
2008

tekst cudzy: Andrzej Stasiuk -- Fado

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 13.09

nie chcę bynajmniej powiedzieć, że my tu, na Wschodzie, jesteśmy trochę jak Cyganie -- choć to ciekawa i pociągająca metafora.
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.

#####

być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..

23

gru
2008

coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 18.04

grudzień strzelił jak z bicza i szybciej niż to było planowane zostałem wujkiem! Daniel, syn mojej sys i Lucka, ma się dobrze, śpi i nie ryczy jak niektórzy z naszej familii. na dzień dobry młodzi rodzice zapodali sobie lustrzankę i każdy dzień zaczyna się wyjątkową sesją zdjęciową. zawsze w ten sposób myślałem o swoim potomku -- możliwość przedstawienia świata dziecka z perspektywy upływających dni... Daniela ujrzę już za kilka dni, muszę mu powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i jak każdy szanujący się Gliwiczanin zaczął kibicować zabrzańskiemu Górnikowi. no ale pewnie nie będzie jeszcze wiedział, o czym ja rozmawiam.. w każdym razie, Danielu Aleksandrze, z tego tu miejsca, witam Cię serdecznie, ufnie i wesoło na tym ziemskim padole. i niech się wiedzie! a ponadto dookoła masa pracy -- Koreańcy dają nam nieźle popalić, AION w swoim premierowym tygodniu na rynkach azjatyckich pobił wszelkie rekordy i jest już hitem namber łan! szykuje się jakaś delegacja za ocean, ale nie wiadomo jeszcze czy Wschód, czy raczej Zachód (siedziba główna NC West to Seattle, tam wysoko, gdzie zimno i widać granicę kanadyjską..). do tego dopadają mnie wciąż goniące terminy artykułów dla Bermud i projektów stron dla wszystkich dookoła. dopiero co skończyliśmy stronę grupy WS Finance (Olek, właściciel, nieźle sobie radzi. nawet już więźniowie dla niego pracują -- jak to wszystko jest zorganizowane, autokary jakieś popodstawiali..), a już pojawił się Pietruch, jeden z bardziej aktywnych kibiców Arki Gdynia, z planem własnej witryny poświęconej kolekcji szali klubowych.. w końcu witrynka powstała (główny nacisk na bazę danych) i jest dostępna na stronie pietruch-szale.tk. żółta czcionka na niebieskim tle to typowy must-be fanatyka piłkarskiego, dla którego barwy własnej drużyny są wszystkim. Pietruch jest także fanem zabrzańskiego Górnika i londyńskiego Millwall, na którego meczu ostatnio razem byliśmy. jak można się było spodziewać, zlało nas strasznie, choć przed meczem mieliśmy całkiem fajną imprezkę w angielskim pubie, rodem z Football Factory..

święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..

ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..

Merry Christmas 2008!