Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2007:

02

sty
2007

new year

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.51

travel home for Christmas..

miałem napisać w notce świątecznej, a tak muszę napisać: travel new home after Christmas.. udało mi się spędzić w Polsce 10 dni, spotkać się z kilkoma osobami, wypić kilka piw i powyginać się na sylwestrze. po raz pierwszy w życiu otrzymałem też życzenia w języku naszych sąsiadów:

nech certi od Vas smolu odnesu a choroby stratia Vasu adresu. Velke prijmy, male dane a sexu tak primerane pocas celeho roku praje.

cokolwiek miano na myśli, tego samego Wam życzę. w tym roku nie robię żadnych postanowień noworocznych, świat kręci się tak szybko, że pozwolę mu się porwać i żyć aktualną chwilą. tzn mam jedno postanowienie: podróżniczo-przygodowe. planujemy przejechać wzdłuż i wszerz Portugalię. ale to dopiero koło września..

04

sty
2007

idealizm i jego przeciwieństwo..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.06

przed wyjazdem na Wyspy czytałem trochę o moim nowym lądzie, szukałem informacji o fajnych miejscach w nadziei na klimatyczne wyprawy. w 'Turystyce' -- sobotnim dodatku Gazety Wyborczej przeczytałem na przykład bardzo ciekawy artykuł o Walii. autor pisał trochę po mojemu, czyli w nastroju pochwalno-wielebnym, trochę nostalgicznym, czasem humorystycznym. po czystej geografii i opisie najbardziej znanych zabytków Cardiff skupił się na nieznanych skrawkach tej historycznej celtyckiej krainy. poruszał sprawę odrębności Walijczyków, ich wkład w rozwój kraju; pisał także o swoich wrażeniach z wypraw do małych miasteczek, wiosek nawet. jedno takie miejsce wybrał jako przykład, jak to nazwał: 'wzorcowej walijskiej wycieczki'. pisał, że gdy już przyjedziemy do takiej wioski to oprócz lokalnych zabytków musimy koniecznie odwiedzić miejscowy pub. tam, gdy przy barze zdradzimy, że jesteśmy Polakami zyskamy sobie nowych przyjaciół wśród miejscowych rolników, napijemy się lokalnego piwa, usłyszymy historie z dawno minionych, zamierzchłych czasów, zostaniemy wprowadzeni w kulturę miejsca i jego obyczaje. być może dowiemy się o kilku mieszkańcach, którzy mają polskie korzenie, których dziadkowie walczyli w Anglii w ramach tworzonych tu dywizjonów lotniczych w trakcie II wojny światowej. pisał dalej autor, że miejscowi pewnie zaproszą nas do swojego domu, poczęstują posiłkiem, przenocują. że będą nam wdzięczni, że odwiedziliśmy ich dom.. fajnie pisał autor, no nie?

jakiś czas temu, przy piwie w Brighton, rozmawiałem z jednym Angolem z Birmingham, miasta leżącego w bliskim sąsiedztwie Walii. gdy wspomniałem mu o mojej lekturze, najpierw upewnił się, że z niego nie żartuję, a gdy zaprzeczyłem, zaczął się głośno, gardłowo i długo śmiać. po opanowaniu sytuacji wyjaśnił, że autor pisze bzdury. że kto jak kto, ale mieszkańcy brytyjskich Midlandów to banda konserwatywnych i zamkniętych w sobie egoistów. że w pubie małego miasteczka turyści nie są mile widziani, że miejscowi w życiu nie będą chcieli z nami rozmawiać, a i po twarzy możemy dostać. że walijscy rolnicy to gruboskórni brytole, wcale nieskorzy do poznawania obcych ludzi. ale w jednym mój angielski kolega zgodził się z autorem: że walijscy wieśniacy, to prawdziwy duch Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. tyle, że negatywny to duch..

w każdym razie nie ma co się łamać. gdy w końcu się tam wybiorę, napiszę jak jest naprawdę. bo lokalnego niepasteryzowanego piwa wręcz trzeba spróbować..

05

sty
2007

najmniejsze państwo świata

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 13.10

znalazłem dzisiaj w polskiej wikipedii informację ciekawszą od większości brytyjskich newsów dnia, na czele z aktualną pogodą i suknią królowej. otóż wyczytałem, że najmniejszym państwem świata jest Sealandia. to quasi-państwo położone jest na .. betonowej platformie przeciwlotniczej o wymiarach 40 na 140 metrów, zbudowanej w czasie wojny na wodach wokół Wielkiej Brytanii. po wojnie konstrukcja opustoszała, a zajął ją emerytowany oficer armii brytyjskiej -- Roy Bates, i powołując się na zapisy w prawie międzynarodowym o 'porzuconej własności' ogłosił ją 'Księstwem Sealandii'. :)

państwo liczy kilka osób, mają własną konstytucję, flagę, godło i hymn. wydają paszporty oraz prawa jazdy, choć jeżdżenie na platformie samochodem jest niemożliwe. mają własną gospodarkę (wydawanie znaczków pocztowych, rejestracja działalności gospodarczych i dzierżawa miejsca na serwery internetowe).. jednym słowem, mają wszystko.. więcej informacji znajdziecie tutaj.

06

sty
2007

pitahaya

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14.07

maras przytaszczył dziś do domu jedną sztukę owocu Hylocereus undatus. skąd wziął, do końca nie wiadomo.. Hylocereus owy, zwany potocznie smoczym owocem, lub w innych częściach świata: pitaya, pitahaya, huo lóng guo, strawberry pear, nanettikafruit lub thanh long to owoc z rodziny kaktusowych, wywodzący się z Południowej i Centralnej Ameryki. różne jego odmiany znane są także w Wietnamie, Malezji i innych państwach poudniowo-wschodniej Azji. co ciekawe kwiat tej rośliny kwitnie tylko nocą, przez co nazywany jest Księżycowym Kwiatem lub Królową Nocy..

sam owoc wygląda jak kalarepa, tyle że o skórze w kolorze karmazynowym. wewnątrz jest biały z czarnymi pestkami -- miąższ zbliżony jest do kiwi, tyle, że o bardziej neutralnym smaku. nigdy wcześniej go nie jadłem, ale po krótkiej lustracji Sieci wychodzi mi niezbicie, że w Polsce na jego bazie produkowany jest sok Pysio w butelce 0,32l..

11

sty
2007

deszczowa środa i wrząca woda..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

, 15.35

przesadziłem z nocnym oglądaniem serialu Prison Break, który, co trzeba podkreślić, wciągnął mnie bez granic. genialnością dorównuje LOST-owi, a szybkością akcji zdecydowanie go przewyższa. no więc serial w nocy, kilka godzin snu, deszczowy poranek, ból głowy i ranny komputer. mieszanka wybuchowa. udało mi się dociągnąć do lunchu, biegnąc do domu zlało mnie po raz drugi, a otwierając drzwi do klatki, huknąłem jakiegoś Angola, który grzebał w koszu na listy, zawieszonym z drugiej strony drzwi. huknąłem go aż strzeliło. skłamałem, że mi przykro, on skłamał, że nic mu nie jest. a w domu...

już wcześniej miałem o tym napisać.. sparzyłem dłonie pod kranem. z niewiadomych przyczyn Brytyjczycy bardzo często montują podwójne krany. osobny do zimnej wody, osobny do ciepłej. woda ciepła jest wodą wrzącą, woda zimna jest lodowata, więc mycie twarzy w takim cudzie wymaga nie lada sprytu, jest seriuos challenge, jak mawiają miejscowi.. wypytałem kiedyś jednego Anglika z mojej firmy, który twierdzi, że pomysł double spout taps pochodzi jeszcze z początku epoki rozwoju przemysłowego i że oni zawsze napuszczają wodę do zlewu. naturalnie nie bardzo rozumieją nasze problemy i na ustawiczne nagabywania dlaczego nie można byłoby połączyć dwóch kranów odpowiadają rozbrajająco, że inaczej się nie da ponieważ ciepła woda i zimna płyną osobnymi rurami. na szczeście jest kilka sekund, zanim woda dojdzie do swoich skrajnych temperatur, więc często to wystarcza. jeśli się nie zdąży, trzeba się hartować: nabrać w dłonie wody lodowatej, następnie kilka kropel wody wrzącej i w tak sprytnie skonstruowanej mieszance można się opłukać. co ciekawe, prysznice są już 'normalne', kontynentalne..

12

sty
2007

helion team..

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 10.40

podczas gdy Romek i bracia Kaczyńscy próbują nam udowodnić, ze ludzie dzielą się na dobrych (ci chodzą do kościoła, głoszą skrajnie prawicowe poglądy i głośno rozliczają się z przeszłością) i na złych (ci zdecydowanie wywodzą się z SLD, są nowocześni i proamerykańscy, choć to komuchy), ja myślę, że świat jest jednak nieco bardziej skomplikowany..

na przykład moi ziomale z helionu, ani skrajnie dobrzy, ani bardzo źli, jadą na poświąteczny wyjazd pijacki. śmiesznie jest, jak co roku. początek mojej rozmowy z Pawłem:

tmx: - co tam słychać w wielkim świecie?
pawlo: - w wielkim świecie nie mam za chuja pojęcia, za to u nas w kurwidole kroi się wyjazd 19.01 na picie pod Kraków..

po dokładniejszej lustracji sprawy okazało się, że zapowiedziano już, że:

na spotkanie noworoczne możesz dojechać (oraz wrócić) specjalnym bezpiecznym autobusem z trzeźwym kierowcą. W szczególności polecam tę formę powrotu z imprezy osobom, które lubią się dobrze bawić..

specjalnym zainteresowaniem cieszą się zawody w obstawianie godziny, kiedy padnie Świeżak. John pada zawsze, koniecznie przed północą, koniecznie przed wszystkimi. Pawlo kontynuuje:

tak nawiasem to jest obstawka w redakcji i może stawiać na to do której Świeżak wytrzyma, głosuje się na półgodzinne odcinki lub do każdej pełnej godziny..

on sam nie może głosować..

za to ja postawiłem, że do 2 i Magda powiedziała, że koleżeńsko to okej, ale w biznesie to ja raczej bym przepadł, bo nie myślę zdroworozsądkowo..


na ostatnim wyjeździe, około 11:30 jeden z RKPów (slang redakcyjny, Redaktor Książki Polskiej), kazał Świeżakowi podczas "przechadzki" przynieść sobie śledzia. powiedział: 'wiesz co Świeżak, zamiast dupczyć o jakichś sztukach walki poleciałbyś mi po śledzia'. nasz idol coś tam na to wymamrotał, że 'jakiego kurwa śledzia', ale po drugiej prośbie RKPa oddalił się w pole, żeby już do rana nie powrócić..

I miss you, helion team..

18

sty
2007

beacon

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.53

przemierzając południowe wybrzeże Wielkiej Brytanii, wychodząc z Dover i kierując się na zachód w stronę Portsmouth, dojdzie się do Brighton. utrzymując kierunek zachodni miniemy Marinę, następnie molo Palace Pier, a przy odrobinie wysiłku także pałac Royal Pavilion. co wytrwalsi miną oceanarium Sea Life Centre, zamknięte od 1975 roku molo West Pier, wielki skwer poświęcony pamięci którejś z koronowanych głów brytyjskich, boisko do koszykówki, miejsce do gry w bule, dochodząc wreszcie do małej osady rybackiej. ci bardziej światowi dotrą w końcu do Hove -- miasta, które wspólnie z Brighton tworzy wcale nie małą nadmorską aglomerację. miną liczne hotele, miną przystań surferów, mały park wodny, kolorowe budki plażowe, by przy jeszcze większym wysiłku dotrzeć do plaży piaszczystej. i właśnie tam, w miejscu gdzie kończą się kamienie, postanowiono przypomnieć historię..

postawiono średniowieczną latarnię morską zwaną BEACON, jedną z tych, które w roku 1588 uformowały sławną brytyjską narodową sieć sygnałów świetlnych, których głównym zadaniem było wczesne ostrzeganie ludności cywilnej i wojska przed zbliżającą się Grande y Felicísima Armada, czyli Wielką Armadą Hiszpańską. 19. czerwca 1988 roku Jego Ekscelencja Jim Buttimer postawił tu replikę takiej latarni morskiej, aby w ten sposób upamiętnić 400-rocznice tego wydarzenia. oczywiście latarnia morska jest tu pojęciem na wyrost -- w rzeczywistości postawiona replika składa się z drewnianego słupa zakończonego metalowym 'koszem' wypełnionym materiałami palnymi.. zastanawiam się, jak wyglądała praca operatora takiej latarni -- od ciągłego wypatrywania się w rozległe wody oceanu można było oszaleć, a była to praca odpowiedzialna. w końcu to ważny punkt średniowiecznej obrony kraju..

replikę latarni umieszczę w lutowym fotoblogu..

24

sty
2007

Ryszard Kapuściński -- 1932 - 2007

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 22.02

odszedł od nas wczoraj król reportażu. Ryszard Kapuściński, miał 77 lat.

zostawił nam swoje książki, myśli i spostrzeżenia. wielokrotnie nagradzany, doczekał tłumaczenia swoich dzieł na kilkadziesiąt języków. wczorajsza śmierć była szeroko opisywanym wydarzeniem prawie we wszystkich najważniejszych gazetach na całym świecie.

początkowo miałem mu za złe, że odwiedzał tak dla mnie dalekie, niedostępne miejsca.. w głowie nie mogły mi się pomieścić.. Afryka, Ameryka Lacińska, Azja.. kontynenty różnic kulturalnych, wielkiej biedy, chorej polityki. setki religii, tysiące wyznań. gdy już jechał/leciał/płynął czy szedł to zwykle daleko. nie 500 km, a 3000, 5000, czy 10 000 km od domu. błąkał się po świecie obserwując, spisując i fotografując momenty i miejsca -- każdego dnia ta sama plątanina dróg, tablic z nazwami miejscowości, krajów i ludzkich istnień. i nie zwalniał, nigdy. a gdy wracał.. choć on nie wracał, bo jeśli już wracał to tylko po to, aby wyruszyć w drogę ponownie. by błąkać się po obcych ziemiach wydawałoby się bez konkretnego planu. choć oczywiście plan miał zawsze. opowiadał nie tyle o geografii, co o ukształtowaniu świata, o kulturze, polityce, socjologii, prawie, obyczajach i układach rządzących państwami. jego podróże wymykały się geografii, biegły swoim torem, śladami baśni i lokalnych legend. sama idea odwiedzanych miejsc wielokrotnie brała górę nad ich sensem.

sam o sobie napisał kiedyś:

'swoje podróże po świecie rozpocząłem blisko pół wieku temu. spędziłem w nich, wędrując przez wszystkie kontynenty - ponad dwadzieścia lat. prawie cały ten czas upłynął mi w tzw. Trzecim Świecie, w krajach Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. dlaczego sprawy i losy tego właśnie świata stały się moim głównym tematem? dwa były co najmniej tego powody - jeden emocjonalny, drugi merytoryczny.

częściowo to właśnie dzięki jego książkom -- zaczytywanym na śmierć podczas długich studenckich nocy pozycjom, zrodziła się we mnie fascynacja podróżnicza. myślę, że to częściowo jemu powinni podziękować moi rodzice, że wyjechałem z kraju, że chcę oglądać, zwiedzać, szukać i podziwiać. że kocham podróże, że wcale nie dotarcie na miejsce, ale sama droga, samo wyruszenie z domu dodaje mi sił, elektryzuje i napędza.. że czasem zrobię jakieś zdjęcie, czasem coś napiszę. skromnie, po swojemu, ale z kawałkiem Kapuścińskiego w głowie..

'zbytnie siedzenie na miejscu może nagromadzić w człowieku zabójcze złogi emocjonalne - kiśnięcia, stęchlizny, zmruszenia, pleśnie. to znak, że trzeba pomyśleć o drodze, wyruszyć w podróż, poczuć wiatr, odetchąć świeżym powietrzem.'

Ryszard Kapuściński "Lapidarium IV"

30

sty
2007

SIDy z tamtych lat..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 16.51

Crio podał mi dzisiaj namiary na radio internetowe grające remiksy utworów znanych z kultowego komputera Commodore 64. samo słuchanie tych cudownych 8-bitowych dźwięków wydobywających się z układu SID niejednemu wyciśnie nostalgiczne łezki. niejednemu rozpoczynającemu wówczas -- na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych swoją przygodę z komputerami i komputerowymi grami. mógłbym się po raz kolejny rozczulić i napisać notkę tylko o grach, bo to wspomnienie łamania joysticków w tych cudownych latach nadal we mnie tkwi. może kiedyś zbiorę się i opiszę najbardziej kultowe gry, może porobię zrzuty ekranu i sięgnę głębiej do historii. zresztą takich jak ja zapaleńców jest mnóstwo -- nadal istnieją działające grupy scenowe, które z C64 wyduszają wydawałoby się niemożliwe.. a to pomaga w przypominaniu ludzkości, że 'komputer' nie zawsze utożsamiany był z Windowsem, internetem i Onetem.. pomaga w przypomnieniu wspaniałych momentów, kolejnych pokonywanych leveli, kolekcjonowania diamentów, owoców, czy zwykłej radości z przejścia gry..

wracając do radia: możecie sobie to odpalić w dowolnej streamującej aplikacji, adres: http://217.75.106.194:8000

dzisiaj na ten przykład leciały lekko zmiksowane utwory z gier Defender of the Crown, Druid, Commando, The Last Ninja, IK+ czu Boulder Dash.. polecam gorąco.

14

lut
2007

TrekEarth

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 16.28

wśród całej gamy internetowych portali fotograficznych przeważają takie, w których sztuka, jakkolwiek szeroko pojęta, jest wyznacznikiem poprawności zdjęcia. powoduje to pewne zachwianie oceny, gdyż nie od dziś wiadomo, że najpiękniej uchwycony stół, który dla jednych jest arcydziełem fotograficznym, dla innych będzie modelowym przykładem złego ujęcia, a dla jeszcze innych: stertą niepomalowanych desek. nie mogąc się odnaleźć w takiej sytuacji olałem wszelkie PLfoto-podobne miejsca i skupiłem się na fotografii podróżniczej..

ponad rok temu zetknąłem się z portalem TrekEarth -- www.trekearth.com, potocznie zwanym Trekiem.. i odnalazłem to, co chodziło mi po głowie..

Trek jest miejscem, które w założeniu ma przybliżać fotografom świat, prezentując miejsca, kulturę i społeczeństwo danego obszaru. kategorie tematyczne schodzą tu na drugi plan, gdyż pierwszym staje się podział świata na kontynenty. państwa dzielą się na obszary, obszary dzielą się na regiony, wśród których wyróżnia się poszczególne miasta. myślę sobie, że nie ma lepszej drogi poznania miejsca w które planujemy się wybrać, niż zagłębienie się w trekowy katalog geograficzny. i nie ma znaczenia czy wybieramy się do Madrytu, małego miasteczka w woj. lubuskim, czy wioski gdzieś w dzikiej dżungli Gwatemali. społeczność Treka jest wszędzie, około tysiąca fotek dziennie przybliża kulturę miejsca, pokazuje jego najlepsze i najgorsze strony.. ważnym jest, że nie jest to społeczność zamknięta -- a oferowane zdjęcia i przyjazne wskazówki zawarte w komentarzach są świetną szkołą fotografowania..

przez pewien czas nie łączyłem Treka z moją stroną. jednak jest to już tak często odwiedzane przeze mnie miejsce, że myślę, iż wypada wstawić odnośnik mojego profilu i zaprosić do oglądnięcia stworzonej galerii..

20

lut
2007

lewes

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.24

Lewes to historyczne miasteczko we wschodnim Sussex, leży nad rzeką Ouse, jakieś 10 mil na północny wschód od Brighton. podróż piętrowym autobusem trwa ok pół godziny, dojechać tam można liniami 28, 28a lub 29 za 2 funty w jedną stronę -- ja wybrałem 29, co nie było rozwiązaniem ani lepszym, ani gorszym. choć, gdy się tak powazniej zastanowić, to trafił się wporzo kierowca, z którym można było chwilę pogadać, jechał pewnie i wcale nie zwalniał tam gdzie teoretycznie powinien.. znalazłem się tam więc 17. lutego bez jakiegoś większego planu, bez ustalonego harmonogramu dnia.

na moście przy głównej ulicy na wprost browaru Harvey stali kolesie o zmęczonych twarzach i tradycyjnie czekali, aż dzień przyniesie jakąś okazję albo niespodziankę. dwóch odważniejszych wystukiwało coś na bębenku, jakaś dziewczyna w berecie próbowała śpiewać. pod tym względem uliczni artyści nie róznią się za bardzo od tych w innych krajach. było też kilku meneli ubranych w to, co znaleźli lub w to co ukradli. choć to nie było najważniejsze. najważniejszym był fakt, że przez miasto przemawiała historia..

nazwa Lewes wywodzi się z anglosaksońskiego słowa 'hlew', co oznacza wzgórze. rzeczywiście miasteczko położone jest na wzgórzu i jak głosi wieść stugębna, wywodzi się z czasów, gdy spokojna wówczas wieś leżała na dnie doliny, a kamienne kościółki na pagórkach czuwały nad jej pomyślnością. w roku 1264 miała tu miejsce jedna z ważniejszych bitew tamtych lat -- już wtedy nad miastem górował potężny zamek, a badania dowodzą, że niektóre z dzisiejszych kościołów także już istniały. dzisiejsze Towarzystwo Archeologiczne ma masę roboty.

ja skupiłem się na chodzeniu wąskimi brukowanymi uliczkami i podziwianiu starych domków. zrobiłem kilka fotek starego miejskiego zegaru i udałem się w stronę zamku i przyzamkowego muzeum. budynek był wypełniony wszelakimi pamiątkami, bilety sprzedawała młoda, niezbyt urodziwa dziewczyna. zapytała, czy jestem studentem, oczywiście odpowiedziałem, że jestem. sprzedała mi bilet ulgowy za 4.2 i zaprosiła na show, strasznie sie przy tym denerwujac. gdy zapytałem o jaki show chodzi, to wyjaśniła, że świetlny (light show), ale ze kilka świateł nie dziala.. była poważna i wyglądała na głęboko wierzącą w swoją misję i wpływ historii tego miejsca na losy świata.. muzeum przedstawiało kilkutysięczne losy ludzkości tych ziem, począwszy od ery kamienia, poprzez wynalazki ery brązu, żelaza i rewolucji przemysłowej. wykopaliska celtyckie przedstawiały pierwsze bronie, narzędzia i inne takie pierdoły, które zwykle przewijają się w tego typu miejscach..

sam zamek to dość dobrze utrzymana budowla, ciepły wiatr na baszcie miło zapowiadał pierwsze oznaki wiosny. widok był fajny, z jednej strony na część południową w stronę morza, z drugiej na wzgórze i pozostałą część miasteczka. baszta wypełniona jest licznymi rysunkami, militarnym ekwipunkiem średniowiecznym i licznymi strojami, które można nawet przymierzać. nie próbowałem wciskać się w te suknie, bo nie lubię koronek.. na dziedzińcu znajduje się rosyjskie działo z 1800-któregoś roku. nie pasuje do tego miejsca i nie wiadomo jakim cudem się tu znalazło. tzn wiadomo, bo była tabliczka, ale nie doczytałem, bo mi się sikać chciało..

najważniejszym, chyba, duchem Lewes są liczne kościoły. jest ich sporo, jak na takie małe miasteczko.. a wśród nich przykościelne cmentarzyki. przystanąłem na jakiś czas i poświęciłem kilka chwil na odczytanie dat z nagrobków. 1795, 1828, 1919, 2001. nie było to smutne miejsce, choć bardzo nostalgiczne. krzyże pokryte kilkudziesięcioletnim zółtawym mchem, kamienne tablice najczęściej poprzechylane, tak jakby uciekający czas chciał podkreślić rolę pamięci w naszym życiu. w moich fotkach z tego miejsca wykorzystalem sepię, to pomaga w stworzeniu atmosfery, sztucznie dodaje lat, skłania do refleksji. ale to nie było smutne -- nagrobki czasem 10 (!) metrów od domów prawdopodobnie są dla miejscowych zbyt neutralne, zbyt normalne. zresztą jest to jedyny sposób na to, by sens życia nie podciął nam nóg, jak w 'Time', kultowej piosence Pink Floydów..

And you run and you run to catch up with the sun, but it's sinking
And racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way, but you're older
Shorter of breath and one day closer to death
w każdym razie warto czasem zastanowić się nad czasem.. wszystkie te pagórki, rzeki, kamienie.. ten zamek, kościoły, wykopane z ziemi narzędzia. tyle już przeżyły, tylu wydarzeń były świadkami i będą znacznie dłużej, gdy mnie już tu nie będzie, odporne na zmiany pór roku i pogodę..

23

lut
2007

wynocha! get out!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.25

mój szef w mailu do całego działu:

For the lucky ones who have nothing left to deliver today, you're more than welcome to leave earlier today.

For the others, please make sure to come late on Monday morning!

no to idę. na zasłużony dwudniowy odpoczynek :P

27

lut
2007

o kibicowaniu słów kilka..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 17.09

liga angielska jest jedną z najsilniejszych i najbardziej medialnych na świecie. jeśli 15 tys. kibiców na meczu Górnika można nazwać zaangażowaniem, to to co tutaj wyprawia się każdego weekendu to istny fanatyzm. na meczu Premiership jeszcze nie byłem, natomiast każdego tygodnia staram się wybrać na jakiś mecz do pubu. pub jest odzwierciedleniem stadionu, drugim domem, miejscem spotkań kibiców, którymi tutaj, w Wielkiej Brytanii jest prawie każdy..

Anglia od wielu lat słynęła z bezwzględności i brutalności ruchu kibicowskiego. to tu rozwinęły się grupy chuligańskie -- tzw. footbal firms, które pod szyldem danego klubu terroryzowały kraj przy okazji (lub bez okazji) meczu swojej drużyny. Chelsea miała swój firm Headhunters, West Ham United miał Inter City Firm, fanatycy Millwall skupiali się w ramach grupy Bushwhackers. dochodziło do walk, napadów, strumieniami lała się krew, ulice londynu przestały być bezpieczne, walki na stadionach były codziennością. pomysł poszedł w świat, a późniejsze zaangażowanie fanów holenderskich czy polskich jest tego następstwem..

kres tych wydarzeń nastał w roku 1985. wówczas, 29 maja na stadionie Heysel w Brukseli rozgrywano finałowy mecz rozgrywek dzisiejszej Ligi Mistrzów, w którym brytyjski Liverpool grał z włoskim Juventusem. zamieszki, które wybuchły przed spotkaniem pochłonęły życie 39 włoskich fanów, a kluby angielskie zostały na 5 lat wykluczone z rozgrywek międzynarodowych. do boju wkroczyła premier Wielkiej Brytanii -- Margaret Thatcher, która stosując drastyczne metody postanowiła zrobić porządek z chuliganami na Wyspach. zaostrzono kary, zarówno ograniczenia wolności, jak i finansowe, wprowadzono monitoring oraz zakazy stadionowe. kluby były zmuszone do poprawy infrastruktury stadionowej, fanów angielskich nie wpuszczano na mecze swojej drużyny w całej Europie.. 20 lat później w Wielkiej Brytanii pojawiłem się ja..

dzisiejsza piłka nożna w Anglii to także religia. zmienił się natomiast sposób kibicowania. na meczach jest spokojnie, chuligani zostali zmarginalizowani, zaczęto myśleć pozytywnie. pub podczas meczu jest podzielony -- kibice wspólnie oglądają widowisko, większość ubrana jest w barwy swojego zespołu. nikogo na ulicy nie dziwi kibic w koszulce Liverpoolu, szaliku Manchesteru, czy czapeczce Chelsea. kibice nauczyli się egzystować we wspólnocie, co u nas jest jeszcze nie do pomyślenia. w knajpach strumieniami leje się piwo, znajomi z pracy, czy sąsiedzi wybierają się na mecz ubrani w barwy przeciwnych drużyn. w pubach na dywanie siedzą ich dziewczyny, faceci drą mordy do telewizora aby choć trochę pomóc swojemu zespołowi. jest atmosfera.. nadal są śpiewy, nawet obrażające przeciwne drużyny, ale nie jest to powód, aby w ruch poszły pięści. w ostatnią niedzielę byłem w lokalnym pubie na meczu Arseanlu z Chelsea. w pewnym momencie pobili się sami piłkarze, co na usta kibiców przywołało uśmiech, a nie objawy agresji.. po meczu Brighton Albion z Millwall policja poprowadziła 1000 osobową grupę kibiców gości przez środek fanów miejscowej drużyny. były śpiewy, były wrzaski, nie było natomiast agresji:

No one likes us, No one likes us
No one likes us, We don't care
We are Millwall
Super Millwall
We are Millwall from The Den
z niemożliwej do zmiany subkultury kibica brytyjskiego pozostały tylko słowa piosenki, pozostała pamięć po kilkudziesięciu latach terroru. w Polsce sytuacja także ulegnie zmianie. i to już wkrótce. tak jak w Niemczech, Francji czy Hiszpanii. kibice zmnądrzeją. piszę te słowa na kilka dni przed inauguracją kolejnej rundy naszej piłkarskiej ekstraklasy. 1500 km nie jest już problemem i punktualnie o 14.00 w niedzielę będę stał wspólnie z innymi, wymachiwał szalikiem i krzyczał, aż stracę głos..
To My -- chłopcy z Górnika,
zna nas cała liga,
za Górnik, za nasz KS,
pójdziemy aż po życia kres!


i tak to mniej więcej wygląda..

01

mar
2007

korea hardcore

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14.10

ekipa NCsoftu to ekscentryczni ludzie. na porządku dziennym jest strzelanina firmowa z plastikowej broni, a sam szef wszystkich szefów na przyjęciu firmowym (wszyscy w garniturach) rozpoczął wojnę na kulki papierowe. po chwili rzucała się cała sala. co prawda alkoholu się tu nie pija (yo yo yo helion friends!!), ale i tak jest wesoło.. zdarzają się jednak jednostki, które o większy ekscentryzm posądzać nie wypada. no właśnie.. można się naciąć..

na przykład Koreańczyk, jeden z trójki pracujących u nas skośnookich. chłopak ułożony, spokojny, powiedzieć można smutny.. Azjata o wzroku skierowanym w podłogę, o chodzie równym jak obywatele państwa komunistycznego, powściągliwy w poglądach, sympatyczny w rozmowie choć chłodny z aparycji. no to tyle o pierwszym wrażeniu, teraz druga strona:

Paha jest muzykiem. artystą metalowym, kompozytorem i solistą. co jakiś czas rozsyła po firmie informacje o swoich nowych produkcjach, a ostatnio na swoją stronę wrzucił nawet film z hard-rockowej imprezy, w której wymiatał, jak jego ziomale w wojnie z wrogiem z północy. zaprszam na stronę główną artysty: http://www.pahamusic.com

01

mar
2007

approved!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.01

właśnie wyszedłem z rozmowy podsumowującej mój okres próbny -- trial period -- w korporacji. i dwie takie małe radosne niespodziewanki:

1) nie zostałem zwolniony..
2) dostałem podwyżkę!

well, it's good to be a king :]

07

mar
2007

starzy znajomi. wykreowała nas piłka.

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 12.53

z weekendu w Polsce wróciłem z wrażeniami i .. przeziębieniem. a ogólnie wiadomo, że na chore gardło najlepsze jest zimne piwo, więc postanowiłem się wczoraj wybrać do knajpy na mecz Ligi Mistrzów. rozgrywki to elitarne, a do tego niesamowicie prestiżowe. przepraszam, że piszę o sprawach tak oczywistych, jak wyższosć Ligi Mistrzów nad czymkolwiek innym, ale mam dwa powody, w tym jeden ważny. po pierwsze, grał Liverpool, a takiej okazji podziwiania angielskich fanów w akcji przegapić nie należało. po drugie, znacznie ważniejsze, na meczu tym spotkałem starego dobrego kumpla. Łukasz wyjechał do Brighton 5 lat temu, minęły więc lata od naszego ostatniego spotkania. był czas na wspomnienia, gdyż... hmm, ale po kolei:

Miałem dziesięć lat,
Gdy usłyszał o nim świat..
Tomek Wałdoch. przyszedł do Górnika w 1989 roku, miał wówczas 19 lat. wysoki, utalentowany, bez reszty oddany klubowi obrońca, od razu uzyskał miejsce w składzie silnego wówczas klubu. z uwagi na swoje zaangażowanie i sumienność szybko też zyskał szacunek kibiców. zrobił później całkiem sporą karierę grając w lidze niemieckiej w Bochum i Schalke Gelsenkirchen, choć oczywiście wtedy nie mogliśmy o tym wiedzieć. Tomek był pierwszym moim piłkarskim idolem i to jego autograf wystałem po jednym z meczów Górnika. rozmawialiśmy, coś się mnie zapytał, ale byłem zbyt stremowany, aby coś mądrego z siebie wydusić. i tak to się mniej więcej zaczęło..
Pocztówkowy szał,
Każdy z nas ich pięćset miał..
autografy. miałem już podpis mojego idola, należało zdobywać kolejne. na początku na luźnych kartkach, później wraz z kumplami zaopatrzyliśmy się w odpowiednie zeszyty. każda drużyna miała swoje miejsce, z telegazety spisywaliśmy składy, a potem z nieśmiałością zafascynowanego dziecka podchodziliśmy do piłkarzy: 'mogę prosić o autograf? proszę znaleźć siebie na liście'. infantylnie, ale na tyle skutecznie, że po kilku sezonach mieliśmy autografy całej polskiej ligi i kilku gwiazd międzynarodowych. polska reprezentacja grała wówczas wszystkie mecze w Zabrzu, więc w naszych zeszytach pojawiły się podpisy takich graczy jak Zidane, Karembeu, Lama, Bierhoff, Hässler, Möller, Klinsmann, Hagi, Popescu, Rosenthal.. byliśmy blisko Wielkiej Piłki, rozpoznawaliśmy twarze, a co najlepsze, po pewnym czasie rozpoznawano nas. było to dla nas spore przeżycie, być wśród ludzi o których się pisze, którzy występują w telewizorni. potrafiliśmy się nawet nielegalnie wkręcać na konferencje prasowe. fajne to były czasy..
Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew,
Ale jeden przyświecał nam cel..
Przemo, Łukasz i ja, wtedy jeszcze zdecydowanie nie tomxx. Przemo elokwentny, przybył na Śląsk skądś z Mazur, często udawał komentatora sportowego, z czego my mieliśmy niezły ubaw, nigdy nie było mu zimno. Łukasz narwany, w wieku kilkunastu lat wyleciał przez przednią szybę syreny, którą gdzieś po polach jeździli w 10 osób. do dzisiaj ma bliznę na lewym policzku. i ja, chyba najbardziej oddany 'sprawie', choć rok od nich starszy. co prawda byli także inni, raz więcej, raz mniej ich jeździło i zbierało autografy, lecz tak naprawdę istniała tylko nasza trójka. po latach nasze drogi się rozeszły i do zeszłego tygodnia nie miałem z nimi kontaktu..

najpierw odezwał się Przemek. wygooglował moją stronę, trochę poczytał, pościemniał, że fajne fotki, pogratulował wierności ideałom. jak można się było tego spodziewać jest prawnikiem, po kolei zalicza ścieżki swojej kariery, osiadł we Wrocławiu -- mieście niesamowitego wzrostu gospodarczego i kolosalnych inwestycji. żartowałem, żeby piął się w górę, bo prędzej czy później będę potrzebował fachowej porady prawnej.
a Łukasza spotkałem wczoraj w pubie. wysoki, metr dziewięćdziesiąt, modnie obstrzyżony, w koszulce Liverpoolu, z Carlsbergiem w ręce. śpiewał z innymi kibicami i na dzień dobry kazał mi przypomnieć, któremu z brytyjskich klubów kibicował 10 lat temu. potwierdziłem, że właśnie Liverpoolowi. od kilku lat za granicą, co widać w zachowaniu. zrobił kurs ochroniarski i dzisiaj zna większość smutnych gości stojących na bramkach pubów i dyskotek tego miasta. jest zadowolony, modnie ubrany, podróżuje po świecie, do Polski na dłużej się nie wybiera..
Poróżniła nas,
Za jej Poli Raksy twarz,
Każdy by się zabić dał..
trochę miałem im za złe, że zaczęli, jak chorągiewki, kibicować Piastowi Gliwice. ale taka była wóczas moda w naszym mieście -- klub reaktywowano, wielu kibiców zaczęło ich otwarcie wspierać, a Górnik przeżywał słabszy sportowo okres. ale to czasy minione. mam nadzieję, że przyjdzie nam się jeszcze kiedyś w trójkę wspólnie napić piwa -- bo w okresie dynamicznie zmniejszającego się świata jest to bardzo prawdopodobne. tak sobie czasem myślę o tej mojej Europie, jako o miejscu, w którym mimo pokonywanych odległości i granic, mimo zmieniających się języków człowiek ma poczucie, jakby podróżował z Knurowa do Sośnicy. ludzkość wpadła na mnóstwo przełomowych i fajnych pomysłów. koło, żarówka, spaghetti, westerny, gry komputerowe czy najgenialniejszy spośród nich wszystkich -- tanie linie lotnicze -- zebrało się tego od groma, można by wyliczać przynajmniej do pierwszego sędziowskiego gwizdka dzisiejszego meczu Ligi Mistrzów o 20.45. o przepraszam, u mnie o 19.45. Milan - Celtic. gorąco polecam ;)

11

mar
2007

podróżologia teoretyczna

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 20.06

co bardziej spostrzegawczy zauważyli, że druga odsłona mojej witryny zmieniła numer roboczy na dwa. tomxx 2.2. zmiany subtelne, ale ważne, nadające pewien kierunek na przyszłość. zdecydowałem się na wprowadzenie działu poświęconego linkom internetowym -- zaledwie z dwóch tematów, ale coraz bardziej ważnych -- odnośnikom do stron podróżniczych i fotograficznych. z jednej strony chcę zebrać w jednym miejscu odwiedzane przeze mnie witryny, z drugiej to czasami pewna forma wymiany, takie kółko wzajemnego wsparcia ludzi o tych samych zainteresowaniach..

Wielka Brytania uwalnia umysł. to tutaj po raz pierwszy przyszła mi do głowy podróż dookoła świata. ekonomicznie poradziłbym sobie bez problemu, Agatka pewnie też by się zgodziła. gorzej z czasem -- dopiero rozpocząłem pracę w korporacji, więc teraz nie. ale kiedy? później? PÓŹNIEJ może być za późno, a taka podróż trwa przynajmniej pełny rok. firmy sprzedają co prawda bilety lotnicze RTW (round the world), ale to lekkie oszukiwania siebie samego: tu chodzi przede wszystkim o podróżowanie przyziemne. autostopem, pociągiem, lokalnymi pociągami. być świadkiem przyziemnych wydarzeń, lokalnych nieporozumień, miejscowej kultury.. może dlatego wśród linków mojej strony znajduje się kilka stron polskich podróżników RTW. polecam czytadło do poduszki -- polecam także uwolnienie Waszych umysłów..

kolejna myśl: cholernie żałuję lenistwa i niespisywania moich dotychczasowych wrażeń z odbytych podróży. uciekło już tyle ciekawych momentów -- te ważniejsze chwile tysiące kilometrów od domu nadal są w głowie, ale na jak długo? czemu nie spisałem wrażeń z mojej pierwszej w pełni niekontrolowanej wycieczki po Europie? dotarliśmy co prawda tylko do Holandii, ale COŚ się działo, nie mieliśmy gdzie spać, przebyliśmy na rowerach teren całej południowej Holandii! dlaczego nie zdecydowałem się na uwiecznienie dwumiesięcznej tułaczki po Skandynawii? kamping na południu Norwegii, potem mieszkanie za free w cudzym mieszkaniu, podczas, gdy właściciele nadal mieszkali na biwaku? albo cudowna podróż Marka Cinquecento na północ, do Trondheim. niezliczone góry, fjordy i norweskie miasteczka.. w końcu błąd podstawowy: gdzie były moje wrażenia z czterech i pół miesięcy za Wielką Wodą? dlaczego nie spisałem naszej wersji realizacji American Dream? od Atlantyku i od wodospadu Niagara, czyli granicy z Kanadą, do Pacyfiku i do San Diego, czyli do granicy z Meksykiem? tysiące przemierzanych mil, wiatr we włosach, muzyka, palące słońce, pustynie, kaniony, doliny i dziki zachód? wielka przygoda nie powinna być zapomniana, choć z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, aby przeżyć ją ponownie.. może się jeszcze wezmę za spisanie tych chwil -- coś tam mi utkwiło, resztę pamiętają pewnie współtowarzysze.

i tym oto podróżniczo-fotograficznym akcentem wita nas wiosna. dzisiaj po raz pierwszy leżałem na plaży. słonko świeciło, a Wojtek Cejrowski z kart swojej książki opowiadał mi o swoich przygodach po drugiej stronie Globu.. miłej wiosny więc :)

20

mar
2007

zwycięstwo!

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 12.34

mój team wygrał turniej Comic Relief. jak można się tego było spodziewać -- dodałbym, gdybym był próżny, a że staram się nie być, to nie dodam.. odegrałem w tym sukcesie całkiem dużą rolę, zarówno pozytywną, jak i negatywną.

fajna zabawa, 4 drużyny, a na trybunach m.in. szef wszystkich szefów* naszej firmy. w pierwszym meczu graliśmy z silnymi Francuzami i nawet już przegrywaliśmy 0-1, ale wykazałem się instynktem strzeleckim i po moich dwóch golach wygraliśmy 2-1. w kolejnym meczu jeszcze trudniejszy przeciwnik -- miejscowi Angole. zagraliśmy klasycznie po niemiecku, solidnie z tyłu, twardo w środku pola. po błędzie przeciwników huknąłem z połowy boiska, wpadło i wygraliśmy 1-0 gwarantując sobie tym samym awans do finału. w ostatnim meczu graliśmy już na luzie, ja sobie postrzelałem i bez problemów pokonaliśmy zespół The Convicts 3-1, ale co to za sukces ograć bandę Australijczyków i Nowozelandczyków wspieranych Hiszpanem i Walijczykiem..

w meczu o trzecie miejsce Francuzi zremisowali z Australijczykami 1-1 (po czym obie strony zeszły z boiska zadowolone), a wielki finał, jak to się często dzieje na międzynarodowych imprezach, rozczarował. więcej było walki, typowej kopaniny boiskowej niż pięknej gry i mecz skończył się wynikiem 0-0, a o wygranej zadecydowały karne. ja przestrzeliłem, ale ziomale niemieccy strzelali pewnie i wygraliśmy 3-2 zdobywając tytuł pierwszego Mistrza NCsoft Corporation :-)

po turnieju w małej brytyjskiej knajpce przy Fostersie przeżywaliśmy każdą akcję, analizując naszą grę, bramki i niewykorzystane sytuacje..

* założycielem europejskiej siedziby naszej koreańskiej korporacji jest Geoff Heath -- facet około 70-tki, milioner i podróżnik. ma jakiś dar zarabiania pieniędzy, podobno każda firma, którą zarządzał osiągnęła sukces, a sam Geoff ostatnio zajmuje się tak nieprzyziemnymi sprawami jak opłynięcie świata na własnym jachcie, czy licencja pilota małej awionetki..

16

mar
2007

Comic Relief

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 12.10

dziwna sprawa. szedłem sobie ulicą i po drugiej stronie ujrzałem człowieka w kominiarce. wiesz, w takiej czarnej, z wyciętymi oczyma, jakiej się używa w klasycznym napadzie na bank. myślę sobie: wtf, co koleś w kominiarce robi na głównej ulicy Brighton idąc sobie spokojnie po chodniku? dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że to Murzyn. i wcale nie ma kominiarki. dziwna sprawa, jak już zauważyłem na początku, bo nigdy mi się takie coś nie przytrafiło: ja swoje, rzeczywistość swoje, a mój umysł zmęczony pracą przed komputerem co innego. chyba potrzebuję TEGO weekendu..

***

mamy dzisiaj w Anglii Comic Relief Day 2007. to taki fajny dzień, kiedy robi się różne dziwne rzeczy, aby zebrać jak największą ilość funtów dla biednych dzieci.. Get involved with The Big One for Red Nose day and help create a world free from poverty and support Comic Relief. to inaczej Dzień Czerwonego Nosa -- ludzie w firmie biegają w dziwnych strojach (z czerwonymi, lub bez, nosami), a jednej koleś cały (caluteńki!!) wysmarował się czerwoną farbą i zbierał kasę na ciasto, które podobno sam piecze. naszą inicjatywą jest, jakby inaczej, halowy turniej piłkarski oraz typowanie jego zwycięzców. mamy 4 zespoły: Francuzi, Brytole, 4 Niemców i ja oraz reszta świata pod szyldem The Commonwealth (53 byłe kolonie brytyjskie zjednoczone w unii pod jednym szyldem). co do mojego zespołu, to zdecydował czynnik geograficzny. musieliśmy tylko wymyśleć jakąś nazwę w miarę płynnie łączącą nasze 2 kraje. padło kilkanaście pomysłów (wśród których Blitzkrieg był dłuższy czas na czele, ale w końcu zmieniliśmy, aby jacyś Francuzi nie poczuli się urażeni, bo mnie to rybka..), a zwyciężyła, fantastyczna moim zdaniem nazwa: Germanowicz. ideał wręcz, teraz pozostaje tylko wygrać poniedziałkowy turniej..

22

mar
2007

tekst cudzy: Drew Lerman, Magiczne miasto

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 00.00

zabawna rzecz to dorastanie. przez całe życie jesteś przekonany, że świat jest jakiś tam, a tu raptem, nie wiadomo skąd wszystko się zmienia. zaczynasz zdawać sobie sprawę, że być może rodzice nie są wszechwiedzący, że władza jest skorumpowana, że twoi przodkowie to mordercy. pewnego dnia odkrywasz, że umrzesz -- a potem, któż to wie? początkowo dociera to do ciebie stopniowo; dostrzegasz, że świat wcale nie jest taki, jak mówili. kiedy zacierają się ślady prania mózgu, możesz tylko chcieć, żeby powstał w nim jakiś nowy napis.

(..)

..prawdziwe pytanie brzmi -- co z tym robić? co zrobić, by uniknąć sytuacji, kiedy pewnego dnia odkrywasz, że skończyłeś trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat i zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłeś ze swoim życiem?

24

mar
2007

dureń

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 23.58

dzisiaj oprócz sukcesów sportowych: wspaniałego Adama i skutecznych piłkarczyków, mieliśmy w państwie naszym początek śledztwa w sprawie zniewagi (nie mylić ze zniesławieniem) któregoś z prezydentów. oskarżonemu byłemu elektrykowi, którego, nota bene, także należy zwać prezydentem, w myśl przepisu art. 135 Kodeksu karnego grozi surowa kara: 'kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3'. sprawa już jest głośna, a podstawowym tropem ma być badanie pochodzenie i znaczenia słowa 'dureń', jakiego w omawianej zniewadze użyto.. na jednym z publicznych for nie zawiedli oczywiście internauci, wrzasku było co nie miara, ale jeden komentarz rozbił mnie totalnie. autorowi przypomniał się kawał rodem z dalekiego wschodu. a może bardziej: o zachowaniu naszych Braci ze wschodu:

Waniusza chodzil po wsi i powtarzał: car to dureń.
zlapał go policmajster i wlecze do cyrkulu.
Waniusza mowi: ale mnie chodziło o cara niemieckiego!
na to policmajster: nie wymigasz sie Waniusza. juz my dobrze wiemy, który car jest durniem..

no bo, zastanawiając się dłużej, prezydencki tytuł dzierży się dozgonnie, to kto powiedział, że Wałęsa wypowiadał się o Kaczyńskim? choć podobno prokuratura dokładnie wie, o którego prezydenta chodziło. wiadomo, uderz w stół, a dureń sam się odezwie..

27

mar
2007

stała się jasność..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 16.58

śliczny, cudowny, ładny, błyskotliwy, zawodowy, olśniewający, błyskawiczny, efektowny, doskonały, idealny, imponujący, perfekcyjny, zwinny, wspaniały, doniosły, bajerancki, bombowy, fajowy, odlotowy, morowy, szałowy, wypasiony, wystrzałowy, rzetelny, solidny, lśniący, promienny, fachowy, wytrawny, profesjonalny, szybki, pewny, sprawdzony, niezawodny, zaufany, mocny, równy, autorytatywny i błyszczący Nikon D80 wraz z obiektywem Nikon DX VR 18-200 mm F3.5-5.6G stał się moją własnością..

i stała się jasność..

01

kwi
2007

on the road..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 10.55

tej książki szukałem latami.. jeśli jest bowiem jakakolwiek pozycja podróżnicza, która ukazuje przemierzanie zachodu Stanów Zjednoczonych w tak niekonwencjonalny sposób, która jest głosem ówczesnych młodych ludzi, ich reprezantacją, ucieczką od codziennych problemów, to na pewno jest to 'on the road' Jacka Kerouaca. książka kultowa, osadzona w realiach powojennych, swoista realizacja Amerykańskiego Snu o Wolności, wiesz, Route 66, Kalifornia i te klimaty.. nie czytałem tego przed moją wyprawą na Zachód, bo moje poszukiwania tej pozycji były, delikatnie mówiąc, nieudolne i nieskuteczne. tutaj w Anglii zauważyłem natomiast występowanie narodowego fioła na punkcie książek używanych. sobotnia wyprzedaż książek na chodnikach bocznych uliczek, dziesiątki antykwariatów z półkami na zewnątrz, markety książkowe na plaży -- wszędzie drukowany papier, choć osobiście wątpię, aby Angole byli tak zaczytanym narodem. przeszukując liczne tytuły zawsze pytałem o 'w drodze', bo przeżywam ostatnio drugą młodość zgłębiania literatury podróżniczej. pechowo nikt tej książki nigdy nie miał.. aż do wczoraj, gdy gościu z zaprzyjaźnionego antyriatu wyciągnął rękę robiąc pół kroku w prawo i naturalnym ruchem podał mi poszukiwany tytuł za darmowe wręcz 2.95. wyobrażam sobie, że wyglądałem przekomicznie: w zasadzie pytanie to było tak częste, że wcale nie spodziewałem się sukcesu, a tu koleś robi coś najnormalniejszego na świecie, jakby każdego dnia podawał komuś 'on the road', wiedząc gdzie dokładnie leży, jak wygląda i co znajduje się na 135 stronie. dokładnie jakby sam kiedyś przemierzył rozgrzane słońcem bezdroża Dzikiego Zachodu.. zabieram się więc za lekturę -- oryginał zobowiązuje.

***

wrzuciłem nowe klimaty na fotoblog -- jeszcze większość z cyfrówki, ale już udaje mi się pstrykać więcej ludzkich twarzy. w końcu może zrealizuje podział: ludzie i momenty na 'fotoblogu', miejsca w 'podróżach'. z lustrem biegam każdego dnia, to potężna maszyna, do której dopiero JA muszę się dostosować i przyzwyczaić, bo to zupełnie inny świat niż w standardowym cyfrzaku. wczoraj uciekł mi fantastyczny moment -- modelowy wręcz klimat na zajebistą fotkę: wieczorna plaża, czerwona kula słońca nad samym horyzontem, ekipa z amatorską kamerą filmową na solidnym statywie kręci film; reszta ekipy (występująca w roli aktorów) tańczy przed zachodzącym słońcem, jakaś laska z lampką szampana, jakiś koleś za nimi gra na gitarze. kręcili sobie film, a ja miałem przy sobie aparat -- taki moment zwany idealnym. niestety spieszyłem się strasznie, bo mało co już było widać, a zostawiłem 4 kilometry dalej na plaży małą część mojego obiektywu :) wiedziałem gdzie wchodziłem na plażę, wiedziałem gdzie z niej schodziłem i jakimś cudem, po 10 krokach wśród kamieni ową część odnalazłem..

***

a w piątek stuknęły nam z Agatą 2 latka -- 731 dni razem -- dzięki za wszystko Misiaku :*

09

kwi
2007

wielkanocne podróżowanie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 20.00

cztery wolne dni pozwoliły mi wreszcie ruszyć się za miasto -- odwiedziłem kilka fantastycznych miejsc, w skrócie: 300km samochodem, 30km pieszo, ok 400 fotek. po kolei:

Netley Abbey, hrabstwo Hampshire

abbey to opactwo, czyli zespół historycznych budowli przeznaczenia religijnego wznoszonych przed wiekami przez mnichów. pierwszym tego typu urokliwym miejscem, na które się natknąłem w Anglii były ruiny w miasteczku Netley, niedaleko Southampton. zespół budynków wznoszonych ok. roku 1239 składał się oczywiście z kościoła oraz z mniejszych zabudowań, które łącznie składały się na dużych rozmiarów klasztor. do roku 1700 Netley Abbey było zamieszkiwane, później, gdy miejsce zostało porzucone, rozpoczęła się kariera jednego z najpiękniejszych na południu Anglii obiektu fotograficznego. eksploracja tego miejsca to jak wędrówka w czasie: porusza się po małych niezadaszonych pomieszczeniach, przechodzi się przez kolejne drzwi, mija toalety, pomieszczenia pracy, szpital, by wreszcie dojść do ogromnego miejsca, które kiedyś było świątynią. jest w tym coś niesamowitego -- samotna wędrówka przez opustoszałe ruiny, przy święcącym słońcu, po zielonym trawiastym dywanie. wspaniałe gotyckie łuki, gdzieniegdzie z murów kwitnąco wyrastają żółte kwiaty, a przez jedno z pomieszczeń nadal przepływa strumień -- pozostałość pomysłu gwarantującego budowli stały dostęp do krystalicznej wody.. miejsce fantastyczne i jak napisali w przewodniku: hidden in a leafy corner that seems worlds away from the suburbs of Southampton that surround it..

omijając Southampton na które jeszcze pzyjdzie czas udaliśmy się do Winchesteru. to piękne średniowieczne miasteczko, gdzie naszym celem była Winchester Great Hall z historycznym Okrągłym Stołem kojarzonym głównie z rycerzami Króla Artura. gdy jednak okazało się, że to fake i że obraz stołu został namalowany w roku 1522 miejsce to opuściliśmy skupiając się na obiedzie i znanej, wzniesionej w XI wieku katedrze. była ona świątynią Zakonu Benedyktynów, pozostała od czasu Reformacji macierzystym kościołem Diecezji Winchesterskiej i domem dla społeczności ludzi, którzy pracują dla chwały Boga i dla tworzenia lepszego świata. całkiem ciekawie prezentują się tereny przykościelne zwane 'the Close', gdzie wśród zieleni odpoczywają turyści jedząc i pijąc wśród grobów różnych średniowiecznych postaci. przekomicznie wyglądała scena młodzieżowego pijaństwa siedzącej okrakiem na grobach ekipy..

wieczór Wielkiego Piątku zarezerwowaliśmy sobie dla Stonehenge w hrabstwie Wiltshire -- dla surowych kamiennych bloków, które od lat otacza aura odwiecznej tajemniczości. kto i kiedy wzniósł tą budowlę? w jakim celu podjęto się tak trudnej jak na owe czasy pracy? teorii dotyczących Kamiennych Kręgów (z języka staro-angielskiego: stan oznaczało kamień (ang. stone), a hencg -- otaczać (ang. hinge)) powstały setki, niektóre poparte naukowymi badaniami, a inne zupełnie niedorzeczne. dowiedziono, że Stonehenge powstawał przez kilkaset lat ery megalitu, począwszy od roku 2950 pne, jednak miejsce na którym powstała budowla zyskało znaczenie kulturowe jeszcze wcześniej -- świadczą o tym liczne groby w okolicy. sama budowla składała się z dwóch kręgów ułożonych w kształcie podkowy -- jej oś wskazuje wschód Słońca w okresie przesilenia letniego oraz kierunek zachodu Słońca podczas przesilenia zimowego. pierwsza grupa kamieni pochodzi z okolic Marlborough (35 km stąd), druga -- aż z płd-wsch. Walii, 250 km od Stonehenge. wiele powstających przez lata teorii dowodzi, że miejsce i sam kształt Kręgów świadczą o ogromnej wiedzy mieszkańców Ziemii sprzed 5000 lat, że dokładnie zbadano ruchy Księżyca, że znano terminy zaćmień Słońca, znano wszystkie (!) planety układu słonecznego, potrafiono przewidywać kulminacyjne dla życia na Ziemi momenty w roku.. okazuje się bowiem, że pradawna astronomia stanowiła istotną część życia społecznego i systemu światopoglądowego..

mój pierwszy 'kontakt' ze Stonehenge to gra komputerowa Moonstone z 1993 roku, która zawładnęła moim umysłem. po latach udało mi się wreszcie dotrzeć na tą wietrzną równinę w okolicy miasta Salisbury i choć oficjalnie na teren budowli nie wszedłem -- Stonehenge zrobiło na mnie duże wrażenie. napisano, że Stonehenge ma ogromny dar do rozczarowywania odwiedzających -- dwie ruchliwe autostrady, komercyjny parking, itp. dla mnie jednak było coś wspaniałego w fakcie, że stoję nieopodal (przeskoczyliśmy z ziomalami przez płot i leżąc na starym jak świat kurhanie pstrykaliśmy fotki) tak znanej i tajemniczej budowli. co myśleli jej twórcy? czy zdawali sobie sprawę, że tworzą coś historycznego? czy wiedzieli, że 5 tysięcy lat później ludzkość wciąż będzie miała problemy z rozwikłaniem ich zagadki? pewnie nie wiedzieli, że pewnego kwietniowego wieczoru taki jeden zwykły tomxx, który urodził się 1500 km od tego miejsca, przyjrzy się ich dziełu, przeczeka na trawie do zachodu słońca, by później w skupieniu zrobić fantastyczne zdjęcia.. pewnie nie wiedzieli, pewnie nie myśleli wówczas o tym, mieli inne zmartwienia..

kolejny dzień upłynął mi na wędrówce wzdłuż South Down trail. to jeden z najpiękniejszych i najefektowniejszych szlaków turystycznych w Anglii. to trasa, która oferuje odwiedzającym ucieczkę od problemów codzienności -- to get away from it all, jak mawiają miejscowi. rozciąga się na długości ponad 100km południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii od Eastbourne do Winchesteru, charakteryzując się malowniczymi trawiastymi przestrzeniami, pofałdowaniem terenu i potężnymi wapiennymi śnieżnobiałymi klifami. trasa może być pokonana pieszo w ok. tydzień, konno lub rowerem w 2 dni (na całej długości występują liczne schroniska). począwszy od kurortu Eastbourne (który, jak każdy szanujący się angielski kurort wyposażony jest w ogromne molo), kierując się na zachód szlak pokrywa się ze starymi ścieżkami i drogami, niestety jest to tak popularne miejsce, że częstotliwość występowania istnień ludzkich zbliżona jest do naszych Tatr w długi weekend majowy. ja przeszedłem szlakiem ok 12km, do parku krajobrazowego przy klifach zwanych Seven Sisters. jednak najpiękniejszym momentem wędrówki jest..

Beachy Head -- malowniczy przylądek, który stanowi jednocześnie najwyższy wapienny klif Wielkiej Brytanii wznosząc się 162m nad poziom morza. miejsce to nie ma nic wspólnego z plażą, a kształtowana przez setki lat nazwa pochodzi z j. francuskiego gdzie oznaczała Przepiękny Przyczółek. znajdująca się u jego stóp latarnia morska to dla żeglarzy minionych lat ważny punkt nawigacyjny, a miejsce to opiewane jest w nieśmiertelnej pieśni 'spanish ladies', czy jak kto woli -- 'hiszpańskie dziewczyny':

The first land we sighted was called the Dodman,
Next Rame Head off Plymouth, off Portsmouth the Wight;
We sailed by Beachy, by Fairlight and Dover,
And then we bore up for the South Foreland light.
po naszemu trochę inaczej, jednak kultowo i pięknie:

A potem znów żagle na masztach rozkwitną,
Kurs szyper wyznaczy do Portland i Wight,
I znów stara łajba potoczy się ciężko
Przez fale w kierunku na Beachie, Fairlee Light.

legenda mówi, że światło na Beachy Head rozbłysło już w 1670 roku ostrzegając żeglarzy przed stromymi brzegami Sussex Downs. znacznie później, w roku 1828 sir James Walker zbudował latarnię, którą nazwał Belle Toute Lighthouse (czyli Bardzo Ładna Latarnia Morska), a w roku 1902 nadano jej dzisiejszy kształt. legendarna latarnia ma 43 metry wysokości, co 20 sekund pulsuje dwoma jasnymi światłami, które widoczne są do 26 mil morskich od brzegu, na skutek erozji znajduje się już 17m od brzegu, a w 1983 roku została zautomatyzowana i dzisiaj nie wymaga już obecności człowieka.. choć nie jestem i nigdy nie byłem żeglarzem to na widok klasycznej latarni morskiej przeżywam coś w rodzaju przygodowej ekscytacji -- myślę nawet, że nie tylko ja, wystarczy spojrzeć na całą masę odwiedzających to miejsce turystów. wpatrzeni w dal morza, siedzący wysoko na klifach, wśród pisku mew podziwiający piękno biało-czerwonego budynku..

Beachy Head, z uwagi na swoją wysokość, jest niestety także idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. każdego roku z życiem żegna się tu kilkanaście osób -- ja zauważyłem 3 krzyże, na dwóch były imiona: Michael i Maggie.

07

maj
2007

sprawy..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 21.09

przerwa techniczna nastąpiła na stronie.. a w rzeczywistości wydarzenie goni wydarzenie..

po raz pierwszy w życiu byłem bezdomny. nie polecam nikomu bezdomności za granicą -- chyba, że ma się znajomych, którzy poświęcą kawałek dywanu i pomogą na kilka nocy. w pracy zamieszanie -- zaczęliśmy prace nad piewszym dodatkiem do Guild Wars: Eye of The North, do 31. sierpnia, kiedy ma nastąpić premiera będzie raczej ciężko.. na giełdzie sukcesy: dzięki decyzji o Euro 2012 i kilku innym układom gospodarczym zrobiłem na akcjach Mostostalu Zabrze ponad 85% stopę zwrotu. i to w ok miesiąc. teraz pakuję w budowlankę całą szerokość portfela brokerskiego i spokojnie czekam na rozwój wypadków.. sprzęt fotograficzny już prawie skompletowany: na Nikona dostałem od mojej drugiej połowy torbę, sam zapodałem baterię i solidny statyw Manfrotto. brakuje tylko filtra polaryzującego, który jest mocno wskazany przy błękicie nieba portugalskiego. a Górnik przegrywa wszystko, jak leci, a naczelną zasadą naszych obrońców jest puszczenie 3 bramek w meczu. tak fatalnej wiosny nie pamiętam i cała nadzieja w Allianzie, że odmieni nasz smutny od lat los..

ostatnie 9 dni to odwiedziny Agaty -- spanie, jedzenie, wypady, fotografia, filmy, rozmowy, znowu spanie. czasem praca i zakupy. Anglia wypadła korzystnie, choć, jak zawsze na początku, panujące tu zwyczaje musiały budzić emocje. ostatni weekend spędziliśmy u Any w Londynie -- dwa dni szlajania się po tym zdecydowanie-za-bardzo-rozpieprzonym mieście podsumowało jej wizytę u mnie. fajnie było, choć najlepsze oczywiście było zasypianie i wspólne budzenie się.. ja lecę do Polski już w piątek, więc dłonie w górę, kto znajdzie chwilę na wspólne piwo. zostaję do 20. maja, ale czasu za dużo nie będzie, bo 19. ślub Łukiego i Hani, a wcześniej wieczór kawalerski Pana Młodego w Pradze..

a teraz siedzę w pustym pokoju i patrzę na białe ściany. nie powiesiłem żadnych zdjęć, nie oznaczyłem tego miejsca. jedyne, co w miarę przypomina mój dom to sterta książek -- kilka o programowaniu, kilka fotograficznych, a reszta o podróżach po dalekich lądach. fajna praca, świetna okolica, ale czasu brak, by to wszystko ogarnąć, by opisać, udokumentować. choć obiecuję poprawę. zacznę od przebudowania fotobloga mojej strony, częściowo dlatego, że ilość fotografii rośnie lawinowo i chcąc się tym wszystkim cieszyć za kilkanaście lat muszę już teraz pomyśleć nad innymi zasadami.. no to miłej wiosny.

10

maj
2007

z forum giełdowego

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 23.41

spodobała mi się życiowa wypowiedź jednego kolesia na forum giełdowym portalu Money.pl:

'a jutro coś kupię i jak wzrośnie to Wam powiem, że kupiłem. a jak spadnie to nie powiem, że kupiłem, a jak kupię i spadnie to Wam powiem, że kupuję, żebyście kupili i jak dzięki Wam wzrośnie to Wam nie powiem, że sprzedałem, bo byście byli źli. a tak nic nie będziecie wiedzieli :)'

poparł to szelmowskim uśmieszkiem, pewnie siedzi na kasie i jest zadowolony. na giełdzie ostatnio strach, ale co tam, ja sobie lecę do kaczolandu i zostawiam ten problem innym..

11

maj
2007

home, sweet home

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.24

no to spadam. bo tu zimno i pada, i zimno i pada na to miejsce na zachodzie Europy i lecę na wschód, tam gdzie kraj ojczysty, a waluta to polski złoty. lecę, póki jeszcze mam 26 na karku. do poniedziałku Praga, a później Gliwice do oporu!

23

maj
2007

england again..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 16.24

i już po polsko-czeskim tygodniu, aż się wracać nie chciało.. piękny jest nasz kraj w maju, wysiadając o 4 nad ranem z samochodu pod swoim blokiem uderzył we mnie zapach kwitnących klonów -- coś czego w UK się nie spotyka. tydzień to niewiele, szczególnie, że pierwszy weekend spędziłem w Pradze, pijąc za zdrowie kawalera Łukiego, a w drugi też piliśmy, tyle, że za zdrowie już-nie-kawalera Łukiego i Hanny -- juz nie panny, na ich weselisku w podgliwickim Kleszczowie. oj działo się, teraz pewnie powstaną legendy naszej zabawy, a moje fotki skutecznie przypomną fajne czasy..

tydzień minął a wczoraj miał miejsce najważniejszy mecz sezonu dla mojego Klubu, mecz życia, mecz, który miał zadecydować o przyszłości Górnika na wiele lat. graliśmy z Wisłą Płock i jasne było, że przegrywający to spotkanie klub leci do drugiej ligi. dla Górnika walczącego o pozyskanie strategicznego inwestora -- niemieckiego giganta ubezpieczeniowego Allianz spadek byłby przekreśleniem wszelkich nadzieji na zbudowanie silnej drużyny i oznaczałby tułanie się po drugiej lidze przez następnych kilka sezonów. po raz kolejny jednak okazało się, że Bóg jest zabrzaninem -- wygraliśmy z przyjaciółmi z Płocka 2-0, ale ile nerwów kosztowało to kibiców na stadionie i mnie przy programie 1 Polskiego Radia, wiemy tylko my. palpitacje serca z powodu gry naszych gwiazdorów skutecznie skrócą życie niejednego z piłkarskich kibiców, których jak zwykle na stadionie było kilkanaście tysięcy. dzisiaj wszyscy podkreślają, że 'obie drużyny grały bardzo ostrożnie, a że umiejętności jednej i drugiej na kolana nie powalają, największe wrażenie ?- po raz kolejny w Zabrzu -? zrobili kibice. stadion był niemal pełny, doping dla Górnika kapitalny. ?- zagraj jak za dawnych lat ?- śpiewali fani..'. jest się z czego cieszyć, bo nie będzie śmiesznych derbów ze śmiesznym piastem, a prawdziwe śląskie derby z powracającym do ekstraklasy chorzowskim Ruchem. byle tylko Górnik znów był wielki, bo kolejnej walki o utrzymanie psychicznie nie zniosę..

jakby tego było mało, dzisiaj mamy finał Ligi Mistrzów. i nie ma już zachowawczości, kalkulacji i faworyzowania bogatszych (kazikowe: 'Liga Mistrzów, Liga Mistrzów, kto odpadnie ten zostaje..'), bo to FINAŁ. finał finałów, rewanż po pamiętnym meczu w roku 2005, kiedy Jurek Dudek został bohaterem połowy Brytoli (Liverpoolowi kibicuje o wiele więcej ludzi niż Chelsea i Arsenalowi razem wziętym) broniąc karne i zdobywając puchar. dzisiaj będę miał okazję zobaczyć finał z udziałem brytyjskiej drużyny w brytyjskim pubie, więc będzie się działo, o ile oczywiście do jednego z pubów się wcisnę.. mówiąc o kibicach czy to polskich, czy angielskich, nie nietaktem byłoby niezacytownie słów Jurka Dudka, który w pełni zdaje sobie sprawę z wagi istnienia fanów i ich wpływu na swoich kopaczy:

'piłkarze mogą odejść z klubu, mogą zawiesić buty na kołku i zakończyć kariery, ale kibice są z drużyną na zawsze, na dobre i na złe. udało się nam dać kibicom to na co zasłużyli.'
życzę wielu pozytywnych emocji dzisiaj..

11

cze
2007

żyć w odosobnieniu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.45

wykorzystałem chwilę wolnego czasu, aby wyskoczyć za miasto. uderzyłem do Parku Stanmer, który jest największym kompleksem zieleni w okolicach Brighton, znanym z przestrzeni i .. przez 200 lat ukrytej przed światem wioski. Park założono w XVIII wieku, ale aż do roku 1947, kiedy to wykupiło go miasto, był on własnością prywatną. pierwszy budynek powstał w 1720 roku, a co najciekawsze dzisiaj nadal żyją tam ludzie -- potomkowie pierwszych założycieli. żyją w totalnym odosobnieniu, coś jak wioski w niedostępnych partiach Skandynawii, zachowując oczywiście wszystkie wymagane proporcje.. wioska składa się więc z jednej ulicy z pięknymi brytyjskimi domkami po obyudwu stronach i ze wspaniale utrzymanymi ogródkami. jest jedna knajpka, jedna budka telefoniczna i jeden zabytkowy kamienny kościół. obecnie mieszka tu 20 rodzin, których pełną listę można znaleźć na ścianie owego kościoła. żyją sobie samotnie, do sklepu jeżdżą raz w tygodniu, stworzyli hermetyczną społeczność, która kiedyś bazowała na gospodarce rolnej, a obecnie bazuje na .. sąsiedzkich relacjach. w weekendowe popołudnia sprzedają książki na zaimprowizowanych odpustach (najpierw oferują książkę za funta, a później za funta można wypełnić książkami całą plastikową torbę), organizują śluby (w pięknym zamkopodobnym Stanmer House), a także pokazują zabytki wioski, wśród których oprócz kościoła bryluje kilkusetletni budynek z 70 metrową studnią i archaicznym mechanizmem przystosowanym do wykorzystania zwierząt..

i wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby nie fakt, że na przeciwległych obszarach Parku miasto organizuje koncerty i imprezy. powstał Music Park 2007 for music lovers, na których to koncertach wystąpi za kilka dni m.in. Ronan Keating. zaawansowani wiekowo mieszkańcy wioski będą sobie mogli poskakać. jeśli oczywiście kupią sobie bilety..

13

cze
2007

Game & Watch

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 13.30

dzisiaj w windzie Kevin zaprezentował swoją geekowską koszulkę z nadrukiem klasycznej przedkomputerowej gierki w formie przenośnej konsolki -- modelu znanego u nas głównie z rozwiązań braci ze Wschodu, w postaci Zbierania Jajek czy Wilka i Zająca. sęk w tym, że byłem pewny, że to Rosjanie wymyślili to legendarne urządzonko -- jakoś pasowało mi to dzieło do wizji rozwoju ZSRR w latach osiemdziesiątych. po krótkiej, acz zażartej kłótni w wyniku której poruszyliśmy proweniencję pierwszych rozwiązań elektronicznych, GameBoy'ów i pierwszych 8-bitowych gier komputerowych musiałem przyznać rację zjednoczonym w walce siłom angielsko-francuskim, którzy uważali, że ten typ gier został stworzony przez Nintendo. sprawdziłem i mają chłopaki rację: projekt nazywał się Game & Watch i został stworzony przez inżyniera Gunpei Yokoi z firmy Nintendo w roku 1980. przez 11 lat powstało 51 różnych gierek w tym znane z komputerów Donkey Kong i Mario Bros. tak więc zuchwali Rosjanie z firmy Elektronika zaliczyli kolejną podróbę rozwiązania japońskiego i mimo że zalali nią pół świata, kopia zawsze zostanie kopią..

btw. miałem kiedyś taką gierkę. rodzice zapodali mi ją w roku 1989 podczas naszej pierwszej wyprawy na Krym. pamiętam, że byłem dumny jak paw, grałem dużo, biłem rekordy, przekręcałem licznik. a potem dostałem pierwszy komputer i nic już nie było takie jak wcześniej..

14

cze
2007

portugalia

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13.33

w międzyczasie Crio zapodał nam bilety na wrześniową Portugalię. wylot z Gatwicka do Lizbony w piątek, 6 września, tak aby zdążyć jeszcze ponapinać się w biało-czerwonych barwach przed meczem Portugalia - Polska na Estadio da Luz. powrót już z Faro, 23. września w niedzielę. Agatka poleci z Wawy przez Barcelonę, z powrotem z Faro z przesiadką we Frankfurcie. kombinacja lotów była przemyślana i niejako ułoży nam pobyt w krainie byłego Imperium Morskiego. najpierw objazdówka po kraju, być może przekroczenie na północy granicy z Hiszpanią, a później odpoczynek i zwiedzanie cudownych plaż regionu Algarve. oj będzie się działo..

15

cze
2007

multimedialnie z wesela..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 21.30

żeby nikt nie zarzucił, że witryna tomxx.net jest mało multimedialna, przygotowałem małą prezentację flashową z wesela Hani i Łukasza. wersja 320x240 waży 8mb, więc cierpliwość buforowania wskazana. jak również głośniki:


wersja w wyższej rozdzielczości -- 640x480 znajduje się tutaj.

18

cze
2007

stopem przez Sussex

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.54

wczorajszy wypad pognał mnie aż na koniec East Sussex, do samej granicy z hrabstwem Kent. w planach miałem kierunek dokładnie odwrotny: chciałem obejść, a raczej objechać całą Isle of Wight przy Portsmouth. kupiłem już nawet mapę, ale sobota była deszczowa, więc został tylko jeden dzień..

za 14 funtów kupiłem bilet na pociąg w dwie strony na trasie Brighton -- Rye. Rye (czyt. 'raj') to niewielke malownicze miasteczko o historycznym znaczeniu i charakterze. pięknie odnowione zachowało charakter osady z XI (!!) wieku, żyje głównie z turystów nadciągających zarówno lądem (przez Rye przechodzi stary szlak wytyczony jeszcze przez Rzymian), jak i morzem. Rye leżało kiedyś nad samym kanałem, obecnie wody cofnęły się o ok 3km i zamek (znany pod nazwą Ypres tower), który przed wiekami strzegł południowego brzegu Sussex (a później Normanów, których do zdobycia południowych ziemi Wielkiej Brytanii poprowadził Wilhelm Zdobywca), obecnie strzeże .. rozciągających się aż po horyzont pól. główne zabytki miasteczka skupione są przy Marmaid street -- wykładanej grubym kamieniem wąskiej uliczce, ponoć z 1066 roku; należą do nich głównie puby, które w większości odrestaurowano na wzór swoich pierwowzorów z przeszłości. do Rye planuję wrócić pod koniec lipca tego roku, kiedy odbędzie się tam festyn Oblężenia Rye (The Siege of Rye) -- inscenizacja średniowiecznego oblężenia zamku, turnieje rycerskie, zawody łuczników i inne tego typu ciekawe zabawy..

drugim punktem programu był oddalony o 20 km od Rye zamek w Bodiam. postanowiłem, że po raz pierwszy w UK pokonam tę trasę .. autostopem -- częściowo poszukując wrażeń, częściowo nie mając innego wyjścia, gdyż nie kursuje tam ani pociąg ani autobus. wychodząc z Rye drogą numer A268 na północ po ok 2 minutach machania zdobywam pierwszy samochód. miłe małżeństwo w starszym wieku podwozi mnie pod sam zamek, znacznie nadkładając drogi, gdyż sami mieszkają w zupełnie innym kierunku. cały problem, a może właśnie przyjemność (cóż, na pewno wyzwanie) w podróżowaniu na stopa leży w konieczności wywarcia miłego wrażenia na swoim kierowcy. pisał już o tym Kerouac w On the road, a później Kinga Choszcz w Prowadził nas los -- pierwsze kilka minut (a może sekund?) należy poświęcić na uspokojenie i upewnienie kierowcy, że nie zrobił błędu zapraszając do własnej bryki obcego autostopowicza. umiejętność zjednania sobie ludzi podczas krótkiej rozmowy decyduje o atmosferze jazdy, a czasem może zapewnić dodatkowe bonusy, jak w moim przypadku..

zamek w Bodiam można zaliczyć do kwintesencji zamkowości: cały otoczony fosą, z wieżą na każdym z boków, otoczony wysokim murem.. nic dziwnego, że w głosowaniu dzieci na najpiękniejszy brytyjski zamek zwyciężył właśnie ten. podobnie jak inne zamki na południu Anglii, także ten powstał w średniowieczu w celu obrony przed najazdami hord rozwydrzonych Francuzów. oprócz kupy kamieni warto zwrócić uwagę na most (przed setkami lat były to 3 zwodzone mosty) prowadzacy ponad fosą oraz na .. ryby w owej fosie pływające: wyglądało mi to to na karpie, ale tak strasznie spasione, że czegoś podobnego w mojej długiej karierze wędkarskiej nie złowiłem nigdy). przed zamkiem spotkałem kolesia z Nikonem D200 na statywie i takim samym jak mój obiektywie. no i się zaczęła dyskusja o fotografii, miejscach wartych opstrykania, trikach i sposobach łapania ostrości. co ciekawe, gość mieszka w Burgess Hill, a sklep, w którym kupiłem akcesoria fotograficzne należy do jego przyjaciela.. opstrykałem jeszcze zamek z małego wzgórza z winnym gronem i ruszyłem w drogę powrotną, w stronę Hastings.

tym razem przeszedłem ok 4km do skrzyżowania drogi z Bodiam z Junction Rd, która leci bezpośrednio na południe kończąc się nad samym wybrzeżem w Hastings. tutaj zeszło mi na machanie dobre pół godziny -- w końcu zatrzymał się gościu i podwiózł mnie do samego dworca kolejowego. od razu wiedziałem, że jest wporzo -- na przednim siedzeniu miał plecak i trekkowe buty. okazało się, że zajmuje się wspinaczką, Polskę zna tylko z tatrzańskich szczytów, a jego ulubionym miejscem wspinaczkowym jest czeski Liberec. rozmawialiśmy o sytuacji gospodarczej naszych krajów, o roli Polaków w rozwoju UK, o podróżach, mentalności i jeździe na stopa. W Hastings ruiny zamku były już zamknięte więc z kubkiem mocnej kawy wpakowałem się do pociągu w powrotną podróż planując już miejsca na kolejne, znacznie dalsze wypady! fotki z wyjazdu w lipcowym fotoblogu.

25

cze
2007

ni hao z rana..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 17.35

Ni hao Jie -- wypowiadam w języku mandaryńskim witając się rano w firmie. dzien dobri Tomash słyszę w odpowiedzi. multikulturowość jest fajna, ale czym dłużej mam kontakt z innymi kulturami, tym więcej poważnych różnic dostrzegam..

Jie trafiła do NCsoftu jakiś miesiąc po mnie. biegle mówi po francusku, angielsku i w kilku dialektach języka chińskiego, potrafi porozumieć się także po koreańsku. dosyć dobrze się dogadujemy, może dlatego, że trafiliśmy na pewną zwartą społeczność i poniekąd, jako nowym, najprościej było nam się porozumieć. rozmowa idzie dobrze przy dyskusji o pogodzie, jeśli jednak poruszamy poważniejsze tematy, w moją chińską koleżankę wstępuje nowa siła. siła potężna, która za wszelką cenę chce mi przekazać, że to ONI, nie MY, mają rację. formułuje w ten sposób pewien podział między kulturą jej mocarstwa, a zachodnio-europejskim kapitalizmem. podczas pobytu we Francji nasłuchała się podobno negatywnych newsów o jej kraju, stąd jej wzrost patriotyzmu. największe zgrzyty towarzyszą naszym rozmowom o polityce: Jie jest gorącą zwolenniczką komunistycznych rzadów i w ogóle nie dociera do niej fakt, że Li Peng nakazał rozjechać czołgami tysiąc młodych ludzi, co na placu koczowali. wychowana w typowej chińskiej kulturze wyznaje filozofię Maoizmu i jest zdania, że w tak dużym kraju i przy tak zróżnicowanej społeczności, nie można zastosować niczego lepszego niż ich chińska odmiana markizmo-leninizmu. a nawet gdyby można było, to i tak tego robić nie należy, zgodnie ze słowami Hu Jintao, aktualnego prezydenta Chin i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. różnice dotyczą jednak wszystkich płaszczyzn życia: Jie ma na przykład chłopaka Francuza -- chłopaka, który rzucił dla niej swoją pracę, swój kraj i przyjechał do UK. ona jednak nie bardzo chce go przyjąć, gdyż wg. obowiązującej kultury, Chinka powinna mieć męża Chińczyka. a już na pewno nie może z nim mieszkać przed ślubem. to wola jej rodziców, ale wola, którą ona musi, i chce, uszanować..

ja też mam jej do powiedzenia conieco o naszym pięknym kraju. zawsze uważałem się za patriotę, więc generalnie nie krytykuję. raczej relacjonuję, co niestety przy obecnych rządach i napiętej sytuacji w Europie raczej z obiektywizmem nie ma wiele wspólnego. do tego mnogość partii, lewe strony, prawe, lepsi, gorsi, bardziej religijni, mniej, wysypujący zborze, zbierający na pielęgniarki -- dla chińskiego konserwatywnego umysłu wydaje się to być zbyt dużą abstrakcją. jednak jak wielkie nie byłyby różnice między nami, pogadać i ponarzekać można zawsze. właściwie to chyba o to chodzi..

kiedyś wspomniałem jej, że pewnego dnia odwiedzę Chiny. bo ciekawa kultura, Plac Tiananmen, Wielki Mur i takie tam inne. a ona na to, że właściwie to ona nie wie, po co ja chcę przyjeżdżać. place są wszędzie, Chińczycy też już prawie wszędzie, a Wielki Mur w większości został naprawiony, wyczyszczony i otynkowany. i że przypomina nowoczesną białą ścianę, jakich pełno wszędzie. nie ma co oglądać jednym słowem..

26

cze
2007

do czego zdolni są architekci..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 00.02

do czego zdolni są architekci? do rysowania!, powie ktoś i pewnie będzie miał rację. do projektowania!, rzuci ktoś drugi, któremu także ciężko będzie zaprzeczyć. do twórczego, niekonwencjonalnego i artystycznego, choć w pełni logicznego myślenia, spokojnie odpowie ktoś bardziej światowy i oczaruje swoją odpowiedzią wszystkich pozostałych..

kiedy w 1930 roku amerykański architekt Alfred Mosher Butts zaczął myśleć nad stworzeniem nowej gry nikt nie mógł przypuszczać, że tak oto rodzi się jedna z najwspanialszych logicznych gier planszowych wszech czasów. podobnie jak klasyczna Monopoly, także gra Scrabble, bo o niej mowa, powstawała z pobudek depresyjnych. oto 30-letni architekt pozbawiony jest pracy -- trwa wielki kryzys gospodarczy, a przecież z czegoś trzeba żyć. kiedyś wpadło mu w ręce opowiadanie Edgara Allana Poe 'Złoty żuk', którego fabuła opiera się na poszukiwaniach pewnego ukrytego skarbu. bohater musiał złamać szyfr, w którym literom alfabetu odpowiadały pewne znaki. po przeczytaniu książki Butts dość długo myślał nad nowym projektem, a że miał zacięcie do anagramów i krzyżówek, w logicznym instynkcie wymyślił grę bazującą na układanych z losowych liter wyrazach. stworzenie absolutnie nowej gry wymagało oczywiście dopracowania zasad, ale bezrobotny architekt miał przecież mnóstwo wolnego czasu. gra początkowo przeznaczona była wyłącznie na język angielski, jednak szybko upowszechniła się na całym świecie (mimo iż pierwsze próby sprzedania produktu zupełnie nie wypaliły)..

po wielu, wielu latach (jak to zwykle u nas, hehe, bywa) gra przybyła do Polski. od początku lat 80-tych próbowano różnych wersji, aż w końcu w roku 1986 powstało polskie Scrabble jakie znamy obecnie. no cóż -- tu małe stopniowanie napięcia -- nie do końca. w dobie internetu prawa do zabawy online, a dokładniej do samej nazwy i zasad wykupiła polska hetera internetowa -- spółka Onet.pl. oznaczało to tyle, że wszystkie mniejsze serwisy oferujące wśród swoich gier Scrabble, były zmuszone do ich usunięcia. problem udało się ominąć Markowi Futredze, absolwentowi jednej z warszawskich uczelni informatycznych. na swoim portalu stworzył NOWĄ grę, którą nazwał 'Literaki ;-)' i z powodzeniem rozpowszechnił ją wśród Polaków. zasady podobne, trochę inna plansza, inne ułożenie pól premiowanych, a przez to inna punktacja..

historia zatoczyła wielkie koło i oto znów jesteśmy wśród architektów. w zabawę wprowadziłem moją Agatkę, która podobnie jak prekursor tej gry także potrafi myśleć twórczo -- w końcu także jest architektem. w Literaki ;-) (emotikona jest częścią nazwy) online grywamy wieczorami i co warte podkreślenia, mój mały Geniusz robi ogromne postępy. ja bawię się w to już ponad 5 lat. ona, jakieś 2 miesiące. nasze pojedynki słowne są zacięte, a co najważniejsze bardzo wyrównane. właściwie bardzo rzadko zdarza się, aby ktoś wygrał jednego wieczora wszystkie gry. na początku trochę złościła się, że czasem ją sprawdzam (to cecha literaków: sprawdzając dane słowo narażamy się na utratę kolejki, jeśli danego wyrazu nie ma w alternatywnym słowniku ortograficznym zawierającym ok 3 mln słów), ale teraz sama już nie daje mi poszaleć. pyta, blokuje i neguje, nie dając mi szans na utworzenie jakiegoś słownego farfocla :) myślę, że jeszcze trochę pogramy (tak do sierpnia) i będę miażdżony równo. ale wtedy może zaproponuję szachy? ;)

a skąd sama nazwa Scrabble? zupełnie przez przypadek. gra długo nie miała swojej opatentowanej nazwy, a gdy już się do tego zabrano, zupełnie nie wiedziano jak ten nowy fascynujący produkt powinien być nazywany. autor i kilku przyjaciół przeprowadziło klasyczną burzę mózgów, podczas której, ktoś zaproponował słowo 'scrabble'. pomysłów było znacznie więcej, ale sprawdzając w amerykańskim biurze patentowym okazało się, że tylko 'scrabble' nie jest jeszcze opatentowaną nazwą. i tak musiało już zostać.. ku chwale i radości światowych graczy..

28

cze
2007

pracujemy obecnie nad Eye of the North -- pierwszym oficjalnym dodatkiem do Guild Wars. dopiero zaczynamy lokalizację produktu, ale w natłoku różnorodnych tekstów związanych z grą i jej reklamą już teraz pracujemy nad odpowiednim słownictwem. hmm, właściwie słowotwórstwem, gdyż nazw własnych jest stosunkowo niewiele. mała próbka z naszych mailowych dialogów -- dyskusja dotyczy wroga o angielskiej nazwie 'jellies':

tmx: a Ty co myślisz o żelowcach? mi się podoba bardziej niż galaretowce.
tomkow-tłumacz: nie przekonuje mnie żadna nazwa, obie mają takie humorystyczne zabarwienie. z drugiej strony jellies brzmią mi równie zabawnie. wysilam się teraz na jakieś pseudonaukowe analizy żelu i galarety, ale nie umiem wskazać niczego co by to jednoznacznie rozróżniało. próbowałem też pójść w stronę zoologii, w kierunku jellyfish, ale to meduza, która jest jamochłonem, no i kojarzy się z czymś co żyje w wodzie, a więc nie bardzo tutaj. kierując się tylko brzmieniem wybiorę żelowce..

i tak to mniej więcej na tym etapie wygląda. nie muszę chyba dodawać, że cokolwiek wymyślimy to i tak dla większości graczy będzie to nazwa nieprawidłowa, niepasująca, komiczna, i zdecydowanie nieklimatyczna. bo tak oto powstaje nowy język: ponglisz komputerowy, w którym o wiele łatwiej przecież powiedzieć, że na ewencie zdobyłem 3 skille monka, niż podczas festiwalu zdobyłem 3 umiejętności mnicha. fun, fun..

06

cze
2007

MCV Fives Tournament

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.36

wzięliśmy udział w turnieju piłkarskim MCV Fives (the Market for home Computing & Video Games) rozgrywanym w Londynie. turniej odbywa się co roku, a startują w nim reprezentacje firm skupionych wokół branży gier komputerowych. w tym roku startowało prawie 60 drużyn z tak znanych firm jak EA sports, Sierra (Vivendi), Nintendo, Sega, Sports Interactive, Eidos, Activision, Atari, Codemasters Studios czy Xbox UK. miejscem rozgrywania meczy jest jeden z ośrodków piłkarskich w dzielnicy Tottenham na północy Londynu.. już na samym początku spotykam kolesia w koszulce Legii, jak się okazuje grał w turnieju jako bramkarz, a później zaczynam rozmowę z jednym z graczy z zespołu firmy Volatile, który okazuje się .. Polakiem. z Olesna. obiecał mi fotki z turnieju, bo miał wspaniały obiektyw o ogniskowej 100-400mm!

nasz demokratycznie wybrany team (fotka w lipcowym fotoblogu) składał się z 7 mega kopaczy:

Mike -- Anglik, organizator i nasz kapitan, kilka lat temu wygrał ten turniej..
David -- Anglik, pseudonim Clemo, potężny obrońca, totalnie wyluzowany 35-latek..

Luic -- Francuz, niski i szybki niczym Maradona i tak jak on dysponujący potężnym strzałem z lewej nogi..

Foucaulda -- Francuz, nasza bramkarska ostoja..

Martin -- Niemiec, mistrz piłkarski w .. konsolowej Pro Evolution Soccer..

Alex -- Niemiec, długowłosy fan Herthy Berlin..

i ja -- ostatnia nadzieja Białych ze wschodniej części kontynentu..

trafiliśmy do silnej grupy 8 i niestety sportowo nie poszło nam najlepiej. przegraliśmy pierwszy mecz 3-5 z teamem Next Rounds on Me (chłopaki pochodzą z firmy produkującej piwo Cobra, która sponsorowała turniej), mimo iż po 3 minutach prowadziliśmy 3-0 w pełni kontrolując to co działo się na boisku. później pokonujemy zespół Volatile 3-2, a następnie zostajemy rozgromieni 2-7 przez późniejszego zwycięzcę całego turnieju, reprezentację Mercury Games. ta ekipa to profesjonaliści: 4 Murzynów i Biały bramkarz, grają zawodowo w dobrej lidze, a kuzyn jednego z graczy gra Preston North End, w .. angielskiej Division One. na pocieszenie pozostaje mi piękny gol, który wbiłem mistrzom .. lewą nogą. w decydującym meczu grupowym dostajemy baty 0-4 od drużyny Rocksteady i dalej walczymy w niższej połówce. w tej drabince awansujemy do ćwierćfinału, gdzie po walce w strugach padającego deszczu i niekorzystnym sędziowaniu przegrywamy 3-4 z zespołem Rodent.. Łącznie w turnieju strzeliłem 4 bramki.

turniej zajebisty, a zabawa niesamowita. warto wziąć udział w spotkaniu ludzi z tak wielu firm, które do tej pory znało się tylko z nazwy. wiele gier, które niestrudzenie katowałem od wczesnych lat dziewięćdziesiątych napisane były przez firmy, z którymi spotkałem się na boisku. widać, że branża gier komputerowych ma się dobrze, choć z drugiej strony widać coraz większe odbicie w kierunku konsoli. turniej organizowany był przez producenta XBOX-a 360 -- konsoli siódmej generacji. mimo że zawodnicy w grze komputerowej strzelają coraz piękniej, coraz brutalniej faulują, a sędzia zachowuje się jak holywoodzki aktor, warto wyjść czasem na trawę (mimo że sztuczną) i pokopać trochę live. bo piłka to piękna sprawa, a do tego zdecydowanie bardziej łączy, niż dzieli..

07

lip
2007

sunrise

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 19.37

siódmego siódmego siódmego po raz pierwszy w UK zrealizowałem wizję obejrzenia wschodu słońca. nocnym wstawaniem straszyłem długo i nie dziwię się, że współlokatorzy nie wierzyli, że tym razem mi się uda. doszło nawet do zakładu o rzeczy mężczyźnie w domu najbardziej potrzebne -- z Kamilą o naleśniki, a z Amelią o ciasto (po czym z zakładu niewiasty się wycofały). jak zawsze wierzyła we mnie Agata. tak ambicjonalnie nastawiony w ogóle nie poszedłem spać, bo o 00.45 lokalnego czasu Polacy walczyli w MŚ U21 z szybkimi jak Anglik podczas picia Koreańczykami, a później, na 2h i tak już nie było sensu. poszedłem z aparatem, statywem i kawą. i jak zwykle wschód mnie nie rozczarował -- swoją wyjątkowością zaraża mnie zawsze. czy to w Polsce przy rannym łowieniu ryb, czy w Norwegii budząc się gdzieś na odludziu między fiordami, czy w Stanach, po nocy spędzonej na pustyni. wschód jest piękny, wyjątkowy i klimatyczny i nie ma nawet sensu wymyślać jakichś zgrabnych historii, jakichś wydarzeń zaspakajających wyobraźnię.. ważny moment utrwaliłem na poniższej panoramie złożonej z 9 ujęć (600x700px -- 766kb).

11

lip
2007

Kentish Tour de France

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.26

najbardziej znany światowy wyścig kolarski -- Tour de France, wzorem lat poprzednich wyjeżdża poza kraj ojczysty i zahacza o inne europejskie państwa. tegoroczna edycja rozpoczęła się w sobotę w Londynie, a po etapie czasowym przyszła pora na pierwszą jazdę szosową -- na południe w kierunku Francji. nafaszerowane sterydami chłopaki jechały do historycznego miasta Cantenbury, a ja przeciąłem ich tor nieco wcześniej, w miasteczku Tonbridge w hrabstwie Kent..

pierwsza zaskakująca sprawa: tłok w pociągach. wbrew temu co mówi Wiewióra (a co podobno pisali we francuskich gazetach), Angole tłumnie stawili się na trasie wyścigu, choć oczywiście nie mam pojęcia ile osób dopinguje kolarzy we Francji. w pociągach tłok, pot, przekleństwa i gorączkowe spojrzenia -- głównie przez to, że jajogłowi Angole nie wiedzą, że należy się przesunąć w stronę środka składu. wydaje mi się, że nie znają takiego pojęcia, jak zapełnione środki komunikacyjne i osobiście wiele dałbym, aby ujrzeć ich w pociągu z Katowic do Gliwic w godzinie szczytu.. miasteczka na trasie przejazdu pełne. trzeba im przyznać, że organizacja wspaniała: festyny, występy, prezenty, wsparcie informacyjne, ulotki, na każdym kroku woda..

jakieś 2h przed kolarzami trasa wyścigu zapełnia się tzw. public caravanem -- różnymi dziwnymi pojazdami, głównie sponsorów wyścigu. zewsząd muzyka, tańce i zrzucane z platform upominki. fajnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że 100% jadącej kolumny to samochody francuskie. widać oprawa weszła Żabojadom w krew i z roku na rok są coraz lepsi. to nie pierwszy rok, w który wyścig pojawił się na terenach Wielkiej Brytanii i widać to było po miejscowych, ryczących na nastolatki skaczące na platformach jak my na stadionie Górnika.. po caravanie postanowiłem opuścić miłe Tonbridge i udać się drogą przejazdu wyścigu w stronę Royal Tunbridge Wells, jakieś 10km. i właśnie po opuszczeniu miasteczka zobaczyłem piękną i subtelną różnicę. otóż wszystkie mijane wiochy wypełnione były Angolami, którzy na ten dzień wyprowadzali się z domu na ulicę. na chodnikach ustawiane były krzesła, stoły i grille. na płotach powiewały brytyjskie flagi, obficie lało się wino. widać było, że dla mieszkańców wiosek na trasie przejazdu to duże święto i każdy -- młody, stary, interesujący się kolarstwem, czy nie -- postanowił wziąć w nim udział..

sam przejazd trwał sekundy. najpierw pięciu kolarzy z grupy uciekinierów, po jakichś pięciu minutach przemknął cały peleton. za dużo z tego momentu nie pamiętam, bo skupiłem się na pstrykaniu zdjęć. po 20 sekundach było po wszystkim -- that's it, jak powiedziała jedna ze stojących obok mnie starszych pań. po przejeździe peletonu mijali mnie jeszcze amatorscy kolarze, którzy przemierzali trasę wyścigu po swoich bardziej znanych idolach. trasa opustoszała, ale bawiący się Angole przez długie godziny piekli kiełbaski, tłumnie wypełniali klimatyczne puby, ciesząc się fenomenem dnia.. plusy na hrabstwa Kent są podobno ogromne. najwyżej ceni się rozległe relacje i reklamę tego regionu -- Kent nazywane jest Ogrodem Anglii (Garden of England), a piękne widoki i rozległe zielone przestrzenie mają przyciągnąć turystów, którzy do tej pory skupiali się na Londynie. miejscowi zdawali sobie sprawę, jak medialne to wydarzenie, ale myślę, że takie momenty są głęboko zakorzenione w ich mentalność. część z mojej pieszej wędrówki przeszedłem z Nowozelandczykiem, który opowiadał, że cała otoczka wygląda fajnie, ale u nich, życie rodzinno-przyjacielskie jest kilka razy bardziej rozwinięte. nie chciałem mu mówić, jak to wygląda w moim kraju..

12

lip
2007

przegięcie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.00

podczas ostatniego wypadu do Royal Tunbridge Wells przeszedłem samego siebie. zawsze idę tam, gdzie inni dojść nie potrafią -- nie cofam się przed przeciwnościami, nie uwzględniam barier, zawsze szukam najlepszej pozycji do pstryknięcia zdjęcia. tym razem jednak lekko przegiąłem..

Tunbridge Wells West jest pierwszą stacją na linii zabytkowej kolejki parowej zwanej Spa Valley Railway. odrestaurowana kolej biegnie trasą na zachód, do miasteczka Groombridge. po drodze znajduje się przystanek High Rocks, miejsce znane z niezłych skałek wspinaczkowych. postanowiłem zrobić fotkę kolei, gdzieś na trasie przejazdu.. sama stacja w Tunbridge Wells nie pozwala na wiele -- peron jest wąski, a ja chciałem ustawić się gdzieś, gdzie widać większą przestrzeń. niestety poza miastem kolej biegnie gęstym lasem, więc musiałem kombinować. jakaś babka powiedziała mi, żebym szedł tą tu dróżką, bo dalej na bank będzie jakaś polana. no to poszedłem. po minięciu ostatnich zabudowań dróżka wciąż się zwężała, roślinność stawała się coraz bardziej bujna i uniemożliwiała przejście. ale szedłem. po pewnym czasie coś poruszyło się zza krzaka, a kilkanaście metrów dalej wyskoczyło na ścieżkę. sarna. stanęła na ścieżce, podobnie jak ja i zaczęliśmy się sobie przyglądać. trwało to dobrą chwilę: ona wpatrzona we mnie, ja z aparatem w plecaku wciąż nieruchomo. i trwaliśmy tak, jak w transie, jak gdyby żadne z nas nigdy nie widziało podobnego osobnika. po chwili sarna zdecydowała się spokojnie zagłębić w las i znowu byłem sam na swojej zwężającej się ścieżce. po przejściu kilkuset metrów ścieżka się skończyła -- najnormalniej w świecie zniknęła. w zamian pojawiła się ściana z roślinności, coś na wzór 5 metrowego żywopłotu, kompletnie uniemożliwiając dalszą wędrówkę. skręciłem w lewo, przedarłem się przez krzaki, ale po 10 metrach pokrzyw, bluszczu i innej dżunglowej roślinności zawróciłem. w krótkich spodenkach i bez żadnej broni w walce z natarczywą zielenią nie miałem szans. zawróciłem, lecz po jakieś minucie słyszę pociąg. zbliża się, zbliża i .. jest, przejechał jakieś 100 m od miejsca w którym stałem. nic nie widziałem, ale charakterystyczny pisk kolei parowej wywarł na mnie duże wrażenie, więc postanowiłem przedrzeć się przez te krzaki i dotrzeć w pobliże torów.. być tak blisko i zrezygnować to grzech. po kolejnej kilkumetrowej walce z zielenią byłem już nieźle podrapany -- do tego doszła mała górka, wpół zgięty, z liśćmi na całym ciele wyglądałem jak żołnierz amerykański walczący gdzieś w Wietnamie. skąd oni w Anglii wzięli taką roślinność? nic, idę, a w zasadzie czołgam się dalej: za chwilę pokrzywy sięgały mi już do pasa, ostre liany szarpały za wszystkie możliwe części ubrania, ale twardo walczę przy pomocy kija i mimo że doszczętnie pokłuty -- najgorsze za mną. po 2 metrach -- cholera, płot. stary drewniany płot, o wysokości jednego metra. skoczyłem, zahaczyłem kolanem, leci krew, wpadłem w dół, teraz pokrzywy sięgają mi już do szyi, kolce wbijają mi się w uda, jakiś wąż uciekł przed moją stopą. ja pierdolę, gdzie ja się wepchałem.. uff, przeszedłem, idę dalej. po 30 metrach -- strumyk. kurwa tutaj strumyk? szerokość lekko ponad metr, dość głęboki, niestety obydwa jego brzegi nachylone pod kątem 45 stopni, obrośnięte jakimś zielonym badziewiem uniemożliwiają rozpęd. stałem tak z 2 minuty, ale nie ma nawet którędy wracać. w końcu skaczę i jest, udało się, choć wiszę bezwładnie na stromym brzegu, trzymam się trawy, ręce ucierpiały, ale żyję i co najważniejsze -- kilka kolejnych godzin spędzę w suchych butach. idę dalej, koniec pola. ściana jeszcze bardziej szczelna niż poprzednio. myślę sobie: Wojtek Cejrowski przedziera się na boso przez dżunglę, a ja sobie nie poradzę w cywilizowanej Anglii? idę, gruby kij na początku pomaga, ale gdy wszedłem między poziome gałęzie drzew, wspierane pokrzywami, jakie zdarzało mi się widzieć tylko w dzieciństwie i .. bluszczem o grubości palca z centymetrowymi kolcami wijącym się wszędzie, musiałem sobie radzić samemu. już coraz bardziej nerwowo deptam wszystko co zielone, nie zwracam uwagę na zakrwawioną nogę, nie czuję już nawet kolejnych ukłuć pokrzyw. twardo i mechanicznie poruszam się naprzód z prędkością 1 metra na minutę. po pewnym czasie załamany planuję jednak zawrócić -- no nie da się, przecież nie jestem nienormalny, nie da się. ale zawrócić tym bardziej się nie da -- kolce trzymają moje włosy, koszulkę, uda. samych nóg nie czuję, nieprzyjemne mrowienie przypomina o 50 kg ostrych jak żyletka pokrzyw. kawałek gwoździa z płotu wciąż wystaje z kolana. stoję tak kilka minut, przecież nie będę tu nocował. idę dalej. tym razem nieczuły na ból, poświęcając koszulkę, raniąc ręce, przechodzę. uff, udało się, choć zakrwawione nogi nie służą mi już tak jak poprzednio. dotarłem do torów, teraz żeby tylko ten jebany pociąg jechał, bo mnie szlag trafi. siedzę tak 20 minut i słyszę -- jedzie. noo, chociaż pot i krew na coś się przydały. wychodzę na tory, robie kilka fotek, a z pociągu machają mi maszyniści. odmachuję im w przyjacielskim geście, choć za chwilę domniemywam sobie, że oni wcale mi nie machają, a próbują przegonić z torów! schodzę więc na bok i robię zdjęcia zza krzaka. pociąg zwalnia, w końcu zatrzymuje się koło mnie i takiego opierdolu jaki od nich zebrałem nie pamiętam od 20 lat, kiedy zebrałem niezłe wciry od taty za to, że nie chciałem odkurzać mieszkania i kazałem mu samemu to sobie zrobić. do tego wrzeszczą po angielsku, wszyscy pasażerowie w oknach -- 'he wanteeeeed to commit sucide!!!!', słyszę westchnięcia. maszyniści się drą, straszą kryminałem, mówią coś o jakimś Train Parku, a ja fotki tylko chciałem zrobić.. w końcu przeganiają mnie zupełnie i pociąg rusza. ja oczywiście wracam na tory i robię kilka dobrych ujęć zabytkowego pociągu, z tyłu podziwiając kłęby pary jaka mu towarzyszyła..

przegiąłem, wiem. ale najważniejsze są wrażenia, których tego dnia było pełno.. :)

19

lip
2007

z cyklu: życie na obczyźnie..

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 23.25

idę z Willem -- kolegą z NCsoftu z działu QA..
- where do you come from? - pytam wychodząc z firmy.
- Man.. I was born here, in Brighton. ya see that building, ovrthere? - pokazuje palcem na budynek na przeciwległym wzgórzu.
- yeap - odpowiadam.
- that's hospital, I was born there -- mówi z zadowoleniem.
- and me.. I was born right there -- pokazuję palcem w kierunku południowo-wschodnim.
- yyyyy, whaeyt? - nie załapał. swoją drogą uwielbiam to brytyjskie przeciągane 'what?'.
- yeah! right there. 998 miles from Brighton..
- ehyhyhy..
- ehehehe..

*****

wracam ze sklepu, a tu na trawniku przed moim oknem pospolite ruszenie. jakieś 50 osób giba się na różne strony, dookoła cisza, nic nie słychać. podchodzę bliżej -- oni tańczą.. WTF? -- taka pierwsza myśl. po chwili zrozumiałem, że to anonimowe spotkanie, tzw. Flash mob (jakich coraz więcej organizuje się przez internet), gdzie przypadkowi ludzie umawiają się na .. daną czynność, przychodzą, wykonują ją i idą swoją drogą. tym razem było to tańczenie boso na trawie w centrum Brighton, koniecznie w słuchawkach, do przyniesionej przez siebie muzyki.. chwilę się pokiwali (niektórzy poważni, inni weseli, jeszcze inni rozmarzeni), po czym się rozeszli i impreza się skończyła..

23

lip
2007

Portsmouth, czyli pan już tu był..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.27

(na początek należy zapodać sobie melodię dla zapewnienia klimatu)

zimne północne wiatry zagnały mnie 80 km na zachód -- do Portsmouth w hrabstwie Hampshire. przeciętnemu Polakowi ów miasto kojarzy się (nie mylić z ignorantami, którym, niczym Amerykanom, nie kojarzy się z niczym) z potężnym portem marynarki wojennej, odgrywającym kolosalną rolę podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. jednak już znacznie wcześniej miasto przeszło do legend będąc główną bazą dla imperialnej wówczas floty Zjednoczonego Królestwa -- wystarczy wspomnieć sławną bitwę pod Trafalgarem (21 paź 1805, w której flota brytyjska rozgromiła zjednoczone siły francusko-hiszpańskie i śmierć dowódcy eskadry angielskiej, admirała Nelsona). największym skarbem miasta jest więc historyczny port (historic dockyard) wraz z historycznymi zabudowaniami i infrastrukturą oraz nowoczesną przebudową, na którą w ostatnich latach wydano ponad 300mln funtów.

'Portsmouth'

Do Portsmouth do Portsmouth To piękne miasto jest Tam wypijemy wina dzban i zabawimy się Za dzielny statek co nas wiódł Szklanice wznieśmy też Gdy forsę puścimy pójdziemy w nowy rejs
spacer po porcie stawia przed naszymi oczami wszystko to, czym żyli przed laty ludzie morza. mamy tu stocznię, suchy dok, magazyny, porozrzucane tu i ówdzie części statków, muzea, morskie restauracje, pomniki uznanych osób, centra multimedialne, no i przede wszystkim statki. do najbardziej znanych należą:

:: HMS Warrior -- zbudowany w 1860 roku, pierwszy światowy statek oceaniczny nazwany statkiem wojennym (battleship). więcej informacji w wikipedii.
:: HMS Victory -- zbudowany w latach 1759-1765, 104-działowy liniowiec wsławiony w bitwie pod Trafalgarem. więcej informacji w wikipedii.
:: wrak Mary Rose -- największy XVI-wieczny okręt królewskiej floty wojennej w Wielkiej Brytanii. zbudowany w latach 1509-10, posiadał aż 91 armat, zatonął niespodziewanie 19 lipca 1545 roku i do roku 1982 (!!) spoczywał na dnie cieśniny Solent, znajdującej się pomiędzy wyspą Wight i Anglią. na początku lat siedemdziesiątych okręt został odnaleziony, a w 1982 roku wyciągnięty na powierzchnię..

'Royal Oak'

Trzy spaliliśmy, trzy poszły na dno, Trzy dały dęba, gdy trwała ta noc. A ostatni pryzem na hol wziętym był, By w Portsmouth świadczyć o układzie sił.
wstęp do portu jest darmowy, ale już zwiedzanie muzeów i statków jest płatne, a cena biletu na wszystkie atrakcje wynosi tyle, ile kosztował mój marcowy lot do Polski :) tak czy inaczej wbiliśmy się w kilka miejsc na, jak to mówi Łuki, krzywy ryj. oprócz tej prostackiej metody udało nam się znaleźć jeden bilet, a wchodząc na jego podstawie do jednego z muzeów pani na bramce delikatnie mi zwróciła uwagę, że .. 'pan już tu był'. równie grzecznie udałem zdziwionego, przeprosiłem panią (ona mnie, niczym wytrawna Brytyjka, również) i wyszedłem..

następnie wjechaliśmy (bilet: 6 funtów) na górę 170 metrowej wieży widokowej Spinnaker tower, z której rozciąga się niezapomniany widok na Portsmouth (i kilka innych przyległych miasteczek), port, zatokę i wyspę Isle of Wight. widok przecudowny, który mogę porównać, jak na razie, tylko z widokiem z góry Empire State Building oraz z najwyższego tarasu widokowego wieży Eiffela. wieża przypomina wydęty wiatrem żagiel, co wg architekta Scotta Wilsona ma symbolizować morską historię miasta. więcej informacji o tej wspaniałej budowli dostępnych jest, jak zwykle, w wikipedii. później przeszliśmy się miłymi portowymi uliczkami, oglądając architekturę mieszkalno-magazynową oraz puby -- pozostałości sprzed kilkuset lat morskich opowieści.

'Czarnobrody kapitan'

Z Portsmouth ogłosił nagrodę za nasz bryg, Złoto za naszą śmierć. Więc żywy dziś nie wyjdzie nikt, Kto Teacha pragnął mieć.
do Portsmouth wrócę na pewno -- po pierwsze, aby pokazać to miejsce innym, a po drugie, gdyż odchodzą stąd promy na wyspę Isle of Wight, na którą planuję się wybrać jeszcze tego lata na dwa weekendowe dni. warto również pospacerować wąskimi staroportowymi uliczkami miasta, obejrzeć stary fort obronny, powspominać żeglarskie dzieje w którymś z lokalnych, starych jak świat, pubów. i czasem posłuchać, co szanty mówią o tym pełnym wrażeń miejscu, bo oprócz nieśmiertelnych 'hiszpańskich dziewczyn' miasto jest wspominane w wielu innych morskich piosenkach..

24

lip
2007

miara spalania kombajnisty i ziemskie sprawy..

kategoria: humor, link bezpośredni

Brighton, 15.55

a jak mam dość to dla uspokojenia czasem spoglądam na Onet. i to głównie dla komentarzy, bo newsy bardziej rzeczowo i mniej komercyjnie przedstawione są na portalu Gazety. zainteresowany kupnem ziemi spoglądam na pytanie czytelnika:

co to jest 5,5dt/ha? [decytony/hektar, czyli 100kg -- kwintal]

i życzliwa odpowiedź innego przychylnego:

to miara spalania kombajnisty na Bizonie. 5 i pół dużych tyskich na hektar skoszonego pola..

mamy pomocnych i wesołych rodaków.. :)

innym razem koleś chwali się, że kupił ziemię za 3 zł, a teraz sprzedał za 80 zł/m2. no i zadaje czytelnikom pytanie? ile zarobiłem na tej inwestycji?

sprytniejszy jakiś wyrwał się przed szereg i mówi, że: 77 zł.

ale drugi, bardziej dociekliwy pyta: przez ile lat tą ziemię trzeba trzymać w doniczce? czy dodawane były dżdżownice? trzeci, jeszcze lepszy pyta: gdzie kupiłeś takie duże doniczki?

31

lip
2007

z cyklu: kultowe cytaty..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.32

jakoś tak się zawsze składało, że wszędzie miałem blisko. do przedszkola rzut beretem, do podstawówki i liceum to samo. studia to co prawda 5km do Zabrza, ale już Helion znowu był blisko, a obecnie, idąc do NCsoft na godz 9.30, wychodzę o 9.32.. dla tych, którym nigdzie nigdy nie jest blisko, kultowy cytat z 'Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz' Barei:

'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'

10

sie
2007

co się stało z naszą klasą?

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.43

każdy chyba zna 'Naszą Klasę' Jacka Kaczmarskiego -- piosenkę piękną i od lat prawdziwą. od jakiegoś czasu działa w sieci serwis www.nasza-klasa.pl, który jest rozwiązaniem wszystkich naszych kłopotów z rozjeżdżającymi się po świecie przyjaciółmi. tyle lat minęło, z tyloma ludźmi kontakt się urwał. w dobie ogólnodostępnego internetu serwis jest szansą na odnalezienie wszystkich tych znajomych ze szkolnych lat, o których od dawna nic nie wiemy. tak więc dzieciaki z podstawówki nr 36 w Gliwicach, młodzieży z LO nr IX w Gl., magistro-inżynierowie z Wydziału Organizacji i Zarządzania Politechniki Śląskiej -- odzywać się!

29

sie
2007

Eastbourne

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 10.26

miasteczko Eastbourne na południowym krańcu Wielkiej Brytanii ma w sobie coś urzekającego. właściwie to nie wiadomo co: kurort nie przejawia takiej siły przebicia jak Brighton, choć oczywiście żyje z turystów i zostawianych przez nich pieniędzy z podobizną królowej. główną atrakcją miasteczka położonego w hrabstwie East Sussex jest plaża oraz skupiona przy niej zabudowa układająca się w długą na kilka kilometrów nadmorską promenadę. geograficznie miasto mieści się na południowym końcu obszaru South Downs (down w tym przypadku pochodzi od staroangielskiego dun, co oznacza wzgórze), czyli pagórkowatych zielonych terenów rozciągających się aż od pierwszych zabudowań Londynu. Eastbourne nie przyciąga ludzi młodych -- kluby nocne są tu rzadkością, więc trzeba traktować to miejsce jak nasz Ciechocinek, czyli miasteczko spotkań ludzi starszych. wikipedia kojarzy z Eastbourne dwie postacie: Alesitera Crowleya -- najbardziej zdeprawowanego człowieka świata, oraz Johna Bodkina Adamsa -- lekarza, seryjnego mordercę, podejrzewanego o uśmiercenie 163 swoich pacjentów..

W świecie miasto rozsławiają dwa wydarzenia: profesjonalny turniej tenisowy oraz najbardziej znane w UK pokazy samolotowe. International Women's Open to turniej na kortach trawiastych, który bezpośrednio poprzedza wielkoszlemowy Wimbledon. grała tam w tym roku także nasza Agnieszka Radwańska, ale odpadła już 2 II rundzie z późniejszą zwyciężczynią -- Justin Henin. drugie wydarzenie to 4-dniowy pokaz lotniczy Eastbourne Airshow, na który zjeżdża co roku kilkanaście tysięcy gapiów. wybrałem się na to cudo w tym roku z Marasem -- spędziliśmy cały dzień celując naszymi obiektywami w przelatujące cuda, a rozpiętość prezentowanych maszyn była, moim zdaniem, największym atutem pokazu. na dzień dobry zaprezentowała się drużyna Red Arrows, czyli Zespół Akrobacyjny Królewskich Sił Powietrznych Wielkiej Brytanii. później były znane wojskowe myśliwce Hawk, dwu śmigłowy helikopter Chinook, brytyjskie Tucano oraz akrobacyjne Tutory. mi najbardziej podobały się dwupłatowce rodem z II wojny światowej, choć zaimprowizowana bitwa powietrzna z niemieckimi Albatrosami (która, jakżeby inaczej, zakończyła się ku uciesze miejscowych zwycięstwem Sił Jej Królewskiej Mości :), nie była już tak okazała. było też wiele innych pokazów, ale wszystko przebiły dwa wydarzenia: pokaz myśliwca Eurofighter Typhoon oraz Jumbo Jeta 747, który .. wyłonił się zza wzgórz Beachy Head niczym szybowiec, czy paralotnia. warto było dać się przewiać, bo swoisty ryk silników i zapach spalanego paliwa to coś fantastycznie niepowtarzalnego..

31

sie
2007

South Downs trip

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 11.10

nasłuchując informacji o sytuacji w polskiej polityce można się załamać. coraz bardziej utwierdzam się w tezie, że rządzą nami ludzie, którzy odstają od szeroko pojętego kanonu zdrowia psychicznego. rządzą nami ludzie o skłonnościach paradoidalnych, kraj się nie rozwija, a pozostałe państwa UE patrzą na nas jak na idiotów. prace nad EURO nie posuwają się do przodu ani o krok, firmy bukmacherskie już przyjmują zakłady, czy Polska straci prawo do organizacji Mistrzostw Europy. banda nieudaczników i zakompleksionych karierowiczów powoduje, że na zachodzie już teraz postrzega się Polskę na równi z Białorusią.. Martin, Niemiec z mojej firmy, wysłał mi ostatnio link do wypowiedzi europosła Giertycha, w którym porównuje rządy kanclerz Angeli Merkel do wybryków Hitlera sprzed ponad 50 lat. Martin się oburzył, a po moim objaśnieniu sytuacji przyznał, że nie wiedział, iż takie osądy to odosobnione słowa niektórych polityków. media zachodnie uogólniają, przez co typowy chudy Niemiec nie zdaje sobie sprawy z aktualnej sytuacji w naszym kraju i myśli, że każdy Polak jest anormalny. taki właśnie funkcjonujący w świadomości społecznej uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości nazywa się fachowo stereotypem. ja miałem już okazję przekonać się, że Rumuni są całkiem normalnym narodem, dobrze, że teraz mam okazję prostować stereotypy, które kształtują postrzeganie Polski w bardziej rozwiniętych krajach..

jakby na przekór temu wszystkiemu zabrałem się ze statywem na wzgórza South Downs. byłem tam ostatni raz w lutym, a ciepłe powietrze pozwalało otrząsnąć się i skupić na czymś fajniejszym, niż polityka. podziwiałem paralotniarzy, którzy jakby wbrew prawom fizyki wzbijali się w powietrze kołując nad nami i unosząc się nierzadko przez 15-20 minut! przyszły mi na myśl słowa Einsteina, który powiedział kiedyś, że czasami wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, a wtedy przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. tak pewnie musiało być z tym sportem i wykonywanymi przez paralotniarzy lotami żaglowymi. zamieniłem z jednym takim hardcorowcem kilka zdań, a na pytanie: 'czy to niebezpieczne?' odpowiedział innym pytaniem: 'a uprawiałeś kiedyś niezabezpieczony seks?'. ja mówię, że i owszem, a on na to: 'oo widzisz, to to jest niebezpieczna sprawa'.. tak więc: everything's relative..

wypad podsumowałem małą panoramką:

1.

wrz
007;

NoName slides..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 9.36

prezentacja wykonana dla gliwickiego zespołu muzycznego NoName. tym razem nie oszczędzałem na kompresji, tak więc wersja 640x480 waży 17mb. poniżej wkleiłem wersję skadrowaną do szerokości mojej strony, tak więc może wydawać się nieco kanciata.. pełna wersja prezentacji na stronie www.nonameband.prv.pl. zdjęcia nie moje, muzyka także należy do zespołu:

4.

wrz
007;

dla takich chwil warto żyć..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 5.19

wyjazd zbliża się wielkimi krokami. po przejrzeniu dwóch przewodników i setek stron w necie jestem już tak nakręcony słonecznymi wakacjami, że aspekt sportowy zszedł na 3 plan. a przecież mecz Portugalów z biało-czerwonymi Orłami już w sobotę, a moja Kłobucczanka ma już dla nas 2 bilety na Estadio da Luz! fora sportowe aż huczą rozmów naszych rodaków o inwazji na Portugalię. pojawiła się informacja, że przygotowano dla nas 7500 tys. biletów, co byłoby liczbą porównywalną z ilością Polaków na ostatnim meczu z Anglią w Manchesterze. sobota zapowiada się więc bardzo obiecująco. ja zaczynam swój dzień już w piątek o 16, kiedy w koszulce z orłem na piersi wsiądę do samolotu linii TAP Portugal lecącego z Londynu Gatwick do Lisbony. wieczorem szykuje się męska impreza z rodakami, a w sobotę odbieram Agatę, która także zaopatrzyła się już w koszulkę naszej reprezentacji. około południa w sobotę polscy fani spotykają się na centralnym placu miasta -- Plaza del Comercio (Praça do Comercio), by tam wspólnie przygotowywać się do spektaklu. atmosfera będzie podgrzewana śpiewami i złotymi trunkami, a gromkie Polskaaaaa Biało-Czerwoni nie raz rozniesie się po wąskich brukowanych uliczkach portugalskiej stolicy. później marsz na stadion Benfiki, a nerwowe oczekiwanie zakończy kulminacyjny moment życia każdego kibica -- moment odśpiewania hymnu naszego kraju przez tysiące polskich gardeł. to właśnie dla Mazurka Dąbrowskiego i jego odśpiewania na obczyźnie -- dla takich chwil warto żyć..

a strona sportowa tego przedsięwzięcia? ważna owszem, choć nawet przy wyniku 3-0 dla miejscowych nikt nie odbierze nam tych emocji towarzyszących wyjazdowemu meczowi ukochanej reprezentacji.. będziemy się starali, wiem, że mistrzu Leo przygotuje specjalną taktykę i o ile nie przegramy, będziemy już bardzo blisko pierwszych w historii finałów Mistrzostw Europy. a przecież Misiek w Austrii już czeka na nasz przyjazd na mistrzostwa, więc nie możemy zrobić mu zawodu..

Do Przodu Polsko!

7.

wrz
007;

A Portuguesa

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, .57

przyszła już pora spakować zabawki, aparat, przewodniki, biało-czerwoną koszulkę i ruszyć na koniec Europy. pora na własne oczy zobaczyć temperament Portugalczyków -- ich stosunek do jedzenia, obowiązków i przyjemności, punktualności i czasu w ogóle. może uda się napisać coś z trasy -- biorę laptopa, a ten zwykle dość subtelnie wyszukuje wirujące w powietrzu sieci otwarte.. do zobaczenia 23. sierpnia..

Bohaterowie mórz, szlachetne plemię,
Dzielny i nieśmiertelny narodzie,
Wybiła godzina, byś uniosła się na nowo
Portugalska chwało.
Z mglistej pamięci,
O, ojczyzno, słyszymy głosy
Naszych wielkich praojców,
Które wiodą cię do zwycięstwa.


Ref.: Do broni! Do broni!
Na lądzie i morzu!
Do broni! Do broni!
Do walki o naszą ojczyznę!
Marsz ku kulom nieprzyjaciół!

22

wrz
2007

o tym, że warto żyć..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.01

22 wrzesień, końcówka lata. siedzę na betonowym skwerze w miejscowości Loule w samym sercu Algarve -- z laptopa łapię bezprzewodowy internet, polskie radio Warszawa i pan Wroński na bieżąco mówi mi, co słychać w meczu Górnika z Odrą. lato się kończy, ale 30 stopniowy upał niemiłosiernie leje się na moją głowę, bo ciało mam schowane za palmą. misia przy mnie trwa na posterunku, bo nie znalazła żadnej śródziemnomorskiej sukienki, po którą ją wysłałem. przed sobą mamy ocean i jego lazurową wodę, na plaży parasole trzcinowe, pod nimi turyści, głównie z Anglii i Niemiec.. nad głowami co 2 minuty latają samoloty startującego z lotniska w pobliskim Faro..

i gooooool, 17.25 czasu miejscowego i Górniczek prowadzi 1-0!

i aż szkoda, że to ostatni dzień naszej pięknej portugalskiej przygody. i aż żal wracać do Anglii i Polski, bo takie piękne tu słońce. choć z drugiej strony w pełnym słońcu także ciężko -- ciało piecze po całodniowym leżeniu na plaży i nawet 10-krotne wchodzenie do czystej wody oceanu nie ratuje sytuacji. jak tylko zabrzmi ostatni gwizdek w meczu Mojej Drużyny, to zabiorę Małą na grillowane sardynki i sałatkę.. ahh, piękny jest świat na samym końcu Europy..

25

wrz
2007

misja Portugalia -- mapa podróży

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 22.00



misja Portugalia dobiegła końca -- było to 16 pełnych wrażeń dni, podczas których objechaliśmy ważniejsze miejsca we wszystkich rejonach kraju. nasza Toyotka Auris zrobiła łącznie 2150 km zaliczając na swojej trasie wąskie uliczki największych miast, skaliste wybrzeże Atlantyku, kręte malownicze drogi wzdłuż rzeki Douro, niesamowite górskie wioski i zamki pasma Serra da Estrela i pobliskich wyżyn, cudownie puste przestrzenie Alentejo i wreszcie upalne i piękne plaże Algarve.. była też świadkiem wspaniałych wschodów i zachodów słońca i, przede wszystkim, moich z Agatką zaręczyn! postaram się systematycznie wrzucać dokładny opis, nasze wrażenia i zdjęcia z wyprawy po Portugalii. teraz na szybko prezentuję mapę oraz miejsca, które odwiedziliśmy. liczby obok miejsc określają kolejne spędzane tam dni.. pierwsze 3 dni spędziliśmy w Lizbonie zwiedzając miasto i dopingując Polaków w fantastycznym od strony polskiego kibica meczu z miejscowymi. w 4 dniu naszym oczom ukazała się Sintra oraz Cabo da Roca -- najdalej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy. to miejsce pasjonujące i magiczne, szczególnie dla nas. kolejne dni to droga na północ w kierunku Fatimy. po drodze zaliczamy wioskę rybacką Peniche oraz fascynujące miasteczko zamkowe Obidos. nocleg w Fatimie, a następny dzień to wrażenia związane z klasztorem w Batalhi oraz ruinami największej rzymskiej osady -- Conimgrigą. później przez 3 dni zwiedzamy uniwersytecką Coimbrę oraz znane ze wspaniałych win -- Porto. właśnie w Porto spotykamy się z Tiagiem, moim dobrym kumplem z czasów wymiany na Politechnice. następnego dnia suniemy malowniczymi i krętymi trasami wzdłuż rzeki Douro, a noc zastaje nas już w Guardzie -- pierwszym spośród wielu miasteczek-grodów wzdłuż granicy z Hiszpanią. kolejne dni to zjazd na południe i zwiedzanie chyba najwspanialszych miejsc w tym kraju -- starych jak świat osad-fortyfikacji, w której czas jakby się zatrzymał, a średniowiecze przypomina o sobie na każdym kroku.. po malowniczych góskich wrażeniach czekał nas szybki zjazd nad ocean, jednak rejon Alantejo przez który przejeżdżaliśmy zachwycił mnie malowniczością (i jednostajnością) krajobrazu, w którym dominowały gaje oliwne i drzewa korkowe. ostatnie 5 dni naszej wycieczki to rozgrzane słońcem Algarve, czyli plaże i niewielkie osady rybackie..

było pięknie, choć pechowo. w 3 dniu wyprawy straciłem moją torbę fotograficzną ze wszystkimi akcesoriami, w tym z polaryzatorem, który miał być w Portugalii hitem sezonu :( miał zapewnić fantastyczne zdjęcia, a .. wyszło jak zawsze. w ósmym dniu w Porto zawinęli nam samochód na lawetę, a jego odbiór z parkingu policyjnego kosztował nas.. za dużo. w międzyczasie chłopaki zaliczyli niespodziewany kontakt ze znakiem drogowym, a co za tym idzie przeorali cały prawy bok swojego auta. podsumowując: mnóstwo wrażeń, zróżnicowane okolice i .. nadmiarowe koszty. to w skrócie, wkrótce szersza relacja :)

28

wrz
2007

Portugalia - Polska, czyli wyjazd dziesięciolecia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.30

operacja Portugalia rozpoczęła się od biało-czerwonej Lizbony. a właściwie biało-czerwonego Londynu, Dublinu, Amsterdamu, Madrytu i wielu innych miast, skąd Polacy wybierali się na mecz. z Gatwicka lecieliśmy z 7 innymi kibicami, którzy nieśmiała próbę przyśpiewek zaprezentowali już na lotnichu, czym wprawili w osłupienie strażników i wszędobylskich skośnookich. Lizbona nocą nie wygląda źle (w przeciwieństwie do Lizbony za dnia o czym w następnych notkach) -- subtelnie oświetlona szachownica staromiejskich uliczek, gdzieniegdzie puby, parasole i skwery będące wizytówką Portugalii. pierwszym wrażeniem były chodniki -- wyłożono je specyficznym rodzajem kamienia, który w kontakcie z butami przechodniów zyskuje połysk. przypadkowy proces polerowania trwa latami i rzeczywiście można odnieść wrażenie, że spaceruje się po lodzie. a czasem po lustrze. no, ale miało być o meczu: noc z piątku na sobotę to powolne zjeżdżanie się polskich fanów. ok 22 spotykamy się na centralnym placu miasta: Praça do Comércio. śpiewamy kilka piosenek i udajemy się w poszukiwanie wolnych jeszcze lokalów. nie ma tego zbyt dużo, ale po pewnym czasie większość Polaków gromadzi się w ścisłym centrum i do późnych godzin rannych uzmysławia Lizbończykom, kto jest najlepszy na świecie. nie ma agresji, a przez gardła przelewa się browar o wartości 12? za litra..

następnego dnia kilka setek Polaków urasta do kilku tysięcy. to już nie odosobnione grupki, a całe pochody biało-czerwonych przebierańców. przyznam, że otoczka tego meczu była porównywalna do naszego najazdu na Dortmund podczas ubiegłorocznych MŚ, choć tutaj to aż 3000 km od kraju. fantastycznie zorganizowani, w miarę kulturalni i rozśpiewani Polacy byli wizytówką stolicy Portugalii, a przebywający tu turyści otwierali ze zdumienia usta. po pewnym czasie śpiewały z nami miejscowe dziewczyny, turyści z Argentyny i sprzedawca maskotek z zachodniej Afryki. sypały się frytki i lało się piwo. kelnerki nie nadążały z wymianą kufli, a oklepaną piosenkę 'Polska Biało-Czerwoni' śpiewał nawet upośledzony motorniczy archaicznego tramwaju numer 28. zacne facjaty uwiecznione na portugalskich pomnikach zyskały nowe, dwukolorowe szaty, a w lokalnym McD WC pękał w szwach.. było tłumnie i gwarno, choć i tak się dziwię, że nikt nie pływał w ogromnej fontannie przy stacji metra Restauradores. tradycyjnie dostało się też Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej -- najbardziej twardogłowej i do tego wciąż 'prężnie' działającej spośród PRL-owskich organizacji..

na stadion udaliśmy się z Agatą jedną z linii metra i tu osobista niespodzianka. stanął nade mną starszy facet w naszych barwach. 10 minut rozmawialiśmy, po czym on w końcu przyznał, że łączą go dobre stosunki ze Stasiem Oślizło, ale jeszcze lepsze z Lucjanem Brychczy. później wyciągnął wizytówkę i ubrał swój oficjalny strój -- to Andrzej Bobowski, czyli BOBO, król polskich kibiców! spotkaliśmy się w Dortmundzie, mamy wspólną fotkę na moim fotoblogu, a ja go nie poznałem.. 20 minut jeszcze rozmawiamy koło stadionu, po czym wbijamy się na polski sektor.. Polacy na stadionie to głównie ludzie młodzi, zarówno kobiety jak i mężczyźni w ok. 75% ludzie czasowo mieszkający za granicą. krzyczymy ile się da już przed meczem, a moment odśpiewania hymnu państwowego na zawsze pozostanie w mojej pamięci. drzemy ryja głośno i tak jak przypuszczałem zupełnie zagłuszamy 10-krotnie większą grupę miejscowych. niezorganizowane dzieciaki wydobywały z siebie dziwny bełkot tylko wówczas, gdy pociągnął ich spiker (puuuurtuuuugaaaal) oraz gdy piłkę czarowała modelka Ronaldo. gdy Lewandowski zdobywa bramkę szaleństwo sięga zenitu, a moja noga irracjonalnie dopiero wtedy zaczyna się trząść (mam taką akcję, że jak się denerwuję to skacze mi prawa noga i, poważnie, nie potrafię tego zatrzymać). 'gramy u siebie', 'cała Lizbona jest dzisiaj biało-czerwona' czy 'jesteśmy z wami, Polacy jesteśmy z wami' niosło się pod dachami wspaniałego stadionu Estadio da Luz, domu Benfiki Lizbona. druga połowa to huśtawka nastrojów i nasze zwątpienie, gdy przy stanie 2-1 nasi wciąż mieli problem z przekroczeniem połowy boiska. wszystko kończy się wspaniale po bramce niezawodnego Jacka, a my wpadamy w euforię, bo wiemy już, że tego cennego wyniku nikt nam już nie odbierze! po meczu podziękowanie piłkarzy i długie nocne śpiewy w totalnie biało-czerwonej tego dnia stolicy Portugalii. było pięknie i przyznam, że czegoś takiego w mojej 15-letniej karierze kibica nie dane mi było jeszcze przeżyć.. może kiedyś z Górnikiem w Lidze Mistrzów?

moja zewnętrzna galeria z tego meczu dostępna jest TUTAJ.

10

paź
2007

sprawy, wydarzenia, wyzwania..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 17.38

krótki wypad do PL obfitował w ważne wydarzenia. po pierwsze Magdalena, moja najbliższa kuzynka złączyła się przysięgą z Aleksandrem, a potem oboje żyli długo i szczęśliwie.. zabawa w zabrzańskiej restauracji 'pod kasztanami' była huczna i długa, a młodzi wyglądali na szczęśliwych. być może z faktu, że grający 700 m dalej Górnik pokonał sosnowieckie Zagłębie 4 do 2, a być może z powodu zdobycia wymarzonego partnera na całe życie.. wszyscy życzyliśmy im wszystkiego najlepszego :)

po drugie stałem się posiadaczem ziemskim. mój własny 24 arowy skrawek ziemi znajduje się w Milówce, 125 km od Gliwic, w samym sercu Beskidu Żywieckiego. piękne położenie w dolinie Milowskiego Potoku, na zielonym szlaku prowadzącym na Halę Boraczą sprawia, że aż chcę już wracać do Polski.. z jednej strony pokryte lasami wzgórze, z drugiej szumiący potok. z trzeciej podobno denerwująca sąsiadka, ale nikt nie obiecywał, że wszystko wyjdzie idealnie. sama Milówka (rozsławiona nie tylko w Polsce przez braci Golców) położona jest 450m nad poziomem morza, w dolinie rzeki Soły. rozciąga się stąd malowniczy widok na górskie szczyty i hale: Barania Góra (1220m), Hala Boracza (851m), Sucha Góra (1040m) oraz Prusów 1010m) i dlatego jest doskonałym punktem wypadowym na piesze bądź rowerowe wycieczki w góry..

wkrótce wszystkie wydarzenia pojawią się na fotoblogu. cierpliwi (podobno) będą wynagrodzeni..

11

paź
2007

Portugalia cz. 1. -- życie w stolicy..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.57

W Lizbonie spędziliśmy łącznie niespełna 3 dni. piątek wieczorem i nocą to pierwsze spojrzenie na miasto oraz zabawy z resztą kibiców. sobota to luźniejsze spacery, a także zdumiewające, jak dla mnie, refleksje. stolica Portugalii nie jest cudem XXI wieku. ba, nie byłaby nawet wyróżniającym się miastem wieku XX-go. częściowym wytłumaczeniem moich wrażeń może być złe nastawienie: spodziewałem się raju, upałów i pięknego miasta na końcu Europy. a zobaczyłem coś innego, coś co na pierwszy rzut oka przypomina zaniedbany Lwów, sytuując się jakieś 200 lat za Pragą i 100 za Krakowem.. nastrojowe wąskie, strome uliczki owszem są, prości, zwykli ludzie także, ale wszystko to jakoś niepoprawnie opakowane..

brudne ulice i zaniedbane budynki to nie wszystko. sklepy, szczególnie te małe, prywatne, prezentują się tak ubogo, że przypominają te z naszej epoki PRL-u. na półkach jest niby wiele, ale jakoś tak dziwnie szeroko porozstawiane, co potęguje uczucie niedostatku. nie ma tu miejsc porównywalnych do naszych 'Żabek', na świetle chyba się oszczędza, nie ma nawet sklepów przy stacjach benzynowych. gołym okiem widać, że średniowieczne miasto zatrzymało się w pewnym momencie swojego rozwoju, że leniwa mentalność miejscowych nie jest opinią przesadzoną.

w niedzielę, po piłkarskiej gorączce, skupiamy się na zabytkach. stare miasto nie ma jednak w sobie niczego olśniewającego i czym więcej szlajamy się po brukowanych uliczkach, tym więcej brudnych i zaniedbanych miejsc spotykamy. XIX-wieczna katedra Sé ładnie prezentuje się od strony ulicy, a w środku mieszają się różnorodne style architektoniczne. z zamku Św. Jerzego (Castle of Sao Jorge) rozpościera się fantastyczna panorama miasta, jednak ciepłe powietrze wraz ze spalinami milionów samochodów skutecznie ograniczają widoki.. podobać się może nowoczesna dzielnica skupiona wokół Parku Narodów (Parque das Naçoes, gdzie zainwestowano kupę kasy, ale gdzie wydane euro naprawdę widać. piękne hale zbudowane na targi Expo w roku 98, fontanny, wieże i, przede wszystkim, 17 kilometrowy most Vasco da Gama).. przy wyjeździe z miasta można obejrzeć bardzo ciekawą Wieżę Belem (Torre de Belém) -- to właśnie tu zapatrzony w atlantycki zachód słońca pozbyłem się moich akcesoriów fotograficznych..

ludzie to rozdział specyficzny. generalnie na plus -- w stolicy po angielsku mówi większość, a do tego są mili i przyjacielscy. z właścicielami sklepów i restauracyjek rozmawiamy o meczu -- wszyscy z uśmiechem i kurtuazyjnie życzą nam (i sobie jednocześnie) powodzenia.. gdziekolwiek nie spyta się kogoś o drogę, służą pomocą. miejscowi są dość charakterystyczni, a ich stosunek do czasu, obowiązków, jedzenia i przyjemności w ogóle, budzi kontrowersje. są zdecydowanie inni niż dokładni Niemcy, ekstrawaganccy Francuzi, czy zburaczali Angole. są uśmiechnięci, poruszają się leniwie, a, jak zapewniał nas mój dobry kolega z czasów wymiany studenckiej -- Tiago, pieniądze lecą im przez palce na każdym kroku. i może to właśnie jest powodem ich bieżącej pozycji w świecie i pogłębiającej się przepaści w stosunku do sąsiedniej Hiszpanii.. przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś w necie bardzo ciekawą opinię, którą po powrocie, w 100% potwierdzam. otóż Portugalia dalej będzie przejadać unijne pieniądze i nadal będzie wiodła beztroski żywot kraju swojskiego, peryferyjnego i zaściankowego, z 10% analfabetów, takiego ubogiego krewnego Hiszpanii, która unijnych pieniędzy nie przejadła, zainwestowała, pobudowała się i dziś jest już Zachodem pełną gębą. a Portugalia -- nie. tu wciąż czas płynie wolniej, nikomu się specjalnie nie spieszy, zawsze znajdzie się chwila, żeby stanąć i pokontemplować odwieczny taniec dostojnych fal Atlantyku. a od tego zaczęła się właśnie wielka przygoda morska Portugalczyków kilka stuleci temu. bo Portugalczycy -- aż trudno w to dziś uwierzyć -- mieli kiedyś swoje wielkie pięć minut w historii..

12

paź
2007

trekearth meeting..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 17.06

będąc w Lizbonie po raz pierwszy udało mi się spotkać z innymi fotografami skupionymi wokół platformy trekearth.com. w stałym kontakcie byłem z Luisem Afonso, który to cierpliwie i dokładnie tłumaczył najważniejsze miejsca, czyli tzw. must-seen, w swoim kraju. okazało się, że podczas mojego pobytu tam zorganizował spotkanie z 5 innymi portugalskimi pasjonatami, więc naturalną rzeczą było skorzystanie z możliwości poznania innych osób..

oprócz organizatora, Agaty i mnie, poznaliśmy Airesa, który znaczną część swojego życia spędził wdrażając projekty informatyczne w południowej Polsce. Ricardo pojawił się wraz z żoną, która opowiedziała nam o swoich podróżach po krajach azjatyckich. Pedro mówił raczej niewiele, ale miał taki sam sprzęt nikonowski, jak ja -- równy więc z niego chłop. Goncalo opowiadał o Lizbonie, wyjaśniał zawiłe kwestie portugalskiej mentalności i obyczajów.. wzorem spotkań ubiegłych, Luis zaproponował spacer z aparatami -- udaliśmy się wąskimi uliczkami w stronę zamku pstrykając i wymieniając się pomysłami na dobre kadry. zabawa trwała ok 3 godzin i strasznie miło było poznać ludzi znanych dotąd wyłącznie poprzez kabel internetowy. ludzi, dla których fotografia również jest, mniejszą lub większą, pasją..

16

paź
2007

Portugalia cz. 2. -- kraniec świata

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 11.10

z Lizbony udajemy się na zachód. wzdłuż wybrzeża, aż do kurortu Cascais biegnie tyleż widokowa, co zatłoczona droga N6. równolegle leci szybka autostrada (przejazd 2E), którą podróż do oddalonej o 25km Sintry trwa kilkanaście minut. Sintra to jedno z wielu portugalskich miasteczek, które zostało wyróżnione przez świat i znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. samo miasteczko oferuje kilka ładnie utrzymanych, wąskich uliczek, jednak wystarczy pojechać kilka kilometrów dalej, aby odnaleźć miejsca zniewalające -- w niewielkiej odległości od siebie stoją tutaj trzy zamki; każdy w innym stylu i z innej epoki.. tereny to górzyste, tak więc alternatywą dla kilkugodzinnej wspinaczki po pagórkach masywu Sintra jest szybki podjazd samochodem albo lokalnym autobusem, co też uczyniliśmy..

zdecydowaliśmy się na obejrzenie pałacu Pena (Palácio da Pena) -- zajmującego najwyższe partie Serra de Sintra zamku, podobno jednego z symboli Portugalii. ten dziwaczny wytwór rodem z bajek został wzniesiony w latach 40-ych XIX w. na miejscu XV-wiecznego klasztoru Hieronimitów. kolorowe kopuły, zdobione balustrady, rozległe tarasy i widok na całą okolicę to główne atrakcje tego miejsca. po wejściu do środka zauważamy zdecydowany przerost formy nad treścią -- to podróż w czasie do poprzedniego stulecia, gdyż wnętrza pałacu pozostawiono w takim stanie, w jakim opuściła je królewska rodzina. wokół zamku jakiś dziwak zbudował rozległe ogrody, w których umieścił niezliczone gatunki orientalnych roślin, nietypowych zwierząt, a także baseny, mostki, fontanny i inne cuda. tak nam się spodobało, że aż się tam pogubiliśmy, przypominając sobie historię polskich turystów na Krecie, którzy zagubieni w wąwozie zmarli z braku wody.. w opisie to kilka wierszy, ale po ogrodach chodziliśmy pół dnia, a można pewnie i dłużej.. mając w pamięci przestudiowany przewodnik, omijamy Zamek Maurów -- na takie miejsca poświęcimy kilka dni we wschodniej części kraju..

a później, od północy, wzdłuż wybrzeży Atlantyku kierujemy się do Cascais drogą N247. zachodnie wybrzeże Europy to dość szczególne miejsce -- klimat jest tu w 100% zależny od oceanu, mimo mocnego słońca jest stosunkowo zimno, a to za sprawą mocnego i stałego wiatru. wzdłuż poszarpanych klifów nie ma zbyt wiele roślinności, a jedyne niskopienne chwasty mają dziwny brunatno-brązowy odcień. mniej więcej w połowie 30 km odcinka zjeżdżam w kierunku wioski Azoia, która jest ostatnią europejską mieściną. za nią już tylko kilkukilometrowa górzysta przestrzeń i dojeżdżamy do Przylądku Roca (Cabo da Roca), który to punkt o współrzędnych geograficznych: 38°46'N, 9°30' jest najdalej na zachód wysuniętym skrawkiem kontynentalnej Europy. dla mnie -- idealistycznego podróżnika, ma to wymiar szczególny. dotarcie do tych samotnych klifów przypomina o osiągnięciu pewnej granicy, sprzyja uzmysłowieniu sobie potęgi natury, jest punktem, z którego można już tylko zawracać. znajduje się tu tablica, a na niej słowa Luísa de Camoesa: Aqui.. Onde a terra se acaba e o mar começa.. (tu, gdzie kończy się ląd, a morze rozpoczyna..) jest też oznaczenie współrzędnych geograficznych oraz tekst: Ponta mais ocidental do continente Europeu, żeby nie było złudzeń, w którym miejscu się znajdujemy. to tutaj właśnie zaskoczona Agata przyjęła pierścionek, a pozytywnego płaczu było co nie miara..

jadąc dalej na południe mijamy plażę Guincho (Praia do Guincho) -- długą piaskową przestrzeń pośród poszarpanych skalnych klifów, która z uwagi na silne wiatry przez lata urosła do rangi królowej wietrznych plaż i stała się rajem dla surferów. świetnie rozwinięte drogi rowerowe sprzyjają turystyce, tak więc miejsce tętni życiem. po drodze formacje skalne opadają, a to pozwala nam zrobić kilka fajnych ujęć. W Cascais jemy pierwszy morski posiłek tych wakacji, a na plaży odnajduję napis: 'Tarnowskie Góry z Górnikiem', czyli nasi już tu byli.. samo miejsce to typowa portugalska miejscowość wakacyjna, a że my z założenia takie miejsca omijamy, to następnego ranka, po noclegu u przypadkowej kobiety i śródziemnomorskim śniadaniu, wyruszamy dalej. tym razem na północ, w kierunku Obidos i Fatimy. tego kierunku będziemy się trzymać przez kilka najbliższych dni..

22

paź
2007

zainwestowałem w Polskę..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 11.22

około 900 lat temu powstała Kronika Polski (łac. Chronica Polonorum). Bolesław III Krzywousty miał trochę szczęścia w swoim żywocie i przynajmniej z dwóch powodów mógł chadzać uśmiechnięty: po pierwsze państwo polskie (a jeszcze nie Rzeczypospolita) miało się dobrze -- wzrastał rozwój, profity przynosił handel z okolicznymi państewkami i plemionami, a sąsiedzi nie odważyli się podnieść broni ku coraz silniejszemu krajowi. po drugie, miał na swoim dworze pierwszego polskiego kronikarza, nieznanego z nazwiska. Gall Anonim, jak zapamiętał go świat, opisał bieżącą sytuację Polski, spisał wydarzenia, kulturę kraju i na wieki rozsławił samego króla. to szczęśliwy traf, gdyż brak tego typu kronikarzy skutecznie pogrążył w mrocznych dziejach poprzednich polskich królów i ich bohaterskie czyny. Anonim zwany Gallem zastał Polskę w rozkwicie, a u stóp bieżących wydarzeń RP pragnę przypomnieć, jak w XII wieku opisał nieznany sobie wcześniej ląd. a może doszukamy się pewnej analogii?

ziemia ta polska, lubo bardzo leśna, obfitsza jednak nad inne w złoto, srebro, chleb, mięso, ryby i miody.

lubo wielu wyżej wymienionemi chrześcijaskiemi i pogańskiemi narodami otoczona, często od wszystkich razem lub pojedynczo napadana, nigdy jednakże przez nikogo zawojowaną nie była.

powietrze tu zdrowe, ziemia żyzna, lasy miododajne, wody rybne, wojacy mężni, rolnicy pracowici, konie wytrwałe, woły robocze, krowy mleczne, owce wełniste.
przeprowadzone wczoraj wybory parlamentarne jeszcze raz pokazały, że gdy trzeba, potrafimy się zmobilizować.. najwyższa od roku '91 frekwencja (52.62%) świadczy o wzięciu spraw w swoje ręce. zdecydowane zwycięstwo centroprawicowej Platformy Obywatelskiej okrzyknięto wyraźnym sukcesem, jednak obserwatorzy zgodnie podkreślali, że tym razem głosowaliśmy na NIE-PIS, a nie na jedną konkretną partię. setki tysięcy Polaków za granicą pognało oddać swój głos, a ambasady i konsulaty pękały w szwach. ja sam zainwestowałem kilkanaście funtów i cały mój niedzielny czas, aby dorzucić własne 2 grosze w ogólnopaństwową misję :) kolejki przed placówkami w UK sięgały kilkuset metrów, a gdy patrzyłem na twarze rodaków, na telewizję, fotoreporterów, na cały ten zgiełk wyborczy, byłem dumny, że także jestem częścią tej machiny. był też podobno Kaziu Marcinkiewicz, choć nie dane było mi go ujrzeć, a podobno staliśmy w tej samej kolejce.. prasa europejska jest wyraźnie zadowolona. relacje są optymistyczne, gdyż świat oczekuje proeuropejskich rządów.. może więc wizja Galla Anonima nie jest tak do końca stracona? może, jak śpiewał Kazik, los się musi odmienić, może miliony Polaków wrócą do swojego kraju?

24

paź
2007

Portugalia cz. 3. -- na północ! przez Estramadurę i Ribantejo..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 00.08

kilkudniowe kręcenie się po Lizbonie i jej okolicach miało się ku końcowi -- czas naglił i nadeszła pora bardziej zdecydowanej podróży w kierunku północnym, w regiony Estremadura i Ribatejo. kolejnym etapem naszego portugalskiego szlaku miała być malownicza trasa biegnąca wzdłuż Tagu (port. Tejo), w kierunku Santarem, Tomaru i Abrantes -- starych jak świat miast, gdzie kulturalne prądy średniowiecznego chrześcijaństwa przez wieki mieszały się z wpływami plemion afrykańskich (głównie Maurów). planowałem przebić się przez most Vasco da Gamy, a następnie obejrzeć m.in. ośrodek rycerski w Tomarze (główna siedziba portugalskich templariuszy) i romantycznie usytuowany na wysepce pośrodku Tagu Castelo de Almourol w okolicach Abrantes.. nie pierwszy jednak raz rzeczywistość złagodziła moje ambitne plany i dałem się przekonać do podróży wzdłuż wybrzeża Costa da Prata, w kierunku jedynego oprócz Nazare większego kurortu morskiego -- Peniche..

to właśnie tutaj po raz pierwszy dane nam było położyć się na upalnych piaskach plaż i zaznać kąpieli w słonej, choć niezbyt zachęcającej temperaturą wodzie Atlantyku. na zboczach klifów białe domki opierają się porywistym, płn-zach. wiatrom, nad miastem góruje Fortaleza, jednak największą zaletą miasteczka jest zachowana w pełni rybacka tradycja -- nie ma tu zbyt wielu turystów, co akurat wyszło osadzie na dobre..

późnym popołudniem dojeżdżamy do Obidos i jest to pierwsze miasteczko w tym kraju, którym rzeczywiście jestem zauroczony. wizytówką grodu są mury miejskie (po których można, a nawet należy się przejść dookoła) i górujący nad okolicą zamek. Obidos to stare średniowieczne miasteczko z wąskimi brukowanymi uliczkami, białymi domkami ozdabianymi żółtymi i niebieskimi podmurówkami, które zachowało autentyczność, gdyż nie ma tu żadnych nowych obiektów, a liczne sklepy z pamiątkami i kawiarnie usytuowano w historycznych obiektach. miejsce co prawda żyje z turystyki, jednak swoją urokliwość zawdzięcza także normalnie toczącemu się tu życiu: dzieciaki biegają po stromych uliczkach, ktoś przesadza zawieszone wysoko pod okiennicami kwiaty, starsze panie siedzą na ławce kontemplując wydarzenia ciepłego popołudnia. to miejsce prawdziwe -- pierwsze, gdzie panujący klimat i moje wewnętrzne odczucia pozostają w zgodzie z relacjami zawartymi w przewodnikach turystycznych. sama historia osady nie jest wyjątkowo szczególna -- była ona okupowana przez Maurów, a potem przeszła w ręce chrześcijan. Castelo w obecnej formie to zasługa niezmordowanego budowniczego zamków, króla Dionizego I. leniwie popijając kawę poznajemy właściciela kafejki. koleś tu się urodził, tu spędza całe życie i twierdzi, że tu będzie jego grób. równolegle ze sprawami świata jest na bieżąco i spokojnie potwierdza dobrą grę Polaków w niedawnym meczu, ale wie, że Portugalczycy także awansują do EURO 2008. po zapadnięciu zmroku naświetlamy uliczki chcąc zapisać na zdjęciach choć trochę atmosfery tego miejsca. wówczas, po raz kolejny pozytywnie zaskoczeni, wdajemy się w rozmowę z lokalnym mieszkańcem Obidos -- gościu nad wyraz otwarty i przyjazny zaprasza do swojego domu, a później przez pół godziny objaśnia WSZYSTKIE warte odwiedzenia miejsca w Portugalii. pasjonat podróży i miłośnik średniowiecznego piękna i spokoju -- właśnie dlatego tu mieszka i z chęcią daje wskazówki potwierdzające opinię niezwykle pozytywnie zakręconej nacji..

bogaty w wydarzenia dzień kończymy w Fatimie, do której przybywamy ok 22.30. kończy się właśnie cowieczorna procesja światła, choć nawet bez niej nie da się pomylić tego miejsca z żadnym innym. to tutaj, w 'portugalskiej Częstochowie' trójka młodych pasterzy była świadkiem kilkukrotnego objawienia się Matki Boskiej, po raz pierwszy 13. maja 1917 r. odtąd miasto odwiedza nawet 2 mln pielgrzymów rocznie. miasta nie da się z niczym pomylić, gdyż wszystko podporządkowane jest tu Kultowi Maryjnemu. w centrum potężne sanktuarium i ogromny plac przewyższający rozmiarem nawet ten watykański. ŻADNEJ knajpki, tysiące sklepików, w których dumnie prężą się poukładane wg wzrostu Maryjki. humorystycznie ukazane przez Cejrowskiego w jednym z odcinków 'Boso przez świat' miejsce jest jednak wypełnione wiarą -- i widać to na każdym kroku. palone w osobistych intencjach ogromne świece, pochody przemierzających plac na kolanach wierzących, śpiewy, modlitwy i skupienie. wzięliśmy udział we mszy w j. portugalskim, ale z kazania za wiele nie wyniosłem. aby najbliżsi także mieli coś z naszej wycieczki, nasze mamy i babcię wyposażamy w święcone wody i metalowe statuetki Maryjek :) stronimy od kiczu, choć nie jest to proste w tym miejscu: wszystko się mieni, mruga, gra i pulsuje. kolory tęczy nad głowami świętych stawiają w mojej głowie pytania, czy aby przypadkiem chcieliby oni być po wieki wieków prezentowani w takiej kiczowatej otoczce..

około południa dnia następnego meldujemy się w Batalhi -- i jesteśmy oszołomieni potęgą i pięknem stojącego tu opactwa Mosteiro de Santa Maria da Vitoria. katedra Najświętszej Marii Panny została wzniesiona w latach 1388-1533 jako podziękowanie Bogu za zwycięstwo Portugalczyków w bitwie nad Kastylijczykami (Batalha oznacza po prostu 'bitwa'). furta i zewnętrzne mury charakteryzują niezwykle bogate zdobienia przedstawiające średniowieczny światopogląd i postrzeganie świata oraz Boga. wnętrze zachowało surowy gotycki charakter, a przenikające przez kolorowe witraże słońce oświetla wnętrze, nadając mu iście bajkowego wyglądu (co widać w fotoblogu). ciekawą częścią opactwa jest Capelas Imperfeitas (Niedokończona Kaplica) -- pozbawione dachu ośmiokątne bogato zdobione mury. kaplic z niewiadomych przyczyn nigdy nie nie ukończono, jednak manuelińskie zdobienia robią na mnie ogromne wrażenie. pod rzeźbione motywy można włożyć palec, całość jest rzeźbiona z każdej strony, co tłumaczy, dlaczego budynek powstawał tak długo. ogrom pracy widać w każdym zakątku tego miejsca, gdzie kamień, jak sznur, wije się i przeplata. wychodząc z katedry czujemy spiekotę dnia -- jest środek września, jednak w tej szerokości geograficznej wciąż trwa upalne lato. żar leje się nieubłaganie, dlatego kilka następnych godzin spędzamy w przyjemnie klimatyzowanej Toyocie kierując się trasą IC3 do Coimbry..

26

paź
2007

alfabetyczne wrażenia z Portugalii..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 18.17

a - algarve -- region słońca, plaż, klifów i masakrycznie rozwiniętej turystyki. mimo tłumów i komercji nie mogło nam się nie podobać -- ciepła woda, ukryte przed światem zatoczki, ryby z rusztu..

b - bakalhao -- po naszemu dorsz. potrwa, którą miejscowi podobno potrafią przyrządzić na 365 sposobów, czyli każdego dnia w inaczej. Agata wylosowała wielgachnego bakalhaa gotowanego na słono i nie polubiła się z panem dorszem..

c - cabo -- czyli przylądek. mnóstwo ich tutaj, najczęściej w miejscach osobliwie pustynnych, zmaganych wiatrem, nieziemsko pięknych. i mimo że z wyglądu nie mają niczego ciekawego do sprzedania, przyciągają pasjonatów geografii aktywnej..

d - drogi. infrastruktura drogowa jest rzeczywiście wspaniała. kilkanaście płatnych autostrad, drogi ekspresowe, dobre trasy lokalne. wielki plus dla UE za możliwość szybkiego przemieszczania się po tym niewielkim państwie..

e - euro, czyli kasa. wycieczki budżetową nazwać nie można, luźne obliczenia wskazują na łączny koszt w granicach 2300 euro na dwie głowy. dużo to i mało za wyprawę na koniec Europy, jednak ceny można określić jako znośne i zdecydowanie niższe niż w UK czy Francji..

f - futbol -- miejscowa religia. zakochani w Ronaldo, zapatrzeni w Deco -- piłka nożna to dla miejscowych styl życia. no i jakże radosny mecz Polaków na Estadio da Luz..

g - geograficzne odkrycia -- któż nie słyszał o podróżnikach i odkrywcach portugalskich.. Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Bartolomeu Dias, Ferdynand Magellan i wielu innych na trwałe zapisali się w historii i geografii naszej planety..

h - hostel -- stosunkowo tania możliwość noclegu i zmycia się z trudów podróży. średnia cena to 20 euro za osobę, pokoje najczęściej dwuosobowe z łazienką. spotkaliśmy dużą różnorodność: od tych zaniedbanych, po świetnie utrzymane i wypielęgnowane apartamenty -- a wszystko to w podobnej cenie.. bookowanie przez internet..

i - iberyjski półwysep, czyli Península Ibérica. od pozostałej części kontynentu oddzielają go Pireneje, od zachodu i częściowo północy Atlantyk, a od wschodu i południa Morze Śródziemne. Od Afryki oddziela go Cieśnina Gibraltarska..

j - język.. portugalski nalezy do grupy romańskiej języków indoeuropejskich, którym posługuje się ponad 150 mln osób, zamieszkujących Portugalię oraz byłe kolonie portugalskie: Brazylię, Mozambik, Angolę, Gwineę Bissau, Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą i Republikę Zielonego Przylądka. dosyć ciekawa wymowa z bardzo charakterystycznymi zgłoskami 'sz', podobno nietrudny do nauki..

k - katolicyzm, dominująca religia Portugalii. o jej wadze świadczy daleko idący konserwatyzm i liczba wybudowanych świątyń. zdarzają się takie perełki jak Fatima, jednak najbardziej dobitnym dowodem jest historia i fakt, że podbite wówczas kraje do dzisiaj modlą się do Jednego Boga..

l - lizbona, czyli stolica. z jednej strony pociągająca i nieodgadniona, z drugiej brudna i zaniedbana. za krótko byłem, abym głosił mocne i daleko idące tezy. w każdym razie, bardziej podobało mi się Porto..

ł - Łucja, jedna z trójki dzieci, którym w 1917 r w Fatimie ukazała się Matka Boska. dwójka dzieciaków zmarła niedługo później, ale Łucja trzymała się dzielnie i dzisiaj jest szansa na jej beatyfikację..

m - maurowie, mieszkańcy Mauretanii, krainy historyczno-geograficznej, obecnie zachodniej części Algierii i północnego Maroka. przez wiele lat najeżdżali Portugalię, a ślady ich bytności widać do dzisiaj, przede wszystkim w codziennej architekturze, ale i w całej gamie zamków obronnych..

n - najstarszy uniwersytet.. a jednocześnie najbardziej znany -- w Coimbrze z roku 1308. cała zabudowa tej mieściny podporządkowana jest uczelni, widać to na każdym kroku. mury uniwersytetów ładnie się prezentują..

o - ocean -- położenie Portugalii było niekorzystne tak długo, jak Ocean Atlantycki uważano za wodną pustynię nie do przebycia, później jej położenie nad Atlantykiem sprzyjało organizowaniu wypraw i szerokiej ekspansji i zapoczątkowało okres wielkich odkryć geograficznych..

p - porto -- nie miasto, a wino.. produkt eksportowy Portugalii, historyczna pasja i duma: białe lub czerwone, raczej półsłodkie, zawsze mocne. specyficzna lokalizacja winorośli sprzyja nad brzegiem rzeki Douro sprzyja produkcji jednego z najbardziej znanych w świecie gatunków win..

r - rodacy -- oprócz meczu i zupełnie biało-czerwonej Lizbony spotkaliśmy wiele innych grup Polaków w Portugalii. państwo to, głównie z uwagi na odległość i drogi transport lotniczy, było dotąd rzadko odwiedzane przez nas. obecnie sprawa się zmieniła i z uwagi na tanie linie lotnicze jest nas tam coraz więcej. spotkaliśmy nawet Polkę, która przyjechała na wakacje kilka lat temu i .. została do dzisiaj..

s - samochód -- bez naszej Toyoty Auris, naszego drugiego domu byłoby ciężko zrobić te 2150 km.. służyła nam jako środek komunikacji, przenośny ochładzacz, miejsce odpoczynku, a czasem za sypialnię.. mimo usterki z zapłonem, dała radę..

t - tiago -- Portugal, kumpel z czasów jego studiów w Gliwicach. poznaliśmy się w Krypcie, zaczęło się od wspólnej partii piłki nożnej stołowej: my z Łukim vs Tiago z Pedrem. Tiago pokochał Polskę, a my zostaliśmy kumplami. po kilku latach przerwy spotkaliśmy się w nadmorskiej dzielnicy Porto, gdzie obecnie pracuje..

u - upał -- czym byłaby Portugalia bez śródziemnomorskiego klimatu? bez 40-stopniowych upałów, bez gajów oliwnych i spieczonej ziemii? gdzie jeździliby Angole i Niemcy na wakacje? wtedy o biednej Portugalii nikt by nie pamiętał..

w - wakacje -- klimat i senna atmosfera miejsca jak najbardziej nadaje się na wypoczynek. w zależności od upodobań można przeleżeć 2 tygodnie na upalnych plażach Algarve, albo można spędzić ten czas aktywnie.. my zdecydowanie bardziej cenimy odpoczynek aktywny, więc wakacje były bardzo udane..

z - zacofanie -- mimo wstąpienia do UE znaczna część kraju jest zacofana. tworzy się niesamowity kontrast z nowoczesnymi metropoliami, jednak nieoficjalnie mówi się aż o 10% analfabetyzmu. niektóre wioski, szczególnie płn-wsch. części kraju, do dzisiaj przypominają znane nam obrazki z czasów PRL-u..

6.

sty
007;

..że śmierć początkiem nowego życia..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 3.18

wczoraj o godz. 14.45 odszedł od nas mój dziadziuś.. dożył cudownego wieku 85 lat. miałem to szczęście być z nim w tych ostatnich dniach jego wędrówki. był wspaniałym człowiekiem i moim przyjacielem. pracowity, oddany i dobry. nasze rozmowy od zawsze były zetknięciem młodzieńczej fantazji i wyrachowanego pragmatyzmu. cierpliwie tłumaczył mi świat, choć w wielu kwestiach nasze poglądy bywały różne..

podczas stanu wojennego wykrzykiwał niecenzuralne wiązanki w kierunku jadących ulicami czołgów. śmiał się z mojej pasji kibicowskiej, a Górnik w ostatnim meczu za jego życia sprawił mu zwycięski prezent. kiedyś powiedział mi, że moja ówczesna dziewczyna nie jest ani ładna, ani mądra. początkowo miałem mu to za złe, ale w końcu przyznałem mu rację, a z dziewczyną się rozstałem..

był silnym człowiekiem, człowiekiem, który przeżył wiele. wczoraj był już w niebie, a dzisiaj rano zapewne spoglądał na nas wszystkich z góry. czułem to lecąc wysoko i patrząc na powoli wschodzące słońce. patrząc na świat -- jego świat. i tylko żal, że tak długo musimy czekać, aby go znowu zobaczyć, wyściskać..

nie zdążył nawet wypić wina, które przywieźliśmy mu z Portugalii. Twoje zdrowie dziadku. bardzo, bardzo będzie mi Cię brakowało.

moja nadzieja, że śmierć początkiem nowego życia..

12

lis
2007

tekst cudzy: Ernest Hemingway -- 'komu bije dzwon'

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 14.43

jesteśmy istotami połączonymi wspólnym losem. jeśli umiera ktoś, także i ty, jako człowiek, ponosisz stratę. ty też kiedyś musisz umrzeć. dlatego nie pytaj, komu bije dzwon, on bije Tobie..

19

lis
2007

można być zadowolonym..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 16.29

jedziemy na Euro! dzięki Leo, dzięki Ebi. z taką bandą sukces był nieunikniony.. a zaczęło się fatalnie, od porażki z Finlandią w Bydgoszczy. był wrzesień 2006, przemierzaliśmy wówczas z Agatą Włochy. tamtą sobotę spędziliśmy na plaży w okolicach Wenecji, a wieczorem, jadąc samochodem przez jakieś zapyziałe włoskie wiochy, z radia przemówił do nas sam Andrzej Janisz. było coś wspaniałego w tej transmisji: dookoła ciemno, żadnej cywilizacji, a tu nagle radio mówi po polskiemu.. porażka 1-3, ale później było już coraz lepiej. były wspaniałe zwycięstwa nad Portugalią w Chorzowie i z Belgią w Brukseli. a później była Lizbona i nasz pierwszy, jakże pamiętny, wyjazd na reprezentację. sukces przypieczętowaliśmy w sobotę, a ten mecz z kolei (po Włoszech, Polsce, Portugalii) oglądałem w Anglii -- przed TV w polskim gronie (z jednym Belgiem, który jednak swojego pochodzenia nie umiał udowodnić). noc po awansie to ulice Brighton z rozkrzyczonymi na całe gardła polskimi kibicami.. jedziemy na Euro i prawdopodobnie znowu się tam pojawię (Misiek z Austrii zaprasza), niezależnie od tego, czy bilety dostanę, czy też nie. bo to jest wydarzenie -- warto być w jego centrum. do przodu Polsko!

PS. a wczoraj we śnie po raz pierwszy odwiedził mnie dziadek! i było to nie mniej fascynujące przeżycie..

PS2. mamy podwójny [dwójkowy] jubileusz: witryna tomxx.net przekroczyła 20 tys odwiedzin, a ilość wpisów: 200 notek. fajnie tak chyba.. i będę to ciągnął -- do upadłego.

20

lis
2007

Portugalia cz. 4. -- uniwersytecka Coimbra i pijane winem Porto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.53

podróżowanie mniejszymi drogami ma zarówno swoje zalety, jak i wady: zaletą jest możliwość zobaczenia prawdziwego oblicza danego kraju, a naturalną wadą ciągłe światła albo ronda. a najczęściej jedno i drugie, więc tego typu podróżowanie ciągnie się jak dobrej jakości guma, czyli do granic możliwości.. w każdym razie miło zatrzymać się w przydrożnym motelu, gdzie przed wejściem ze ścian zwisają dojrzałe winogrona, a w środku miejscowy lud pracujący w tradycyjnych koszulach i kapeluszach delektuje się zimnymi drinkami..

przed samą Coimbrą zjeżdżamy do Conimbrigi -- jednej z największych osad Rzymian poza terenem cesarstwa. w upale wrześniowego słońca przemawia do nas historia -- zachowane ruiny przedstawiają budynki, ogrody, place i fontanny, a także fragment rzeczywistej drogi, która stanowiła niegdyś jeden ze szlaków handlowych biegnących z Italii na zachód Europy. niesamowite kamienne rozwiązania (oraz np. łaźnie i kanały) świadczą o szerokiej wiedzy ówczesnych konstruktorów, a zachowane mozaiki i wzory podkreślają ich dbałość o gusta artystyczne. współcześni archeolodzy podkreślają, że odkryte ruiny to zaledwie ok. 10% całości. reszta zapomniana wciąż leży zasypana ziemią, przykryta wsiami i biegnącymi nieopodal autostradami. czeka na swój czas ujawnienia się współczesności. wszędzie tam skrywają się szczątki cywilizacji sprzed 2 i więcej tysięcy lat..

dojeżdżamy do Coimbry -- byłej stolicy Portugalii znanej głównie z najstarszego w tej części Europy uniwersytetu założonego w 1290 roku. dzisiejsza Coimbra niewiele ma nam jednak do zaoferowania: położone nad rzeką Mondego miasto liczy obecnie 150 tys mieszkańców i prawdopodobnie prezentuje się bardziej okazale podczas pełni roku studenckiego. podczas naszego pobytu problemem było już samo znalezienie knajpy na wieczór, nie mówiąc już o jakiejś lepszejszej restauracji. po przejściach znajdujemy restaurację 5. klasy, gdzie Agata pokłóciła się z dorszem, a mnie obraziła zupa rybno-ostrygowa, której zresztą nie zamawiałem. no dobra, zamawiałem, ale zostałem wprowadzony w poważny i niechlubny błąd przez zabieganego kelnera -- po 2 próbach podejścia kelner wymienił mi ten pływający z oczami na wierzchu wynalazek na świniaka z frytkami.. następnego dnia w upale zwiedzamy zabudowania uniwersyteckie, które, trzeba przyznać, prezentują się okazale. spacerujemy różnymi podejrzanymi uliczkami starego miasta, jednak nawet w południe trzeba uważać, bo w niektórych jest brudno, a w innych pachnie zepsutą rybą. ale jest klimat, z tym że dosyć specyficzny.. żegnamy się z miastem i jedziemy dalej, tym razem do Porto.. choć szczerze mówiąc dość już miałem tych miejskich klimatów..

Porto jednak nas nie zawodzi -- na pierwszy rzut oka widać, że TO miasto przewyższa Lizbonę. nocujemy w hotelu Universal, nieopodal miejskiego ratusza. tam też parkujemy, co później miało się okazać tragiczne w skutkach. ale to dopiero rano -- wieczór spędzamy jeszcze w fantastycznych humorach. uderzamy do dzielnicy Ribeira położonej na rzeką Douro. to miejsce wieczornych spotkań mieszkańców miasta, ładnie utrzymane, oświetlone i kolorowe. czyste nadbrzeże wypełnione statkami i swoistym morskim klimatem. po drugiej stronie rzeki dumnie pręży się Vila Nova de Gaia -- dzielnica, a właściwie osobne miasto, serce przemysłu winnego i wina Porto. wybraliśmy się tam tego wieczora w 4 osoby, 4 aparaty i 2 statywy: naświetlamy okolicę, a barcos rabelos (wykorzystywane przez setki lat do rzecznego transportu wina) prezentują się przebajkowo. pod charakterystycznym mostem z 1886 roku, projektu ucznia Gustawa Eiffla pijemy miejscową kawę, a o północy przybywa Tiago -- przedstawiony na fotoblogu bliski portugalski kumpel z czasów studenckich. spotkanie pozwala na przypomnienie sobie wszystkich głupich rzeczy, jakie wyprawialiśmy, wśród których fantastyczna gliwicka Krypta była tematem obowiązkowym. dwa lata spędzone prawie każdego dnia w tej knajpce usiadło nam na sumieniach i z nostalgią wspominaliśmy studenckie czasy. kończymy ok 4 nad ranem wycieczką po nocnym Porto. Tiago kierowca obwozi, opowiada i tłumaczy, choć po którymś z kolei kółku i tak było nam wszystko jedno, bo budynki i drogi zlewają się w jedną, nieodgadnioną całość..

dzień następny zaczyna się od afery -- rekwirują nam źle zaparkowane auto, a jego odbiór z policyjnego parkingu kosztuje nas 120E.. postanawiamy sobie jakoś zrekompensować emocje i dla odreagowania fundujemy sobie kilkugodzinne wycieczki po mieście: najpierw łódką po rzece Douro, później po winiarniach testując kilka gatunków wina, a następnie odkrytym autobusem, gdzie cholernie mnie przewiało. ale było warto, bo właśnie tam dostałem sms-a, że Górnik po 30 minutach gry prowadzi z Polonią Bytom 4-0 :) Vila Nova de Gaia to miejsce, w którym każdy szanujący się producent wina Porto ma swoją winiarnię połączoną z muzeum. crio -- znawca i wielbiciel win przoduje w wybranych gatunkach, a wszyscy kupujemy kilkunastoletnie wina, jako prezenty dla najbliższych. dopiero później miało się okazać, że dziadek nie zdążył i wina nie otworzył.. w każdym razie siedziba legendarnego Sandemana robi wrażenie, choć akurat tam byliśmy tylko w muzeum. zwiedzamy również ekstrawaganckie centrum życia kulturalnego Porto -- gmach 'Casa da Musica' co w tłumaczeniu na język polski znaczy Dom Muzyki.. Agata ma radochę, bo architektonicznie wygląda to na budynek rodem z innej planety. warto również wspomnieć, że od nazwy tego miasta z ok V w. wywodzi się nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"), czyli Portugal..

po niespełna 3 dniach opuszczamy Porto -- do końca wyjazdu mamy dość miast, choć trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas duże wrażenie. udajemy się na wschód, w kierunku Hiszpanii. niestety nie ma czasu na położone na północy góry, więc kolejnym krokiem wycieczki miało być kluczenie dorzeczem rzeki Douro. piękne, nasłonecznione wzgórza to mekka winiarni. ciągnąca się wzdłuż rzeki niewielka droga jest tyleż malownicza, co skomplikowana. czasem kluczy tak zaciekle, że po kilku godzinach kręcenia kierownicą odechciewa mi się całego tego piękna. wijemy się jak dżdżownice po deszczu: raz pod górę, raz stromo w dół, czasem mostami, czasem trafi się jakiś tunel. po prawdzie, żałowałem, że nie wybrałem prostej jak drut autostrady, jednak z perspektywy czasu, myślę, że warto było z bliska zobaczyć ten region. mijamy domy farmerów, mijamy również wille milionerów. czasem trafi się jakiś statek, który mozolnie acz wytrwale płynie w górę rzeki na kilkudniową wycieczkę turystyczną. zatrzymujemy się w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, a popołudniową kawę z lodami uzupełnia widok płynącej i połyskującej w świetle dnia rzeki oraz rozciągający się nad nią fantastyczny kamienny, stary jak świat most.. po wizycie w miejscowości Lamego (gdzie jemy pierwszą w Portugalii pizzę, bo rybnych dań mamy chwilowo dość) autostradą kierujemy się już bezpośrednio w stronę granicy. trochę błądzimy, gdyż wszystkie znaki kierują na ESPANHA, a nie na dane miejscowości. ok 22 po dniu spędzonym w większości w samochodzie, docieramy do Guardy, pierwszego miasteczka na trasie grodów-zamków po wschodniej stronie kraju. naświetlamy gotycką katedrę i parkujemy do snu -- dzisiaj noc spędzimy na parkingu najwyżej położonego miasta tego dalekiego kraju..

21

lis
2007

Portugalia cz. 5. -- od zamku do zamku..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 23.21

9 dzień naszego podróżowania. jesteśmy kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią w regionie Beira Alta. wkraczamy w górzysty krajobraz, który od setek lat stanowi granicę państwa portugalskiego. jak na granicę przystało teren obfituje w budowle obronne: umocnienia, zamki, fortece. właściwie to większość osad ludzkich w tej okolicy wygląda podobnie: mury obronne otaczają starą część miasteczka, w której czas jakby się zatrzymał. powiewają flagi, na górze dumnie pręży się zamek, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne niziny. budowle te to pozostałości inwazji mauretańskiej, co widać nie tylko w architekturze obronnej. ruszamy więc na podbój średniowiecznych wioch i zamków, które stawiane albo przez Maurów, albo w obronie przed nimi..

na pierwszy rzut poleciało Belmonte. oglądamy zamek, ale nasz podziw wzbudza bar żywcem wyciągnięty z polskich realiów lat 70-tych. barmanka nie wykazuje żadnego zainteresowania klientem, jest tak szaro i brzydko, ściany są takie puste, a miejscowi tak zwieśniaczali, że aż się chce tam siedzieć, bo poranna kawa w tak zapomnianym przez świat miejscu smakuje fantastycznie.. kolejnym miejscem była Sortelha. to już jednak ósmy cud świata: całe miasteczko zbudowane jest z jednolitego kamienia. wydaje się, że niewielkie domki wręcz wyrastają ze skały, są jej częścią, tak jak cała wioska jest częścią masywu górskiego. nasuwa się porównanie tego miejsca do wioski bajkowych hobbitów, choć tamci z tego co pamiętam budowali w ziemi. kluczenie kamiennymi uliczkami pozwala na chwilowe zagubienie się w plątaninie kierunków, choć miasteczko nie jest duże -- zamieszkuje je dzisiaj tylko ok 600 mieszkańców. czuć średniowieczną atmosferę, tak jakby współczesność nigdy tu nie dotarła, a elektryczność stanowi jedyny dowód XXi wieku. przed domostwami mają oni niewielkie, bo ok 3 metrowe ogródeczki, a w każdym możliwym miejscu wyrastają drzewa figowe. gdzieniegdzie można spotkać miejscowe babcie sprzedające własnoręcznie wykonane lalki czy koszyki wiklinowe.. dla starszych ludzi jesteśmy jakby atrakcją -- mężczyźni siedzą na przydomowych ławkach, w ciszy przyglądają się zafascynowanym turystom kontemplując niezmienność znanego im świata. Sortelha jest spokojna i jakby bajkowo nostalgiczna -- w takich miejscach odkrywa się prawdziwą duszę danego kraju..

powoli wkraczamy do Beira Baixa, którego stolicą jest Castelo Branco. następnym miejscem naszej górskiej wędrówki jest Monsanto. po drodze spotykamy wypasającego owce wieśniaka, który bardzo chętnie mi pozuje (choć trwało to wieki, bo musiałem zatrzymać samochód, otworzyć okno, wyciągnąć aparat i ustawić ekspozycję).. Monsanto również zachwyca -- miasteczko jest bardzo ładne, jednak tutaj już wyraźnie widać wpływy komercyjne. zresztą prawie wszędzie można łatwo znaleźć niezwykle popularne pousadas, które są połączeniem wytwornego hotelu ze średniowiecznymi budowlami (ceny jednak wysokie, dochodzące do 200E za noc za pokój dwuosobowy). westchnieniem skwitowaliśmy pierwszy widok megalitycznych okrągłych głazów spoczywających pod domkami, między nimi, a nawet wbrew fizyce, ponad zabudowaniami. wszystko trwa tak przez tysiąclecia, gdyż pierwsze osady ludzkie istniały tu już przed naszą erą. po dość długiej wędrówce na szczyt dochodzimy do zamku -- mieliśmy szczęście bo wyszło słońce, a widoki okolicznych równin są wręcz nie do opisania: nagie równiny i płaskowyże tworzą jedne z najpiękniejszych portugalskich krajobrazów.. siedzimy sobie więc na basztach zamkowych (każdy na innej), przyjemny wiatr smaga po rozgrzanych twarzach. w takim miejscu nasuwa mi się tylko jedno: kurwa! jak ja mogłem stracić mój filtr polaryzacyjny?? krajobrazy są piękne, choć jednolite: na wypalonej ziemi ciągną się długie rzędy gajów oliwnych oraz eukaliptusy, które przystosowały się do codziennej temperatury przekraczającej 35 stopni. po długim wyciszeniu postanawiamy wykąpać się w pobliskim jeziorku -- cóż, z zamku wydawało się to niedaleko, ale widoczność była tak fantastyczna, że musieliśmy do niego jechać kilkanaście kilometrów. w każdym razie fajnie się pływało, tylko dno trochę kamieniste -- jak wszystko w tym regionie..

wjeżdżamy do Alentejo! pełen wrażeń dzień kończymy w Marvao w dystrykcie Portalegre -- w najbardziej znanym i wg niektórych najpiękniejszym ze wszystkich grodzie. miasteczko zostało założone przez islamskiego rycerza Ibn Maruana, od którego imienia przyjęło nazwę. po odejściu stąd Maurów, w miasteczku osiedlili się mnisi i żołnierze króla Alfonsa III -- za czasów króla Dionizego Marvao stało się jedną z głównych placówek obronnych w szeregu zamków wzdłuż granicy z Hiszpanią. jest już ciemno, jesteśmy zmęczeni, ale takiej okazji na piękne fotografie przepuścić nie możemy. wspinamy się dzielnie wąskimi i stromymi uliczkami, a tu niespodziewanie z jednej ze ścian wyrasta .. bankomat. no tak, teraz wiemy, czemu wiocha jest tak popularna, choć dzisiaj zamieszkuje ją niespełna 1000 mieszkańców. docieramy pod zamknięty zamek i rozgaszczamy się w niewielkim, ale bardzo zadbanym ogrodzie. równo przystrzyżona trawa i żywopłoty są efektownym elementem nocnej fotografii. słychać brzęczenie owadów, a bajkowe chwile urozmaica nam butelka Porto. za 4.5E -- pyszna odmiana polskiego jabola.. następnego dnia budzę się wraz ze słońcem i pstrykam mglisty wschód. Maras uderza na zamek, ale ja zasypiam na siedzeniu naszej Toyoty. jemy śniadanie w jednej z wcześnie otwieranych knajpek, a mocna portugalska kawa przywraca siły. standardowo zwiedzamy zamek, ale .. wszystkie te mauretańskie dziwactwa są na jedno kopyto, więc po południu jedziemy dalej. mamy przed końcówkę pasma górskiego Serra de Estrela i rozległe, ciągnące się przez 300 km niziny Alentejo..

24

lis
2007

Portugalia cz. 6 -- na południe: przez gaje oliwne i dęby korkowe..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 20.14

górskie wycieczki zamkowe wydawały nam się tyleż piękne, co monotonne. monotonia miała się jednak objawić dopiero teraz. i to ze zdwojoną mocą. region Alentejo ciągnący się aż do granic Algarve jest najgorętszym obszarem Portugalii. przewijające się kilometrami krajobrazy wyglądają wręcz identycznie: przeogromne plantacje dębów korkowych (największy w świecie eksport korka) i niezliczone winnice gajów oliwnych. spalone słońcem ziemie nie grzeszą płodnością -- na pożółkłych pastwiskach opalają się stada krów i owiec, a ziemia ma wszędzie tą samą żółtą barwę. to Alentejo. region, który mi osobiście bardzo się spodobał..

zanim dane nam było dostać się na autostradę w kierunku Evory musieliśmy przejechać przez końcówkę pasma górskiego Serra de Estrela. ten pagórkowaty teren urzekł nas niesamowitym zestawem kolorów -- pożółkłe od słońca trawy mieszały się z szarym granitem skał, a występująca gdzieniegdzie zieleń urozmaicała pustynny krajobraz. robimy sobie kilka przerw, wyciągam statyw, a zdjęcia pstrykamy wprost z mało uczęszczanej drogi. tego właśnie ranka dociera do nas, że znowu jesteśmy w trasie. droga, bezustannie ciągnąca się droga -- symbol podróży, wolności i nowych lądów.. warto również wspomnieć o stosunkowo licznych gospodarstwach, które .. gospodarstwami były przed laty. porzucone i zarośnięte trawą straszą zawalonymi dachami czekając na ratunek, który jednak nigdy nie nadejdzie..

w końcu wbijamy się na szybszą drogę i poprzez Estremoz dojeżdżamy do stolicy regionu Alentejo, Evory. całkiem spore, otoczone średniowiecznymi murami miasto, jest siedzibą uniwersytetu z 1559 roku. chyba mamy szczęście, gdyż po starówce ugania się spora grupa studentów w specyficznych odzieniach. są ubrani w czarne płaszcze, co Kropa wdzięcznie określił mianem 'stroju batmana'. warto zobaczyć ruiny rzymskiej świątyni z I w., po której zostały tylko korynckie kolumny i trwałe fundamenty. tak, tak, Evora, podobnie jak inne portugalskie miasta ma już ponad 2000 lat, co w porównaniu do Polski jest bajecznym wynikiem, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. z uwagi na miejskie mury i liczne historyczne zabytki, starówka Evory wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. jadąc dalej na południe drogą IP2, a następnie 34 km mniejszą N258 (widoki jak na preriowych drogach rodem z Dzikiego Zachodu), docieramy do pięknego miasteczka Moura.

sama nazwa dużo mówi o pochodzeniu mieściny i rzeczywiście -- nie zawodzimy się. dominują śnieżnobiałe zabudowania, czerwono dachówkowe dachy oraz dwa nieśmiertelne portugalskie kolory: żółty oraz niebieski. piękno pięknem, jednak największą zaletą tego regionu jest niewielka liczba turystów -- większość wybiera pobyt na plażach lub w Lizbonie. jest to pierwsze miejsce, w którym widzimy tak wielu Portugalczyków spędzających wspólne wieczory pod gołym niebem. ławki głównych skwerów są pełne, wszyscy wyglądają, jakby znali się od lat (bo tak pewnie jest w rzeczywistości), istnieje TEN spokój, którego na próżno szukać w miejscowościach turystycznych. tu każdy żyje swoim i cudzym życiem; dominuje klasyczny portugalski ubiór: wszyscy bez wyjątku faceci ubrani są w kraciastą koszulę i bawełniane spodnie. wszyscy ogorzali od słońca, spokojni i uśmiechnięci. to właśnie z Moury pochodzi to sympatyczne ujęcie dwójki przyjaciół zamieszczone na październikowym fotoblogu. w Alentejo mało kto mówi po angielsku i czasem rzeczywiście ciężko jest się dogadać. Portugale są jednak z natury przyjaźni, widać to w kontaktach międzyludzkich, więc zawsze można starać się porozumieć w języku migowym. z lepszym, bądź gorszym skutkiem. wg przewodnika Portugalia ma 10% analfabetów -- podejrzewamy, że znaczna ich część zamieszkuje właśnie ten region. białe zabudowania Moury wywarły na nas potężne wrażenie, ale czas gonił -- mieliśmy już zapewniony nocleg w oddalonej o 50 km na południe Beji.

Beja to miasteczko położone na wzgórzu, przez co przez lata pełniło strategiczną rolę militarną. europejska historia zapamiętała tę osadę z czasów Juliusza Cezara, który w roku 48 pne zawarł tu rozejm z Luzytanami -- przez co miejscowość nosiła nazwę Pax-Julia. my potraktowaliśmy ją raczej .. wakacyjnie, bo przez cały wieczór nie wychyliliśmy nosa z hotelu :) a residencia owa (której nazwy niestety nie zapamiętałem) była wręcz niesamowita: cudowne miejsce z rodzinnymi fotografiami na ścianach. żółto-niebieskie wystroje pokojów z motywami mauretańskimi -- wszystko zatopione w śnieżnej bieli. fajne zapachy, śródziemnomorskie śniadanie, słońce dookoła. jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, że założę własny pensjonat, to będę się wzorował właśnie na tym miejscu. skąd Maurowie we wschodniej Europie? hmm, wzięli się skądś. tak jak Polacy w południowej Portugalii..

a potem było już wybrzeże. cudowne Algarve ze swoimi pięknymi plażami..

02

gru
2007

EURO2008 wylosowane

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 12.08

EURO wylosowane! na dzień dobry, w niedzielę, 8 czerwca, jedziemy z Niemcami w Klagenfurcie. jeszcze nigdy z nimi nie wygraliśmy, ale ZAWSZE musi przyjść ten pierwszy raz. później gramy z gospodarzami (pół Polski marzyło trafić do grupy z najsłabszą w tym turnieju Austrią), a mecz zostanie rozegrany we Wiedniu, w czwartek 12 czerwca o godz. 2045. biedni Austriacy, tylu Polaków ilu się tam wybierze nie widzieli jeszcze od inwazji tureckiej.. w ostatnim meczu grupowym, znowu w Klagenfurcie, gramy z Chorwacją. co jak co, ale awans z grupy być musi!!! ubieramy koszulki, bierzemy flagi i jedziemy z wszystkimi :) z biletami czy bez nich..

03

gru
2007

Portugalia cz. 7 -- spaleni słońcem we wschodnim Algarve..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.16

jedziemy na południe -- drogą ekspresową nr IC27 wzdłuż granicy z Hiszpanią. droga jest prawie pusta, żar leje się z nieba, piękne krajobrazy przesuwają się leniwie. południe przywitało nas w jedyny możliwy do zaakceptowania sposób -- błękitem nieba i prawie 30-stopniowym słońcem. Algarve -- here we come!

szybka droga kończy się w Castro Marim, gdzie odbijamy na zachód i mniejszą, zdecydowanie bardziej tłoczną drogą nr N125 mkniemy w kierunku Taviry. nie jesteśmy jeszcze w sercu regionu, ale w oczy już teraz rzucają się szeregi hoteli i wille ludzi, którzy mają więcej. w ostrym słońcu bielone domy prezentuję się bardzo okazale, dookoła stragany i cwaniacy próbujący opchnąć lokalne dobra, w tym nietypowe, zdobione kominy .. domów mieszkalnych, w barwach niebieskich i żółtych. naszym marzeniem było rozłożenie się na plaży, więc przejeżdżamy Tavirę i pakujemy się na piasek za wioską Santa Luzia. miasteczka na wschodzie Algarve nie mają bezpośredniego kontaktu z oceanem -- stały ląd od plaży oddziela szeroki podmokły pas ziemi niczyjej, który w tym miejscu jest parkiem krajobrazowym obfitującym w różne skrzydlate stworzenia latające -- Parque Natural da Ria Formoza. oceanu należy szukać na wyspie Ilha de Tavira albo na pobliskim półwyspie. my przekraczamy park niewielką, szybką jak światło, wąskotorową kolejką i dokładnie w południe, gdy słońce morderczo tkwi w swoim zenicie, meldujemy się na plaży Praia do Barril. dookoła pełno Niemców, czasem trafi się także jakiś Angol czy Francuz. woda ciepła i bardzo słona, a piasek wręcz biały. w pobliżu natrafiamy przypadkiem na cmentarz kotwic -- Cemitério das Âncoras, miejsce tyleż wspaniałe, co nieprawdopodobne. jadąc do Portugalii wypisałem sobie to miejsce, jako warte odwiedzenia, ale w natłoku spraw codziennych, o kotwicach zapomniałem. przypadkiem znaleźliśmy się między dziesiątkami idealnie ułożonych kotwic, które, jak mi się później udało dowiedzieć, pochodzą ze statków zajmujących się połowem tuńczyków. niepowtarzalny klimat udaje się uwiecznić na kilku fajnych fotkach. w pobliżu trafiamy jeszcze na fajną oazę palmową oraz porzuconą i zarośniętą roślinnością łódź, która już raczej nigdzie nie popłynie.. wieczorem uderzamy do miasta. urocza Tavira położona jest po obu stronach rzeki -- niesamowity zachód słońca zalewa miasteczko cudownym żółtawym światłem, w którym pięknie wyglądają budynki, mosty i kolorowe łódki. na głównym placu miasteczka spotykamy dwójkę Polaków z Wawy, z którymi wypijamy kawę i piwo rozmawiając o Portugalii. oni jadą z drugiej strony wybrzeża (od Lizbony), więc dają nam trochę wskazówek, co do dalszej podróży..

późnym wieczorem jedziemy do pobliskiego Olhao, gdzie jemy kolację i oglądamy mecz Milanu z Benfiką w LM. od pana zero-mówię-po-angielsku dowiadujemy się na migi (po 10 minutach migania) o miejscu, gdzie co rano odbywa się targ rybny. śpimy na parkingu przy nadbrzeżu, gdzie udaje mi się złapać darmowy internet. rano budzę się o 8.40 i uderzam na owy targ w centrum miasteczka. w przestronnej hali prężą się dziesiątki gatunków ryb, krabów, ośmiornic i innych podwodnych cudów. wieśniacy krzyczą, gestykulują, ekspresyjnie się targują. dookoła śmierdzi rybim szlamem. ja niestrudzenie pcham się z moim aparatem, ale o dziwo, nikt nie zwraca na mnie uwagi, jakby w ogóle mnie nie zauważali. jedna głowa ryby jest tak duża jak ludzka. na zewnątrz, za stolikiem siedzą miejscowi i dyskutują nad porannym wydaniem gazety. ponownie można zauważyć tą małą, zamkniętą społeczność: wszyscy tutaj się znają, wszyscy żyją z rybołówstwa, wszyscy wstają wcześnie rano, jeszcze w nocy, wszyscy nawet wyglądają podobnie. wieczorem w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach -- Agata twierdzi, że to zapach palonych łusek..

Jedziemy do Albufeiry, gdzie udaje nam się znaleźć małą plażę zlokalizowaną pomiędzy dwoma pięknymi klifami. To pierwszy nasz kontakt z klifowym wybrzeżem -- trochę leżymy, a później pstrykamy fotki poszarpanych odwieczną walką wody z lądem klifów. jest pięknie -- wyszukuję łuki, które pozwalają przejść kilkumetrowymi mini-jaskiniami pod skałą. Albufeira jest już dużym komercyjnym centrum, a nasza malutka plaża znajdowała się pomiędzy dwiema innymi, z tysiącami wszędobylskich turystów. Marek z Kropą wynajmują tu hotel, my jedziemy dalej na zachód..

rybackiej przygody ciąg dalszy: w miejscowości Armacao de Pena natrafiamy a nieskomercjalizowaną plażę, na której właśnie trwa opróżnianie sieci z połowów. właśnie o takie coś mi chodziło -- zwykli ludzie przy pracy: pstrykam zdjęcia, a oni rozmawiają ze sobą ignorując istnienie aparatu. na kolację trafiamy do lokalnej perełki -- knajpo-restauracji PIPA (sic!), która w tym roku obchodzi swoje 33 urodziny. świetna obsługa samego właściciela oraz super jedzenie (łosoś) współgra z oryginalnym wystrojem lokalu -- beczki, stare wina, kolorowe szyby, azulejos w kiblach. świetny pomysł, niesamowita atmosfera i pasja człowieka, który tego dokonał. facet mówi w kilku językach, ale to raczej dla wygody -- ma tu gości z całej Europy..

wieczorem jedziemy do Silves, gdzie w lokalnym pubie oglądamy mecz LM Sportingu Lizbona z Man Utd. kolejna ciekawa obserwacja miejscowych -- siedzą przed dwoma telewizorami (a pub jest jednocześnie siedzibą klubu piłkarskiego Silves FC) i głośno komentują mecz. ja w koszulce Polski zostaję przywitany uśmiechem barmana, który zapewne pamiętał naszą dobrą grę w Lizbonie. później przechadzamy się po zamku i okolicach, aż natrafiamy na zatłoczony skwer (jest późno, ok 23.00): dzieciaki biegają, młodzież siedzi na murkach, a starsi grają w karty. jest w tym coś niesamowitego -- niczym nieskrępowane życie towarzyskie, na wszystkich poziomach wiekowych. rozmawiamy z nimi przez chwilę, a graczami okazują się .. Bułgarzy, którzy przyjechali tutaj do pracy. świetna sprawa i miły nocny klimacik.. dziś pierwszy od pewnego czasu nocleg z dala od oceanu, jutro uderzamy do Lagos -- miejsca wręcz magicznego..

07

gru
2007

zimno, mokro i wichurowo..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14.09

mija dziesiąty dzień od kiedy po raz ostatni widziałem błękit nieba. angielska pogoda daje mi się we znaki -- jest identycznie jak w zeszłym roku: wieje i ciągle pada, wręcz leje. Anna -- Niemka, koleżanka z firmy, z którą współpracujemy przy projekcie wróciła do biura, przemoczona od stóp do blond głowy. morduje się z mokrym płaszczem i przemoczonym swetrem, a że miałem do niej pilną sprawę to rzucam: Ann, take everything off and please come to my desk ASAP!. a ona mi na to: everything?! no Tom, it doesn't work like that.. to se pogadaliśmy..

13

gru
2007

podróż na Stamford Bridge, czyli Żabole na Lidze Mistrzów..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 12.41

zewnętrzna galeria z meczu dostępna jest TUTAJ.

dyrektor generalny, czy jak kto woli CEO, mojej firmy to wierny fan londyńskiej Chelsea. a że kibic z kibicem zawsze się dogada, to od pewnego czasu miałem obiecane bilety na mecz the Blues. wypadło na ostatni grupowy mecz w Lidze Mistrzów edycji 2007/2008 w którym Londyńczycy podejmowali hiszpańską Valencię. Chelsea to, dzięki Rosjaninowi Abramowiczowi, jeden z najbogatszych klubów świata. w jej składzie próżno szukać kogoś nieznanego w piłkarskim świecie -- właściwie każdy jest tu reprezentantem swojego kraju, a takie nazwiska jak Petr Čech, Ashley Cole, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreira, John Terry, Claude Makélélé, Michael Essien, Frank Lampard, Michael Ballack, Andrij Szewczenko czy Didier Drogba zna każdy kibic, nawet ten z gliwickiego Piasta. nie inaczej jest w przypadku Valencii -- fantastyczna drużyna w której grają m.in. Santiago Ca?izares, Iván Helguera, Edu, David Albelda, Rubén Baraja, David Villa, Fernando Morientes, Miguel Angel Angulo czy Nikola Žigić od kilku lat jest postrachem całej Europy. co prawda mecz o pietruszkę, bo Chelsea wywalczyła już awans, a Valencia od początku sezonu jest kompletnie bez formy, ale to jednak Champions League z całą swoją medialną otoczką i transmisjami telewizyjnymi na cały świat. taaak, 11 grudnia 2007 w tych elitarnych rozgrywkach zadebiutowałem także i ja. reprezentując oczywiście silną ekipę zabrzańskiego Górnika :)

z Maćkiem, drugim Żabolem z Gliwic, opuściliśmy Brighton pociągiem o 17.19 w kierunku Clapham Junction. tu, w obecności tysięcy korporacyjnych ważniaków przesiadamy się na pociąg którym dojeżdżamy do West Brompton, stacji w okolicy stadionu. stadion Chelsea położony jest w dzielnicy Fulham, w zachodniej części Londynu. jest zimny wieczór, liczni sklepikarze sprzątają po całym dniu, a ulica przypomina wysypisko zgniłych owoców. dookoła budynki z ponurej brytyjskiej cegły, a ciapackie fast-foody straszą obskurnymi wnętrzami. wbijamy się na stadion dokładnie godzinę przed meczem -- jest jeszcze pusto, a pierwsi kibice skupiają się wokół restauracji rozmieszczonych przy każdym sektorze. na dzień dobry dostaję bana na używanie aparatu, bo .. 'masz za duży obiektyw i jest to niezgodne z wymogami prawnymi Ligi Mistrzów'. masakra jednym słowem. robię ok 100 ujęć, wszystkie z mniejszego lub większego ukrycia. zaczyna się rozgrzewka -- piłkarze wybiegają na murawę, a na tablicach pojawiają się dzisiejsze składy. rzeczywiście mecz to ulgowy i kilku znanych, np Drogba, dzisiaj nie wystąpią. wybiega także sędzia Gilewski -- Polak, który pogwizda dzisiaj na murawie. w końcu zbliża się 19.45 czasu brytyjskiego, drużyny wychodzą na murawę.. na środku murawy chłopaki falują ogromną piłką -- emblematem LM, a z głośników leci piękny utwór tych rozgrywek:

Ce sont les meilleures equipes
Es sind die allerbesten Mannschaften
The main event
Die Meister
Die Besten
Les grandes equipes
The champions
w końcu zaczyna się mecz. tempo szybkie, techniczne mistrzostwo świata. żartujemy z Maćkiem, że liga polska jest przy tym za wolna nawet na rozgrzewkę. Maciek macha flagą Chelsea, które rozłożono na pustym stadionie przed meczem. widoczność mamy idealną, choć sam mecz nie jest porywającym widowiskiem. na trybunach ok 40 tys fanów, jest trochę wolnych miejsc, ale można powiedzieć, że stadion jest zapełniony. miejscowi fani, szczególnie na naszej głównej trybunie, to w większości garniturowcy, ułożeni i dystyngowani, nie plamiący się kibicowskimi pieśniami. siedzą cicho, zajadają się hot-dogami, czasem sobie głośno westchną -- dla efektu przy niewykorzystanych sytuacjach. gdzie się podział ten fantastyczny angielski duch kibicowania? nie ma, zero. kibice dowolnego polskiego klubu biją tych z Chelsea na głowę. śmialiśmy się ze specyficznego hasła miejscowych: come on Chelsea, powtarzanego przy efektownej modulacji głosu. niestety widowisko na trybunach bardziej przypominało atmosferę teatru, niż święta piłkarskiego. Maciek mówi, że na Liverpoolu jest inaczej, choć nie był, więc nie może tego udowodnić.. z Hiszpanii przybywa ok 300 fanów zajmujących dolną na rożną trybunę. mecz kończy się bezbramkowym wynikiem, choć w drugiej połowie się chłopaki trochę rozkręcili. były dwa słupki, jedna nieuznana bramka, a nawet strzał w poprzeczkę z .. 4 metrów po ładnym dośrodkowaniu z prawej strony boiska. Chelsea jest zdecydowanie lepszejsza, ale, ku naszemu rozczarowaniu, do samego końca spotkania bramki nie padają. Gilewski dość dobrze prowadzi zawody, choć trzeba przyznać, że nie miał za dużo roboty. podsumowując: piłkarsko fajnie, a kibicowsko do bani. wystarczy spojrzeć na doping kibiców Celticu Glasgow i ich Never walk alone, albo na fanów PAOKu Saloniki i ich Paokarę, aby określić w którym miejscu znajdują się fani Chelsea. Stamford Bridge z pewnością potrafi się lepiej zaprezentować, choć trzeba przyznać, że ilość kobiet na meczu robi wrażenie.. do Brighton dojeżdżamy po 23 czasu lokalnego..

skrót spotkania:

20

gru
2007

Portugalia cz. 8 (ostatnia) -- śladami morskich podróżników..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.10

dojeżdżamy do Lagos -- miasta znanego z bogatych tradycji morskich i burzliwej historii. zostało założone przez Kartagińczyków w V w. pne., później zajęte przez Rzymian, a w XV w. trafiło pod panowanie portugalskie. to tutaj, na Praca da Republica znajdował się pierwszy portugalski targ niewolników. stoi tu również pomnik Henryka Żeglarza, który z tego miejsca wysyłał statki na średniowieczne wyprawy w nieznane. krążąc po mieście w poszukiwaniu wietrznego internetu docieramy na Praia Dona Ana -- jednej z bardziej znanych plaż zachodniej części regionu Algarve. Lagos ma kilka ślicznych zatoczek i plaż: szczególnie tutaj na Praia Don Ana oraz dalej na zachód, w kierunku Ponta da Piedade, dokąd lokalni rybacy zabierają na wyprawy łódką (10 E od osoby, żadnych zniżek nawet dla kobiet w ciąży). łagodne do tej pory wybrzeże zaczyna się podnosić, a niekończąca się walka morza z wapiennymi skałami wykształciła klify -- swoistą wizytówkę tego miejsca. szybko znajdujemy pensjonat i uderzamy na plażę.. po godzinie mam dość i zaczynam kombinować. ze skał po prawej stronie wystaje kawałek sznura, oczywistą oczywistością wskazując, że .. coś tam jeszcze jest. wspinam się, przechodzę, skaczę, schylam pod ogromnym masywem, czołgam prawie po piasku i .. oto jestem. sam, na plaży odgrodzonej od świata ze wszystkich stron. po chwili odkrywam jeszcze kilka osób, ale zawsze to kilka a nie kilka tysięcy leniwych Europejczyków. po chwili po linie wspina się Agata i rozkładamy się w ciszy i spokoju. jedyny minus takiej lokalizacji to .. brak słońca. plaża przypomina komin z otworem u góry, a że było już mocno po południu i słońce daleko na zachodzie, to nie wpadało na naszą zamkniętą plażę. robię kilka ujęć skalistego wybrzeża, wdając się w pewnym momencie w krótką, acz zażarta dyskusję z krabem, po której ten ostatni obrażając się poszedł poszukać sobie innego wilgotnego miejsca.. wieczorem spacerujemy po okolicy delektując się niesamowitą różnorodnością klifowego wybrzeża. wspinamy się tam gdzie nie wolno, wchodzimy tam gdzie zamknięte. urwiska skalne rzeczywiście robią wrażenie, a potęguje je jeszcze żółtawa poświata pomarańczowo zachodzącego słońca. po chwili docieramy do latarni morskiej, gdzie zakręcająca ścieżka nakazuje powrót do hotelu..

następnego dnia czeka nas ostatni odcinek naszej portugalskiej przygody -- na zachód, do samego końca. jedziemy w stronę Sagres -- miasteczka rybackiego z portem w zatoce Baleeira, a następnie w kierunku Cabo de Sao Vincente (półwysep Św. Vincenta), który niegdyś przez Rzymian i innych starożytnych żeglarzy uważany był za kraniec świata (O Fim do Mundo), a obecnie jest tylko południowo-zachodnim krańcem Europy. tutaj pogoda już nikogo nie rozpieszcza -- wieje bez przerwy, jest zimno i pochmurno. dość długo jedziemy monotonną drogą wzdłuż wybrzeża: dookoła wyłącznie kamienie, brak osad ludzkich, zupełny brak roślinności -- to wszystko wzmaga poczucie zupełnej pustki. mijamy historyczną warownię z XV wieku zwaną Fortaleza de Sagres, gdzie Henryk Żeglarz urządził pierwszą na świecie Akademię Morską zapraszając tu najwspanialszych żeglarzy, kartografów, astronomów tamtych lat. znajduje się tu 43-metrowa róża wiatrów, która była pomocna w kształceniu portugalskich oficerów przygotowując ich do zamorskich wypraw.. jadąc dalej mijamy smaganą wiatrem Fortaleza de Beliche, a po kilku kilometrach naszym oczom ukazuje się ostatnia na tym kontynencie latarnia morska. poubierani w kurtki i swetry ludzie tłoczą się wokół przydrożnego targu, na którym kupujemy Agacie bransoletkę, a mi portugalskiego Marynarza. z każdej wyprawy przywożę jakąś pamiątkę, o Portugalii będzie mi przypominał marynarz prężąc się dumnie na domowej lodówce.. na jednym z urwisk tego niegościnnego wybrzeża odnajdujemy tabliczkę wmurowaną przez rodziców 28-letniego Niemca, który spadając ze skarpy, tutaj zakończył swój żywot. na tabliczce w dwóch językach (po portugalsku i angielsku) rodzice przestrzegają przed niebezpieczeństwem i upamiętniają swojego syna.. zawsze chciałem dojeżdżać w takie miejsca. mimo że nie ma tu niczego godnego uwagi, to człowiek czuje się inaczej, czuje, że dotarł w miejsce magiczne.. jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu Europy..

zawracamy, jako że dalej już nie można. kierujemy się w stronę Faro, skąd za 2 dni mamy wyloty, odpowiednio do Polski i do UK. ostatnie godziny portugalskiej wycieczki spędzamy na plażach i opalamy się, bo za kilkanaście dni bawimy się na weselu u kuzynki Magdy w Zabrzu. warto tutaj wspomnieć o piaskach Quarteiry, gdyż średnio co 2 minuty nad naszymi głowami przelatywał samolot z pobliskiego lotniska. pas startowy w Faro kończy się kilkaset metrów od oceanu, a samoloty po osiągnięciu pewnego pułapu zakręcają na północ przelatując nad głowami opalających się turystów. niektórzy narzekali, że zasłaniają słońce, zapominając jakby o powtarzającym się huku silników odrzutowych..

kolejny kraj zaliczony. tym razem nawet znaczna jego część. co wyniesiemy z Portugalii? na pewno mnóstwo wrażeń i różnorodność krajobrazów. na pewno wspomnienia słońca, przyjaznych ludzi i dobrych dróg. smak owoców morza, wina Porto i niekończącej się drogi.. po drugiej stronie, dla przeciwwagi znajduje się zaniedbanie.. nie można o nich zapominać udając się do Portugalii..

30

gru
2007

Misiek i Ryba się zaobrączkowali..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 22.01

Misiek się hajtnął z Rybą. poszedł raz Miś na polowanie i wyrwał Rybę -- było to 7 i pół roku temu na ognichu u Olki w Łabędach. i ja tam byłem. po latach bawiliśmy się z blondynką na imprezie w Rudnie, a ja testowałem mój nowy obiektyw Nikona 50mm f/1.8. zdjęcia wyszły świetnie, zewnętrzna galeria dostępna tutaj:

http://picasaweb.google.com/tomxxcik/WeseleRybaMis.

jutro imprezka u Łukiego i Hani, a pojutrze już lot na Zachód. padaka..