Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]
notki z roku 2006:

18

sty
2006

zima śniegowa poparta mrozem

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 09.12

dłuższa przerwa na tomxx.net wynika z typowego u wszystkich tmx'ów zimowego letargu. śniegiem zasypało, a ja takiej zimy to nie pamiętam. wydawało się, że to już koniec, a dzisiaj niebo znowu się oberwało. idąc rano do pracy, brnąc poprzez zaspy i zwały śniegowe czułem się jak członek armii Napoleona wracający z wypadu na Moskwę. z tą różnicą, że podśpiewywałem sobie radośnie.. w Helionie podsumowanie roku -- wszyscy biegają jak nakręceni, jedno wielkie zamieszanie, liczby, wartości, wskaźniki efektywności. w pt w Ustroniu będę się wyginał przed całą firmą przedstawiając osiągnięcia prowadzonego przeze mnie działu. kolejne nerwy, kolejny stres. a później impreza..

a w Polsce wydarzenie goni wydarzenie. sejm się sypie -- durnie nie mogą się dogadać, a wyniknie z tego prawdowopodbnie termin kolejnych wyborów. ani ja, ani cała masa mi podobnych oczywiście na nie nie pójdziemy, więc jajogłowi będą narzekać na 10% frekwencję.. Ojciec Dyrektor tymczasem szaleje dalej -- tu także nikt nie wie jak się sprawa zakończy, ale pojawiły się odważne głosy, aby wysłać go wraz z całą jego chorą moherową ekipą na misje do Konga. nie wiadomo czy kościołowi w Afryce przyniesie to korzyści, ale Polsce na pewno.. coraz mniej nadzieji na World Cup -- na 3500 biletów do PZPN'u wpłynęło już .. 180 000 zgłoszeń, a takich jak ja, którzy jeszcze zgłoszenia nie wysłali, jest całe mnóstwo. z dzisiejszej Wyborczej, przy codziennej prasówce kawowej, dowiedziałem się, że .. Orzeł Wojcieszków nie jedzie do Niemiec. klub z dolnośląskiej okręgówki otrzymał bilet na mecz z Niemcami i chciał go sprzedać na aukcji internetowej. zrozpaczeni kibice naszej reprezentacji już wysyłają skargi do FIFY, oczywiście z marną szansą zmiany czegokolwiek.

wczoraj z moją łyżwiarką odstawialiśmy piruety na lodowisku.. z łyżwami podobno jest tak jak z rowerem, dopóki nie upadniesz to się nie nauczysz. nie upadłem ani razu.. wkrótce dorzucę jakieś nowe fotki, w końcu to już rok 2006 i życie ochoczo toczy się dalej..

25

sty
2006

katastrofalny styczeń zmrożony

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 19.17

ja na aurę narzekać nie mam zamiaru, ale takich mrozów to nie pamiętam. z uwagi na specyfikę mojej osoby mam prawo pamiętać 22, no maksimum 23 zimy, czyli niezbyt długo. ale inni, znacznie starsi także nie potrafią jednoznacznie wskazać zimy, gdzie temperatura stale utrzymywałaby się na poziomie -20 stopni. i mniej. tragedia.

najgorsze, że sypie się moja sieć, a także komunikacja miejska (jak zwykle zresztą, im do szczęścia wystarcza -5), przez co ja marznę na drabinie, względnie na przystankach.. pęka stalowa linka, a to już jest jakiś wyczyn.. dzisiaj wyczytałem, że zbliżają się potężne opady, że zawieje i zasypie na dłuuugie miesiące. niedobrze.

wrzuciłem trochę zdjęć do fotobloga: styczeń reprezentowany jest przez frazy: zabawa, zima, alkohol, nawiązując do jedynie słusznego wyjazdu w góry podsumowującego helionowy rok. uciechy i śniegu było dużo.

30

sty
2006

Alternatywy 4

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 22.11

wychowany w bardzo późnym PRL'u miałem małą szansę na zakodowanie ówczesnych realiów. mimo tego, dobrze pamiętam 50-metrowe kolejki za kawą, mięsem czy czymkolwiek innym. stawiano mnie w nich jakby za karę -- później chwalono i głaskano po blond-czuprynie za chwalebne wystanie swoich 40 minut. czasem dostałem banana, choć na tyle rzadko, że dziś kupuję je na kilogramy. czasy dziwne, realia inne, a temat ciekawy: w kilku referatach na studiach powoływałem się na Polskę towarzysza Gierka.

niekwestionowanym królem sarkazmu w tej dziedzinie z pewnością był Stanisław Bareja. któż nie zna Misia, Zmienników czy ... Alternatyw. właśnie Alternatywy 4 są obecnie uważane za serial kultowy -- satyrę tyle śmieszną, co brutalnie prawdziwą. telewizja polska z braku innych pomysłów powtarza serial średnio raz na rok, swoje grosze dorzuca także TVPolonia, a my wszyscy mamy z tego radochę. jak byłem młodszy tylko raz to oglądnąłem. i wystarczyło -- wzięło mnie na dobre.

podczas ubiegłorocznych wyjazdów do stolicy natchnęła mnie myśl osobliwa. zebrałem się w sobie, przestudiowałem internet, następnie wawową mapę i ruszyłem .. odnaleźć legendarny blok, gdzie serial kręcono. sprawa okazała się prosta. 4 piętrowa chałupa z płyt, taka sama jak ją pamiętamy z serialu stoi sobie do dzisiaj na warszawskim Ursynowie.w rzeczywistości jest to ulica Grzegorzewska, numer 3. na Ursynów dojechać łatwo, choć przyznam się, że mnie warszawiacy trochę zrobili w konia, gdyż, aby dotrzeć na wspomnianą Grzegorzewską wcale nie należy wysiadać na stacji Ursynów, a ... Stokłosy. chałupa taka sama, bo jak widzicie na załączonym obrazku, totalny rozpierdol trwa tam do dzisiaj :) człowiek z zewnątrz może sobie pomyśleć, że placu budowy nie uprzątnięto przez kilkanaście lat. tak czy inaczej blok odnalazłem. obklikałem z kilku stron, gdy zza zmrożonego żywopłotu wynurzył się jeden z mieszkańców. zagadałem, choć patrzył na mnie z niekłamaną niechęcią. 'coś tam kumasz?', pomyślałem... a widząc, że nie kuma ni w ząb wyciągnąłem aparat. i na tym w zasadzie się skończyło, uciekł do klatki i choć chciałem i tam zajrzeć (być może znalazłbym kolejnego Anioła, fanatyka w stylu byłego Kierownika Wydziału Kultury Miejskiego Komitetu PZPR w Pułtusku), uciekający mieszkaniec nie pozwolił.. wyrywając mi klamkę trzasnął drzwiami klatki schodowej dokonując dzieła spustoszenia w mym frywolnym myśleniu.

minęło ćwierć wieku.. czasy się zmieniły -- a ludzie nie zawsze.

02

lut
2006

mamy (nie)rząd

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 23.48

będzie krótko, bo właściwie nie ma się co denerwować..

partia, którą w demokratycznych wyborach sobie wybraliśmy dogadała się z partiami, z których normalni Polacy się śmieją. nie będzie przedterminowych wyborów, powstał rząd w skład którego wszedł kolektyw wesołych zbawców polskiej wsi z Boskim Endriu, kryminalistą zresztą, na czele oraz wcale nie wesoła ekipa fanatycznych pseudokatalików firmowana przez Pięknego Romana, co to nas chce z UE wycofać. do tego dochodzi takich dwóch co zajebali księżyc i w pełnej okazałości mamy IV Rzeczypospolitą..

wydaje się, że w Polsce jedyni, którzy są przekonani do swojej racji to ludzie przeciw RP, pozostali coś mamroczą, lecz nie są pewni czy się nie mylą. a jeśli ludzie przeciw RP władzę już osiągną, to zaprzyjaźniają się jak pijany radca miejski z całą resztą im podobnych wykolejeńców..

07

lut
2006

komunikacja miejska

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 08.48

nie uważam się za pechowca. nie zarzucam światu bezwzględnej nierówności, nie obciążam ciał stałych winą za me niepowodzenia. staram się być wyrozumiały wobec natury, mimo, że czasem nie rozumiem dlaczego ptak zrobił to co musiał właśnie na MOJĄ głowę. zdarzały mi się wygrane w przeróżnych loteriach i innych tego typu konkursach, gdzie wygrywają nieliczni, a szansa kształtuje się jak jeden do wielu. kiedyś nawet znalazłem na ulicy banknot 100 złotowy, a w programie Piraci w tv wygrałem 2 setki. nie, za pechowca się nie uważam..

mam jednak pecha. pecha ogromnego, pecha ciągłego, a na dodatek udowodnionego empirycznie. nie lubi mnie komunikacja miejska.. kiedyś myślałem, że to przypadek. przychodzę na przystanek, a to coś co ma nadjechać albo już pojechało (..pana tramwaj odjechał przed minutką..), albo będzie za minut wiele (..panie, najbliższy autobus za pół godziny). nigdy, przenigdy nie trafiam na przystanek właśnie o tej porze, o której podjeżdża TO COŚ co mnie ma bezpiecznie zawieźć na miejsce. zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość: jadąc w pewnym kierunku, to właśnie z przeciwnej strony nadjeżdża transport, zwykle jeden za drugim. bo nie chodzi mi teraz o sytuację, gdy z drugiej strony przejechał tramwaj -- chodzi o przypadki najczęstsze, że zwykle przejeżdżają 2, 3 lub 4 tramwaje, podczas gdy w moją stronę ani jeden. aktualny rekord (stan na luty 2006) to .. 6 tramwajów w przeciwną stronę przy mrozie -20 stopni. i to bez znaczenia w którą stronę właśnie się wybieram. kiedyś próbowałem nawet wychodzić terminowo, próbowałem wychodzić losowo, próbowałem wszystkiego, zawsze na próżno. przewidywany czas czekania na cokolwiek oscyluje w przedziale 10-40 minut..

mam na to teorię: przez 15 długich lat korzystając niemal każdego dnia z miejskiej komunikacji skasowałem może 2 bilety, w porywach do 3. i teraz ponoszę tego konsekwencje. KZK GOP nie chce mi wybaczyć mojej jazdy na gapę i ani jednego zapłaconego mandatu. mimo tego, że obecnie mam już bilet. bilet normalny, do tego kwartalny.. jednym słowem mam przerąbane, nie wspominając już faktu, że kierowca to świnia i po 100 metrowym biegu nigdy na mnie nie czeka zamykając drzwi przed nosem, a stojąc na światłach tych drzwi mi nigdy nie otwiera..

nie, pechowcem nie jestem. ale pewnych układów w naszym życiu nie przeskoczymy. nie ma szans.. chcę aby już była wiosna, będę jeździł na rowerze..

13

lut
2006

inni o swoich celach, pragnieniach, radościach: Wiewiórka

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 11.17

wyobraź sobie świat o godzinie 19, szlak między Baranią Górą a Pietraszonką, nieprzetarty, polanę wyłaniającą się nieśmiało z lasu, pełną śniegu nie naznaczonego żadnymi śladami, ciszę kompletną, bez żadnych ptaków, wiatrów ani odgłosów cywilizacji, księżyc niemal w pełni... niebo było granatowo-fioletowe... klimat jak z Sapkowskiego albo Tolkiena... Dotarłyśmy do chatki studenckiej na Pietraszonce, tam siedzi chatkowy jeden z drugim i... tyle :) 4 osoby w chatce, od razu dostałyśmy po chatkowej przepysznej herbatce, w 'common room' kominek, obok huśtająca się ławka, wszystko w drewnie, cieplutko i suchutko... ktoś cicho brzdąka na gitarze... po prostu tak mogłoby wyglądać całe moje życie :) Potem doszło jeszcze kilka osób i graliśmy na gitarze, śpiewaliśmy i graliśmy w domino do 5 rano :) i żaden inny świat dla nas nie istniał, a powrót do rzeczywistości był mordęgą :)

Wiewiór Przebrzydły z maila dzisiejszego o 10.30..

14

lut
2006

aromatyczna zupa z cyklu 'nawet ON sobie z nią poradzi'..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 20.58

czas przygotowania: 20 minut
ilość porcji: 2
liczba kucharzy: 2


składniki: 20 dag średniej wielkości pieczarek, 0,7 litr bulionu grzybowego, łyżka masła, 0,1 l słodkiej śmietanki, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, natka pietruszki.

sposób przyrządzania: pieczarki, po umyciu i wysuszeniu należy pokroić na kawałki po długości. podsmażyć je na patelni na maśle, a następnie wrzucić do przygotowanego uprzednio świeżego bulionu grzybowego. objąć partnerkę. gotować przez około 10 minut, a następnie dodać rozmieszaną śmietanę z mąką. by śmietana się nie zważyła należy przed wlaniem dodać do niej 2 łyżki gorącego wywaru i pocałować partnerkę. przyprawić do smaku, a po wlaniu do talerzy posypać natką pietruszki. zapalić świeczkę.

uwagi: smakuje tylko 14. lutego..

18

lut
2006

tekst cudzy, Ryszard Kapuściński, Imperium

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 00.46

"na świecie drukowane są dwie mapy kuli ziemskiej.

jedną rozpowszechnia 'The National Geographic' (USA) -- na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży kontynent amerykański, otoczony przez dwa oceany -- Atlantyk i Pacyfik. były Związek Radziecki jest rozcięty wpół i rozmieszczony dyskretnie po obu krańcach mapy, tak by nie straszył dzieci amerykańskich swoim ogromem. zupełnie inną mapę świata drukuje Instytut Geografii w Moskwie. na tej mapie, pośrodku, w miejscu centralnym, leży były Związek Radziecki, który jest tak duży, że przygniata nas swoimi rozmiarami, natomiast Amerykę ozcięto na pół i rozmieszczono dyskretnie po obu krańcach mapy, aby dziecko rosyjskie nie pomyślało sobie: Boże! ależ ta Ameryka jest wielka!

tak oto dwie mapy kształtują od pokoleń swie różne wizje świata.

w czasie wędrówek po obszarach Imperium zwróciło moją uwagę między innymi to, że nawet w opuszczonych i zapadłych miasteczkach, nawet w pustych niemal księgarniach z reguły była do kupienia wielka mapa tego kraju, na której reszta świata znajdowała się jakby na drugim planie, na marginesie, w cieniu.
mapa jest dla Rosjan rodzajem wizualnej rekompensaty, swoistą emocjonalną sublimacją, a także przedmiotem nieskrywanej dumy.
służy ona także do tłumaczenia i usprawiedliwiania wszelkich niedostatków, błędów, biedy i marazmu. za duży kraj, żeby dało się go zreformować! -- tłumaczą przeciwnicy reform. za duży kraj, żeby dało się go posprzątać! -- rozkładają ręce dozorcy od Brześcia do Władywostoku. za duży kraj, żeby wszędzie dostarczyć towar! -- burczą ekspedientki w pustych sklepach.

wielki rozmiar, który wszystkko wyjasna i rozgrzesza. pewnie, gdybyśmy byli takim małym krajem jak Szwajcaria, też wszystko chodziło by u nas jak w zegarku! patrzcie, jaka ta Holandia malutka, żadna sztuka miec dobrobyt w państwie, które ledwie widać na mapie! a weź nas i spróbuj dać każdemu, co by chciał -- każdemu u nas nie dasz!"

2.

mar
006;

z cyklu: kultowe seriale..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 0.44

pierwszy tekst, z którego byłem naprawdę dumny, powstał pod przymusem. w piątej klasie szkoły podstawowej zadaniem domowym z języka polskiego była recenzja filmu. podczas gdy inni pisali o heroicznych wówczas produkcjach, z serii jeden na wszystkich (Rambo zawsze zwyciężał) lub o zabawie w dobrych i złych (Akademia Policyjna rules), ja wybrałem .. Allo Allo. swoje dzieło odczytywałem na końcu -- spodobało się.. jakiś tydzień temu TVP zakończyła ponowną emisję tego serialu w Polsce. produkcję, w której twórcy kpią ze wszystkich nacji biorących udział w II wojnie światowej obejrzało już wiele milionów ludzi na całym świecie. lżejsza dawka specyficznego angielskiego humoru śmieszyła Polaków już po raz czwarty (może piąty?) i pewnie śmieszyć będzie jeszcze nie raz..

serial wyreżyserowany przez Jeremiego Lloyda i Davida Crofta powstał w latach 1982-1992, łącznie nakręcono 83 odcinki, zebrane w 9 epizodów. rzecz dzieje się w prowincjonalnym francuskim miasteczku, gdzie stacjonuje garnizon okupujących tą część Europy Niemców. przekomiczne perypetie są dziełem miejscowych wieśniaków, bojowych kobiet z (dwóch) Ruchów Oporu, cieciowatych Niemców, fajtłapowatych Włochów, ukrywających się Anglików oraz .. żandarma, który 'tylko myśli, że umie mówić po angielsku'.. fabułę zna każdy, ja jednak postanowiłem prześledzić losy aktorów biorących udział w filmie. minał już spory kawał czasu, niektórym się poszczęściło, dla pewnej grupy rola w tym serialu była jedynym błyskiem w karierze, część już odeszła z tego świata.. nie przedłużając, oto oni:

# René Artois, w rzeczywistości Gorden Kaye, rocznik '41. wystąpił w ponad 30 drugorzędnych produkcjach, grając najczęściej role komediowe. do dzisiaj mieszka w Huddersfield, w hrabstwie Yorkshire w Anglii, jest kawalerem. 25. stycznia 1990 roku aktor uległ poważnemu wypadkowi, co widać w ostatnich epizodach po .. wgłębieniu w jego czaszce. najczęstszą swoją kwestię serialu 'you stupid woman' aktor wypowiadana do serialowej żony, Edith, w rzeczywistości aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi.
# Edith Artois, grana przez kanadyjkę Carmen Silverę, urodzona 2. czerwca 1922 roku w Toronto. brała udział w ok. 20 produkcjach, większej kariery jednak nie zrobiła. rozwiedziona, miała jedno dziecko; zmarła 4 lata temu w Londynie, chorowała na raka płuca.
# porucznik Hubert Gruber. w jego rolę wcielił się urodzony w Nowym Jorku w roku 1947 Guy Siner. z powodzeniem do dzisiaj występuje na scenie, grał m.in. w Zagubionej Autostradzie, udzielał się w filmach z serii Star Wars, wystepował w Piratach z Karaibów.
# pułkownik Kurt von Strohm to Richard Marner, świetny (urodzony w Rosji) aktor, który w swojej karierze wystąpił w kilkudziesięciu filmach i wielu sztukach teatralnych. jego ostatnim filmem była Suma wszystkich Strachów, w której wcielił się w rolę Prezydenta Rosji. Zmarł 18. marca 2004 roku w Perth, w Szkocji.
# Vicki Michelle -- Yvette Carte-Blanche, 56-letnia aktorka angielska, po roli w Allo podróżowała po całym świecie występując na scenach m.in. w Australii. posiada własną stronę internetową, na którą odsyłam po dalsze informacje: www.vickimichelle.co.uk
# własną witrynę posiada także serialowa Mimi Labonq, w którą wcieliła się Sue Hodge. aktorka ta z powodzeniem występuje na całym świecie, odgrywając pierwsze skrzypce w musicalach (m.in Jesus Christ Superstar). # oficer Crabtree, czyli Anglik w roli francuskiego żandarma grany przez Arthura Bostroma. wspaniała rola (..Gyd myrning..), choć kariery nigdy nie zrobił; także posiada swoją www: www.arthurbostrom.com.
# serialowa Helga, czyli Kim Hartman, aktorką nie została, a tak wygląda dzisiaj.
# Monsieur Alfonse, serialowy grabaż odegrany przez Kennetha Connora. urodzony w Anglii wspaniały aktor wystąpił w ok. 70 produkcjach, m.in. w filamch o Sherlocku Holmesie. zmarł w Londynie w 1993 roku na raka, miał 87 lat.. 10 lat później zmarła także Rose Hill, która w serialu zagrała Madame Fanny, zgryźliwą matkę Edith, natomiast jedynym aktorem, który nie dożył końca serialu był Jack Haig (monsieur Leclerc), który zmarł w roku 1989 podczas kręcenia 5 epizodu serialu.
# Herr Flick, oficer Gestapo, w rzeczywistości Richard Gibson, urodzony w Ugandzie wielkiej kariery nie zrobił, choć sporadycznie bierze udział w mniej ważnych produkcjach.. podobnie jak Kirsten Cooke (Michelle Dubois) 'słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać..', która mieszka w zachodnim Londynie, ma czwórkę dzieci..

pozostali aktorzy nigdy nie powtórzyli sukcesu serialu Allo Allo. choć ich twarze będą zapamiętane. tak jak ten cudowny, kultowy wręcz serial..

12

mar
2006

Wielka Pętla Życia, tekst cudzy..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 23.40

zanim znów uda mi się czymś osobistym odwiedzających zaskoczyć, zapoznam Was z tekstem, który znalazł się w jednej z korygowanych przeze mnie książek. pozycja traktuje o fotografii, jednak przypowieść, podobnie jak te biblijne, tłumaczy specyfikę świata, Wielką Pętlę Życia, przeznaczenie.. myślę, że warto:

w liście napisanym w więzieniu w 1931 roku Antonio Gramsci opowiada pewną historię swym dwóm synom, z których młodszego, z powodu swojego odosobnienia, miał nigdy nie zobaczyć. mały chłopiec poszedł spać, kładąc wcześniej na podłodze obok łóżka szklankę mleka. mleko wypija mysz. chłopiec wstaje, widzi pustą szklankę i wybucha płaczem. mysz idzie więc do kozy i prosi o trochę mleka. koza nie ma mleka, ponieważ potrzebuje trawy. mysz idzie na łąkę, ale nie ma tam trawy z powodu suszy. mysz idzie do studni, ale w studni nie ma wody, bo trzeba ją naprawić. mysz odwiedza więc murarza, jednak ten nie ma kamieni, potrzebnych do naprawy studni. mysz idzie do góry, ale góra nie chce o niczym słyszeć, ponieważ po tym, jak straciła wszystkie drzewa, został z niej tylko nagi szkielet. w zamian za kamienie, mysz obiecuje górze, że chłopiec, kiedy podrośnie, zasadzi na jej zboczach dęby i sosny. góra zgadza się i daje myszy tyle kamieni, ile potrzeba. wkrótce chłopiec ma tyle mleka, że może się w nim kąpać. kiedy staje się mężczyzną, sadzi drzewa. dzięki temu powstrzymuje erozję gleby i cała kraina na powrót staje się żyzna..

30

mar
2006

wiosna..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 23.56

nastała wiosna. jej walka o przewagę w ponurych miesiącach nowego roku trwała długo. ale jest: nowa, optymistyczna, pachnąca i niebezpieczna.. z wiosną przyszedł mozolnie napisany ale jakże zasłużony dyplomik Słoneczka.. przyszła także nowa siedziba mojego Wydawnictwa, nowa runda piłkarskiej ekstarklasy i nowe odcinki Losta. doba niestety nadal trwa 24h, a w ramach wiosennego przesilenia sen zabiera jakby więcej minut. a i weekend się zbliża, mam więc nadzieję na odrobinę czasu. nie wystarczy go jednak na przeprowadzenie śledztwa w piwnicy, gdzie dzieją się ostatnio rzeczy dziwne..

wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Zwierzę.. Zwierzę zadomowiło się w piwnicy, a swoją obecność zaznacza nawiedzaniem ogrodu. o różnych porach dnia i nocy i zawsze w jednym miejscu, zawsze tym samym, ryje z lubością w rozmokniętej pozimowej glebie, rozrzucając ją dookoła. Zwierzę jest niewiadomego gatunku..

Zwierzę bezspornie jest ssakiem, choć niektórzy z sąsiadów idą o zakład, że Zwierze jest szczurem. ukazał mi się owy Gość kilka razy, ale odkąd zlikwidowałem stertę pudeł po kablu sieciowym (skrętka nieekranowana, z ang.: Unshielded Twisted Pair), służącą mu za prowizoryczne schronienie, przesiaduje za szafką z konfiturami. zachowując przyzwoitość, tj. nie dobierając sie do maminych zapasów.

poszedłem po poradę do najstarszego mieszkańca budynku i po namyśle zrezygnowałem (chwilowo) z zakupu pułapki. właściwie to licze na kotkę Świerzaka (która to na wiosnę urodziła trójkę potomstwa), choć wcale nie wiadomo, czy to ona tu tego Zwierza nie przyniosła. sprawa jest zagadkowa, jak perypetie mieszkańcówę Cicely, miejscowości znanej z serialu Northern Exposure (tej wiosny także czas ucieka na śledzeniu tego wspaniałego serialu). wracając do Zwierzaka: nasze spotkania są rzadkie lecz interesujące. pewnego ranka odbyliśmy krótką, acz zażartą sprzeczkę, w wyniku której wyniósł się Zwierzak głęboko za słoje z kapustą. wkrótce wyciągnę rower, więc będziemy się widywać bardziej regularnie -- każdego poranka o 8.42.. cała ta zawiła sytuacja z pewnością najbardziej odbija się na Zwierzaku -- kto wie co mu tam pod kopułą się rodzi i czy aby głodny nie jest? możemy tylko przypuszczać, że jestem pewnym atrakcyjnym przerywnikiem jego monotonnego spędzania czasu w piwnicy.. czasem Zwierz staje na tylnych łapach, opierając się przednimi o deskę pudła na ziemniaki i przygląda się mi spokojnie. a ja jemu i tak kwitnie nasza dziwna znajomość. Kaja o naszym Gosciu na razie nie wie.

dzisiaj Zwierzę znowu ryło w ogródku, ale na świecie dzieją się rzeczy dużo straszniejsze, więc niech tam sobie ryje.. okazało się, że Giertych obraził się na 'sojuszników' z PiSu, po czym kolejnemu z wielkiej trójki -- Lepperowi poczerwieniały policzki, gdyż ma ogromną szansę na posadę wicepremiera w nowopowstającym (bo wyborów w maju nie będzie -- i dobrze, bo będziemy w Austrii) rządzie mniejszościowym.. byle się ociepliło..

29

kwi
2006

końcówka ligi..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 23.11

wróciłem z meczu. ci, z którymi było mi kiedykolwiek po drodze doskonale wiedzą, czym dla mnie jest piłka.. widzą też, że niczym jest piłka bez Mojej Drużyny. wiedzą, że pasja jest wieczna, że oddanie bezgraniczne a przyjemność przeplatana ze smutkiem kształtuje większość moich weekendów. to co się dzieje obecnie, czyli walka Górnika o pozostanie w ekstraklasie sprawiła, że na meczach zaczęły pojawiać się tłumy. tłumy jakich od lat nikt na Górniku nie widział i napewno się nie spodziewał..

Zabrze, 19. kwiecień, godz. 18.30
na mecz z Górnikiem przyjeżdża Pogoń Szczecin. prezes gości, Antoni Ptak wpadł na niekonwencjonalny pomysł i zatrudnił w klubie z Pomorza 22 .. brazylijczyków. szczecińska Samba gra jednak słabo, a Pogoń przegrywa mecz za meczem. a w Zabrzu nastąpił przełom: na stadionie pojawia się niewidziana tu od wielu, wielu lat 12-tysięczna publiczność. włodarze klubu obniżyli ceny biletów do 5 zł i na efekty nie było trzeba długo czekać. Górnik po wspaniałej walce wygrywa 2-1 i zdobywa jakże cenne 3 punkty.

Zabrze, 22. kwiecień, godz. 18.00
sobota. bilety nadal po 5 zł, a na kilka dni przed meczem kibice organizują szeroką akcję zachęcania do przyjścia na stadion. drukują ulotki, rozwieszają plakaty, nagłaśniają sprawę w mediach, reklamują przez internet. ostatecznie w sobotnie, ciepłe popołudnie na stadionie przy ul. Roosevelta pojawia się 16 tys kibiców, w tym całe rodziny, dzieci, córki, matki i kochanki. nawet moje Słoneczko przystrojone było w biało-niebiesko-czerwone barwy. to najwyższa liczba od pamiętnego meczu z Ruchem Chorzów, z 94 roku. Górnik niestety przegrywa i ponownie ląduje na przedostatnim miejscu w tabeli..

Zabrze, 29. kwiecień, godz. 18.00
3 z rzędu mecz Górnika u siebie. przyjeżdża gdyńska Arka, zespół także broniący się przed spadkiem. i znowu nie zawiedli kibice, którzy mimo chłodu i całodniowej ulewy przybywają na stadion w liczbie 12 tys. wspaniały mecz, niesamowity doping. Górnik naciska, Arka się odgryza: poziom spotkania rewelacyjny jak na polską ligę, nerwówka straszna, rRadek chciał nawet zjeść buta.. Górnik wygrywa 2-0 i ponownie ucieka ze strefy spadkowej..

do końca ligi 3 kolejki. o utrzymanie walczą Górnik, Łęczna, Arka i Polonia. Polonia już raczej z miernymi szansami, choć każdy klub będzie walczył do końca. niestety to właśnie nasz Górnik ma przed sobą najcięższych rywali: gramy z mistrzem: Legią i wicemistrzem: Wisłą, a dodatkowo w Łęcznej w ostatniej kolejce, kto wie, czy nie decydującej o utrzymaniu w lidze..

i tak to powoli ten czas sportowy mija.. z boku wszystko wygląda czysto, nie widać powtórki z Piłkarskiego Pokera.. oby wszystko dobrze się skończyło..

06

maj
2006

cudowne dzieciństwo komputerów 8-bitowych..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 12.17

pokolenie urodzone na przełomie lat 70. i 80. miało do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem. z nową formą rozrywki, która rozwijana od wielu lat wreszcie trafiła do mieszkań zwykłych ludzi. pojawiły się pierwsze ogólnodostepne komputery domowe.. przełom jaki nastąpił porównywany jest do największych rewolucji przemysłowych XX. wieku i był zdecydowanie większym wydarzeniem niż zaprezentowane w kolejnych latach telefony komórkowe, GPRS-y czy inne uciechy nowowczesnego człowieka. pojawiła się maszyna, którą wyposażono w 8-bitowy procesor taktowany zegarem 1Mhz. bieg historii, a zwłaszcza dzisiejsze osiągi w konstrukcjach mikroprocesorów narzuca wręcz delikatny uśmieszek na naszych już prawie 30-letnich twarzach: czymże jest 1Mhz dzisiaj? potężniejsze są nasze kuchenki mikrofalowe i inteligentne budziki. a ten jeden, jedyny megaherc w powiązaniu z układem graficznym pozwalającym osiągnąć rozdzielczość 320x200 pikseli oraz z chipem dźwiękowym SID (po latach magazyn Byte umieścił ten układ w dwudziestce najważniejszych wynalazków w historii komputeryzacji) dawał nam tyle radości, że do szczęścia nie potrzebowaliśmy już niczego..

zaczęło się od legendarnego Spectruma, którego (model ZX-80) miał u nas Hryniu. wkrótce na rynek wypuszczono fenomenalne Atari 800XL -- komputer, który podłączony do telewizora zapewniał pierwsze nieprzespane noce w naszych życiach. takie hity jak: Boulder Dash, River Raid czy Ninja obudziły w nas pasje z którymi nieprzerwanie walczymy do dziś. Atarynką dysponował Łuki, a proces 'wgrywania gry' do dzisiaj omawiamy podczas nostalgicznych spotkań przy piwie. otóż nośnikami gier były przegrywane na dwukasetowcach (gdzie się tylko dało) kasety magnetofonowe, a magnetofony podczas wczytywania gry podatne były na minimalne wręcz poziomy niestabilności, drgań czy nawet hałasu. gry ładowały się więc 45 minut (czyli tyle ile miała cała strona kasety magnetofonowej), a nigdy nie można było być pewnym 'wgrania'. pamiętam jak siadaliśmy w zaciemnionym i cichym pokoju i oczekiwaliśmy w nerwowości na grę. prawdę mówiąc, rzadko cokolwiek nam się wgrywało: byliśmy bandą rozwrzeszczanych bachorów, a wiadomo, że przy bandzie ciężko o spokój, a do tego ciszę. zaraz ktoś zaczął się kręcić, ktoś śmiać, a po nim ryczeli wszyscy. później wprowadziliśmy pewne rodzaje wróżb, a komu nie wyszło i gra się nie wczytała -- dostawał łomot od wszystkich. same gry były dla nas tym, czym dzisiaj są podróże: odkrywaniem nieznanego dotąd świata: niewyobrażalne emocje towarzyszyły kolejnym 'etapom' gry zręcznościowej, kolejnej rozwiązanej zagadce, kolejnym unicestwionym wrogu.. to były cudowne lata, gdy komputery może niewiele jeszcze potrafiły, a zabawa zależna była od .. 16KB (!!) pamięci, ale ... no właśnie, jaka piękna była to zabawa..

w roku 1991 niespodziewanie na gwiazdę podwórka wyrosłem ja. i to wcale nie z powodu osobistych zalet, a w związku z pierwszym w naszym małym świecie komputerem Commodore 64 ze stacją dyskietek (5 i 1/4 cala). teraz to u mnie przesiadywały tłumy, to mój telewizor podpięty do komodorka pracował przez 10 godz na dobę. po erze prymitywnych gierek przyszedł czas na te lepsze: startegiczne. godzinami walczyliśmy z przeważającym liczebnie wrogiem, a w szkole, na lekcjach zaczytywaliśmy na śmierć pierwsze numery Bajtka i Top Secret, rysowaliśmy mapy i opracowywaliśmy strategie. co jakiś czas słychać było gromkie: 'wieeem!', po czym biegliśmy testować nowe rozwiązanie. 5 poruszających się pikseli miało, wierzcie mi, kolosalne znaczenie, bo to w naszych głowach dubudowywaliśmy sobie ideologie -- ten świat nas ukształcił, ten świat był więcej warty niż dzisiejsze Radeony z gigabajtami pamięci. bo to był inny świat. po pewnym czasie umieliśmy nawet zmieniać kod, aby nasz bohater był nieśmiertelny. to było fajowe, bo ciągle miało się trzy życia. nie to co teraz..

sielankę 8-bitowców przerwała Amiga (hiszp. przyjaciółka). stworzony przez firmę Commodore komputer (najpopularniejsze były wersje: 500 i 1200) do dziś stanowi swoistą legendę, a przez wielu traktowany jest jako komputer wszechczasów. na Amisi można już było naprawdę sporo: gry charakteryzowały się ogromnymi możliwościami, rozdzielczość ekranu było o wiele wyższa, a dźwięk cudowny. to na Amidze powstawały hity, do nieprzytomności ogrywane po dziś dzień: The Manager, The Settlers, Dune, Cannon Fodder, Civilization i wiele, wiele innych. mimo, że oficjalnie zakazane, ale wciąż dostępne były sklepy, gdzie za 20 tys. zł przegrywano najnowsze, nigdy legalne gry. chodziło się z dyskietkami i można było mieć wszystko. coś jak dzisiaj z internetem, jednak wówczas bardziej klimatycznie, bardziej kulturowo. bo Amiga była swoistą kulturą: układaliśmy anty-pecetowe piosenki, tworzyliśmy chwalące Amisię grafiki, powstawały pierwsze Sceny, gdzie przechwalaliśmy się naszymi zdolnościami programowania..

czymże spowodowana jest moja dzisiejsza retrospekcja? otóż dobrzy ludzie stworzyli emulatory, na których można odpalić właściwie każdą grę z tamtych lat, można przywrócić niekiedy już zapomniane relikty tamtej epoki. okazuje się, że tysiące ludzi wciąż wspierają rozwój tego typu oprogramowania a niektóre fan-cluby urządzają rozgrywki w danych grach, oczywiście na starych oryginalnych maszynach. tak oto trafiłem na stronę fanów gry Kick Off2 (jedna z najdłużej przeze mnie katowanych gier piłkarskich), którzy co rok organizują mistrzostwa świata w tej wspaniałej grze. ostatnie mistrzostwa odbyły się w Kolonii w Niemczech, a na następne, po odpowiednim treningu, być może się wybiorę..

08

maj
2006

paintball

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 20.32

ktoś kiedyś powiedział, że facet czuje się facetem gdy idzie na wojnę. poniekąd to prawda i choć w dzisiejszych czasach wojny zostały wyparte przez sportowe współzawodnictwo, to jednak prawdziwą adrenalinę czuje się w walce. inny ktoś, tym razem już mi znany: kolega kibic, powiedział, że jadąc na mecz ma się nadzieję, że grupa zostanie 'przyatakowana', że jedzie się komuś dać w mordę, a piłka i meczowa atmosfera jest tego miłym uzupełnieniem..

wczoraj dane mi było po raz pierwszy uczestniczyć w paintballowej strzelance. kilka lat teorii w postaci komputerowych łupanek dały mi podstawy, jednak praktyka rządzi się swoimi prawami. różnorodność budynków do zdobycia lub obrony, mnogość misji, strategie i umówione znaki gwarantują wspaniałą zabawę, taki Counter Strike w realu. z mojej ulubionej niegdyś strzelanki: Tactical Ops wyniosłem jednak dość sporo. gdy większość wystrzeliła swoje kulki, ja miałem prawie pełny magazynek: dla mnie zabawą nie była naparzanka na oślep, a kulturalne zajście wroga od tyłu i .. strzał w plecy..

paintball to fajna gra. warunkiem jest dobra ekipa, fajne miejsce i wczucie się w klimat. a zaangażowanym nawet strzały w twarz nie są straszne.. szczegóły w fotoblogu majowym :)

15

maj
2006

1. liga zostaje w Zabrzu

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 09.02

najdziwniejszy sezon z tych, które pamiętam zakończony. wszystko skończyło się dobrze -- ekstraklasa zostaje w Zabrzu. żeby się naocznie o tym przekonać przejechałem 800 km, do Łęcznej. nasz doping, uporczywe dążenie do kibicowskiego celu niestety nie pomogły i Górnik przegrał ostatnie spotkanie. na szczęście przegrała też Arka z już zdegradowaną Polonią i znów, jakże szczęśliwie Górnikowi się udało.. ostatnia runda nie była więc kolejką cudów, a 18 tys. kibiców Górnika w sezonie 2006/2007 ponownie obejrzy 1. ligę.

23

maj
2006

idol

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 23.46

zaletą młodości, oprócz tego że jest się młodym, jest niczym nieskrępowana wizja przyszłości. jesteśmy otwarci, chętni i agresywni w swoich ambicjach. niewielkie pojęcie o elementach dorosłego świata nie przeszkadza nam w snuciu planów, a wręcz przeciwnie: pozwala wierzyć, że to o czym marzymy jest tuż obok, jest do zdobycia, jest na wyciągnięcie ręki.. to oczywiste, że kształtowanie własnej osoby nie wynika z nas samych: radośni z naszych pierwszych sukcesów ale też winni naszym pierwszym skrzywieniom są opiekunowie, nauczyciele, całe środowisko. problem w tym, że te decydujące pierwsze lata mkną zbyt szybko, abyśmy świadomie coś z tego zrozumieli, a nasze własne starania o bycie 'kimś dobrym' najczęściej udają się nam tak, jak Polakom udała się potyczka z Niemcami pod Westerplatte. właściwie zanim jeszcze zdamy sobie sprawę z tego, że ktoś nas tak a nie inaczej psychologicznie ulepił, to już zaczynamy naszą grę, staramy się imponować, oszukując kompanów, że jesteśmy kimś, do kogo w rzeczywistości nam daleko..

trochę się zagalopowałem, a chciałem napisać krótko: każdy z nas ma swoje pasje, każdy więc ma swego idola, na którym, w różnym stopniu się wzoruje. a raczej wzorował, bo już coraz starsi jesteśmy, a ja wciąż piszę, jakby to był etap wciąż tak bardzo aktualny.. odkąd pamiętam miałem swojego bohatera. w swoich snach nie byłem pilotem, strażakiem czy mistrzem karate. ja zawsze kochałem piłkę, więc odkąd pamiętam moim idolem był piłkarz.. imponował mi Tomek Wałdoch.

gdy ja zacząłem chodzić na stadion Górnika On już był tu od 2 lat. przyszedł do naszego Klubu na wiosnę 1989 roku z Gdańska, gdzie się urodził i gdzie zaczynał swoją piłkarską karierę. szybko wywalczył miejsce w pierwszym składzie Górnika, ufali mu partnerzy z zespołu, cenili go kibice. później został kapitanem swojej drużyny i to właśnie jego cechy charakteru tak mi się wówczas podobały. Tomek był graczem spokojnym, lecz jak na obrońcę przystało zadziornym. zawsze uśmiechnięty, przyjacielski i pełny radości. był graczem kompletnym, a wszędzie gdzie się pojawiał budził respekt. respekt budzi do dzisiaj, gdyż, co nie częste -- mimo sukcesu zachował swój styl. jest osobą 'normalną', bez nadmiernej pychy i poczucia (ala Zbigniew Boniek) chorobliwej wyższości. miałem okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać i mimo że byłem wówczas młodym kibicem, nasze rozmowy były wcale konstruktywne.

Tomek przed tygodniem zakończył piłkarską karierę. w piłce osiągnął dużo, bo oprócz wielu lat gry w Bundeslidze i reprezentacji Polski zdobył przecież wicemistrzostwo olimpijskie w roku '92. co ciekawe, lata minęły a jego zachowanie (choć znane tylko z wywiadów) nadal może imponować. a to jeszcze oznacza, że zbliżamy się do niebezpiecznej granicy, gdy współcześni nam piłkarze, którzy za naszych czasów swoje kariery rozpoczynali, teraz zamierzają je kończyć. niedobrze, ale tak być musi -- przedstawienie musi trwać..

2.

cze
006;

spodobała mi się książka..

kategoria: humor, link bezpośredni

Gliwice, 8.51

otrzymałem recenzję książki, którą miałem w korekcie. aż muszę Wam to pokazać..

Książka: Język C++. Szkoła programowania. Wydanie V
Ocena: 6
Recenzja: kupiłem książkę na allegro i po przeczytaniu pierwszych stron o programowaniu napisałem program parokrotnie bardziej skąplikowany od przykładu w książce (program o marchewkach a ja napisałem program który liczy pole powieżchni ostrosłópa). Napisałem go bez pomocy książki. Książka jest naprawdę świetna. Jest tylko jeden minus, mogłaby być w 2 lub 3 tomach. Tłómaczy wszystko w sposób bardzo jasny. Niggdy nie miałem styczności z żadnym językiem programowania. byłem mile zaskoczony po kupieniu tej książki że nie znając żadnego języka programowania można nauczyć się c++.

śmiać się czy płakać?

9.

cze
006;

World Cup 2006

kategoria: pasje, link bezpośredni

Gliwice, 7.24

the show starts.. po 2 latach eliminacji 32 najlepsze zespoły globu zaczynają walkę o Puchar Świata. szczęśliwcy, którym udało się kupić bilety są już w Niemczech, a całej reszcie pozostaje kibicowanie w domach, pubach czy u znajomych. kibicowanie biało-czerwonym, najpierw sercem, dopiero później rozumem. przecież to najlepsza okazja, aby obalić powiedzenie, że w mistrzostwach startują 32 drużyny, a na końcu zawsze zwyciężają Niemcy..
atmosfera z reklamy piwa Tyskie udziela się Polakom: w oknach powiewają biało-czerwone flagi, wszyscy oczekują pierwszego gwizdka. więc.. do boju Polsko!

17

cze
2006

Dortmund, Niemcy - Polska

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 23.52

około południa informację przesłał Damian: 'tomxx, jedziemy do Dortmundu'. nie dokończywszy spektaklu jakim był pierwszy mecz Brazylijczyków po paru godzinach siedziałem już w wesołym samochodzie, a browary wprawiały mnie i kolegów w miłą piłkarską pogadankę. i co z tego, że nie mieliśmy biletów -- celem był specyficzny mundialowy klimat..

już na granicy okazało się, że Niemcy strasznie się nas boją. standardowe przeszukanko samochodu, pytania dokąd jedziemy i po co, jak na granicy gdzieś daleko na wschodzie. na miejscu byliśmy ok. 13 dnia następnego. po samym wjeździe do Dortmundu rypnęło żabami; i to tak strasznie, aż się przestraszyłem, że nie pofocę. na szczęście słonko nie dało na siebie długo czekać i po chwili, już w strojach reprezentacyjnych ruszamy w stronę rynku.. mijanki z pierwszymi napotkanymi grupami Polaków mijają serdecznie i głośno -- potem okazało się, że jest nas tu tylu, że właściwie możemy czuć się jak u siebie w kraju. na głównej ulicy miasta spotykamy się z Robertem i jego kumplami. Robert przeniósł się z Zabrza do Londynu jakiś czas temu, a do Niemiec przyleciał specjalnie na mecz. na rynku impreza: fani z całego świata przystrojeni w swoje barwy narodowe wspólnie piją piwo i dyskutują o odbywającym się mundialu. ogromnym zaskoczeniem okazują się Niemcy -- przyjacielsko nastawieni, pomocni, szukający okazji do poznania. spotykamy fanów wszelkich narodowości, najbardziej ekscytują malowniczo prezentujący się kibice z Meksyku, Argentyny, Brazylii i Szwecji. Czechom gratulujemy świetnego pierwszego meczu, oni obligują się, że będą nam kibicować w meczu z gospodarzami. Hiszpanie lekko zakręceni, widać nigdy nie widzieli kilkunastu tysięcy Polaków w centrum europejskiego miasta. robiąc fotkę z fanem Serbii i Czarnogóry popełniłem gafę, nazywając go Francuzem; cóż, barwy identyczne. w międzyczasie mały dym na głównym placu i posypały się pierwsze aresztowania. za chwilę kolejna niespodzianka: spotykamy następnych fanów Górnika -- bawią się w Niemczech już od tygodnia -- i teraz tworzymy już całkiem pokaźną, 20-osobową grupę. pojawia się telewizja, szczególnie uporczywy reporter rosyjskiej Planety dopytuje się polskich dziewczyn o samopoczucie.. wszystko to odbywa się przy przeraźliwych krzykach: Deutschland, Deutschland, na co Polacy koniecznie dwa razy głośniej: Pooolska!! Biało-Czerwoni. z drugiej strony placu wrzawa: wypatrzony został Bobo, król polskich kibiców, facet, który od 1978 roku pojawia się na każdych Mistrzostwach, który ściskał się z Pelem, Eusebio i innymi światowymi gwiazdami. od razu robię sobie z nim fotkę, przy czym on ukrywa piwo, którym się chłodził w ten upalny dzień.. kolejni Niemcy wnoszą na rynek wielką imitację Pucharu Świata. coś tam pośpiewali, ale Puchar gwizdnęli im Polacy i teraz już cała Westfalia wie, że mistrzami świata będą biało-czerwone Orły (szczegóły w fotoblogu)..
po kilkugodzinnych emocjach zabawowo-alkoholowych udajemy się na stadion. i znowu miejscowi wykazali się gościnnością podwożąc nas na miejsce. przy Westfallen-Stadion koczuje już całkiem pokaźna grupa Polaków; obchodząc stadion natrafiamy na Borka i Kołtonia -- dwóch szczęśliwych komentatorów tv polsat; niestety nie chcą sobie zrobić z nami zdjęcia. spotykamy pierwszych koników, którzy oferują bilety klasy 1. za jedyne 300 euro.. w okolicach hali sportowej spotykamy kolejnego kibica Górnika -- Skórę, który to przyjechał na miejsce z Monachium, gdzie zdecydował się ostatnio szukać szczęścia.. zgodnie ze starą kibicowską zasadą próbujemy wbić się na stadion bez biletów. to jednak nie Liga Polska, a World Cup, tysiące ochroniarzy pracuje więc dość sprawnie. udało nam się minąć pierwsze bramki, niestety będąc już ok 20 metrów od trybun (!!) musimy zawrócić. bramki elektroniczne, przy każdej po 5 sprawdzających.. udajemy się do pobliskiego parku, gdzie na trawnikach leży już jakieś 30 tys. kibiców. zaczepia mnie reporterka z EuroSportu: organizuje konkurs trików piłkarskich. niespodziewanie dla samego siebie konkurs ów wygrywam, otrzymuję koszulkę i staję do ciekawego w formie wywiadu. najpierw zaczynam tłumaczyć jej złożoność polskiego piłkarstwa po niemiecku, potem czując się bardziej płynnie, przechodzę na angielski. pojawia się także polska telewizja -- rozmawiam i robię fotkę z Piotrem Sobczyńskim.. kolejna próba targowania się o bilety spełzła na niczym: Czarni nie chcą zejść poniżej 200 Euro, co jest ceną za wysoką. w końcu na stadion nie wchodzimy i mecz oglądamy na przystadionowym telebimie..

a mecz jak mecz. przegrywamy i tracimy szanse na awans do kolejnej rundy..

po meczu impreza w całym mieście, miejscowi radośni jak po wygraniu mistrzostw. zabawa na każdej ulicy, tańce i lejące się piwo. potem zapłakało niebo (chyba nad Polską) i lunęło dość solidnie. po 12 godzinach, już koło 2 nad ranem, gdy padnięci zajadaliśmy Pommesfrites mit Bratwurst podchodzi do nas grupa 3 fanów reprezentacji Angoli. don't worry Polska -- mówią, next time's gonna be better..

05

lip
2006

radiowy komentarz Tomasza Zimocha..

kategoria: humor, link bezpośredni

Gliwice, 01.21

pierwszy półfinał MŚ 2006, Niemcy - Włochy, po przerwie nie wytrzymałem. Szpakowski wzbudził mą niechęć, na Kołtonia obraziłem się po naszym przypadkowym spotkaniu w Dortmundzie, zostało mi radio, gdzie na Jedynce komentował niesamowity Tomasz Zimoch. kto słuchał ten wie: wymięka telewizyjny przekaz, wymięka livescore.net, wymiękają wszyscy. czasem nawet owe radiowe sprawozdanie przewyższa wrażenie z meczu oglądanego na żywo z trybun. ale do rzeczy: Zimoch znany jest z tego, że wprowadza słuchacza w fenomenalny wręcz nastrój, stosuje słowne dawkowanie emocji, wyrafinowane porównania, imponuje wiedzą. padając ze śmiechu zacząłem zapisywać co lepsze z wypowiedzi radiowego komentatora (od ok. 50 minuty spotkania, do ostatniej minuty dogrywki), choć oczywistym jest, że najlepiej brzmi to podczas meczu: :: na skroniach Buffona pojawił się pot. ciężki i lepki pot, jaki oczekuje się od osoby, która przypadkiem wpadła do takiej.. ciapy mokrej.
:: ale już zauważył Lahma -- niewidocznego, malutkiego, to żywe sreberko, wdzięczny owoc. jednego oszukał, drugiego już także..
:: ależ ładny zwrot.. w lewo, w prawo, Kehl zupełnie nie wiedział co zrobić, ale wiedział Cannavaro i już pomknął szybciutko w stronę odległej bramki..
:: kontuzjowany Mauro Camoranesi, ale już mu coś włożyli do nosa, taki malutki tamponik i już mu dobrze, już mu lepiej. to ważny człowiek, wszystko widzi, wiec co zrobić na boisku..
:: Cannavaro spojrzał na piłkę. to jego spojrzenie.. to spojrzenie jak przytulenie małego dziecka przez kochającego ojca..
:: Niemcy nie mogą przyspieszyć choć bardzo by chcieli. mało czasu.. ale przecież nie można zniszczyć ani tego elektronicznego dużego miernika, ani Roleksa na ręce sędziego..
:: i kto wygra..? kto tego wieczoru 4. lipca 2006 roku będzie miał więcej sił, kto wywalczy awans do finału..?
:: a Podolski patrzy w jego stronę aż prosząc wzrokiem o lepsze podanie. ale już klaszcze, już dziękuje..
:: kibice przeraźliwie gwiżdżą, bo leży teraz Gattuso. ten wojownik o twarzy rzezimieszka z dawnej ulicy Rzemieślniczej z Łodzi. na pewno nie udaje, to twardy zawodnik..
:: trenerzy nie wytrzymują. znowu niepotrzebne nerwy, znowu zakłopotanie, widzą coś innego, ale tak to jest kiedy entuzjazm przykrywa to co powinno ogarnąć się rozumem..
:: przeskoczyła mu ta piłka ponad jego czarnym butem..
:: i ten księżyc, przecięty przez Twardowskiego na pół, jest tym najmocniejszym reflektorem..
:: Alberto Gilardino jutro obchodzi 24 urodziny.. a 24 lata temu, dokładnie 5. lipca jego ojciec cieszył się także ze zwycięstwa Włochów nad Brazylią, 3-0 i cudowny Rossi. i pewnie mu powiedział: obyś był takim Rossim za 20- kilka lat..
:: gwizdek sędziego utknął, utknął jak samochód na zakorkowanej ulicy, utknął w tej wrzawie, w tym korku 50 tysęcy kibiców na Westfallenstadion..
:: Ballack jakiś zmęczony, obolały, jakiś taki przykurczony. to martwi Klinsmanna..
:: a on to przecież gwiazda Rzymu, gwiazda Włoch, choć daleko od swojej ojczyzny, to przecież tak blisko, bo ma za sobą tysiące Włochów rozkochanych w tym graczu..
:: kanclerz Merkel jest kapitalnym kibicem, świetnie reaguje w tej zielonej garsonce..
:: leży Metzelder, jak bokser znokautowany, w obronę bierze go sędzia..
:: Schweinsteiger wytarł teraz piłkę o tą białą mokrą reprezentacyjną koszulkę..
:: masaż brzucha? tak, teraz Klinsmann masuje ten czarny brzuch młodego Odonkora..
:: Marcelo Lippi, on już siwiuteńki, a teraz jakby mu jeszcze tej siwizny przybyło..
:: o ile sekund sędzia przedłuży ten mecz? może o kilka, może o 2 minuty..
:: fenomenalny dzisiaj Gianluigi Buffon, takie napięcie, a później chwila ulgi. raz znaleźć się na jego miejscu, raz to przeżyć..
:: teraz trener podniósł do góry ręce, przeciągnął się jakby był gdzieś na plaży, jakby opoczywał na tym słonecznym włoskim wybrzeżu..
:: jak u stomatologa, niemal słyszę odgłos kleszczy, tak mocno Zambrotta zagryzł zęby..
:: 90 minut emocji. ta włoska przeszkoda jest na razie za wysoka dla Niemców..
:: wszystkie kamery, jupitery, długie teleobiektywy w stronę Grosso, a Gilardino wciąż myśli jak to się mogło stać..
:: ależ szybka jest ta piłka. waży zaledwie pół kilograma, jak kawa. ale kto by teraz o kawie myślał, choć może i by się przydała, ukoiła nasze nerwy..
:: Włoch już wstał i spojrzał groźnie na Ballacka, który trzyma bidon i popija jak dziecko trzymające butelkę z oranżadą..
:: Schneider w stylu polskim podaje do obrońców, obrońcy do Schneidera, jakby mówili mu aby nie grał w stylu polskim..
:: Podolski strzela!!!! a tam babcia w Gliwicach niemal nie podskoczyła w nieopisanej radości..
:: Mamma Mia krzyknął Del Piero. Mamma Mia zawtórowali mu inni Włosi..
:: ten Padro z Dortmundu gdzieś tam siedzi w Watykanie i ogląda to wszystko. i tak pewnie sobie myśli i cieszy się, że to wszystko tak długo trwa..
:: Schneider leży, a Cannavaro stoi nad nim i krzyczy, jak może tak udawać, jak mu nie wstyd..
:: Pirlo jakby chciał powiedzieć jak Sophia Loren, że jak patrzycie na mnie i widzicie co we mnie najlepsze, to wszystko to jest zasługą spaghetti.
:: i Goooool!!! w tej chwili Włochy wielkie, ogromne i te Niemcy, potężny kraj a taki malutki.. to nie Lazio, to nie spaghetti, to włoski futbol, który jako jedyny sprzeciwił się Niemcom. a Niemcy już nie jadą do Berlina, tylko do Stuttgartu. nach Berlin fahren Squadra Azzura!!
:: Auf wiedersehen Italia, pisały dziś wszystkie niemieckie gazety, a tu nie do widzenia, a Italia mówi: guten morgen Berlin...!!

no comment, z czymś takim trudno mi konkurować..

10

lip
2006

po finałach..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 22.32

mistrzostwa zakończone. wiewióra mówi, że właściwie nic się nie zmieniło, poza tym, że przyzwyczajony umysł wciąż włącza telewizor odpowiednio o godz 16, 17 i 21. mundial skończony. a cały piłkarski świat jest wzburzony czerwoną kartką jednego z najwspanialszych piłkarzy w historii futbolu. Zinedine Zidane -- kapitan Francuzów, sportowy pomnik, człowiek bez skazy, artysta stawiany obok Pelego, Maradony, Eusebio, Crouffa czy Beckenuera.. w 109. minucie swojego 110. reprezentacyjnego występu uderza przeciwnika i osłabia swój zespół. Francja przegrywa a ogólnoświatowe dyskusje próbują zakwalifikować jego czyn..

pierwsze wrażenie jest oczywiste: brutalny, jaskrawy faul, jak on mogł zrobić coś tak brzydkiego? przeciętny kibic nie próbuje współczuć, gwizdem wyraża swoje zażenowanie, krzyczy zbulwersowany. Francja przegrywa, winny, co oczywiste, jest Zidane. jednak po kilku godzinach podejście się zmienia. Zinedine nie traci w naszych oczach, odzyskuje blask. zastanawiamy się, jakie słowa są w stanie wyprowadzić z równowagi tak spokojnego człowieka. dochodzimy do wniosku, że górę wziął honor. że honor jest ważniejszy nawet niż mistrzostwo świata. i nie próbuję tu dociekać, co też Materazzi powiedział Francuzowi, zwracam uwagę, że w pewnych sferach naszych emocji jesteśmy bezbronni. sportowo zahartowany organizm piłkarza nie został przygotowany na cios psychologiczny..

dramat sytuacji, mamy do czynienia z pierwszą w historii decyzją popartą przekazem wideo. dzisiejszy wielki sport -- okrutny i piękny. i tym właśnie różni się współczesność od klasycznej sztuki greckiej, która pokazywała atletycznego robota, bez grymasu na twarzy. dzisiejsze widowisko to twarze zdeformowane, zniekształcone, twarze prawdziwe. i właśnie to kochamy w sporcie. bo niezależnie czy kopiemy, odbijamy, czy rzucamy piłkę w grę wchodzą ludzkie emocje z których nie sposób zrezygnować, których nie można odrzucić. szczególnie w sporcie na najwyższym poziomie..

i jeszcze słowo o mundialu. jak zwykle było niezwykle, a słowa mojego kolegi Tomka sprzed imprezy: 'Szwajcaria - Togo. no kogo to interesuje?' śmieszą nas do dzisiaj. bo oglądaliśmy wszystko bez wyjątku. to był wspaniały turniej, zawody zespołów jednak bez wielkich odkryć indywidualnych. za 4 lata World Cup odbędzie się w Republice Południowej Afryki..

(osąd napisany po 24 godzinach, w wyklarowaniu omawianej sprawy pomogła mi poranna jazda z katowic do gliwic)

13

lip
2006

lato, upał. nic się nie dzieje..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 17.20

co za wakacje, upał jak fiut
smaży się asfalt na głównej ulicy
skończyłem pracę, jadę do domu
szczeniaki wrzeszczą w piaskownicy

nie lubię latać. Nie, nie, nie

młode sziksy leniwie liżą lody
i wygrzewają się jak koty
mijam przystanki pełne kobiet
nie mam siły na żadne ruchy

nie lubię latać. Nie, nie, nie


T.Love, 1994; słowa: Muniek Staszczyk

27

lip
2006

gorąca pseudowładza

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 23.23

och, ciężko się ostatnio u nas żyje. ciąży nam wszystkim sytuacja polityczna, prawie tak samo jak tegoroczne upały.. no ale z upałów mało kto się śmieje (a rolnikom zupełnie nie do śmiechu), natomiast z naszej władzy śmieją się już wszyscy. i nic dziwnego, że śmieje się komplet Polaków (tych u nas, ten milion na emigracji i nawet Crio w UK), gorzej, że śmieje się świat. Polska wreszcie stała się popularnym tematem programów telewizyjnych, ale wcale nie z powodu wzrostu PKB, niskiego bezrobocia czy sukcesów sportowych -- świat śmieje się z naszej władzy.. i.. wcale im się nie dziwię.

oglądając dowolny program publicystyczny jednego można być pewnym: słowa 'ja panu nie przerywałem' padną w programie minimum 15 razy, a minimum 5 razy z ust naszego pseudoprezydenta. zresztą on jest ostatnio aktorem wybitnym: kiedyś obraził się na redaktorkę Monikę Olejnik i zapowiedział, że nie będzie z nią rozmawiał przez całą swoją kadencję. ostatnio obraził się ponownie, tym razem za to, że jakiś niemiecki pismak nazwał go kartoflem. wkurzyła się nasza głowa państwa, że hej -- swoją obecnością nie zaszczycił nawet szczytu Weimerskiego.. kilka dni temu w trakcie wizyty u ratowników WOPR prezydent wygłosił subtelną kwestię 'Irasiad jest bardzo zdenerwowany', gdy jeden z ratowników powiedział do swojego psa: 'Ira, siad.'. Irasiad się zdenerwował, zdenerwowaliśmy się my wszyscy. społeczeństwo już nie wie nawet jak ma reagować na kolejne pomysły naszej wspaniałej koalicji rządzącej. bo oto minister Romek Giertych zapowiedział, że do szkoły wrócą niebieskie mundurki i jest to jedyny sposób na walkę z narkotyzacją polskiej oświaty. następnie ogłoszono, że wychowawca kolonijny powinien płacić alimenty za niechciane ciąże wśród kolonijnych małolatów. bo to, że rodzice nie wychowali swojej pociechy i ta puściła się z dopiero co poznanym 13-letnim kolegą nie jest problemem. problem stanowi wychowawca, który całej nocy nie przesiedział na korytarzu przez co gimnazjalistka będzie miała pociechę..

do tego dochodzą zmiany na niemal wszystkich państwowych posadach, a zmiana na stanowisku szefa radia BIS doczekała się już wcale nie mniejszych protestów, niż przeciw Giertychowi. oto rozgłośnia grająca dotąd klimaty off-owe i niszowe niekomercyjne kawałki dla inteligentnej częsci społeczeństwa zmienia swoją ramówkę -- odtąd radio będzie opierało się na zasadach komercyjnych znanych z dyskotekowych rozgłośni. wystosowano listy protestacyjne, ale oczywiście szans na odmianę nie ma żadnych.. PiS i reszta baranów zdaje sobie sprawę, że mogą niedociągnąć do kolejnych wyborów, więc kombinują jak mogą. doszło do tego, że próbują zmieniać nawet ordynację wyborczą, a wszystko po to, aby w wielkich miastach, gdzie LPR i Samoobrona mają łącznie może z 5% poparcia wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze. czyli głosując na PiS głosujesz na Samoobronę.. partię z minimalnym procentem poparcia przestaje w takim przypadku obowiązywać próg wyborczy i wszyscy są zadowoleni..

na skutek tego, iż Kaczyńscy nie zajmują się rządzeniem, tylko poszerzaniem swojej władzy, mamy falę emigracji. i nie wiem sam co robić. bo ja na nich przecież nie głosowałem..

na razie mam urlop.

29

lip
2006

sprostowanie

kategoria: humor, link bezpośredni

Gliwice, 21.53

wracając do poprzedniej notki: żarty żartami, ale aktualna sytuacja polityczna nie wywołuje u mnie, człowieka bardzo podatnego nawet na marne dowcipy, nawet luźnego pokrewieństwa chichotu. jedyne co mnie śmieszy to zachowanie poznańskich studentów, którzy wymalowali na murze: Kaczyński! historia może ci wybaczy, ale u nas masz przejebane! nooo, to to jest śmieszne. pozdrowienia z wakacji!

1.

sie
006;

wieści z wakacji

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 1.45

przemierzając na rowerze województwo lubuskie wzrok przyciągają nie tylko rozległe lasy, pola i jeziora. ciekawi są przede wszystkim miejscowi, opaleni i zarośnięci, w długich spodniach, koniecznie z rowerem u boku. gdy pytam takiego, dokąd prowadzi ta droga, odpowiadają od razu, bez zająknięcia, z bezgraniczną oczywistością w głosie i jakby pretensją, że tego nie wiem. jestem pewien, że na pytanie o stolicę Polski, nie odpowiedzieliby z takim przekonaniem i pewnością siebie..

7.

sie
006;

fajne, niefajne

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 2.16

dzisiaj po raz pierwszy po przerwie pojawiłem się w firmie. standardowo: 133 niezałatwione maile, do tego serwer się obraził na program pocztowy i po pobraniu, wiadomości nie były kasowane. skończyło się to siedmiokrotnym pobraniem poczty, czyli 931 niezałatwionymi sprawami. było to trochę zbyt wiele, jak na świeży umysł poniedziałkowy..

wracając do poprzedniego tygodnia, niefajne były 2 wydarzenia na drodze w okolicach Legnicy. najpierw minął mnie samochód z rowerem na dachu. podziwiałem spryt kierowcy, bo widać było, że bagażnik i mocowanie rowera wykonał samemu (mój rower wiozłem w bagażniku, po demontażu koła). będąc ok 100 metrów przede mną rower spadł pomysłowemu Dobromirowi z bagażnika i odbijając się kilkukrotnie w rytm bicia mojego serca wypadł poza drogę.. na szczęście mknąłem już wówczas z zawrotną prędkością 70 km/h i udało mi się wyhamować. drugie, bardziej niefajne wydarzenie, to krew na asfalcie. dużo krwi i dużo zwierzęcych szczątków. zderzył się biedny jeleń z jadącym chyba dość szybko samochodem; roztrzaskane auto w rowie, zwierzę martwe na zamkniętej drodze. ściszyłem muzykę, aby nie robić wsi. nawet 9 symfonia Beethowena byłaby wsią w tym momencie..

fajne wydarzenia to wschód słońca o 5 rano -- niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza pora dnia, kiedy powietrze jest rześkie, tafla jeziora nieruchoma, widoczność wspaniała i nie ma nikogo, kto mógłby zepsuć cudowne milczenie porannej przyrody. fajne są także podróże rowerem w nieznanych kierunkach, bez mapy. fajne jest rowerowe przekroczenie granic województwa, coś jakby imitacja granic państwowych. minięcie granicy: woj. lubuskie | woj. wielkopolskie przypomniało mi moje pierwsze wrażenie, gdy minąłem identyczny słupek odgradzający województwo śląskie od opolskiego. fajne są także rozmowy z miejscowymi, ale o tym było w poprzedniej notce.

fajne, w końcu, są powroty do domu, gdy ktoś na kogoś czeka..

11

sie
2006

..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 23.59

a gdy jest smutno, to kocha się zachody słońca..

25

sie
2006

europa

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 18.38

podróż czas zacząć. w planie w kolejności: Salzburg, Kufstein, Innsbruck, a potem Mediolan, Padwa, Wenecja. w międzyczasie Como, Cortina d'Ampezzo i Wiedeń..
podobno mają tam zieloną trawę, fajne widoki i zwierzęta z dzwonkami u szyji..

5.

wrz
006;

powrót

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 3.42

ahhh, piękne to były wakacje -- wróciłem radosny i zadowolony, a przy tym głowa widziała miejsc wiele, miejsc różnych, zdecydowanie innych niż te oglądane każdego dnia. plany zrealizowaliśmy -- w zasadzie Austria zaliczona w 100% wg planów, we Włoszech na skutek zmęczenia i baaaardzo mocnego słońca zrezygnowaliśmy z Padwy i Werony. w zamian mieliśmy większy luz w Wenecji i .. dzień beztroski na plaży Lido di Jesolo. materiału jest dużo, wkrótce wszystko opiszę po kolei, bo też przygód dziwnych nie brakowało. fotki 'się obrabiają', selekcjonują, układają i kasują -- coś z nich z pewnością będzie.. wkrótce nowe pixy w dziale z podróżami, natomiast fotoblog jestem zmuszony podzielić na wrześniową Austrię i, wyjątkowo, październikową Italię. jest tego zbyt dużo, by skazywać na zapomnienie na dnie mojego twardziela..

10

wrz
2006

Austria, relacja.

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 21.05

poruszanie się po tak niewielkim kraju, do tego poprzecinanego siecią idealnych autostrad, nie jest żadnym problemem. dziwne rozwiązanie zastosowano w samym Wiedniu, gdzie obwodnice prowadzą prawie przez centrum miasta. już po powrocie doczytałem, że jest to XIX wieczna staromiejska obwodnica (zwana Ringiem), a jadąc tą międzynarodową drogą łączącą wschodnią i zachodnią Europę mija się parlament, a liczne zabytki starego miasta można obserwować zza szyby pojazdu. po przejechaniu Wiednia jest już z górki: na pierwszy ogień poszedł Salzburg: wyjeżdżając ze stolicy uderzyliśmy na Linz, a później tą samą autostradą do samego Salzburga. die Westautobahn (zachodnia autostrada) to najważniejsza droga w Austrii, ciągnie się przez 301 km, tak więc sam Salzburg po jeździe ze średnią prędkością 120km/h osiąga się w 2,5h.

Salzburg

miasto zbudowane na filozofii Wolfganga Amadeusza Mozarta. to własnie tutaj, na Getreidegasse 9 urodził się i wychował słynny kompozytor. Salzburg czerpie z tego faktu od lat, a turystyka stanowi źródło największych dochodów tego 150-tysięcznego miasta. jak wszędzie indziej w Europie, ciężko znaleźć darmowe miejsce do parkowania: my zostawiliśmy auto w hotelu Sheraton za standarodwą stawkę 2,5E za godzinę. koniecznie należy zwiedzić prawy brzeg rzeki Salzach, gdzie rozciąga się stare miasto, czyli Altstadt. dominuje tu barokowa zabudowa wraz z wieloma kościołami. gdy wpadniecie w tłum turystów to znaczy, że dotarliście do Getreidegasse -- poróbcie kilka fotek przy Mozartshaus i idźcie szybko w stronę Salzburger Landestheater. mieliśmy to szczęście, że odbywała się premiera dramatu Mozarta 'LA Flinta Giardiniera' w trzech aktach.. przemknęliśmy wśród garniturów i ładnych kiecek, była też telewizja i szampan, ale byliśmy samochodem.. przyjrzeliśmy się z bliska kościołowi franciszkanów z XIII wieku, pałacowi arcybiskupów oraz katedrze salzburska z XVII wieku. na koniec udaliśmy się na wzgórze w stronę twierdzy Hohensalzburg z początku z XI wieku. rozciąga się stąd fantastyczny widok na całe miasto.

po kilku godzinach w mieście Mozarta ruszyliśmy do naszego celu, do Kufstein. co dziwne, aby w prostej linii dojechać do miasta w tym samym kraju musieliśmy ten kraj .. opuścić. autostrada prowadzi przez Niemcy, należy się kierować na Monachium i Innsbruck. po dwukrotnym przekroczeniu granic zameldowaliśmy się u Miśka, który odebrał nas spod siedziby swojej firmy.

Kufstein

małe przytulne miasteczko w kraju związkowym Tyrol, przy samej granicy z Niemcami. mieszka tu ok. 15 tys. mieszkańców, przepływa rzeka Inn, prawy alpejski dopływ Dunaju. warto zwiedzić rynek i przepiękną, klasyczną wręcz uliczkę Römerhofgasse (szczegóły w galerii). najbardziej znanym zabytkiem, podobno sławnym na całą zachodnią Europę jest die Festung Kufstein -- twierdza obronna z XIII wieku. znajduje się ona na wzgórzu, poprzez wspaniałe oświetlenie okazale prezentuje się szczególnie w nocy. Kufstein jest idealnym centrum wypadowym na liczne aplejskie szlaki. my weszliśmy na kilometrową (!!) górę Pendling, wspinaczka zajęła nam ok 3,5h. na szczycie rozpadało się, a chmury uniemożliwiły mi zrobienie dobrych fotek widokowych. w zamian wypiliśmy po Radlerze, miejscowym specyfiku, w którym połączono piwo z lemoniadą. innego dnia wjechaliśmy wyciągiem Kaiserlift (jedzie się ok. 30 minut za jedyne 8E/osoba) na wysokość ok 1500m, gdzie trawa jest bardziej zielona, nie ma elektryczności a zwierzęta dzwonią dzwonkami uwieszonymi u szyji. niestety znowu padało.

Innsbruck

z Kufstein do stolicy Tyrolu jest tylko 80 km. mieliśmy jednak pecha, bo po drodze pękła sobie przednia lewa opona w Clio siostry Anny. zabrałem się profesjonalnie za naprawę, ubrałem odblaskową kamizelkę, postawiłem trójkąt w przepisowych 100 metrach, a Agata pstrykała fotki. po 3 minutach zatrzymała się policja, uspokoiłem chłopaków, że sobie poradzimy.. nad samym Innsbruckiem góruje przebudowana w 2002 roku skocznia Bergisel -- jeden z obiektów Turnieju Czterech Skoczni. wjazd na górę jest płatny: bilet kosztuje 8E, ale po krótkich, acz zażartych negocjacjach przekonałem strażnika, że jesteśmy studentami i wpuścił nas po 5.5E! z tarasu widokowego na wieży rozciąga się fantastyczny widok, gdyż samo miasto położone jest w dolinie. ujrzeliśmy to, o czym co roku mówią nasi sprawozdawcy TVP -- zawodnik przed skokiem patrzy w dół i widzi .. cmentarz. przynajmniej nie mają daleko..
starówka zachowała średniowieczny układ urbanistyczny. warto przejść się zabytkowymi uliczkami, popatrzeć na liczne kafejki, fontanny i kolorowe kamieniczki. pełno tu malarzy, połykaczy ognia i .. skośnookich turystów. do najbardziej znanych zabytków należą (to z wikipedii) zamek cesarski Hofburg z XVI w. po przebudowie w XVIII w., w stylu rokokowym, kościół dworski (Hofkirche z XVI w.) z nagrobkiem cesarza Maksymiliana I oraz wieża miejska (Stadtturm) z XIV w. my olaliśmy wieżę, gdyż obok, na 7 piętrze znajduje się restauracja 360° z której widać lepiej, a do tego na wszystkie strony i za free. Innsbruck jest obecnie przebudowywany -- za niespełna dwa lata odbędą się tu mecze Mistrzostw Europy 2008, w których prawdopodobnie nie zagrają Polacy.

12

wrz
2006

liga mistrzów, kto odpadnie ten zostaje..

kategoria: humor, link bezpośredni

Gliwice, 17.00

- tomxx, na czym leci Liga Mistrzów?
- na TVN Turbo..
- yhh?
- TVP ma prawa do skrótów i jednego spotkania tygodniowo.
- no to znowu trzeba będzie zamieszać w skrzynce na klatce..
- ??
- bo tam sprytny monter zainstalował moduł wycinający pasmo dla tych, którzy nie płacą abonamentu w kablówce. ale można wykręcić moduł łącząc całość 10cm kablem antenowym.. a najlepszy był mój kumpel: wykręcił moduł a całość na siłę przykręcił metalową obejmą, zrobioną w warsztacie na kopalni. monter kilka lat się męczył, żeby to odkręcić, a cała klatka oglądała telewizornię za free..

14

wrz
2006

Italia, cz. I

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 08.54

Włochy przywitały nas słońcem..

najdogodniejszą linią tranzytową stanowiącą połączenie Niemiec z Włochami jest położona na wysokości 1370 m npm przełęcz Brenner. rozdziela ona Alpy Zillertalskie od Sztubajów (Stubaier Alpen) w Alpach Centralnych, a widoki są rzeczywiście niesamowite. przejście przez Brenner znane było już w starożytności, wykorzystywano je w średniowieczu, a obecnie przechodzi tędy autostrada A13 łącząca Innsbruck i Monachium z Weroną. na terenie Austrii jest to obecnie jedna z niewielu dróg dodatkowo płatnych -- za przejazd zapłaciliśmy 8E.

z autostrady Innsbruk-Brenner-Bozen zjechaliśmy na wyjeździe 'Trento centro', a dalsza droga w kierunku Riva del Gardana prowadzi już wąskimi górskimi drogami. wjechaliśmy do prowincji Trento -- do przepięknej kombinacja kultury, przyrody i włoskiego słońca przy Lago di Garda. jezioro Garda to największe jezioro w Italii, a położone na jego brzegach stare miasteczka są typowe dla tej okolicy. ich wąskie uliczki, piękna architektura, pociągające tarasy widokowe oraz słoneczny i łagodny klimat regionu przyciągają turystów, głównie Niemców. 'Kraj, w którym kwitną cytryny' -– pisał Goethe, zauroczony pięknem jeziora Garda..

Arco

zwiedzanie regionu należy rozpocząć od obejrzenia samego Arco, które jest pięknym miasteczkiem położonym nad rzeką Sarca. warto przejść się wąskimi przytulnymi uliczkami, obejrzeć placyk Piazza Tre Novembre i znajdujący się tam Kościół Kolegiacki. to najstarsza część miasta, wśród której wyróżniają się kolorowe kamieniczki oraz wystawy sklepikarzy prezentujące produkowane w większości w tym regionie wina. po przejściu 'części reprezentatywnej' warto udać się na południowy-wschód do miejsc, w których mieszkają zwykli Włosi, by brutalnie wedrzeć się w ich prywatność. tu już panuje kompletna cisza, co jakiś czas można spotkać dwoje rozmawiających sąsiadów, czasem jakieś dzieciaki taplające się w miejskiej fontannie czy kogoś mknącego na skuterze w nieznanym kierunku.. do znajdującego się na szczycie klifu zamku Arco prowadzi wąska kręta dróżka z setkami schodów. region ten już od czasów Rzymskich był silnie ufortyfikowany, a pozostałości zamków, murów i wartowni widać tu na każdym kroku. gdzieś na dole przeglądaliśmy kartki pocztowe, a wśród malowniczych zdjęć naszą uwagę przykuła jedna pocztówka, z pustą ławką oraz widokiem z góry na całe Arco. ławkę tą szukaliśmy przez godzinę, wędrując brukowanymi uliczkami, a następnie klucząc przez gaje oliwne. ale było warto: widok rzeczywiście jest wspaniały (go to fotoblog).. za samym miasteczkiem okolicę wypełniają plantacje winorośli oraz wysokie wzniesienie, a za nim już wody jeziora Garda.

aha, i lody, mają tu bardzo dobre lody.

niewątpliwie już sama podróż szosą wiodącą skalistym brzegiem jeziora Garda pozostanie na długo w pamięci. droga po zachdoniej stronie jeziora prowadzi przez liczne tunele, mosty i malownicze miasteczka. szczególnie warte polecenia jest miasteczko Limone sul Garda, którego mieszkańcy od wieków żyją bądź to z rybołóstwa (piękne nabrzeże) bądź z uprawy limonek i oliwek. obecnie w Limone znajduje się cała gama ekskluzywnych hoteli, do których zjeżdżają turyści z całej Europy.. jadąc dalej na południe wkraczamy w region Brescia, gdzie skręcamy na zachód udając się w stronę Mediolanu. specjalnie nie wjechaliśmy na autostradę, jednak jazda starą międzymiastową drogą jest ciężka -- to niewiele ponad 100 km, ale jedzie się długo z uwagi na bardzo częste ronda. od ciągłych skrętów w lewo zawieszenie samochodu wysiada, nie mówiąc już o kierowcy.. do Mediolanu wjeżdżamy ok 23, po godzinie kluczenia parkujemy przy samej katedrze Duomo..

20

wrz
2006

tekst cudzy, Nancy F. Koehn, Błędne rozumienie doskonałości

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 16.59

[..] zdałam sobie sprawę, że żyjemy w czasach, w których sukces definiowany jest tylko w jednym wymiarze: określonych osiągnięć w kategoriach pieniędzy, władzy, sławy, piękna albo połączenia tych elementów. rzadko wiemy cokolwiek o tych 'marnych' aspektach życia ludzi sukcesu albo o odcieniach szarości między sukcesem a porażką.

[..] próbowałam zrozumieć, dlaczego tak trudno jest zobaczyć kogoś, a zwłaszcza samych siebie w szerszy, bardziej zintegrowany i uczciwszy sposób. moim zdaniem problem tkwi w tym, że żyjąc w kulturze, która zachęca nas do ciągłego dążenia do doskonałości, wstydzimy się tego, że jesteśmy niedoskonali. wierzymy, że możemy (i powinniśmy) być doskonali, i uważamy, że naszym obowiązkiem jest stale dążyć do osiągnięcia tego stanu, dlatego gdy ponosimy porażkę, która jest przecież nieunikniona, jesteśmy zawstydzeni, rozczarowani i wycieńczeni.

w naszym społeczeństwie, a zwłaszcza w segmencie, w którym roi się od ludzi sukcesu, słabe punkty są niemile widziane, a posiadanie wad -- zakazane. dlatego też wszyscy skrzętnie ukrywają te cechy. w niektórych kontekstach samo przyznanie się do słabości albo do popełnienia błędu -- niech to będzie brak pewności siebie u mojego ojca albo złe posunięcie strategiczne dyrektora wyższego szczebla -- należy do rzadkości. a sukces, o którym mówi się dużo częściej, nabiera dodatkowego blasku. [..] będąc pod silnym wpływem mediów i ich czarno-białych ocen, nauczyliśmy się postrzegać sukces binarnie: albo jesteś człowiekiem sukcesu, albo nie.

29

wrz
2006

Italia cz. II -- Mediolan nocą

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 14.12

Mediolan (łac. Mediolanum, wł. Milano, ang./fr. Milan, niem. Mailand) to metropolia. w samym miaście mieszka 1,2 mln osób, a w zespole miejskim -- aż 4,3 mln. to spowodowało, że od wjazdu do miasta ok 23 minęło aż półtorej godziny, zanim dotarliśmy do ścisłego centrum..

a samo centrum wywarło na mnie wrażenie. i nie chodzi wcale o wspaniałe arterie miejskie, pięciogwiazdkowe hotele czy wystawy sklepowe najważniejszych projektantów świata mody. chodzi o plac katedralny Piazza del Duomo, który w sensie symbolicznym i geometrycznym wyznacza środek miasta. złożyło się tak, że właściwie byliśmy tam sami. była noc ze środy na czwartek, gdzieniegdzie powracające do domów pojedyncze rozbawione osoby, kilku sprzątaczy przygotowywało centrum na poranny, w pełni niekontrolowany zalew masy turystów. pod pomnikiem Karola V w objęciach przemknęła jakaś parka. byliśmy sam na sam z historią: gotcka katedra Duomo (Duomo di Milano), pod którą pierwszy kamień położono w 1386 roku, a której wnętrze może pomieścić 40 000 osób jednocześnie. właściwie budowla ta istnieje od 5 wieku ne., jednak po zniszczeniach i pożarach odbudowano ją zmieniając wygląd w wieku XIV. oświetlona, bogato zdobiona katedra prezentuje się fantastycznie w ciszy kończącego się lata..

Galeria Viktora Emmanuela II (Galleria Vittorio Emanuele II), która stanowi połączenie między Piazza del Duomo i Piazza della Scala. ogromny łuk triumfalny zaprasza do środka, więc korzystamy, delektując się sklepieniem ze szkła i metalu oraz ogromną kopułą nad skrzyżowaniem korytarzy. to tutaj Gucci, Prada, Armani czy Versace prezentują te swoje specyficzne 'coś do okrycia', za co inni skłonni są płacić grube tysiące euro. to tutaj ja robię kilka ciekawych fotek, na które później być może popatrzy kilka osób.. oświetlony pasaż w formie krzyża przyciąga nocą jak magnes..

i w końcu Opera La Scala (Teatro alla Scala), na widok której przypomniały mi się czasy szkoły podstawowej. kiedyś, na geografii, bodajże w 6 klasie, przygotowywałem notkę o Mediolanie i wówczas to Pani Łoś, nasza wychowawczyni, zakodowała mi gdzieś na samym dnie mojej świadomości, że Opera La Scala jest ważna i każdy, przynajmniej raz w życiu musi ją zobaczyć. nic nie mówiła o wejściu do środka, zresztą i tak nie byłoby nas na to stać, a poza tym był środek nocy. w 13 lat później, stojąc z Agatką przed omawianą Operą pomyślałem sobie, że Pani Łoś przesadzała -- La Scala wygląda .. zwyczajnie, a sprowadzając Mediolan do rangi Gliwic, zachowując oczywiście wszystkie konieczne perspektywy, to nasza Operetka mogłaby się z nią równać.. no dobra, trochę przesadziłem. w końcu to miejsce, gdzie plejada słynnych śpiewaków olśniewa świat swymi głosami od blisko 200 lat. ale gmach mają niepozorny. na placu opery znajduje się także pomnik Leonarda da Vinci, który swoimi wynalazkami czaruje świat nieco dłużej..

po dwóch godzinach błądzenia oświetlonymi alejkami, po czasie spędzonym w skupieniu sam na sam z milczącą historią wróciliśmy do samochodu. miała być to pierwsza noc spędzona w aucie. oczywiście nietaktem byłoby nocowanie pod katedrą, więc trzeba było coś wymyśleć. ponownie do głosu doszedł mój kibicowski umysł, który wymyślił, że cicho i spokojnie będzie pod stadionem (San Siro, kiedy gra na nim Ac Milan lub Stadio Meazza, kiedy pojedynki na nim toczy Inter Mediolan). cóż, w rzeczywistości cicho i spokojnie nie było, stadionu strzegła włoska policja (Carabinieri), ale udało się znaleźć miły zakątek, w którym przeczekaliśmy do rana. to był długi dzień..

29

wrz
2006

Italia cz. III -- Mediolan za dnia

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 15.39

poranek jak zwykle słoneczny. szybko zebraliśmy się obiecując sobie poranną toaletę w McDonaldzie. śniadania tam sobie nie obiecywaliśmy, w końcu mieliśmy ze sobą jeszcze trochę polskiej zdrowej żywności. po szybkim płukanku, po którym jakiś zniesmaczony pan w pośpiechu opuścił restauracyjną toaletę, zasiedliśmy na głównym placu miasta. wspaniała jest, mówię Wam, taka poranna godzina w słońcu z kawą w ręku, spędzona tylko i wyłącznie na obserwowaniu turystów na Piazza del Duomo. o tak, poranna mocna kawa zdołała unormować naszą sytuację wewnętrzną. wszystko zepsuł jakiś Senegalczyk, który to z okrzykami: 'piece for whole world' i 'i love you' obwiązał nam ręce kolorowymi nitkami. ponoć na szczęście. i chyba szczęście nam przyniosły, bo wróciliśmy do domu cali i zdrowi, a to zawiązane coś noszę do dzisiaj. oczywiście nie był taki friendly z czystej przyjaźni, odważnie przypomniał nam kilka razy o 'donation', które w końcu dostał. jednak nie na tyle duże, by wyglądał na w pełni uradowanego..

Mediolan za dnia jest innym miastem. przede wszystkim jest bardzo zatłoczony. po drugie, głośny, chaotyczny i niezdarny, począwszy od sprzedawców różnych różności, przez czarnoskórych handlarzy i wszechobecnych, wychowanych na drugim końcu globusa japońskich turystów, po zawsze głodne gołębie. jest miastem -- pomnikiem, jednak miastem, w którym osobom nieprzyzwyczajonym mieszkałoby się ciężko.

zwiedzamy katedrę Duomo -- piękna na zewnątrz, okazuje się bardzo surowa w środku. ale wspaniała, majestatyczna. zimne ściany zdobione są jedynie cyklicznymi wystawami malarstwa, interesującymi obeliskami i szacownymi mumiami dawno minionych istnień. zwiedzamy kryptę, gdzie pochowano zasłużonych, głównie związanych z kościołem biskupów. po wyjściu przechadzamy się znanymi na całym świecie ulicami, m.in. Via Monte Napoleone. mijamy kościół Św. Ambrożego (La Basilica di Sant?Ambrogio) -- Św. Ambroży uznawany jest za patrona Mediolanu, a sami mieszkańcy miasta nazywają siebie Ambrosiani. dzień jego imienin (7 grudnia) świętuje się, rozpoczynając sezon operowy w La Scali i urządzając wokół kościoła wielki jarmark. szczątki św. Ambrożego spoczywają w tym kościele, choć po dawnej świątyni, w której najsłynniejszy nawrócony poganin, święty Augustyn, usłyszał po raz pierwszy jego kazanie, nie pozostał dziś ślad.. wstępujemy do butiku Ferrari, gdzie można dotknąć bolidu Formuły 1, pewnie Michaela Schumachera, choć pewny nie jestem. chwilę spokoju osiągamy w klasztornym refektarzu kościoła Santa Maria delle Grazie, który kryje słynną Ostatnią Wieczerzę Leonarda da Vinci. obrazu nie widzieliśmy, bo kolejną porcję turystów wpuszczano za kilka godzin, a my .. szliśmy na mecz! udajemy się jeszcze na drugi koniec centrum, aby obejrzeć Dworzec Główny (Statione Centrale) -- budowlę znaną z jednostronnego wjazdu pociągów na stację..

metrem przemieszczamy się w pobliże stadionu, gdzie lustrujemy sytuację. dzisiejszego wieczoru odbywa się tu Trofeo Tim, coś na wzór naszego Superpucharu, gdzie najlepsze drużyny z poprzedniego sezonu walczą w meczach każdy z każdym po 45 minut. dla mnie bomba! za jednym zamachem oglądam jeden z najsłynniejszych stadionów świata oraz 3 światowe drużyny: AC Milan, Inter i Juventus Turyn. i to za jedyne 10E. co ciekawe, przy kupnie biletu poproszono nas o ID, tak że na bilecie widniało ręcznie wypisane moje nazwisko.. podczas imprezy stadion zapełniony w 1/3, przyszło ok 25 tys. fanów: po jednej stronie czarno-niebiescy fani Interu, po drugiej czerwono-czarni tiffosi Milanu, na środku, ok 5 tysięczna grupa fanów z Turynu. dopytałem się szybko jak kształtują się relacje między obiema grupami z Mediolanu. o dziwo nie ma między nimi agresji. koleś z fan-clubu Interu opowiadał, że na meczach między sobą wyzwiska ograniczają się do zwykłego 'fuck you', natomiast pięści przygotowywane są na znienawidzonych kibiców Juve. i widać to na turnieju, wyzwiska sypią się gęsto; choć zrozumiałem tylko 'Juve Merda', to po zachowaniu kibiców można było wnioskować, że lubią się jak my z Ruchem Chorzów. doping robi ogromne wrażenie, a przecież trybuna najzagorzalszych fanów Milanu nie była wypełniona nawet w połowie. to dla mnie, kibica Górnika doświadczenie kluczowe: doping tysięcy gardeł wspierany przez niezależne, kilkuosobowe grupy bębniarzy, nieznane mi wcześniej melodie kibicowskich przyśpiewek i bogate oflagowanie. to zdecydowanie światowa czołówka kibicowania.

po kolejnej nocy udajemy się w kierunku Wenecji. olewamy Weronę, bo podobno Julia wcale nie była z nią związana, nie zajeżdżamy też do Padwy. na przyweneckim parkingu meldujemy się w południe..

11

paź
2006

Polska - Portugalia

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 23.23

7. czerwca 1986, Monterrey, Polska – Portugalia 1:0. bramkę zdobył Włodzimierz Smolarek.

20 lat później..

11. października 2006, Chorzów, Polska - Portugalia 2-1. bramki dla nas zdobył Euzebiusz Smolarek.

w takich chwilach jesteśmy dumni z bycia Polakami!

27

paź
2006

NCsoft

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 00.17

miała być spokojna jesień, a tu się nawyprawiało.. przenoszę się do Anglii.. NCsoft, moja nowa firma to jeden z największych na świecie producentów gier gatunku Massively Multiplayer Online RPG. została założona w Korei Płd w 1997 roku, obecnie posiada szereg oddziałów na całym świecie (m.in. Japonia, Chiny, Tajwan, Stany Zjednoczone), a moje miejsce w tej drabince to NCsoft Europe z siedzibą w Brighton. rozmowy trwały około miesiąca, ostatecznie zaproszono mnie na interview do Anglii, a że wcześniej Crio i Kropa spili mnie przepotężnie to wyluzowany dostałem ową pracę. będę zajmował się lokalizacją produktów spółki, głównie do języka polskiego.. zaczynam 1. grudnia.

w międzyczasie sprawiliśmy sobie ze Słońcem weekend w Paryżu -- lecimy 24. listopada, szykuje się fajna wycieczka. szkoda tylko, że nie mówimy w ich języku. btw. dawno nie byłem w kraju, w którym ciężko się będzie porozumieć..

plusy ostatnich tygodni to zaskakujące wręcz zachowanie przyjaciół, znajomych i współpracowników, którzy najpierw z uśmiechem gratulowali, a następnie ze smutkiem zastanawiali się, jak to będzie, kiedy mnie tu nie będzie. to miłe, ale na nostalgię przyjdzie jeszcze czas.. w końcu pewien etap mojego życia zostanie zakończony.. minusem będą samotne święta -- trochę to źle zorganizowałem, ale już trudno, jakoś to będzie..

wkrótce zaległa notka z Wenecji, a później już chyba opis i fotki z Paryża.

02

lis
2006

miesiąc ostatni..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Gliwice, 00.21

wyścig z czasem nabiera barw.. Paryż za 3 tygodnie, Brighton za 4. właściwie to gdzie się nie spojrzę, tam niewyjaśnione sprawy. nazbierało się ich trochę za dużo, a zamknięcie firmy, kont bankowych, odstąpienie SportNetu i wymiana dokumentów to te najważniejsze. czas nigdy nie był moim sprzymierzeńcem, ale będę robił wszystko, aby ze wszystkim się uporać. obym tylko nie wyszedł na tym jak car Mikołaj II, który także ze wszystkim chciał dobrze, a w końcu go zastrzelili..

święto dla niektórych skończyło się wyjątkowo niemiło. otóż przed chwilą dopiero ugaszono pożar na moim osiedlu -- zalkoholizowany pan w średnim wieku, czyli właściciel palącego się mieszkania za wszelką cenę nie chciał go opuszczać, choć strażacy przystawiali 20-metrową drabinę. a w końcu gdy wyszedł, to zrobiła się taka awantura, że tylko interwencja uzbrojonych strażaków zapobiegła niechybnemu linczowi. porobiłem trochę fotek, bo 5-metrowy ogień z okna wygląda dość ciekawie, choć pewnie znowu nasze lokalne gazety nie będą zainteresowane newsami z mojej wystrzelonej w kosmos dzielnicy..

02

lis
2006

Italia cz. IV -- Wenecja. by Misia Moja..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 23.46

ostatni niezdobyty przez nas bastion włoskiej przygody podeszliśmy od strony morza. statkiem turystycznym z miejscowości Fusina (tu na kampingu zostawiliśmy nasz samochód), nie dbając o bilet, wraz z innymi nam podobnymi zapaleńcami podpłynęliśmy do tej jednej z najsłynniejszych wysp, do najbardziej zachwycającego po dzień dzisiejszy i największego pomnika architektury na świecie. niegdyś rządy sprawowali tu wielcy Dożowie, a bagnista laguna z okolicznymi wysepkami dawała idealne schronienie przed najazdami i napadami plemion Germańskich. Wenecja pochłonęła nas już od portu w dzielnicy Del Academica. było wczesne popołudnie kończącego się powoli lata, gdy zaczęliśmy się przeciskać się przez wąskie uliczki tego państwa w mieście. uliczki pełne uroku i nostalgii za minionymi czasami świetności, gdyż przed podbojami kolonialnymi Wenecja stanowiła jedno z największych i najsilniejszych w Europie miast.

Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..

do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.

udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.

12

lis
2006

tekst cudzy, gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz

kategoria: cudze, link bezpośredni

Gliwice, 21.54

gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, odważyłabym się popełnić więcej błędów. odprężyłabym się, rozluźniła. byłabym głupsza niż tym razem. mniej rzeczy brałabym na poważnie i wykorzystywałabym więcej szans. odbyłabym więcej podróży, wspięłabym się na więcej szczytów i przepłynęłabym więcej rzek. jadłabym więcej lodów, a mniej fasolki. pewnie miałabym więcej prawdziwych kłopotów, ale za to mniej urojonych.

widzisz, jestem jedną z tych osób, które zawsze są rozsądne i przytomne, godzina po godzinie, dzień po dniu. och, miałam też swoje piękne chwile, ale gdyby przyszło mi robić wszystko od nowa, miałabym ich więcej. prawdę mówiąc, nie próbowałabym niczego innego - tylko przeżywać chwile, jedną po drugiej, zamiast tylu czekających mnie lat.

należę do osób, które nigdzie nie ruszają się bez termometru, butelki z gorącą wodą, płaszcza i spadochronu. gdybym mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, biegałabym boso wczesną wiosną i nie zakładałabym butów do późnej jesieni. częściej chodziłabym na tańce. częściej jeździła na karuzeli. zbierałabym więcej stokrotek.

22

lis
2006

porządki, pakowanie, przemyślenia..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Gliwice, 00.30

ten tydzień spędziłem na pożegnaniach. najpierw pożegnałem się z pamiątkami dzieciństwa, które od kilkunastu lat zalegały na dnach wszystkich możliwych szuflad w moim pokoju. do kosza poleciały więc książki, plakaty i karty. przez lata wynoszone z pubów i dyskotek kufle, popielniczki, ulotki i plakietki. wystane, czesto na mrozie autografy piłkarzy, pamiątkowe zeszyty piłkarskie i zdjęcia kibiców. dziesiątki pierwszych, przegrywanych na dwukasetowcach taśm zespołów mojej młodości, poleciały nawet oryginalne albumy Kultu i T.Love'u, o co nigdy wcześniej bym siebie nie posądził. swój żywot zakończyło kilkanaście luźnych części komputerowych (wśród których atrakcją była 8MB kość pamięci SIMM i pamiętająca pierwsze PC-ty karta grafiki S3 Virge) oraz komputer, który nie umiał udowodnić swojej przydatności w XXI wieku. poleciała ogromna większość notatek ze studiów, jedynie przydatne w całej tej rozleglej edukacji okazały się materiały z j. niemieckiego, który to postanawiam sobie odświeżyć. poleciała w końcu spora część moich ubrań, myślę sobie, że niemała część jakiejś zapadłej afrykańskiej wioski znalazłaby w tym coś dla siebie na niejedną burzę piaskową.. pożegnałem się także z prowadzoną od 6 lat siecią komputerową SportNet. heh, dużo radości z tego miałem, choć nie raz przyszło mi skakać na mrozie naprawiając kable. przez 6 długich lat byłem królem internetu na mojej dzielnicy..

pożegnałem się także z przyjaciółmi. z różnych przyczyn nie było wszystkich, ale ci co byli jak zwykle dali radę. ostatnie dwa lata to masa nowych znajomości, głównie związanych z Wydawnictwem. nauczyłem się, że nie można być lubianym przez wszystkich. i nie należy, a wręcz nie wolno próbować tego zmieniać i starać się zbyt mocno. zrozumiałem także co mnie wkurza u ludzi.. nie wytrzymuję, gdy ktoś powtarza to, co już raz powiedział, mimo że już za pierwszym razem przyznało mu się rację. zdarzają się tacy, co to po raz trzeci coś powtarzają, ale ilu ich jest to nie wiem, bo po drugim razie przestaję ich słuchać. marudom mówimy stanowcze nie.

w ogóle to odnalazłem w historii mojej strony notkę sprzed roku i 9 miesięcy, w której pisałem:

wzruszam się czasami rozglądając się po swoim pokoju. spędziłem w tej małej klitce prawie każdą noc swojego życia. uczucia pewności nie zabijają sporadyczne przemeblowania, ściany pamiętają wszystko co ważne z ostatniego ćwierćwiecza. kiedyś były na nich ślady po starych plakatach, zrywanych i zawieszanych w miarę jak dojrzewały i zmieniały się moje pasje: piłkarze, gwiazdy rocka, znów piłkarze, a z czasem piękne, opalone dziewczyny. ślady te odmierzały mijające lata równie precyzyjnie jak wzrost znaczony ołówkiem na szafie. z czasem zabrakło i szafy i plakatów. pozostały głęboko w pamięci.

wtedy byłem bliski wyjazdu, teraz wyjazd realizuję..

i jeszcze słowo o najnowszych przemyśleniach. przenoszę się dla dwóch spraw: dla przygody i dla rozwoju. przygody, bo inna rzeczywistość odmieni moje postrzeganie świata, a europejskie zarobki przybliżą mnie do moich wymarzonych podróży. mam zamiar być wszędzie. i dla rozwoju, bo zacznę śnić po angielsku, poznam nowych ludzi, więcej czasu poświęcę fotografii i programowaniu, no i, co chyba najważniejsze, wreszcie się usamodzielnię. wyczytałem, że w zmianach pracy liczą się trendy i częstotliwość. mówi się, że istnieją dwa poważne błędy, jakie może popełnić młody człowiek zaczynający karierę -- zbyt częste zmienianie pracy oraz nie zmienianie pracy wystarczająco często. mówiąc o pracy i rozwoju, zawsze przypomina mi się pewna zamierzchła anegdota filmowa:

kiedyś Jan Himelsbach dostał propozycję roli w zachodnim filmie, ale po namyśle ją odrzucił. wyjaśniając powiedział: ja się nauczę angielskiego, a oni jeszcze gotowi odwołać produkcję. i co wtedy? zostanę jak ten chuj z tym angielskim!

29

lis
2006

nowa ojczyzna

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 00.43

[..] na wszystko jeszcze raz popatrzę..
i ruszę drogą, gdzieś .. [..]

wylatuję za 5 godzin. o ile mgła odejdzie precz..

paryż zajebisty, wkrótce relacja..

30

lis
2006

już w brighton

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.16

mgła ustąpiła. jestem w Brighton już drugi dzień, ale dzień zlewa się z nocą, śpię w dziwnych porach, niekoniecznie gdy ciemno na zewnątrz.. dojazd do Nowego Domu był sporym wysiłkiem, szczególnie dlatego, że nadwagę mojego bagażu określono na .. 830 zł.

jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby sprawdzić gdzie tak naprawdę znajduje się ta wioska Luton z przylondy ńskim lotniskiem. dlatego zdziwiłem się, gdy jadąc szaro-niebieskim bezpośrednim pociągiem linii First Capital Connect do Brighon, minąłem sławny London Bridge nad Tamizą. to pociąg podmiejski, porównywalny z tymi naszymi niebiesko-żółtymi relacji Gliwice - Załęże, ten jednak by czysty, pachnący i nowoczesny. i sunął po torach tak gładko, że mijane zielone łąki i oświetlane złotymi wstążkami słońca angielskie miasteczka przesuwały się płynnie jak w jakimś filmie. niebo, drzewa, domy, ziemia. i zobaczyłem innych Angoli, niż tych, których pamiętałem z pierwszej wizyty w UK. mężczyźni w garniturach z palmptopami w rękach, kobiety pachnące z porannymi wydaniami Times'a prezentowali się, muszę powiedzieć, poważnie i elegancko. wszyscy wysiedli w centralnym Londynie, dziesiątki, setki anonimowych postaci zaczynało swój normalny dzień, a ja przeżywałem swoje pierwsze chwile na nowym lądzie. zostałem w pociągu prawie sam..

w Nowym Domu mam już swój kąt, mam swój materac i swój czas.. dzisiaj dokonałem swoich pierwszych zakupów, pierwszy raz nie zrozumiałem się z kasjerką w sklepie, pierwszy raz włóczyłem się po plaży, pozornie bez celu. to miasto z wielkim metalowym pomnikiem angielskiego pączka na plaży, z ogromnym molem, gdzie podręcznikowo wręcz zarabia się pieniądze i z dwupiętrowymi autobusami firmy Brighton & Hove Bus and Coach Company. jest tu uniwersytet, stąd pewnie ogromna liczba młodych ludzi na ulicach, cała masa dealerów telefonii komórkowej i bezrobotni, na rogach uliczek sprzedający otrzymane od urzędu pracy gazety. są kościoły z białego kamienia i luksusowa dzielnica Marina, gdzie pod dom podpływa się jachtem i parkuje się go w ogródku, tak łatwo, jak rower na przydomowym stojaku. są piwa, których nigdy nie piłem, a na kawie widnieje ostrzeżenie: coffee is a source of antioxidants. i myślę sobie, przed moim pierwszym dniem pracy, że na razie jest dobrze. dopóki nie śnię po angielsku i nie kibicuję reprezentacji Anglii jest dobrze.

1.

lut
006;

first day..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 3.31

pierwszy dzień w nowej pracy wypadł obiecująco. mnóstwo muszę się jeszcze nauczyć, ale jak mawiał Einstein (a może Sokrates?), czym więcej się uczysz, tym więcej zauważasz możliwości doskonalenia się. najważniejsze, że mój angielski nie jest taki zły, a najmilsze, że przyjęto mnie serdecznie. na firmowym intranecie poświęcono mi nawet całego newsa (!!). oto przeklejony on:

News
Welcome Tomasz Ankudowicz


08:06:00, 01 December 2006 | News / Announcements

Posted by James Spafford

Hiring one Tom / Thomas wasn’t enough for NCsoft. Two Toms only wet the appetite, and the recent acquisition of the third Tom still wasn’t enough to quench NCsoft’s thirst for Tom.

That’s why we hired Tomasz. He may spell his name slightly differently but do not be fooled, this is another of the same breed, and our Tom count is now at a mighty 4.

Tomasz hails from Poland, where he has worked in or trained in many, many areas including HR management, retail, IT services, programming, networking and localisation. And it’s that last one that’s the key – because today Tomasz joins us as a Localisation Linguistic Manager. What’s that? I don’t know. But luckily (and thankfully seeing as he hired him) David Bonin does: “he’ll be managing the linguistic resources for Eastern European Territories, with maybe some translation thrown in” well that clears that up then!

I asked Tomasz’s good friend Marek for some interesting info on him, maybe some dirt.

“He’s interested in many things, from programming, through chess, football, cutting my hair off, when I’m drunk, traveling, reading books, chess, football, chess & etc. Oh one more thing! Both me & him are heavily addicted to sunflower seeds..[..]”

and I guess that clears that up too!

a po pracy uroczyście nawaliłem się Guinessem i dwoma Grolschami. maras mówi, że takie szybkie tempo to wina morskiego powietrza, ja myślę, że to przez ten stres. w każdym razie, było miło. dobranoc.

5.

lut
006;

kolejne wrażenia..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 2.41

każdego dnia Wielka Brytania przedstawia mi definicję swojej pogody. i nie chodzi o to, że pada, bo pada wszędzie. tu jednak, jak na jakimś górskim szczycie, pogoda zmienia się co kilka minut. dzisiaj rano na przykład lało poziomo.. wiatr był tak silny, deszcz tak rzęsisty, że przez moment miałem obawy, czy szyby w oknach wytrzymają. i padało tak sobie kilka minut, po czym.. wyszło słońce, na niebie, na małą chwilę pojawił się błękit. pomyślałem: to dobry moment na wyjście do firmy. wyszedłem i .. wszedłem do pracy przemoczony, od blond włosów, do nowych butów z Kłobucka. a moja kurtka, zamiast chronić od deszczu, zachowuje się jak gąbka, więc najwyższy czas poszukać czegoś bardziej odpowiedniego na tą szerokość geograficzną..

wciąż mam problemy z kierunkiem ruchu pojazdów. jako że samochodem tutaj ani nie jeżdżę, ani tym bardziej go nie posiadam, mój problem dotyczy wyłącznie chodnika i przejść na drugą stronę jezdni. za cholerę nie mogę zapamiętać w którą stronę powinienem spojrzeć przy przekraczaniu ulicy. to niby proste: w przeciwną niż u nas. ale to proste nie jest, mylę się notorycznie, a aby nie zginąć tu marnie pod kołami rozpędzonego autobusu, patrzę jak oszalały na wszystkie kierunki. oni mają taki dziwny system, niby droga ma dwa pasy, ale za tymi pasami jest jakiś szczególny odcinek drogi jednokierunkowej. plus jest taki, że tu nikt nie czeka na zielone światło, przechodzi się zawsze i wszędzie tam, gdzie droga jest wolna. lewostronny ruch dotyczy także chodnika; kilka razy zderzyłem się już z innymi pieszymi, bo oni twardo stąpają po swojej stronie i nie są skłonni pomóc obcokrajowcowi. o tępym wpatrywaniu się w witryny sklepowe nie ma więc mowy..

w pracy super: coraz więcej znajomości, zwiększa się grupa twarzy przeze mnie rozpoznawalnych, pamiętam nawet te skomplikowane światowe imiona, jak Foucauld, Cintzia czy May.. wczoraj po raz pierwszy grałem z NCsoft team na hali w piłkę -- w drużynie z brytyjczykiem, dwoma niemcami i francuzem, który kilka lat mieszkał na Węgrzech. dzisiaj już tłumaczyłem, choć z ważniejszych zadań należy wspomnieć o konferencji telefonicznej (kilka sekund nad tym sformułowaniem myślałem, bo przecież prościej powiedzieć: phone conf) z chłopakami ze Seattle na temat odmiennych reguł gramatycznych j. polskiego, a z rzeczy śmieszniejszych o przygotowywaniu słownika wyrazów zabronionych do najnowszej edycji gry Guild Wars. amerykańcom nie przyszło do głowy skomplikowanie polskiej gramatyki, przez co nie uwzględnili w kodzie programu możliwości występowania odmian. mamy więc zwroty w stylu: ciężki tarcza czy kryształowy zbroja.. przy bad language filter miałem natomiast straszny ubaw, tu także nikt nie spodziewał się tak ogromnych możliwości poetyckiej naszego języka. nie zdawali sobie sprawy, że mamy tyle seksualnych określeń i taką różnorodność znaczeniową znanej już ze starożytności 'kurwy'. musiałem także wyodrębnić pozycję blokowanego członu w wyrazie lub w całym zdaniu. przykładowo: ustalając blokadę zaczynającą się od: 'jeb' uwzględniłbym zarówno 'jebany', jak i 'jebaj się' czy 'jebię'. ale przeszło by już: 'pojebany', czy 'zajebana'. taka językowa zabawa :)

z technicznego punktu widzenia, mam tu najszybszy komputer świata, a pracuje się na dwóch monitorach, bo to pomaga w wydajności..:P

10

gru
2006

fotoblog

kategoria: pasje, link bezpośredni

Brighton, 19.05

z pewnym opóźnieniem dodałem nowe fotki do grudniowego fotobloga. podziękujcie tomowi z firmy UX Systems za miły hosting, teraz nowości będą pojawiały się już bez poślizgów.. minione tygodnie to głównie pożegnania, więc ludzie odegrali w nich znaczące role. później jest pewien przeskok w nowe miejsce. zrezygnowałem z fotek samego miasta, skupiłem się na okolicy. wrzuciłem więc wczorajsze fotki wybrzeża w okolicy miasteczka Seaford, zresztą .. sami zobaczycie..

11

gru
2006

być jak..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 23.43

I do not try to dance better than anyone else. I only try to dance better than myself.. -- Mikhail Baryshnikov..

17

gru
2006

Paryż

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.09

weekend w Paryżu to w dużej mierze zasługa tanich linii lotniczych. w dawnych czasach półtora tysiąca kilometrów w linii prostej oznaczało dla człowieka mniej więcej tyle, że zabraknie mu sił na powrót. teraz można teoretycznie wybrać się drugi koniec Europy i wrócić tego samego dnia płacąc za przelot tyle, co za taksówkę w dużym mieście..

miasto: zespół miejski Paryża zamieszkuje ponad 11 mln mieszkańców, same miasto ok 2 mln. podzielono je na 20 dzielnic, a historyczne centrum Paryża stanowi wyspa Île de la Cité na Sekwanie, na której położona jest katedra Notre-Dame. tak ogromna struktura wymaga przemyślanego środka transportu -- w Paryżu króluje metro: działa kilkanaście linii, we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkie możliwe dzielnice, ale co najważniejsze: wszędzie można się dostać bardzo szybko.. bilety nie są tanie, my zapłaciliśmy 36 euro za bilet 3 dniowy ważny na 5 stref, czyli dokładnie tyle aby zwiedzić wszystko (bilet obejmuje przejazd metrem i koleją podmiejską 'RER'). przemierzaliśmy przeciągnięte do granic możliwości miasto, rozpieprzoną, wręcz zwielokrotnioną francuską stolicę, ale trwało to 6 czy 7 razy krócej, niż sugeruje rozsądek, niż wskazywałby na to rachunek kilometrów, pociągów i miejsc..

pierwsze wrażenie: ogromne. z jednej strony można powiedzieć miasto jak każde. bo jak wszędzie Turcy wywijają nożami w swoich budkach z kebabami, Polacy śpią w namiotach na nabrzeżu, Niemcy są głośni, Hiszpanie zadowoleni, Japońcy robią fotki, a Ruscy mają sygnety. z drugiej jednak strony na każdym kroku widać tu pomysł i historię. miasto jest czyste i zadbane; kamienice jakby świeżo otynkowane i pomalowane, choć jednorodne. wszystko ma swój sens, swoje miejsce, widać organizację i pomysł.. ludzie: metro jest miejscem, gdzie spotyka się ludzi reprezentujących wszystkie grupy społeczne. byliśmy pozytywnie zaskoczeni Francuzami. na każdym kroku widać tu dystynkcję, widać wytworność i elegancję w sposobie zachowania. na każdym kroku ktoś za coś cię przeprasza, jest dużo uśmiechu. tak jak w innych miastach zachodniej Europy widać dużą tolerancję, choć dziwnie to brzmi po jakimś roku od francuskich zamieszek na tle rasowym.. miejscowi wydali mi się pozytywnie nastawieni do obcych, choć oczywiście od każdej reguły są wyjątki. gorzej z językiem, choć młodzi ludzie najczęściej znają angielski. zdarzało się jednak i tak, że zaczepiony Francuz odpowiadał nam po swojemu, mówił długo i w ogóle się nie przejmował, że my nic nie rozumiemy. my odpowiadaliśmy po angielsku, także się nie przejmując. słuchał uważnie i znowu odpowiadał po swojemu. a ja pojawiłem się tam z czterema francuskimi słowami w głowie. i 8 hiszpańskimi, choć wiedzialem, że do niczego się nie przydadzą.. zabytki: jest ich za dużo. jak na jeden weekend, a nawet na dwa. te najbardziej popularne, jak Luwr (Musée du Louvre), wieża Eiffla (Tour Eiffel), Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) czy katedra Notre-Dame (Cathédrale Notre Dame de Paris) zobaczyć jednak należy. owszem, w samym Luwrze można spędzić nie weekend, a całe dwa tygodnie, choć standardowe wycieczki turystyczne prowadzą jedynie śladami największych arecydzieł tego muzeum. my spędziliśmy w Luwrze jakieś 8 godzin, skupiliśmy się na starożytnej Grecji i Egipcie oraz na najbardziej znanych dziełach malarstwa i rzeźby, jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa, która wydała mi się trochę .. mała.

z kolei katedra Notre Dame, tak jak się spodziewaliśmy tonęła w powodzi turystów. z jednej strony przemawiała historia, z drugiej w najlepsze trwała promocja jakiegoś napoju, z głośników leciał miejscowy hip-hop, a francuscy chłopcy na łyżworolkach slalomowali między ustawionymi słupkami, wcielając się w wyobraźni w swoich braci zza oceanu. warto wejść do środka oraz wjechać na wieże (to te od dzwonnika) skąd widać fajną panoramę miasta..

symbol Paryża, wieżę zaprojektowaną przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffela oglądaliśmy dwukrotnie: w nocy w piątek i rano w niedzielę. w piątek wysiedliśmy na Pont Mirabeau, gdzie panorama Pól Marsowych z oświetloną wieżą po środku robi kolosalne wrażenie. na moście Pont d'Iéna musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika, kilkoma rzędami sunęli na nas czarnoskórzy sprzedawcy kiczowatych pamiątek. mieli tylko wieże Eiffla, ale za to we wszystkich kolorach tęczy, w różnych odmianach metalu i plastiku, podświetlane, malowane, stojące, wiszące i Bóg wie jakie jeszcze. w niedzielę wjechaliśmy na górę. kolejki długie, bilet po 13 E, ale widoki wspaniałe. do tego przejaśniło się, wyszło słońce, można było robić fotki -- takie światło zdarza się tylko jesienią, tylko po burzy. Eiffel od środka to plątanina drutów i pajęczyna kolejowych szyn ustawiona pionowo. ale robi ogromne wrażenie. na 3 platformach porozrzucane są punkty widokowe, kafejki i sklepiki. jest też małe muzeum, gdzie można obejrzeć kilkunastominutowy film na temat obiektu.

no ale najpiękniejszy jest chyba zwykły spacer ulicami Paryża. warto się zgubić, zejść z utartych turystycznych szlaków. warto przejść się wzdłuż Sekwany (La Seine), bo tutaj nawet nuda przybiera formy nieco bardziej wyrafinowane. warto postać na moście (a jest ich tu wiele) i popatrzeć jak płynie woda. bo przecież woda jaka właśnie tu płynie parę dni temu była jeszcze na Wyżynie Langres a za kilkanaście godzin wpadnie do kanału La Manche.. spacer jest fajny, choć nam najczęściej przyszLo uciekać przed deszczem, bo tego weekendu na Sekwanę, na zabytki, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. padało na wszystko, bo przyroda także jest demokratką. ale to był listopad, miesiąc jesienny, miesiąc jak każdy inny i mimo takich warunków, uparcie i pokrętnie zwiedzaliśmy kolejne dzielnice, takie jak Saint-Germain, Bastille czy La Défense, z monstrualnym nowoczesnym Łukiem triumfalnym..

takie luźne podróżowanie po ogromnym mieście męczy, ale ma też swoje olbrzymie plusy, jak choćby możliwość ujrzenia prawdziwego ducha metropolii. wracając z Montmarte weszliśmy na tłumnie okupowaną naziemną stację metra. stali tam biali i czarni, ludzie w garniturach i w dresach, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, stali ci, którym się spieszyło i ci, którym było wszystko jedno. jedym slowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal, w głąb nocy. wtedy i my, zmęczeni stanęliśmy i zaczeliśmy się patrzeć. komiczna sytuacja trwała jakies 15 minut, było to najdłuższe oczekiwanie na przyjazd metra. jedyne co można było usłyszeć to głośne gardłowe śmiechy grupki Murzynów..

podsumowując, Paryż zwiedzić warto, choćby na weekend. jak na razie to najpiękniejsze miasto w jakim byłem..

19

gru
2006

przekonania

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 23.16

wkurzam się, gdy Polak mówi źle o Polsce. wygląda to źle, brzmi fałszywie i źle mówi o człowieku. napatrzył się jeden z drugim, jak jest za granicą i z przekonaniem, że nowy kraj jest JEGO krajem, nawija, jak to TAM na wschodzie jest zimno, jak brzydko, biednie, wręcz głodowo. w zastraszającym tempie rośnie odsetek naszych rodaków za granicą, którym się pomieszało w głowach. owszem, to głównie buce, chłopaki, którzy porzucili swoje dresy i dyskoteki w polskich miastach na budowę w miastach na Wyspach. ale świat na nas patrzy właśnie przez ten pryzmat, bo krzykacze są głośni, zdesperowani i niebezpieczni.

sytuacja ma się inaczej, gdy spotyka się międzynarodowe towarzystwo. wtedy chętnie, otwarcie i z premedytacją prześcigamy się w absurdach. bo w gruncie rzeczy lubię, gdy ktoś przyznaje się do słabości narodowych. i to nie z chęci wykorzystania. to budzi sympatię i zawsze chce się odwzajemnić czymś z lokalnego podwórka.. wówczas podchodzą inni, z uśmiechem potwierdzają, że 'przekonania' i 'uprzedzenia' to temat codzienny w multikulturalnym towarzystwie.. i sypią swoje historie..

11

paź
2006

Polska - Czechy

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 22.50

Polska pokonała wyżej notowane Czechy 2-1 w kolejnym meczu eliminacji MŚ! nie wiem, czy wierzyć w przeznaczenie, zrządzenie losu, fatum, czy po prostu magię liczb. dokładnie dwa lata temu nasi grali z Portugalią. grali również w sobotę 11. października. identycznie jak dzisiaj grali w Chorzowie na Stadionie Śląskim, a sędziował im niemiecki arbiter, Wolfgang Stark. i jakby tego było mało, Polacy znowu wygrali w stosunku 2-1. ba, prowadzili 2-0, a honorowa bramka rywali znowu padła na kilka minut przed zakończeniem meczu. no takie rzeczy to tylko w Erze.. wtedy również napisałem taką oto notkę pochwalną. już sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty. dwa lata temu siedziałem przed telewizorem w pokoju moich rodziców, dzisiaj mecz śledziłem w Anglii. i nieważne, że transmisja kanału chińskiego przycinała jak cholera, że rwał się nawet głos komentatorów w pierwszym programie Polskiego Radia. to wszystko nieważne, jutro i tak pobiorę cały mecz, aby zanalizować go na spokojnie, bez drżenia w sercu.. ważne, że Polacy potrafią, muszą tylko czuć nóż na gardle i miażdżące docinki polskiej prasy. że Leo jest królem, że nasi nawet nie grając w swoich klubach biją na głowę przereklamowane europejskie gwiazdeczki. ależ magia! dzięki chłopaki, jakoś tak lepiej w sercu na emigracji..