Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

01

mar
2011

z cyklu mój pierwszy raz: football

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:47

rozrasta się mój nowy dział poznawczy -- ale to dobrze, bo jak powiedział ktoś sławny przed laty, poznawać znaczy żyć. jeśli nikt tego wcześniej nie powiedział, to możecie odtąd zwać to prawem tomxx-a. swój kolejny pierwszy raz, tym razem w futbolu amerykańskim, zaliczyłem na stadionie University of Washington, w meczu miejscowych Huskies z rówieśnikami z Arizona State University, którzy w lidze uniwersyteckiej noszą groźnie brzmiący przydomek Słonecznych Diabłów (Sun Devils)..

jak na Seattle przystało, równo z naszym wejściem na stadion oberwało się niebo. miliony litrów wody lunęło z nieba, jakby ktoś tam na górze przechylił jakiś wielki, mieszczący całe jeziora, zbiornik z wodą. nie muszę chyba nadmieniać, że w tych stronach taka pogoda zdarza się całkiem często, więc przemoczenie od stóp do głów na nikim na stadionie nie zrobiło wrażenia. a już szczególnie na tych, którzy siedzieli pod dachem.. lało przez pełne 3 godziny, ale po pierwszych 10 minutach i tak nie mieliśmy na sobie niczego suchego, więc i tak było nam wszystko jedno..

ale od początku: Huskies grają w lidze uniwersyteckiej. w Ameryce jest wiele lig, z których jednak najważniejsze to liga zawodowa (National Football League (NFL)) oraz liga uniwersytecka (College football). obie ligi są w kraju niezwykle popularne, obie przyciągają na trybuny dziesiątki tysięcy kibiców, a przed telewizory całe miliony. i teraz uwaga: liga uniwersytecka pod względem popularności wcale nie ustępuje lidze zawodowej, a niektóre stadiony mieszczą ponad 100 tyś osób. i co najważniejsze są regularnie wypełniane po brzegi. ciężko sobie to wyobrazić, szczególnie, że w polskich realiach na rozgrywki wyższych uczelni przychodzi zwykle 55, w porywach do 90 osób. w Ameryce rozgrywki te zajmują zaszczytne miejsce, są regularnie transmitowane przez ogólnokrajowe telewizje, stają się sposobem na współzawodnictwo startujących w niej uczelni (uniwersytety, college, akademie wojskowe). kilku kolegów z firmy już przed rokiem mówiło mi, że liga uniwersytecka jest czystym pięknem -- gracze nie posiadają może tak wysokich umiejętności jak w lidze zawodowej, ale nadrabiają wrodzonym talentem, fantazją, wolą walki. do zainteresowania, pasji wręcz, dochodzi intensywne identyfikowanie się publiczności ze swoimi drużynami. futbol interesuje każdego studenta danej uczelni, a to pociąga za sobą zainteresowanie ich partnerów, rodziców, sąsiadów, czy wieloletnich mieszkańców miasta czy nawet stanu. to wszystko powoduje, że football (a nie koszykówka, baseball czy hokej) jest najbardziej popularnym sportem w tym kraju.. jak mawiają miejscowi, jest sportem dla twardzieli. czyli Amerykanów.

impreza zaczyna się jednak przed stadionem. w dniu meczu, od samego rana na gigantycznych parkingach gromadzą się ludzie. przyjeżdżają swoimi vanami, z całymi rodzinami, rozpalając grille, otwierając piwa, bawią się, przygotowują do meczu. setki dymów z przenośnych grillów i ostry zapach smażonego mięsa, a wszystko to wcale nie w lesie, tylko na ogromnym betonowym parkingu, tworzą niezapomniany widok meczowego pikniku. żeby było śmieszniej, stawiane są anteny satelitarne, a znaczna część kibiców ogląda cały mecz w telewizji. nie chodzi tu nawet o bycie na stadionie i kibicowanie na żywo -- priorytetem jest sama obecność w okolicy stadionu, wczucie się w klimat, pielęgnowanie kultury. do teraz nie mogę tego zrozumieć, choć (a może właśnie dlatego) przejechałem za swoją drużyną tysiące kilometrów po całej Polsce. na stadion, owszem, nie wszedłem kilka razy, ale powodem był brak biletów, bójka z policją, zatrzymany pociąg, nigdy własna decyzja i przedłożenie wygodnego fotela, grilla i piwa, nad głośny śpiew dla swojej drużyny. ale jak już pisałem, football rządzi się swoimi prawami..

stadion Husky mieści obecnie 72 500 widzów, został zbudowany w 1920 roku, obecnie jest więc reliktem, 90-letnim dziadkiem, który jednak przeszedł bardzo wiele. swoistym fenomenem jest fakt, że przy stadionie znajduje się niewielki port jachtowy, więc część kibiców przypływa na mecze .. łódkami. w przyszłym roku stadion będzie przebudowywany, a inwestycja ($260 mld) uczyni z niego najdroższy stadion uniwersytecki w kraju. piszę to tytułem wstępu, gdyż na meczu z Arizoną na stadion weszło ok 65 000 kibiców. 65 koła na meczu uniwersyteckim!! toż w Europie nawet nie ma tak pojemnych stadionów, a mecze mistrzostw Europy ogląda ostatnio połowa tej liczby. tego typu obiekty można więc porównywać z największymi tego świata, takim Camp Nou, czy Maracaną.. niech nie zdziwią Was poniższe zdjęcia i puste miejsca -- fotki trzaskałem głównie przed meczem i w jego przerwie..

o footballu pisał nie będę, bo się na nim nie znam. dzięki Jarkowi (jego syn gra w Huskies, znalazłem się na stadionie tylko dla tego, że mnie ze sobą zabrał) poznałem podstawowe reguły i miło zaskoczyłem się atrakcyjnością gry. wcześniej miałem kontakt z baseballem (w 2004 roku byliśmy na meczu w Filadelfii), ale to jakby porównywać wyścigi Formuły 1 z szachami. football więc da się oglądać, choć jak każda dyscyplina ma swoją specyfikę i .. mnóstwo przerw na reklamy telewizyjne. skupię się jednak na jeszcze jednym aspekcie, który wprowadza pewną formę narodowej psychozy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. każdy mecz wiąże się z pewnymi rytuałami na które składają się występy szkolnych orkiestr marszowych, pokazy cheerleaderek, zespołów akrobatycznych i wszystkich innych możliwych przebierańców. stadion żyje, tętni, krzyczy, buczy, w zależności od sytuacji na boisku i od tego, kto aktualnie ma piłkę. przed meczem, ale głównie w przerwie, cały obszar gry zapełnia się zespołami muzycznymi, często reprezentującymi kilkanaście lub kilkadziesiąt różnych szkół. trwa zabawa, która przez lata stała się ważną częścią amerykańskiej kultury.. inne grupy starają się kierować dopingiem w niecodzienny dla europejczyków sposób -- dziewczyny podnoszą do góry ogromna tablicę z napisem NOISE, a 20 tysięcy kibiców ubranych w jednolite uniwersyteckie barwy (w tym przypadku ostry fiolet z żółtawą literą W) jak jeden mąż zaczyna robić hałas. tradycją University of Washington jest pies Husky, więc gdy trzeba tak na poważnie wystraszyć przeciwnika rozpoczyna się szczucie. wyobrażacie sobie dziesiątki tysięcy fanów szczekających z trybun na zespół gości? no takie coś trzeba chociaż raz w życiu przeżyć ;) zresztą, zapraszam do galerii poniżej.

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football

z cyklu mój pierwszy raz: football