Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

02

sie
2010

Yellowstone cz. I -- here we come..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 23:51

zawsze chciałem zobaczyć Yellowstone. są na świecie miejsca magiczne -- miejsca, które swoimi nazwami lub narastającymi przez lata legendami, wywołują pociągające skojarzenia. od zawsze przecież gejzery, gorące źródła, ale przede wszystkim niedźwiedzie kojarzyły nam się z tym sławnym, dalekim i niedostępnym Yellowstone. ale jak tam jest w rzeczywistości? o co chodzi z tymi żyjącymi między ludźmi, a przecież zupełnie dziko, zwierzętami? i czemu ten najstarszy ze wszystkich światowych parków narodowych jest taki szczególny? przecież już w 2004 roku poznałem Yosemite, odwiedziłem Grand Canyon, a szczęka opadała mi jeszcze kilkukrotnie zwiedzając Death Valley, Zion, Bryce, arizońską pustynię i wszystkie te szczególne miejsca na podróżniczej mapie Stanów. a jednak do zwieńczenia dzieła i zapięcia klamrą zachodniego piękna Stanów Zjednoczonych brakowało tego jednego Parku. brakowało Yellowstone. cel zrealizowaliśmy w lipcu 2010..



nim jednak zaleję Was informacjami o samym parku i jego atrakcjach, słów kilka o samej podróży. park znajduje się głównie na terytorium stanu Wyoming i samo dojechanie tam jest już sporym wyczynem. od naszego Seattle to prostą jak drut autostradą i kilkoma mniejszymi drogami odległość 800 mil, czyli niespełna 1300km! to coś, jak podróż z Gliwic do Mediolanu, czyli 13-14 godzin ciągłej jazdy. wyruszając w środę o 6 po południu, dopiero ok 1 w nocy dotarliśmy do granic stanu Waszyngton. kilka godzin (ja dokładnie 2) śpimy w samochodzie w pobliżu miasteczka Colfax i wczesnym rankiem ruszamy dalej. mkniemy przez górzystą północ stanu Idaho, wkraczamy do Montany i długie godziny kierujemy się na południe. jestem pod wrażeniem mijanych okolic -- Montana jest NIESAMOWITA, cała pokryta jakby zielonym wypłowiałym dywanem. jechaliśmy autostradą I-90, potem mniejszymi, przecinającymi wysokie góry drogami, a następnie otwartymi przestrzeniami przypominającymi prerię. z boku, nad nami i pod nami ciągnęły się majestatyczne tereny pokryte zieloną tkaniną zbitej i gęstej trawy. tereny ciągnące się przez setki kilometrów, wciąż tak samo wyblakle zielone, ogromne, bez granic, jak morze, jak cała zachodnia część kontynentu. znaczna część obszaru przez który przejeżdżamy pozbawiona jest wysokich drzew; królują niskopienne krzewy, poskręcane jak na pustyni. z tą różnicą, że wszystko tu jest zielone, pagórkowate i piękne. wypłowiała zieleń wczesnego lata zwala z nóg. tzn z kół, bo nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i porobić fotki. dopiero ok 4pm mijamy granicę z Wyoming, a godzinę później wjeżdżamy do Parku. muszę pochwalić moją żonę, bo dzielnie zmieniała mnie za kierownicą, a bez drugiego drajwera przejechanie takiej odległości byłoby istną mordęgą..

przed wyprawą trochę poczytałem, poszperałem w necie i, przede wszystkim, obejrzałem świetny film dokumentalny BBC, który wyjaśnił fenomen Yellowstone. w ogromnym skrócie chodzi o to, że niezwykle płytko, jakieś 8km pod powierzchnią parku, znajduje się ogromna, stale przesuwająca się, komora magmowa. w przeszłości (miliony i setki tys. lat temu) dochodziło w tym miejscu do eksplozji superwulkanu, ale dopiero kilkadziesiąt lat temu dowiedziono, że właściwie cały obszar parku znajduje się w niecce -- jest więc ogromnym, o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, czynnym wulkanem. i pewnego dnia pieprznie znowu, o tym mówi nam historia tego miejsca..

to tyle tytułem wstępu. w paru następnych notkach przedstawię kolejne z licznych atrakcji parku. bo dzisiaj -- już na spokojnie, kilka tygodni po powrocie -- nadal uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory odwiedziłem. stunning, jak mawiają miejscowi..