Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
moja opowieść wigilijna..
23.12.2009; 22:56


ponad pół roku temu przesłałem swoją aplikację do siedziby głównej korporacji Google w Europie. ciepła posada Localisation Project Managera w Dublinie w 100 procentach pokrywała się z tym, co w tamtym czasie robiłem w NCsofcie. przygoda z tą najszybciej i najprężniej rozwijającą się światową firmą rozpoczęła się w już w połowie kwietnia, ale trzymałem ją w ścisłej tajemnicy. sytuacja była skomplikowana -- moja aktualna firma przechodziła głęboką restrukturyzację, ja chwilowo (i czysto teoretycznie) pozostawałem bez pracy, więc Google było pewną szansą, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że dostają się tam tylko najlepsi. wysłałem aplikację i .. na jakiś czas o niej zapomniałem.

po jakichś trzech tygodniach otrzymałem maila zapraszającego na pierwszą rozmowę telefoniczną. moją rekruterką okazała się miła irlandka o imieniu Sarah i miała mnie ona prowadzić przez cały proces rekrutacyjny. po przyjaznym powitaniu dość szybko, i bez zbędnej kurtuazji, przeszliśmy na tematy zawodowe. zadaniem pracowników działu HR jest w pierwszym okresie sprawdzenie, jak ja to nazywam, ogólnej kumatości, kandydata. przez ok 30 min prześlizgnęliśmy się po moim CV, poopowiadałem co nieco o życiu, planach i wrażeniach, i już podczas tej rozmowy dostałem zaproszenie na drugi etap..

po około tygodniu odbyła się druga rozmowa telefoniczna, tym razem z osobą pracującą w dziale Lokalizacji w siedzibie głównej Googli w Europie. Judith miała około 30-stki i już na samym początku potwierdziła to, o czym kiedyś czytałem: pracownicy Googli dzielą swój czas w firmie na pracę w ramach swoich obowiązków, pracę własną (Google pozwala na poświęcanie godzin w firmie na własne projekty, które mogą w przyszłości pozytywnie wpłynąć na rozwój korporacji) oraz na rekrutację nowych pracowników. rozmowa z Judith miała już inny, bardziej profesjonalny charakter: oboje pracujemy w podobnym środowisku, korzystamy z tych samych aplikacji, posługujemy się zbieżną metodologią. znaleźliśmy wspólny język i 45 minut rozmowy upłynęło bardzo szybko.

zasadą rozmów rekrutacyjnych w Google jest poznanie procesów myślowych kandydata. pytania są konkretne, bezpośrednie i praktyczne. sposoby różnią się w zależności od danego stanowiska (inżynieryjne, zarządcze, operacyjne), najczęściej jednak stawia się delikwentowi problem do rozwiązania. Googli nie interesuje gotowa odpowiedź, a raczej tok myślenia i słowne dotarcie do celu wg zasady: nie interesuje nas co już wiesz, ale co jeszcze możesz osiągnąć. większość sytuacji, na omówienie których mamy przecież kilkadziesiąt sekund, czasem minut, wymaga kreatywnego podejścia. stawia się kandydata przed hipotetyczną, acz prawdopodobną w życiu działu, sytuacją i oczekuje się burzy mózgowej mającej rozwiązać konflikt. Judith nie zapytała się mnie czy wiem co to jest format TTX w Tradosie, ale jak poradziłbym sobie z problemem nie akceptowania tego formatu przez jedną ze współpracujących z nami firm. nie interesowała jej historia produktów Google, ale zapytała o sposób podejścia do tłumaczenia interfejsu Google Maps. interesowała ją zgodność środowisk aplikacji, w których oboje pracujemy, ale gdy świadomy tego co robię omówiłem różnice między naszymi firmami, odpowiedziała, że to nawet lepiej, bo trzeba iść do przodu i poznawać nowe metody. rozmowa była prowadzona w bardzo przyjaznej atmosferze -- czyli tym czym szczyci się Google na całym świecie -- a po pewnym czasie odniosłem wrażenie, że rozmawiam z koleżanką przy kawie, a nie z osobą, która ma zdecydować o mojej przyszłości. pozytywnie zaskoczył mnie brak pytań z gatunku Interview 2.0 (jak obliczyłbym wagę ziemi, ile piłeczek pingpongowych zmieści się w autobusie, itp) -- kreatywne myślenie wyegzekwowano tu w nieco inny, bardziej naturalny, sposób..

po ok tygodniu zadzwoniła moja rekruterka Sarah i z uśmiechem oznajmiła, że miło jej zaprosić mnie do Dublina na trzeci etap rozmów. tym razem miały to być rozmowy bezpośrednie przeprowadzane przez, być może, moich przyszłych współpracowników. Google opłaciło przelot, 2 dni w hotelu, obiady i wszelkie wydatki, jakie mogłem ponieść podczas tego wyjazdu. rozmowy miałem w poniedziałek, ale poprosiłem Sarę o lot niedzielny -- w spokoju zwiedziliśmy z Agatą miasto, co dało mi czas na mentalne przygotowanie się do jutrzejszego wysiłku. na European Google HQ w Dublinie składają się dwa ogromne budynki, klasyczne połączenia szkła i stali, już coś koło 2000 pracowników. przy wejściu powitało mnie znane ze strony głównej kilku-kolorowe logo firmy oraz klasyczne googlowskie lampy. pełna komputeryzacja, cyfrowa rejestracja, wydruk plakietki pozwalającej mi na czasowy wstęp do budynków firmy. w końcu przyszła Sarah i zaprowadziła mnie na odpowiednie piętro. pierwsze co rzuciło się w oczy to domowa atmosfera środowisk pracy: ludzie pracują w ciszy, ale dookoła masa zabawek i udziwnień, tak aby każdy czuł się jak u siebie. na każdym piętrze znajduje się kilka aneksów kuchennych, gdzie do dyspozycji pracowników udostępnia się jedzenie, picie i wszelkie możliwe wspomagacze. wszystko oczywiście za darmo. chwilę pogadałem sobie z nią w kuchni, wypiłem kawę i rozgościłem się w pokoju rozmów. trzeci etap był bardzo rozbudowany: przewidywał sesję z trzema pracownikami firmy, a rozmowy miały następować jedna po drugiej i trwać kilka godzin. dodam jeszcze, że do wszystkich tych rozmów podszedłem bardzo na luzie, widząc w tym raczej szansę niż zagrożenie..

pierwszą osobą przeprowadzającą ze mną wywiad była Judith, z którą wcześniej rozmawiałem telefonicznie. pytania ponownie oparte były o zasadę jak zaplanował byś zrobienie tego czy co zmieniłbyś w zarządzaniu projektem, aby łatwiej dojść do celu. generalnie pracowaliśmy na faktach, mało w tej rozmowie było gdybania. Judith opisywała tok pracy w dziale googlowskim, a w pewnym momencie nadmieniła, że właściwie nie ma znaczenia na czym się znam, bo prędzej czy później Google postawi przede mną taki problem, do którego rozwiązania będę zmuszony nauczyć się czegoś nowego. rozmawialiśmy także o kulturze pracy i o wielonarodowości, z którą zetknąłem się również w swojej firmie. kilkadziesiąt krajów, wiele języków, co z łatwością można rozpoznać nawet, a może przede wszystkim, po różnych akcentach języka angielskiego.

drugim rozmówcą był szef działu lokalizacji, mężczyzna w wieku ok 45 lat. ten już na dzień dobry wystrzelił z sednem Googlowskiej rekrutacji, czyli innowacyjnością, zadając mi pytanie: co innowacyjnego wniosłeś do ostatniego prowadzonego przez ciebie projektu?. dla mnie to woda na młyn, bo oprócz nudnawych tekstów pasjonuję się językami programowania. a że mogę pochwalić się wieloma zaprojektowanymi dla swojego działu aplikacjami, rozmowa poszła bardzo sprawnie. nawijałem o aplikacjach parsujących lokalizacyjne pliki xml, omawiałem swoją wiedzę z dziedziny platformy .NET i języka C# w którym piszę aplikacje windowsowe, mówiłem o konieczności i wygodzie wykorzystywania języka VBA dla tekstów i danych zapisywanych w formatach microsoftowego office'a. a gdy wyczerpały się te tematy uderzył jeszcze odważniej pytając o moje pomysły na usprawnienie i przyspieszenie prac w całym pionie lokalizacji. tu również mogłem się pochwalić pomysłami, które wprowadziłem w NCsofcie, a które przykładowo skracały tworzenie baz Translation Memories z kilkudziesięciu minut do kilkunastu sekund za pomocą prostej, acz efektywnej aplikacji autorskiej.. koleś prześwietlił nawet moją przeszłość, sprawdzał i pytał o poprzednie moje zajęcia, czyli prowadzenie sieci osiedlowej SportNet czy pracę w wydawnictwie Helion..

trzecią rozmówczynią była Irlandka również w podobnym do mnie wieku. tu znowu nawijałem sporo o programowaniu, widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, często pytając mnie o najdrobniejsze nawet szczegóły. tą rozmowę uważam za najcięższą, głównie z racji jej charakteru. w ogóle się nie uśmiechała, nie potakiwała głową, nie ukazywała emocji. zadawała pytania, wnikliwie słuchała odpowiedzi, a z jej kamiennej twarzy nie można było poznać, co sądzi o mnie i o moim świecie. przyznam, że ta rozmowa wlokła się najdłużej, a napięcie dało o sobie znać, więc byłem już trochę zmęczony. wałkowaliśmy również podstawowe produkty Googli, czyli AdSense i AdWords, o których dużo nie wiedziałem i wśród których nie czułem się najpewniej. w sumie rozmowy w Dublinie trwały ok trzech godzin, a do Londynu leciałem z mieszanymi uczuciami. byłem zadowolony z wielu odpowiedzi, w kilku natomiast już po czasie znalazłem lepsze rozwiązania..

na kolejny kontakt Sary czekałem ponad 10 dni. odpowiedź była pozytywna i dostałem zaproszenie na czwarty etap rozmów, który miał być przeprowadzony z Product Menedżerem z jednej ze światowych placówek Googli. myślę, że był to moment przełomowy: wcześniej była to raczej zabawa, ale teraz zrozumiałem, że oto otwiera się przede mną duża szansa. nie kandydowałem na stanowisko dla Polaka. musiałem być lepszy od ludzi z całego świata, mimo że miałem prowadzić projekty lokalizacyjne w wielu zupełnie obcych dla mnie języków. osoba, która zadzwoniła do mnie kilka dni później nazywała się Etaoin. na co dzień pracuje w oddziale londyńskim, jednak dzwoniła do mnie 'gdzieś z trasy', bo pracownicy korporacji często się przemieszczają. ta rozmowa miała nieco inny charakter: Etaoin nie miała pojęcia o lokalizacji, znała się natomiast na zarządzaniu produktem. nasza rozmowa (trochę krótsza niż poprzednie) sprowadzała się do wzajemnej współpracy: w jaki sposób ja pomogę jej przetłumaczyć produkt na 18 języków w Europie i na Bliskim Wschodzie. było tu, przyznaję, trochę gdybania. nawijałem od czego bym zaczął, co chciałbym się od niej dowiedzieć przed rozpoczęciem, jaka jest metodologia samego projektu, ramy czasowe, budżet. padło kilka pytań laickich w stylu: czym jest internacjonalizacja czy jakbym mógł jej wytłumaczyć, co to jest aplikacja sieciowa. było w tym trochę lania wody, ale uważam, że było to również fajne przetarcie przed ew. przyszłą współpracą. po wszystkim wyczułem, że moja rozmówczyni była zadowolona..

sytuacja z rekruterką znowu się powtórzyła i po tygodniu dostałem zaproszenie na ostatnią rozmowę, która miała być przeprowadzona z szefem wszystkich szefów z siedziby głównej Googli z Mountain View w Kalifornii. i tutaj mnie kolo zaskoczył: nie pytał o sposoby pracy, nie pytał o realizację projektów, a zaczął nawijać o wewnętrznym świecie Googli. nawijał długo, do tego z jakimś dziwnym hinduskim akcentem, po czym poprosił mnie o zadawanie pytań. nie wiem, czy to jakaś nowa psychologia rekrutacji, ale po pierwszym pytaniu z mojej strony poprosił o drugie, potem kolejne i jeszcze jedno. po pewnym czasie mój zasób znaków zapytania się wyczerpał, na co on rzucił: to jak nie masz pytań do naszej pracy to chociaż zapytaj się mnie coś o moim życiu prywatnym.. z perspektywy czasu porównałbym naszą rozmowę do wywiadu z jakimś szalonym naukowcem, którego co prawda można podziwiać za wiedzę, ale który żyje w jakimś swoim szczególnym zamkniętym świecie.. nie czułem się źle po tej rozmowie, ale nie odczuwałem również zadowolenia.. odpowiedź z Googli nadeszła po 10 dniach, niestety negatywna. Sarah z przykrością powiedziała mi, że dotarłem bardzo daleko, bo był to już ostatni etap, ale firma zdecydowała się na zatrudnienie innego kandydata. powiedziała również, że nie ma dla mnie żadnego negatywnego feadbacku -- na końcu procesu wybrano po prostu kogoś innego i tyle. byłem trochę zawiedziony, bo szansa była duża, ale rozwój wypadków potoczył się dla mnie dosyć szczególnie, bo proces Googli trwał przez prawie 3 miesiące i dosłownie za 4 dni po ostatecznej decyzji wylatywaliśmy już do Seattle. wcześniej podpisałem z moją firmą roczny kontrakt, więc wyjazd do Stanów i tak musiał już mieć miejsce. miałem zresztą w NCsofcie premierę Aiona za kilka miesięcy i cały dział na głowie, choć powiedziałem sobie: próbuję z Googlami do końca, a jeśli się uda, to będę martwił się później w myśl zasady Google się nie odmawia.. po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi nie za bardzo się jednak zmartwiłem. co wyniosłem z tych rozmów? masę doświadczenia. sporo wrażeń i ten inny sposób oceny kandydata. nakierowanie na konkretne fakty, innowacyjne rozwiązania, ciągły rozwój. żadna z firm nigdy mi tego nie zaoferowała. poznałem strukturę firmy od środka, widziałem jak tam jest i jak się tam pracuje. poznałem ludzi, dokładnie takich jak ja, i zdałem sobie sprawę, że Polak też potrafi. że nie możemy ustępować Niemcom i Francuzom, że trzeba szukać szans. cóż, może kiedyś w przyszłości będzie mi dane spróbować ponownie..
kategoria: zapiski                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: paintball
08.05.2006; 20.32
ktoś kiedyś powiedział, że facet czuje się facetem gdy idzie na wojnę. poniekąd to prawda i choć w dzisiejszych czasach wojny zostały wyparte przez sportowe współzawodnictwo, to jednak prawdziwą adrenalinę czuje się w walce. inny ktoś, tym razem już mi znany: kolega kibic, powiedział, że jadąc na mecz ma się nadzieję, że grupa zostanie 'przyatakowana', że jedzie się komuś dać w mordę, a piłka i meczowa atmosfera jest tego miłym uzupełnieniem..

wczoraj dane mi było po raz pierwszy uczestniczyć w paintballowej strzelance. kilka lat teorii w postaci komputerowych łupanek dały mi podstawy, jednak praktyka rządzi się swoimi prawami. różnorodność budynków do zdobycia lub obrony, mnogość misji, strategie i umówione znaki gwarantują wspaniałą zabawę, taki Counter Strike w realu. z mojej ulubionej niegdyś strzelanki: Tactical Ops wyniosłem jednak dość sporo. gdy większość wystrzeliła swoje kulki, ja miałem prawie pełny magazynek: dla mnie zabawą nie była naparzanka na oślep, a kulturalne zajście wroga od tyłu i .. strzał w plecy..

paintball to fajna gra. warunkiem jest dobra ekipa, fajne miejsce i wczucie się w klimat. a zaangażowanym nawet strzały w twarz nie są straszne.. szczegóły w fotoblogu majowym :)
kategoria: pasje                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.