Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

25

lis
2009

podróż z Belize do Gwatemali..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 22:24

po 4 dniach opuszczamy Caye Caulker i wracamy na stały ląd. w Belize City za 25 USD na głowę kupujemy bilety na bezpośredni autobus do gwatemalskiego Flores. odległość to tylko 235 km, ale cała wyprawa trwa ponad 6 godzin. jedziemy znanymi z wcześniejszego przejazdu liniami San Juan & Linea Dorada. autobus to trochę za dużo powiedziane -- jedziemy większą odmianą mini-busa, a w środku oprócz nas i kierowcy jedzie tylko para Brytyjczyków i dwie dziewczyny z Brazylii..

zachód Belize mile mnie zaskakuje. jedziemy całkiem dobrą drogą, po obu stronach malownicze krajobrazy, gdzieś daleko na horyzoncie piętrzą się góry. i ludzie żyją tu jakby lepiej -- spora część domków wygląda na zadbaną, w ogrodzonych ogródkach zaparkowane stoją amerykańskie samochody. mijamy głównie wioski, ale po 80km przejeżdżamy obok University of Belize -- to znak, że jesteśmy w stolicy kraju Belmopan. szczerze mówiąc był to jedyny tego typu dowód -- żyje tu zaledwie 16 tys ludzi i obok parlamentu, większych skrzyżowań i ładniejszych niż zwykle chodników dominuje tu przestrzeń i wszechobecne palmy. obawiam się, że nigdy już nie ujrzę tego typu stolicy jakiegokolwiek państwa.

jedyna większa miejscowość przez którą przejeżdżamy do San Ignacio. miasto położone jest nad brzegami rzeki Macal i uważane jest za świetną bazę wypadową do licznych w okolicy zabytków epoki prekolumbijskiej. do najbardziej znanych ruin w okolicy należą Caracol i Xunantunich. samo miasto przypomina, że skorzystam ze słów klasyka, ogarnięty pożarem burdel. chaos na drodze, gdzie samochody mieszają się z motorami, rowerami i bydłem. krzyczący ludzie przekrzykujący przekrzykującego ryk samochodów policjanta. dzielni sprzedawcy lokalnych wyrobów spożywczych pchają się wszędzie ze swoimi kramami na kółkach. mniej więcej tyle samo ludzi co w Belmpoan, ale jaki gwar. nic tu po nas -- po krótkim postoju jedziemy dalej..

po chwili dojeżdżamy do granicy Belize - Gwatemala. wysiadamy z busa z całym swoim dobytkiem i na nogach udajemy się do przejścia. opuszczenie kraju to formalność -- należy jedynie zapłacić podatek, tzw. Passenger Service Fee (PSF) w kwocie 30$ BZE (15 USD). do tego dochodzi opłata PACT (7.5$ BZE), która naliczana jest każdemu, kto przebywa w kraju powyżej 48h. spora kasa i niezły biznes biorąc pod uwagę, że podróżujący z Jukatanu z Meksyku na południe turyści nie mają innej drogi.. wjazd do Gwatemali z kolei kosztuje nas 3 USD, pada trochę pytań o świńską grypę i obcowanie ze zwierzętami. pytania po hiszpańsku, więc długo sobie nie rozmawiamy. Bienvenidos a Guatemala!

i tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. droga zamienia się w szutrową, bus jedzie średnio 25km na godzinę, dziura na dziurze. dodatkowym smaczkiem jest biały pył, który po pewnym czasie osadza się wszędzie -- cała kraina w odległości 20 metrów od drogi jest zresztą biała. mijamy jakieś wioski, wszystko to wygląda bardzo biednie. znajdujemy się w prowincji Peten, który obejmuje 1/3 powierzchni całej Gwatemali. część wschodnia to mieszanina traw i pagórków, na północy króluje dżungla. mijamy dość jednostajny krajobraz, co jakiś czas pobocza wypełniają się zwierzętami i dzieciakami bez butów. po niekończących się godzinach dojeżdżamy w końcu do Santa Elena w pobliżu naszego Flores. tutaj kierowca oddaje nas we władanie trójki podejrzanych typów z własnymi mini-busem. jest dosyć nietypowo -- nasłuchałem się opowieści o porwaniach w Kolumbii i to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. okazuje się jednak, że kolesie mają własną firmę turystyczną i rozwożą nas po hotelach we Flores. dodatkowo sprzedają nam wycieczkę do Tikalu na kolejny dzień i ogólnie są bardzo pomocni. tzn jeden z nich, który mówi po angielsku. przez kolejne dni pobytu spotykamy ich jeszcze wielokrotnie..