Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

10

lis
2009

wyboista droga z Meksyku do Belize..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Caye Caulker, 00:28

trochę posiedzieliśmy pod palmami, ale czas ruszyć w drogę na południe. w Tulum łapiemy autobus do meksykańskiego miasta Chetumal położonego przy samej granicy z Belize. podobnie jak z Cancun, tu również jedziemy jedynym słusznym w Meksyku środkiem transportu -- klimatyzowanymi autobusami linii ADO, koszt: 164 peso/osoba. taksówki grupowe (colectivos) nie jeżdżą tak daleko. podróż trwa niecałe 4 godziny, a dookoła tylko dżungla -- problemem podróżowania w Ameryce Centralnej, o czym wkrótce mieliśmy się dobitnie przekonać, jest maniakalne wręcz wykorzystanie drogowych zwalniaczy, tzw leżących policjantów. gorące głowy latynoskich kierowców są więc studzone nieraz co 50 metrów, a zwalniacze nie przybierają tak delikatnej formy jak u nas w dzielnicach sypialnych -- są 5 razy wyższe i 20 razy dłuższe. zdarza się, że tego typu ograniczenie jest jednocześnie przejściem dla pieszych (musi więc być odpowiednio szerokie). tego typu huśtawka -- przyspieszenie, hamowanie, w górę i w dół na początku może być wesołe, ale nieprzystosowane zawieszenia samochodów/vanów/busów kiepsko sobie z tym radzą, a człowiek wysiada po kilkudziesięciu kilometrach. spowalniacze czasami znajdują się w totalnie abstrakcyjnych miejscach -- pośrodku niczego, nakazując zwalniać i porozglądać trochę po dżungli lub wysokich na półtora metra trawach..

w autobusach puszcza się filmy, niestety zawsze z dubbingiem hiszpańskim. warto również zabrać ze sobą cieplejszą bluzę, bo po pewnym czasie, mimo że na zewnątrz 35 stopni, w środku tworzy się lodówka. autobus staje co jakiś czas, a na przystankach miejscowe meksykanki sprzedają home made żarcie. w Chetumal mamy szczęście -- autobus do Belize City ma odjechać za 10 minut. szybko więc kupujemy bilety (ok 10USD za osobę płacone w peso, lub w dolarach amerykańskich lub belizeńskich, wszystko jedno) i za chwilę wskakujemy do nowego pojazdu linii Premier Lines, którego cel podróży ręcznie wypisany jest farbą na drewnianej tabliczce za szybą autobusu. następuje tu zmiana na jaką liczyłem: przenosimy się do wczesnych lat siedemdziesiątych. autobus jedzie, ale średnio mu to wychodzi. w środku wszystkie odmiany człowieka: od białych po hebanowoczarnych, od starych po dzieciaki. większość jedzie obładowana tobołami -- dopiero na granicy dowiedzieliśmy się, że różnice w cenach są tak duże, że Belizeńczycy jeżdżą sobie na zakupy do sąsiedniego państwa, coś w stylu naszych wycieczek na Słowację w latach dziewięćdziesiątych..

na granicy duża kolejka -- każą nam wyjść z autobusu z wszystkim co mamy i na nogach dojść na punkt graniczny. trzepią równo wszystkich miejscowych, a nas traktują lekko z przymrużeniem oka. informują o cle wyjazdowym i zabierają mi melona -- wwóz świeżych owoców do królewskiego Belize jest niedopuszczalny, zły byłem strasznie. cała operacja graniczna trwa dobrą godzinę, a gdy wszyscy ponownie pakują się do pojazdu możemy ruszać dalej. bus wlecze się niemiłosiernie. w międzyczasie zachodzi słońce (o tej porze roku na Karaibach ciemno jest już ok 17-stej) i oprócz wstrząsów niewiele wynosimy z podróży. co jakiś czas mijamy niewielkie wioski i w oczy rzuca się jedno: drzwi większości domków z tektury są pootwierane, tak że widać wszystko co dzieje się wewnątrz. ktoś ogląda telewizor, ktoś inny się przytula, ale większość i tak siedzi na dworze. światła spotyka się rzadko, a jeśli już to są one punktowe, tak że jedziemy od jednej do drugiej oświetlonej wysepki. w miasteczku Orange Walk wysiada spora grupa miejscowych -- planowałem nawet zatrzymać się tu na wypadek, gdyby nie udało nam się złapać niczego jadącego do Belize City, ale po tym co zobaczyłem byłem wdzięczny, że mieliśmy bezpośredni transport. nie ma tu niczego ciekawego (oprócz cukrowni i wytwórni alkoholi), a krajobraz tak jak poprzednio składa się z drewniano-papierowych, wściekle kolorowych domków na palach i czarnych podejrzanych typów spod ciemnej gwiazdy. w naszym busie oprócz nas i pary młodych Amerykanów jadą sami miejscowi.. w końcu, po kolejnych 4 godzinach dojeżdżamy do Belize City..