Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

27

kwi
2009

Białoruś -- miasta i wioski..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 13:07

wjeżdżamy do miejscowości Hlybokaye (biał. Глыбокае, po naszemu: Głębokie), a z kamiennego podwyższenia wita nas potężny MIG 21 z demobilu. i oto pierwsza ciekawostka -- lokalna, pamiętająca lepsze czasy stacja benzynowa firmy LukOil oferuje przedział benzyn od 92 to 98, z tym że najpierw podaje się tu liczbę litrów i oczywiście za nią płaci, a potem można wlewać. zastanawiam się podejrzliwie, co będzie, jeśli zapłacę za więcej, a do baku wejdzie mi mniej. na to odpowiada uczynna pani w zakratowanym okienku, że przecież każdy wie, jak duży ma bak. wychodzi mi więc na to, że nikt tu nie leje do pełna, bo do pełna ciężko trafić. łatwiej przecież 10 razy w miesiącu podjechać tankując .. 10 litrów za każdym razem.. a potem wymieniamy pieniądze: na Białorusi bankomaty są jeszcze rzadkością, w mieście zdarza się, że jest tylko jeden. jeden jest również kantor, w którym najchętniej biorą dolary -- kilka, podobno, zużytych banknotów nie chcą jednak przyjąć..

samo miasto nie ujmuje. socjalistyczna zabudowa, ogromne blokowisko, kilka większych wytwórni przemysłowych, bardzo złe drogi. z pewnością na uwagę zasługują dwie potężne świątynie: katolicki Kościół św. Trójcy z 1628 roku i prawosławna Cerkiew p.w. Narodzenia NMP. weszliśmy do tej drugiej podczas ortodoksyjnego nabożeństwa i wpatrzeni w nietypowe zachowanie kleru pozostaliśmy przez jakiś czas. odwiedziliśmy lokalny cmentarz, gdzie szczególne miejsce zajmują nagrobki poległych tu polskich żołnierzy w czasie I wojny światowej. co ciekawe w sklepach, szczególnie odzieżowych, przeważają towary polskie. polskie metki, polskie ceny do których sprzedawcy doliczają najczęściej 15-20% marży. raz w tygodniu jeździe się stąd do Grodna lub na Ukrainę i przywozi cały van polskich dupereli. tylko ceny wysokie w porównaniu do lokalnych zarobków.. o miastach nie będę się rozpisywał, bo szkoda czasu -- podobno lepiej i ładniej mieszka się tylko w Mińsku, gdzie Łukaszenko tworzy drugą Moskwę. nie wiem, nie byłem..

białoruska wieś ma w sobie jednak dużo więcej kolorytu, a to głównie za sprawą drewnianych, malowanych na przedziwne pastelowe kolory chat. nie ma tu zasady, że malujemy swój drewniany dom w określonych barwach (jak np w Skandynawii), albo w kolorach podobnych do sąsiada obok. nie, tutaj każdy maluje jak mu się podoba, a żeby było śmieszniej, najczęściej w innym kolorze niż płot, słupek, okno, czy bramka. jest więc radośnie i bardzo oczojebnie. oprócz tego jest czysto. może i kraj ten jest niedoinwestowany, ale brudu tutaj nie ma. obowiązują tzw. subotniki, czyli ogólnonarodowe (albo ogólnowiejskie) sobotnie czyny społeczne, podczas których każdy porządkuje swoją okolicę w myśl hasła: 'oczyśćmy Białoruś!' ludzie gromadzą się tłumnie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie zwalnianie się z tego obowiązku. Białoruś jest nietypowa -- z jednej strony biedne drewniane chaty wypełnione stalowymi piecami i naściennymi dywanami, z drugiej, murowane domy ze stałym połączeniem internetowym. z jednej zachodnie auta, z drugiej zgarbione kobiety w kolorowych chustach. wystawne kościoły i facet na chudym koniu. przeszłość i teraźniejszość dzieją się równocześnie -- nowe nadchodzi, ale stare wciąż trwa w najlepsze..

w większości miejsc, które odwiedzamy, w oczy rzucają nam się pomniki. anonimowi przedstawiciele ludu pracującego czy też bohaterscy i prawi żołnierze Armii Czerwonej nie zniknęli w pomroce dziejów. właściwie to nikt nie odwołuje się tu do królów sprzed tysiąca lat, jak jest w sąsiedniej Litwie, gdzie co krok trzynastowieczny Giedymin spogląda na nas z dumą wypolerowanego mosiądzu. na Białorusi zastępują go radziecki żołnierz, Lenin i czerwona gwiazda. szczególnie wyjątkowo prezentują się ci dzielni radzieccy żołnierze, do których najczęściej lgną młode dziewczynki, dziękując za wszystko polnymi kwiatami. zdarza się, że pomniki są całkowicie pokryte kolorową farbą i otoczone łańcuchem i zadbanymi trawnikami..

zatrzymujemy się w jakiejś zapadłej dziurze w pobliżu miasteczka Duniłowicze (biał. Дунілавічы). wchodzimy do wiejskiego sklepu i moim oczom ukazuje się widok wręcz niekonwencjonalny. ogromne błękitne pomieszczenie z piecem kaflowym i kilka rzędów półek zawalonych towarami spożywczymi. stara zardzewiałą waga i nie mniej wysłużona sklepikarka z niezwykle czerwoną twarzą. chleby, dżemy, konserwy, piwa i soki. a obok 3 pary skarpetek, pięć zeszytów i dwa wiadra. skrzynka jaboli i kredki świecowe. kobieta liczy na liczydle: strzelają przesuwane drewniane klocki i już mamy cenę finalną: 11 250 białoruskich rubli.. niesamowite, powrót do lat powojennych. wychodzę z 'magazynu' i robię fotki ludziom siedzącym przed swoją chatą. brudni, nieogoleni, w starych codziennych łachmanach. to ojciec z synem, którego nos przestawiano kilkakrotnie na wiejskich zabawach, a za chwilę zjawia się żona oraz drugi syn. rozmawiamy ponad pół godziny, tłumaczymy cel naszej wizyty, chętnie pozują do zdjęć. są radośni i mimo zaledwie kilku (srebrnych) zębów prawdziwie uśmiechnięci. nie chcą nas puścić, zapraszają na obiad, młodszy syn już poleciał po ziemniaki. i gdy byłem pewny, że nic już nie może mnie zaskoczyć, młodszy, uwalony jak świnia syn, wyciąga nagle Nokię i zaczyna do kogoś dzwonić..

później odwiedzamy jeszcze Woropajewo (biał. Варапаева) i inne mniejsze miejscowości (w tym Paryż, osadę nazwaną tak przez Napoleona podczas jego marszu na Moskwę, nawet stoi tu miniaturka wieży Eiffela), jednak po pewnym czasie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość. żadnych zmian w krajobrazie czy zabudowie. wszędzie ten sam rodzaj biednego, ale szczęśliwego człowieka. i tylko Bogdan, mój daleki kuzyn z uśmiechem mówi, że do szczęśliwości to mu w tym kraju daleko: 'lepiej być niezadowolonym człowiekiem, niż zadowoloną świnią' podsumowuje. Bogdan był w Afganistanie w 1988 roku podczas pierwszej wojny z Talibami, dostał nawet pęk medali, a dzisiaj opowiada sprośne kawały o białoruskiej władzy..

zapraszam do białoruskiego fotobloga.