Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

21

kwi
2009

Białoruś -- pierwsze wrażenia..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17:41

Białoruś, dziwny kraj -- chciałoby się powiedzieć po powrocie z tygodniowej wycieczki parafrazując słowa skeczu Zdradliwa Geografia kabaretu Ayoy. choć geograficznie nam bliska, odcięła się od Polski i reszty zachodniej Europy ciężkim do przeskoczenia murem politycznym, kulturalnym i wizowym. Białoruś to kraj cudu. w państwie postradzieckim, w państwie kierowanym silną ręką pseudo dyktatora, w państwie dużego zacofania, braku inwestycji, drewnianych chat i szutrowych dróg płaci się za wszystko dolarami. kwoty za mieszkanie, samochód, czy nawet łapówkę podawane są w walucie amerykańskiej. i choć ludziom żyje się tu niespecjalnie, choć zarobki i emerytury są znacznie poniżej poziomu polskiego, a ceny dóbr przewyższają te po naszej stronie, ludzie są tu szczęśliwi. mimo walących się chat, azbestowych blokowisk, depresyjnie długiej zimy i braku większej szansy na wzbogacenie się ludzie wciąż są szczęśliwi. właściwie nie spotkałem jeszcze państwa, w którym mieszkańcy byliby tak pogodni, tak gościnni i tak uśmiechnięci jak Białorusini. to fenomen, istny kraj cudu..

zaczęło się od niewielkiego przejścia granicznego w okolicach Wilna. 10-sekundowe pokazanie paszportów strażnikom litewskim i żmudne, męczące półgodzinne manewry po stronie białoruskiej. obywatel wysiądzie, pokaże paszport, ubezpieczenie, prawo jazdy. pokaże dowód, kartę wjazdu, wypełni dokument tu i tu i tu. zapłaci 3 dolary za to, pójdzie do pani w okienku, podjedzie do szlabanu. wysiądzie i otworzy bagażnik. a co wiezie, dokąd jedzie, czemu i na jak długo. kogo zna, kiedy wraca i właściwie po co chce tu wjechać.. dobrze, że tata z wszystkimi od razu się zaprzyjaźnia, bo procedura mogłaby trwać w nieskończoność..

po drugiej stronie muru na równiny spadła ciemność. o 20-stej jedziemy już przez czystą czarną pustkę mijając nieznane zarysy pejzażu, pola i lasy. mijamy niewielkie wioski, wszędzie ciemno, wydaje się jakby kraj zamarł. nigdzie nie można dostrzec nawet pojedynczej sylwetki, nikogo nie można zapytać o drogę, czasami w oddali widać tylko ciemne okna samotnych chat. i w tym najbardziej archaicznym regionie jakim było mi dane prowadzić samochód, pośrodku 50-cio kilometrowej pustki zatrzymuje mnie milicjant. prędkość przekroczona o 32 km, znak ograniczenia podobno był wcześniej, 150$ mandatu. jak to, przecież 150$ to miesięczna pensja białoruskiej kobiety, pytam? takto, zatrzymujemy prawo jazdy -- twardogłowy nie wydaje się skory do negocjacji. po 20 minutach zrywanej rozmowy i 10 pytaniu 'to jak będzie?' niechlujnie rzucanym w moją stronę wypisuje mi na kartce papieru kwotę łapówki. 50$ i możemy jechać. a białoruska milicja ma się bez zmian, za to rodzina milicjanta jakoś sobie radzi. bo radzić sobie jakoś trzeba..

ale do wioski Karaby, naszego docelowego miejsca, był jeszcze spory kawałek i spora trudność w kluczeniu szutrowymi drogami. tylko główne trasy na Białorusi pokryte są asfaltem, a te miejskie zresztą strasznie podziurawionym. cała reszta to drogi kamienne, piaskowe, szutrowe i żwirowe. chcąc przeprowadzić po niej swój samochód nie należy przekraczać 30km/h, bo grozi to urwaniem zawieszenia. docieramy do nigdy nie widzianej kuzynki ze strony taty. powitanie, uściski, całowanko. od razu stół nakrywa się jedzeniem, wręcz pęka pod jego ciężarem. Białorusini częstują gościa wszystkim, co tylko mają w domu. począwszy od misek z ziemniakami, przez kotlety, kiełbasę, boczek i sery. śledzie, ogórki, pomidory i jajka. pełne misy, wszystko czym żywią się normalnie. panuje tu generalna zasada, że gość stołuje się jak gospodarz, czyli ani lepiej, ani gorzej, dokładnie tak samo. i tak jest wszędzie. żeby było weselej z reguły nie podaje się tu talerzy, a jeśli już to takie niewielkie. każdy ma widelec i nabiera ze wspólnych mis, najczęściej bezpośrednio na chleb. obficie leje się wódka, wyłącznie 50ml kieliszkami. jest wesoło, Białorusini mówią głośno, krzyczą wręcz, mocno gestykulując przy tym rękoma. przy pierwszym kieliszku, który wypiłem do połowy, zostałem wytykany palcami. u nas pije się na raz, wszystko, do dna. w świetle pokoju błyszczą złote zęby, a szary wystrój ubarwiają kolorowe chusty na głowach kobiet wszelkiego wieku.

tak wyglądały moje pierwsze godziny na Białorusi. później było jeszcze przyjemniej, zrozumiałem, że nie ma szybszego i tańszego sposobu na podróż w czasie do okolic polskich lat 70-tych, które znam z filmów Stanisława Barei. przez te kilka dni bardzo polubiłem ten urodziwy i starodawny kraj, bo nie da się nie lubić kraju ludzi prawdziwych. tu nikt nie kłamie, nie oszukuje i otwarcie mówi jak jest. na pytanie: 'jak wam się wiedzie?' ogromna większość odpowiada: 'normalnie'. ani dobrze, ani źle, po prostu żyje się normalnie. tu nikt nie oczekuje cudów, tu wszyscy znają swoje położenie i nawet nikt specjalnie nie narzeka, bo 'i tak niczego się nie zmieni'.. aha, no i Polaków się tu uwielbia, wbrew zdaniu i zachowaniu białoruskich polityków. wkrótce kolejne wrażenia.