Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

06

mar
2009

welcome to Seattle Mr. Tomxx..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Brighton, 14:16

dzień dobry z Brighton, a jest to jeden z ostatnich dni podczas których nadaję z UK. życie potrafi zadziwiać i zdarza się, że z dnia na dzień zmiany zalewają spokojnego dotąd człowieka z siłą tsunami. zmiany totalne, gruntowne, zmiany decydujące o przyszłości. Ba, zmiany kształtujące przyszłość. no ale po kolei, posłuchajcie..

zaczęło się we wtorek, jakoś przed miesiącem. spokojny zimowy angielski dzień rozdarła nowina, że NCsoft Europe zwalnia 50% załogi. trąbiły o tym tabloidy przeróżne, jedni mówili o restrukturyzacji, drudzy o decyzjach strategicznych, a miejscowa prasa nazwała to wydarzenie szokiem w branży gier komputerowych. no bo miało być tak pięknie, walka z Warcraftem, drżyj świecie, atakujemy z siłą azjatyckich produktów, a tu nagle klapa, poczułem się niepotrzebny. w domu śpiewałem Agacie w stylu starego dobrego Muńka Staszczyka... kochanie wczoraj zwolnili mnie z pracy, wiedz o tym że nie dali mi szansy... kazali odejść, wyrzucili za drzwi.. nie to żebym się specjalnie tym wszystkim przejmował. znam swoją wartość i prędzej czy później znalazłbym pozycję równie fajną jak tutaj. do tego wysoka odprawa, szybkie oferty z Nintendo i Segi. ale jednak niesmak pozostał -- przez te dwa lata zżyłem się z miastem, otoczeniem i przede wszystkim moimi tutaj ludźmi. zdobyłem wielu wartościowych przyjaciół, dziesiątki rożnych nacji, inne punkty widzenia.. pracowałem z ludźmi na wysokim poziomie i za te pełne dwa lata wspólnej egzystencji byłem im wdzięczny. no ale nagle pracy dla nas zabrakło. pomysłów mieliśmy kilka, a najważniejszymi było założenie własnej działalności i jechanie dalej, tyle, że pod własnym szyldem. ja oczywiście celowałem w Google, ale dział lokalizacji w Irlandii niestety jest pełny, a wtedy kiedy chłopaki szukali kogoś na moje miejsce, ja byłem bezpieczny w tym południowym zakątku super wielkiej Brytanii. no więc spotkania, rozmowy, wstępne decyzje. i być może wszystko poszłoby tą drogą (dostaliśmy konkretną ofertę pracy od jednej z największych kompanii lokalizacyjnych na świecie), gdyby nie upomniał się o mnie szef Production Studio naszej firmy. znamy się ze wspólnej pracy tutaj w Europie, a on kompletuje skład w naszej głównej siedzibie za oceanem i zrobi wszystko, aby mnie ściągnąć. pewnie gdybym był bardziej ułożonym i mniej skłonnym do upatrywania we wszystkim przygody to dałbym sobie spokój. ale nie jestem, wciąż nosi mnie po świecie, więc zaczęliśmy rozmowy..

NCsoft West z siedzibą główną w Seattle przejmuje więc wszystkie działy odpowiedzialne za produkcję gier na Zachodzie. komórka lokalizacyjna tworzona jest od nowa, dotąd całość zlokalizowana była w Brighton/UK. Wielki Mistrz zaproponował mi stanowiska Localisation Managera, czyli piętro wyżej od moich aktualnych obowiązków Loc Project Managera. miłe to i fajne, ale to jednak inny świat.. zaczęliśmy rozmawiać i niespodziewanie szybko doszliśmy do porozumienia odnośnie tego co trzeba zrobić i jak trzeba zrobić. a że 'JAK' wiem tylko ja, więc chcieli mnie bardzo bardzo. w grę oczywiście wchodzi bloody good offer, bo życie 9000 km od domu, z dala od rodziny i polskich przyjaciół, musi być czegoś warte. negocjacje trwały tydzień i ... zakończyły się sukcesem. od kwietnia przenoszę się do Stanów, a dokładnie do Seattle downtown w stanie Waszyngton. dalej już nie można..

no ale, że nie jestem na tym świecie sam, to trzeba było coś ustalić z drugą moją połową. rozmawialiśmy dużo, zaciekle wyrzucając z siebie wszystkie za i przeciw, w końcu podjęliśmy decyzję, że spróbujemy. spróbujemy wspólnie, więc aby Agata mogła dostać hamerykańską wizę, co pozwoliłoby jej pracować za Wielką Wodą, musi być moją żoną. z tym nie było większego problemu, bo przecież i tak mamy wesele już zaplanowane na czerwiec 2010. szybka decyzja, kilka telefonów i bookowanie lotu do Polski. lecimy w środę, w czwartek robota papierkowa, w sobotę ślub cywilny. nie wiedziałem, że tak można, prawie jak Las Vegas. z tym, że trochę mniej światełek i alkoholu we krwi. no więc pojmuję za żonę wybrankę moją, Agatę Jagielską. wychodzi, że będzie kolejna AA w rodzinie, po siostrze mojej, która cieszy się i gratuluje.. po ślubie wracamy, kilkanaście dni w UK, sprawy wizowe i szybkie pakowanko: trochę gratów pojedzie do Polski, większość wyląduje na śmietniku, część zabieramy do US. firma płaci za pełne przeniesienie, więc mogę zabrać co tylko mi się podoba. pytanie tylko po co, skoro tam więcej i taniej.. potem jeszcze tydzień w Polsce na Wielkanoc, niestety wychodzi na to, że odpadnie planowana na kwiecień wyprawa na Białoruś -- w poszukiwaniu korzeni rodzinnych familii Ankudowicz. szkoda, bo byłoby fajnie..

od utraty pracy, bo nowe wyzwanie i żonę. chyba dobry deal, co? dwa w jednym. przeciągnie się nasz powrót do Polski, ale wszyscy wiedzą, że nasz kraj ojczysty wcale mnie nie mierzi, choć dookoła aż roi się od ludzi mających gdzieś chwalebną tradycję powstań niepodległościowych. przenoszę się do innej kultury, gdzie wszyscy czule się witają, pozdrawiają, a maile hurtowo rozpoczynają od how are you, choć wszyscy wiedzą, że gówno ich to obchodzi how I really am. zobaczymy. ja tam się cieszę..