Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

26

wrz
2008

Chorwacja cz. IV -- Wioska

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 14.25

Wioska męczyła mnie od kilku dni. spokojna i autorytatywna spoglądała na mnie z góry. jej zabudowa lśniła w upalnym słońcu, białym kamieniem wyróżniając się spośród położonego wyżej pasma górskiego. nie byłem dla niej przeciwnikiem -- przez wiele lat stawiała twardy opór Wenecjanom i Turkom, dawała schronienie tysiącom istnień ludzkich. emanowała wiekami historii. tego ranka podjąłem decyzję o zmierzeniu się z Wioską. przed sobą miałem spokojne wody Adriatyku z wyraźnie zaznaczoną na horyzoncie wyspą Hvar, za sobą masywny łańcuch Biokova. Wioska położona była za moimi plecami, 350 metrów wyżej..

na Wioskę wołano Podaca, z 'ca' na końcu, nie 'ka'. w przeciwieństwie do tej dzisiejszej, tą na górze zwano 'Gornja'. oczywiście nazwa powstała niedawno, kiedyś Wioska była jedyną znaną Podacą w okolicy. budziła szacunek. jej dzieje sięgają w głąb wczesnej epoki kamienia, o czym świadczą liczne znaleziska archeologiczne -- nie można się więc dziwić, czemu dzisiejsza Górna Podaca, z brutalnie skradzioną osobowością i nazwą, czyha na turystów takich jak ja. Wioska chce się pokazać..

dla lepszej dramaturgii postanowiłem wyruszyć wieczorem. nie mogąc się jednak doczekać aktywnych emocji wypuściłem się już po piętnastej. słońce grzało niemiłosiernie, 35 stopni spowalniało moje ruchy, a Wioska bez przerwy patrzyła na mnie z góry. droga wiodła zakosami, łapczywie szukałem najmniejszego wręcz kawałka cienia. duchota straszna, żadnej palmy daktylowej, gdzieniegdzie tylko niewielkie krzewy oliwne. 350 metrów pokonałem z bijącym nerwowo sercem, z litrem wypitej wody i kilkoma przystankami. wchodząc do Wioski cieknąca od potu koszulka znaczyła moje ślady. trzymając się jedynej większej ulicy, w milczeniu mijam zabudowania po obu stronach piaskowej drogi. niewielka kapliczka, jednopiętrowe coś, co kiedyś było willą, kamienna stajnia, murowana altanka i zacieniony placyk z polem do gry w bule. po lewej stronie niewielki kościółek z wysoką wieżą zegarową i skromny, wioskowy cmentarz.. kilkanaście metrów dalej majestatyczna owalna wieża i bezładnie porozrzucane, pokryte roślinnością kamienie. niedaleko mnie ukradkiem przebiega czarny kot. dookoła panuje cisza, jestem tu zupełnie sam..

Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. kolejne nawiedzające te tereny trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do zejścia niżej, aż nad samo morze. rozpoczęto prace nad nową wioską, jako pierwszy oczywiście powstał nowy kościół. wysoko pod masywem górskim żyło się bezpiecznie, choć niewygodnie. zajmująca się rolnictwem i rybołówstwem ludność miała do pokonania kawał drogi, co przy ostrym słońcu nie było zadaniem prostym, ani przyjemnym. tego typu wioski nie są w Dalmacji niczym szczególnym -- właściwie każda z większych dzisiejszych osad ma swój odpowiednik wysoko na stokach górskich. Gornja Podaca, mimo że opuszczona, częściowo nadal utrzymywana jest przez państwo, co przejawia się we względnym porządku i remontach głównych budowli. niedawno wymieniono tu dach kościoła, a świeżo otynkowana kaplica emanuje białym światłem.. co jakiś czas odbywają się tu niewielkie festiwale, a w dni świąteczne celebrowana jest msza święta. oczywiście nie wiedziałem tego podczas mojego pierwszego spotkania z Wioską -- klucząc po opuszczonych miejscach czułem się wyjątkowo, a tajemniczość miejsca wpływała na moją pewność siebie. tu Wioska wygrała zdecydowanie -- często zatrzymywałem się nasłuchując, czy ktoś aby się nie zbliża, nie czai za rogiem, nie czyha na błąd. i to dziwne uczucie, to plaskate coś na twoich plecach kiedy wydaje ci się, że jesteś obserwowany. brrrr, jak w jakimś Ghost City gdzieś w Meksyku, albo przynajmniej na bezdrożach Nevady..

zwiedzanie zaczynam od placu kościelnego, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. budynki są zamknięte, jednak przez szpary w drzwiach widzę dobrze utrzymane wnętrza. zbudowany w okresie przedromańskim (XI i XII w.) kościół pod wezwaniem św.Jana Chrzciciela został ufundowany przez rodzinę niejakiego Kacića, w poszukiwaniu której lustruję niewielki cmentarzyk. groby ludzi, najczęściej ze zdjęciami na pomnikach, uruchamiają wyobraźnię. każdy ma tu swoją historię zaczynającą się najczęściej jeszcze w XIX wieku. wspólnie z dziećmi pochowane małżeństwo, samotna kobieta, młody, żyjący niespełna szesnaście lat chłopak.. zauważam kilka późniejszych dat -- niektórych pochowano tu w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku -- widać ich życzeniem było pozostanie w swoim rodzinnym miejscu. w takim miejscu przypominam sobie książki Andrzeja Stasiuka -- osadzone w realiach Wschodniej Europy i Bałkan nostalgiczne opowieści o minionych wydarzeniach i o nieustannym upływie czasu.. o zapomnianej Europie, czyli miejscu, gdzie teraz się znajduję. odnajduję średniowieczny kamień nagrobny, tak zwany stećak, będący najlepszym dowodem na historię tego miejsca. wychodzę na główną ulicę i przyglądam się stojącym tu i ówdzie murkom. jak to możliwe, że prze lata waliły się całe budynki, a te kilkudziesięcioletnie konstrukcje (powstałe przecież bez użycia cementu) nadal stoją i mają się dobrze? największe wrażenie sprawia jednak ogarniający wszystko bluszcz. wydaje się, że niepodzielnie panuje we Wiosce, otacza i umacnia zabudowania, wychodzi przez okna, zsuwa się z dachów. to właśnie bujna roślinność tych wzniesień zapewnia równowagę środowiska, a jej korzenie zapewniają utrzymanie w jednym kawałku rozgrzanych i kruszących się wapieni. wchodzę do kilku pomieszczeń -- wnętrza są surowe, jakby niedokończone. gdzieniegdzie pozostałości łóżek, zawalone stoły, milczące, jakby zamyślone ściany. wśród dzikiej roślinności jest cała masa drzew figowych, ochoczo korzystam z gościnności Wioski, choć wciąż czuję, że mnie obserwuje i wytycza trasę mojego zwiedzania. wchodzę w wąską boczną uliczkę, gdzie znajduję pożółkłą gazetę, o dziwo wciąż nadającą się do czytania. data wskazuje na 18 czerwiec 1998 roku. z ciekawości otwieram drzwi niewielkiej zagrody -- jest pusta, wypełniona suchą i pożółkłą pozostałością traw. wyciągam aparat i nagrywam krótkie filmiki -- starając się uchwycić moment chwili, puste odrzucające okiennice, zarośnięte altanki czy surowe schody. w mojej zuchwałości zapuszczam się w coraz to bardziej niedostępne miejsca, z bijącym sercem krocząc wśród pozostałości ludzkiej osady.. gdzieniegdzie odnajduję porozrzucane noże, ledwo rozpoznawalne potłuczone talerze, miski i inne dziwactwa. większość domostw jest pozamykanych, łuszcząca się farba drzwi nadaje im makabryczny wygląd..

docieram do zabytkowych murów obronnych z wieżami. cóż, wieżami to one kiedyś może i były, gdyż wzniesiono je w celach obronnych przeciw częstym najazdom tureckim, dzisiaj wszystko jest tu ruiną. ruiną tym lepszą, że kontrastującą z mozaiką pożółkłych wzgórz, bieli okolicznych miasteczek, lazurowego morza i dalekich, widocznych na horyzoncie, wysp. raj dla fotografa -- pstrykam jak oszalały, choć nie wiem, jak zareaguje na to sama Wioska. chyba jednak się polubiliśmy -- daje dużo cienia, pasjonuje widokami i tajemniczością. odnajduję miejsce z folderów turystycznych: kamienne domy pozbawione dachów stojące nad samym wzgórzem; kilkaset metrów niżej zabudowania dzisiejszej Podacy. wracając ponownie spoglądam na małą kapliczkę z figurką Matki Boskiej i zardzewiałym krzyżem. ktoś o nią dba, w jej wnętrzu ustawiono zakurzone plastikowe kwiaty. nieopodal wchodzę na rozległą, porośniętą winnym gronem, altanę. wygląda jakby ktoś wyniósł się stąd w trakcie swoich codziennych prac: wyschnięty płyn do mycia naczyń, spleśniały chleb na kiwającym się stole, pożółkła chorwacka flaga. później dowiaduję się, że ktoś wykupił ten budynek i co jakiś czas się tu pojawia. sprawa wydaje się oczywista, chleb nie może mieć przecież 40 lat.. na koniec mojej wycieczki zapuszczam się do najwyżej położonych punktów Starej Podacy i odnajduję .. samochód. nie spodziewałem się tego zupełnie. po chwili wychodzi do mnie jego właścicielka -- całkiem komunikatywnie mówi po angielsku i tłumaczy, że domek jest na wynajem, a jednorazowo może pomieścić osiem osób. ona zostawia nam klucze, więc mamy dla siebie cały domek. i całą wioskę, dodaje po chwili.. schodząc na dół mijają mnie dwa samochody wjeżdżające za moją rozmówczynią w kierunku wynajmowanego domku. ich rejestracje rozpoczynają się od liter: KR i polskiej flagi..