Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
tygodniowa ucieczka od cywilizacji..
18.08.2008; 16.00
ostatni tydzień spędziłem w Polsce. a raczej w gdzieś bliżej nieokreślonym miejscu, wśród szumu wiatru, zapachu lasu i czystych wód Pojezierza Lubuskiego. sprawy potoczyły się szybko: bilet Gatwick - Poznań Ławica, pociąg do Zbąszynia i 3 następujące po sobie autostopy do celu. a cel to ośrodek nad jez. Chłop w woj. Lubuskim -- miejsce sentymentalne, odwiedzane z przerwami od 1991 roku. nic-nie-wiedzący rodziciele zaniemówili z wrażenia -- a przyjechałem nie po to aby odnaleźć samego siebie, zgłębić istotę wszechrzeczy czy odszukać złoty środek. po prostu odpocząć. zwłaszcza, że za tydzień startujemy z Chorwacją i emocji tego lata z pewnością nie zabraknie.. Borowy Młyn, bo tak nazywa się odwiedzana przeze mnie wioska leży na teranie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i jest to miejsce, do którego nie dociera żaden pekaes (nie mówiąc już o kolei żelaznej) i gdzie położonego w późnej erze gierkowskiej asfaltu od lat nikt nie naprawia. i prawdopodobnie z tych powodów panuje tu taki spokój, woda w jeziorach jest czysta, a gatunki występujących tu zwierząt liczy się w setkach. kilka kilometrów dalej leży sam Pszczew -- niewielka urokliwa osada, historycznie należąca na przemian do Polski i do Niemiec. przed laty chodziliśmy tu lokalne dyskoteki (a potem z buta 7 km do naszego ośrodka) -- dziś wioska (obecnie bez praw miejskich) urzeka swoim spokojem, kolorowymi kamieniczkami i licznymi atrakcjami turystycznymi. w kolejnych notkach więcej o tych magicznych dla mnie miejscach..

kolejną rzeczą (którą zresztą ostatnio często przeżywam) jest kontrast pomiędzy rozwiniętą Anglią, a polskim klimatem małomiasteczkowym. z lotniska w Londynie trafiam do polskiego pociągu podmiejskiego -- co prawda bardzo czystego, jednak wyprodukowanego dobrych 30 lat temu. płacę 13 zł za odcinek 75 km, natykam się na miejscowych wracających z pola, na kobiety w chustach z rowerami pod ręką i młode wypindrzone lafiryndy w różowych wdziankach spoglądające na mnie zaczepnie. czytając pachnący jeszcze drukiem Przegląd Sportowy mijam wielkopolskie osady, w których obok zrujnowanych gospodarstw wystrzeliwują majestatyczne domki jednorodzinne. coraz więcej Polaków się bogaci i to widać, szczególnie oglądając Polskę z lokalnego pociągu.. do tego wszechobecne, szmuglowane za bezcen od zachodniego sąsiada, samochody.. wysiadam na dworcu w Zbąszyniu i przyglądam się jego budowie -- ruina pamiętają jeszcze dobre czasy zaborów -- dla mnie to jednak woda na młyn mojego nowego spojrzenia na Polskę. pasjonuję się każdym, najmniej nawet istotnym detalem, cieszę się jak dziecko odnajdując rzeczy, z którymi nie mam do czynienia na Wyspie. wychodzę na drogę, jest ciepłe sobotnie popołudnie -- robię zdjęcia przyglądając się krajobrazowi. 3 lata temu odbierałem stąd Marasa, który dojeżdżał do nas pod namioty i również był to piękny czas.. jadąc stopem rozmawiam z miejscowymi o ich lokalnym spojrzeniu, problemach, nowej dyskotece 2 wioski dalej. podwożą mnie m.in. młody chłopak, który wcale nie chce opuszczać Polski, bo dobrze się tu czuje oraz starszy kierowca samochodów dostawczych gdzieś z centralnej Polski, któremu kumpel proponował pracę jako kierowca londyńskiego autobusu.. różne potrzeby, inne spojrzenia..
kategoria: podróże                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: przez łąki przez pola, czyli pieszo do Alfriston..
15.04.2008; 14.53
celem pierwszej tegorocznej wycieczki weekendowej było miasteczko Alfriston. tak wypadło w losowaniu, a ja żyję w zgodzie z naturą i losem, więc mimo że pogoda nie rozpieszczała, zebraliśmy się do drogi. Alfriston oddalony jest od Brighton zaledwie o 30 km, jednak dojazd nie jest sprawą prostą: kursowym autobusem linii Brighton&Hove buses dotarliśmy do Seaford, gdzie rozpoczynają się fantastyczne kredowe klify, a dalej musieliśmy kombinować. dwa razy dziennie odchodzi stąd minibus organizacji Cuckmere Community, my jednak trafiliśmy w lukę czasową i, nieco z przymusu, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na nogach. po raz kolejny okazało się jednak, że największą przyjemnością podróży jest samo jej odbywanie, a fizyczne dotarcie do celu. szlak do Alfriston wytyczony jest wśród malowniczych łąk regionu South Downs -- dookoła zieleń, pasące się zwierzęta i cudowne widoki pobliskich wzgórz. naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od samego morza, które w pełnej okazałości widoczne jest dopiero z odległości kilku kilometrów. w międzyczasie rozpogodziło się, co pozwoliło zrobić użytek z nowego obiektywu Agatki -- Sigmy 10-20mm oraz polaryzatora Hoyi i uzyskać ciekawe ciemnobłękitne niebo oraz białe chmury. idąc wzdłuż średnio ruchliwej drogi docieramy do miejsca widokowego, na którym William Rees Jefreys (pisarz i publicysta angielski) postanowił podzielić się ze światem swoimi odczuciami wystawiając mały pomnik przedstawiający różę wiatrów z kierunkami i odległościami okolicznych miejscowości. ze wzgórza rozciąga się fantastyczny widok na meandrującą Cuckmere River, która po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów wpada do Kanału przy klifach Seven Sisters. stoję na wzgórzu, wiatr urywa głowę, a ja cierpliwie testuję nowy obiektyw, polaryzator i filtry połówkowe. od możliwości wyboru kadru kręci się w głowie (widok ok 270 stopni), ale szczególnie podoba mi się ujęcie, w którym łapię zarówno okalający wzgórze płotek, jak i stertę białych jak śnieg kamieni kredowych oraz samą rzekę i okoliczne pola.. o tym, że historia śmieje mi się w twarz dowiedziałem się dopiero później, w domu. otóż stałem 2 metry od Białego Konia z Littlington (Littlington White Horse), który w pełnej okazałości można podziwiać z doliny rzeki Cuckmere lub ze zdjęcia satelitarnego. kredowe dzieło powstało w 1924 roku, nie jest to więc megalityczna budowla minionej cywilizacji porównywana ze Stonehenge lub pobliskim Long Man of Wilmington, jednak wciąż robi wrażenie, głównie dlatego, że utrzymana jest w fantastycznym stanie..

wracamy na drogę. idziemy kilka kilometrów dochodząc wreszcie do Alfriston. na terenach dzisiejszej wioski (która wraz z pobliską mniejszą Litlington liczy zaledwie 769 osób) osady ludzkie istniały już w Neolicie -- końcowym okresie epoki kamienia. wioska rozkwitła w czasach Saksonów (miejsce to nazywano Aelfrictun) oraz w średniowieczu, kiedy odbywał się tu znany w regionie targ.. tak długa historia pozostawiła ślad w architekturze miasteczka: przez jego środek ciągnie się główna High Street, a na każdym kroku spotykamy tu kilkusetletnie budynki, kamienne kościoły i drewnianą anglosaską zabudowę. jednym z najważniejszych domów o budowie szachulcowej (ang. timber-framed house) jest gospoda Star Inn -- zbudowany w 1345 roku budynek był początkowo hostelem religijnym, a w XVI przemianowano go na gospodę, która w prawie niezmienionej formie istnieje do dzisiaj. historia Alfriston mówi również o gangu przemytniczym (ang. smuggling gang), który miał tu swoją kryjówkę, a którego pozostałością jest dzisiejszy pub Ye Olde Smugglers Inn. fenomenem tego miejsca jest również Market Cross, czyli wyjątkowy placyk miasteczek handlowych będący jednocześnie ich centralnym punktem oraz miejscem, w którym krzyżują się wszystkie najważniejsze drogi wioski. dookoła tego miejsca rozłożyły się pachnące smołowanym drewnem restauracyjki, kilkusetletnia apteka oraz miejscowa niewielka lodziarnia. nieopodal znajduje się chyba największa atrakcja miasteczka -- zbudowany w 1360 roku kościół poświęcony Św. Andrzejowi. z uwagi na swoją wielkość St.Andrew Church zwany jest potocznie Katedrą regionu South Downs. mieliśmy szczęście -- błękit nieba był oszałamiający i mogliśmy zrobić fajne fotki kościoła wraz z przyległym doń cmentarzem. przed kościołem rozciągają się rozległe zielone tereny, które również wywodzą się z czasów saksońskich, gdzie tego typu przestrzenie nazywane były The Tye. wydaje się dzisiaj, że miasteczko cierpi z powodu swojego piękna i długiej historii -- mieszkańcy mogą zapomnieć o spokoju, gdyż każdego dnia miejsce odwiedzane jest przez całe rzesze turystów, a my mieliśmy to (nie)szczęście, że zetknęliśmy się z 30-osobową grupą Francuzów, którzy na tak małym terenie zrobili niezłe zamieszanie.. miejscowi w każdym razie nie wydają się tym zmartwieni i można powiedzieć, że dzisiejsze piękno trwa właśnie dzięki pieniądzom odwiedzających Alfriston ludzi..

zewnętrzna galeria z wycieczki dostępna jest tutaj.
kategoria: podróże                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.