Tomasz Ankudowicz -- tomxx.net 3.0 fotoblog | podróże | trekearth | info | [home]
kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
Barcelona cz 2 -- zieleń, woda i dzielnica gotycka..
16.05.2008; 18.01
po powrocie z Barcelony wypowiadaliśmy się o tym mieście prawie w samych superlatywach. miasto jest bardzo ładne, choć przecież nie jest to jedyny czynnik decydujący o odbiorze danego miejsca. mi osobiście spodobał się całokształt Barcy: jej ludzie, formy spędzania przez nich wolnego czasu, wspaniała pogoda, mnogość kafejek i względna czystość. na uwagę zasługuje duża różnorodność: jednego dnia podziwialiśmy potężne gotyckie katedry, nowoczesną wioskę olimpijską, futurystyczne budowle i marinistyczne nadbrzeże..

a zaczęło się od targu na placu przy Łuku Triumfalnym, który z uwagi na towary okolicznych rolników, piekarzy, rzeźników i innych sadowników był rajem dla wielbicieli żywności organicznej i nietypowej. podobne targi coraz częściej spotyka się w krajach Europy Zachodniej -- ludzie odróżniają nijaki smak chemicznych wyrobów z supermarketu i wolą zapłacić podwójną cenę, ale zdobyć produkt organiczny. nasz pokój mieścił się dosłownie 100 metrów od tego miejsca, więc tu zaczęliśmy poznawać Barcelonę. sam Łuk Triumfalny powstał w 1888 roku z okazji odbywającej się tu Wystawy Światowej EXPO -- zresztą jak wynika z przewodnika, znaczna część miasta właśnie tej wystawie zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd. szeroka promenada tętni życiem, a w oczy rzucają się pola do gry w bule i mnóstwo miejscowych z pasją miotających metalowe kule. dostrzega się zaangażowanie w grę i towarzyszący zabawie zapał.. Agata od razu zwróciła uwagę na ich luz, brak trosk i wolność podkreślaną metalicznym odgłosem odbijających się kul. na przeciwległym końcu skweru mieści się zbudowany również z okazji EXPO Parc de la Ciutadella. 30ha soczystej zieleni skrywa masę atrakcji -- zbudowanej w 1714 roku cytadeli co prawda już nie ma, ale jest zoo, jeziorko, muzea, fontanny, kaskady i przede wszystkim, palmy, drzewa cytrusowe i ogromne połacie kwiatów. na zielonych łąkach wygrzewają się miejscowi, a ja czuję wioskę dookoła, a nie 1,5 milionowe miasto.. jest coś niesamowitego w tej pogodzie, w tej zieleni i w kwiatach dookoła. w takich momentach zdaję sobie sprawę jak bardzo chciałbym opuścić miasto i schować się gdzieś, gdzie nie dociera internet i nie ma nowoczesności. do tego chętnie zrezygnuję z angielskiej pogody i poproszę niewygórowane 26 stopni. no dobra, zagalopowałem się..

szeroką arterią Passeig de Colom mijamy dzielnicę Barceloneta i idziemy wzdłuż wybrzeża, w którym urządzono duży nowoczesny port z tysiącami białych jak śnieg (nie mylić ze śniegiem na Śląsku) żaglówek. w tym miejscu widać już turystyczny zawrót głowy -- jeżdżą turystyczne autobusy, słychać dziesiątki różnych języków i różne kolory mijanych facjat. z pewnością część przyjechała tu w celach klasyczno-poznawczych -- aby poznać miasto, zwiedzić zabytki, wystawić buźkę do słońca, jednak spora część zdecydowała się na najebki niekontrolowane i w lokalnych zaułkach lub na placach wśród palm pije już od rana. do tej grupy z pewnością można zaliczyć nieuczesanych Angoli i ich braci po kuflu -- nieogolonych Niemców. omijamy towarzycho i wbijamy się na Rambla del Mar. ten sztuczny twór jest połączeniem morskiej promenady z molem, restauracjami, mostkami i galeriami sztuki. z jednej strony pasaż handlowy, z drugiej zacumowane potężne okręty, a z trzeciej McDonalds i ubrudzona frytkami tłuszcza. sam się do niej zaliczam (a i Agata też), bo także nas natchnęło, aby coś zjeść na szybko. Rambla del Mar generalnie zbudowana jest z drewna, a jak powiedział mi jeden miejscowy (czego zresztą nie potrafił udowodnić), na końcu znajduje się port. po wiatrowym przewianiu robimy 'w tył zwrot' i wchodzimy do centrum na najbardziej znaną barcelońską ulicę -- Las Ramblas. właściwie to La Rambla stanowi ciąg krótszych ulic, z których każda nosi inną nazwę (stąd forma w liczbie mnogiej). co prawda jeżdżą tu samochody, ale można powiedzieć, że jest to kilometrowej długości deptak, który rozpoczynając się przy pomniku Krzysztofa Kolumba ciągnie się aż do Placa de Catalunya. Rambla tętni życiem: uliczne przedstawienia, sztuczki i pokazy przyciągają turystów. można usiąść i napić się piwa na wolnym powietrzu, można położyć się pod palmą, można popatrzeć na wysportowanych miejscowych, salta, przewroty i tańce na głowach (czyli brek-genc, jak mawiał Andrzej Lepper). są też rzemieślnicy, malarze, artyści i poeci. innym słowem -- La Rambla kipi życiem przez całą dobę. dookoła zabudowania dzielnicy Barri Gotic i naprawdę bardzo przyjemnie jest się zgubić w klimatycznych zaułkach niewielkich uliczek. po godzinie kluczenia docieramy do fantastycznego placyku Placa Reial, gdzie pośród gotyckiej zabudowy wybudowano fontannę, posadzono palmy i gdzie chłód upalnego dnia pomaga się zrelaksować. nakręciłem tu 30 sekundowy filmik, bo miejsce naprawdę mnie urzekło..

Barri Gotic oferuje oczywiście znacznie więcej, niż rozrywkowe placyki. korzenie tej dzielnicy sięgają czasów Rzymskich, podobno w muzeum miejskim (zamknięte, kiedy tam dotarliśmy) można oglądać całe podziemne miasto. większość uliczek starego miasta pozostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, a niektóre są tak niewielkie, że nie ma ich nawet na mapie. labirynt przejść zawiera fantastyczne wstawki (jak Carrer del Bisbe Irurita), czy nawet całe odcinki przypisane do pewnej zamkniętej społeczności (jak średniowieczna część żydowska). mniej więcej pośrodku znajduje się Katedra Santa Eulalia -- gotyckie dzieło budowane od XII do XV wieku. niestety (podobnie jak 2 lata wcześniej w Mediolanie), fasada katedry znajduje się w remoncie. po godzinie docieramy jednak do okazałego kościoła Świętej Marii (Santa Maria del Mar). to fantastyczne dzieło z XIV (budowę rozpoczął w król Alfons IV Łagodny w 1329 roku) wieku jest dumą Katalonii, a tak cudownych sklepień nie widziałem jeszcze nigdzie. dach podparty jest ośmiokątnymi słupami, a wnętrze kościoła wypełnione jest cudownie rozproszonym światłem. wchodziłem do tego kościoła trzykrotnie i za każdym razem urzekała mnie swoim pięknem. nie miałem statywu (choć i tak pewnie nie pozwolono by mi robić z niego zdjęcia), więc aby zobrazować tę kamienną potęgę po prostu kładłem aparat na kamiennej podłodze.. należy również dodać, że kościół wybudowano głównie z datków marynarzy i kupców (w przeciwieństwie do miejskiej katedry, która powstała ze środków arystokracji).
kategoria: podróże                           link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Paryż
17.12.2006; 21.09
weekend w Paryżu to w dużej mierze zasługa tanich linii lotniczych. w dawnych czasach półtora tysiąca kilometrów w linii prostej oznaczało dla człowieka mniej więcej tyle, że zabraknie mu sił na powrót. teraz można teoretycznie wybrać się drugi koniec Europy i wrócić tego samego dnia płacąc za przelot tyle, co za taksówkę w dużym mieście..

miasto: zespół miejski Paryża zamieszkuje ponad 11 mln mieszkańców, same miasto ok 2 mln. podzielono je na 20 dzielnic, a historyczne centrum Paryża stanowi wyspa Île de la Cité na Sekwanie, na której położona jest katedra Notre-Dame. tak ogromna struktura wymaga przemyślanego środka transportu -- w Paryżu króluje metro: działa kilkanaście linii, we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkie możliwe dzielnice, ale co najważniejsze: wszędzie można się dostać bardzo szybko.. bilety nie są tanie, my zapłaciliśmy 36 euro za bilet 3 dniowy ważny na 5 stref, czyli dokładnie tyle aby zwiedzić wszystko (bilet obejmuje przejazd metrem i koleją podmiejską 'RER'). przemierzaliśmy przeciągnięte do granic możliwości miasto, rozpieprzoną, wręcz zwielokrotnioną francuską stolicę, ale trwało to 6 czy 7 razy krócej, niż sugeruje rozsądek, niż wskazywałby na to rachunek kilometrów, pociągów i miejsc..

pierwsze wrażenie: ogromne. z jednej strony można powiedzieć miasto jak każde. bo jak wszędzie Turcy wywijają nożami w swoich budkach z kebabami, Polacy śpią w namiotach na nabrzeżu, Niemcy są głośni, Hiszpanie zadowoleni, Japońcy robią fotki, a Ruscy mają sygnety. z drugiej jednak strony na każdym kroku widać tu pomysł i historię. miasto jest czyste i zadbane; kamienice jakby świeżo otynkowane i pomalowane, choć jednorodne. wszystko ma swój sens, swoje miejsce, widać organizację i pomysł.. ludzie: metro jest miejscem, gdzie spotyka się ludzi reprezentujących wszystkie grupy społeczne. byliśmy pozytywnie zaskoczeni Francuzami. na każdym kroku widać tu dystynkcję, widać wytworność i elegancję w sposobie zachowania. na każdym kroku ktoś za coś cię przeprasza, jest dużo uśmiechu. tak jak w innych miastach zachodniej Europy widać dużą tolerancję, choć dziwnie to brzmi po jakimś roku od francuskich zamieszek na tle rasowym.. miejscowi wydali mi się pozytywnie nastawieni do obcych, choć oczywiście od każdej reguły są wyjątki. gorzej z językiem, choć młodzi ludzie najczęściej znają angielski. zdarzało się jednak i tak, że zaczepiony Francuz odpowiadał nam po swojemu, mówił długo i w ogóle się nie przejmował, że my nic nie rozumiemy. my odpowiadaliśmy po angielsku, także się nie przejmując. słuchał uważnie i znowu odpowiadał po swojemu. a ja pojawiłem się tam z czterema francuskimi słowami w głowie. i 8 hiszpańskimi, choć wiedzialem, że do niczego się nie przydadzą.. zabytki: jest ich za dużo. jak na jeden weekend, a nawet na dwa. te najbardziej popularne, jak Luwr (Musée du Louvre), wieża Eiffla (Tour Eiffel), Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) czy katedra Notre-Dame (Cathédrale Notre Dame de Paris) zobaczyć jednak należy. owszem, w samym Luwrze można spędzić nie weekend, a całe dwa tygodnie, choć standardowe wycieczki turystyczne prowadzą jedynie śladami największych arecydzieł tego muzeum. my spędziliśmy w Luwrze jakieś 8 godzin, skupiliśmy się na starożytnej Grecji i Egipcie oraz na najbardziej znanych dziełach malarstwa i rzeźby, jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa, która wydała mi się trochę .. mała.

z kolei katedra Notre Dame, tak jak się spodziewaliśmy tonęła w powodzi turystów. z jednej strony przemawiała historia, z drugiej w najlepsze trwała promocja jakiegoś napoju, z głośników leciał miejscowy hip-hop, a francuscy chłopcy na łyżworolkach slalomowali między ustawionymi słupkami, wcielając się w wyobraźni w swoich braci zza oceanu. warto wejść do środka oraz wjechać na wieże (to te od dzwonnika) skąd widać fajną panoramę miasta..

symbol Paryża, wieżę zaprojektowaną przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffela oglądaliśmy dwukrotnie: w nocy w piątek i rano w niedzielę. w piątek wysiedliśmy na Pont Mirabeau, gdzie panorama Pól Marsowych z oświetloną wieżą po środku robi kolosalne wrażenie. na moście Pont d'Iéna musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika, kilkoma rzędami sunęli na nas czarnoskórzy sprzedawcy kiczowatych pamiątek. mieli tylko wieże Eiffla, ale za to we wszystkich kolorach tęczy, w różnych odmianach metalu i plastiku, podświetlane, malowane, stojące, wiszące i Bóg wie jakie jeszcze. w niedzielę wjechaliśmy na górę. kolejki długie, bilet po 13 E, ale widoki wspaniałe. do tego przejaśniło się, wyszło słońce, można było robić fotki -- takie światło zdarza się tylko jesienią, tylko po burzy. Eiffel od środka to plątanina drutów i pajęczyna kolejowych szyn ustawiona pionowo. ale robi ogromne wrażenie. na 3 platformach porozrzucane są punkty widokowe, kafejki i sklepiki. jest też małe muzeum, gdzie można obejrzeć kilkunastominutowy film na temat obiektu.

no ale najpiękniejszy jest chyba zwykły spacer ulicami Paryża. warto się zgubić, zejść z utartych turystycznych szlaków. warto przejść się wzdłuż Sekwany (La Seine), bo tutaj nawet nuda przybiera formy nieco bardziej wyrafinowane. warto postać na moście (a jest ich tu wiele) i popatrzeć jak płynie woda. bo przecież woda jaka właśnie tu płynie parę dni temu była jeszcze na Wyżynie Langres a za kilkanaście godzin wpadnie do kanału La Manche.. spacer jest fajny, choć nam najczęściej przyszLo uciekać przed deszczem, bo tego weekendu na Sekwanę, na zabytki, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. padało na wszystko, bo przyroda także jest demokratką. ale to był listopad, miesiąc jesienny, miesiąc jak każdy inny i mimo takich warunków, uparcie i pokrętnie zwiedzaliśmy kolejne dzielnice, takie jak Saint-Germain, Bastille czy La Défense, z monstrualnym nowoczesnym Łukiem triumfalnym..

takie luźne podróżowanie po ogromnym mieście męczy, ale ma też swoje olbrzymie plusy, jak choćby możliwość ujrzenia prawdziwego ducha metropolii. wracając z Montmarte weszliśmy na tłumnie okupowaną naziemną stację metra. stali tam biali i czarni, ludzie w garniturach i w dresach, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, stali ci, którym się spieszyło i ci, którym było wszystko jedno. jedym slowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal, w głąb nocy. wtedy i my, zmęczeni stanęliśmy i zaczeliśmy się patrzeć. komiczna sytuacja trwała jakies 15 minut, było to najdłuższe oczekiwanie na przyjazd metra. jedyne co można było usłyszeć to głośne gardłowe śmiechy grupki Murzynów..

podsumowując, Paryż zwiedzić warto, choćby na weekend. jak na razie to najpiękniejsze miasto w jakim byłem..
kategoria: podróże                           link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 415.