Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

20

gru
2007

Portugalia cz. 8 (ostatnia) -- śladami morskich podróżników..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.10

dojeżdżamy do Lagos -- miasta znanego z bogatych tradycji morskich i burzliwej historii. zostało założone przez Kartagińczyków w V w. pne., później zajęte przez Rzymian, a w XV w. trafiło pod panowanie portugalskie. to tutaj, na Praca da Republica znajdował się pierwszy portugalski targ niewolników. stoi tu również pomnik Henryka Żeglarza, który z tego miejsca wysyłał statki na średniowieczne wyprawy w nieznane. krążąc po mieście w poszukiwaniu wietrznego internetu docieramy na Praia Dona Ana -- jednej z bardziej znanych plaż zachodniej części regionu Algarve. Lagos ma kilka ślicznych zatoczek i plaż: szczególnie tutaj na Praia Don Ana oraz dalej na zachód, w kierunku Ponta da Piedade, dokąd lokalni rybacy zabierają na wyprawy łódką (10 E od osoby, żadnych zniżek nawet dla kobiet w ciąży). łagodne do tej pory wybrzeże zaczyna się podnosić, a niekończąca się walka morza z wapiennymi skałami wykształciła klify -- swoistą wizytówkę tego miejsca. szybko znajdujemy pensjonat i uderzamy na plażę.. po godzinie mam dość i zaczynam kombinować. ze skał po prawej stronie wystaje kawałek sznura, oczywistą oczywistością wskazując, że .. coś tam jeszcze jest. wspinam się, przechodzę, skaczę, schylam pod ogromnym masywem, czołgam prawie po piasku i .. oto jestem. sam, na plaży odgrodzonej od świata ze wszystkich stron. po chwili odkrywam jeszcze kilka osób, ale zawsze to kilka a nie kilka tysięcy leniwych Europejczyków. po chwili po linie wspina się Agata i rozkładamy się w ciszy i spokoju. jedyny minus takiej lokalizacji to .. brak słońca. plaża przypomina komin z otworem u góry, a że było już mocno po południu i słońce daleko na zachodzie, to nie wpadało na naszą zamkniętą plażę. robię kilka ujęć skalistego wybrzeża, wdając się w pewnym momencie w krótką, acz zażarta dyskusję z krabem, po której ten ostatni obrażając się poszedł poszukać sobie innego wilgotnego miejsca.. wieczorem spacerujemy po okolicy delektując się niesamowitą różnorodnością klifowego wybrzeża. wspinamy się tam gdzie nie wolno, wchodzimy tam gdzie zamknięte. urwiska skalne rzeczywiście robią wrażenie, a potęguje je jeszcze żółtawa poświata pomarańczowo zachodzącego słońca. po chwili docieramy do latarni morskiej, gdzie zakręcająca ścieżka nakazuje powrót do hotelu..

następnego dnia czeka nas ostatni odcinek naszej portugalskiej przygody -- na zachód, do samego końca. jedziemy w stronę Sagres -- miasteczka rybackiego z portem w zatoce Baleeira, a następnie w kierunku Cabo de Sao Vincente (półwysep Św. Vincenta), który niegdyś przez Rzymian i innych starożytnych żeglarzy uważany był za kraniec świata (O Fim do Mundo), a obecnie jest tylko południowo-zachodnim krańcem Europy. tutaj pogoda już nikogo nie rozpieszcza -- wieje bez przerwy, jest zimno i pochmurno. dość długo jedziemy monotonną drogą wzdłuż wybrzeża: dookoła wyłącznie kamienie, brak osad ludzkich, zupełny brak roślinności -- to wszystko wzmaga poczucie zupełnej pustki. mijamy historyczną warownię z XV wieku zwaną Fortaleza de Sagres, gdzie Henryk Żeglarz urządził pierwszą na świecie Akademię Morską zapraszając tu najwspanialszych żeglarzy, kartografów, astronomów tamtych lat. znajduje się tu 43-metrowa róża wiatrów, która była pomocna w kształceniu portugalskich oficerów przygotowując ich do zamorskich wypraw.. jadąc dalej mijamy smaganą wiatrem Fortaleza de Beliche, a po kilku kilometrach naszym oczom ukazuje się ostatnia na tym kontynencie latarnia morska. poubierani w kurtki i swetry ludzie tłoczą się wokół przydrożnego targu, na którym kupujemy Agacie bransoletkę, a mi portugalskiego Marynarza. z każdej wyprawy przywożę jakąś pamiątkę, o Portugalii będzie mi przypominał marynarz prężąc się dumnie na domowej lodówce.. na jednym z urwisk tego niegościnnego wybrzeża odnajdujemy tabliczkę wmurowaną przez rodziców 28-letniego Niemca, który spadając ze skarpy, tutaj zakończył swój żywot. na tabliczce w dwóch językach (po portugalsku i angielsku) rodzice przestrzegają przed niebezpieczeństwem i upamiętniają swojego syna.. zawsze chciałem dojeżdżać w takie miejsca. mimo że nie ma tu niczego godnego uwagi, to człowiek czuje się inaczej, czuje, że dotarł w miejsce magiczne.. jesteśmy na południowo-zachodnim krańcu Europy..

zawracamy, jako że dalej już nie można. kierujemy się w stronę Faro, skąd za 2 dni mamy wyloty, odpowiednio do Polski i do UK. ostatnie godziny portugalskiej wycieczki spędzamy na plażach i opalamy się, bo za kilkanaście dni bawimy się na weselu u kuzynki Magdy w Zabrzu. warto tutaj wspomnieć o piaskach Quarteiry, gdyż średnio co 2 minuty nad naszymi głowami przelatywał samolot z pobliskiego lotniska. pas startowy w Faro kończy się kilkaset metrów od oceanu, a samoloty po osiągnięciu pewnego pułapu zakręcają na północ przelatując nad głowami opalających się turystów. niektórzy narzekali, że zasłaniają słońce, zapominając jakby o powtarzającym się huku silników odrzutowych..

kolejny kraj zaliczony. tym razem nawet znaczna jego część. co wyniesiemy z Portugalii? na pewno mnóstwo wrażeń i różnorodność krajobrazów. na pewno wspomnienia słońca, przyjaznych ludzi i dobrych dróg. smak owoców morza, wina Porto i niekończącej się drogi.. po drugiej stronie, dla przeciwwagi znajduje się zaniedbanie.. nie można o nich zapominać udając się do Portugalii..