Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

20

lis
2007

Portugalia cz. 4. -- uniwersytecka Coimbra i pijane winem Porto..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.53

podróżowanie mniejszymi drogami ma zarówno swoje zalety, jak i wady: zaletą jest możliwość zobaczenia prawdziwego oblicza danego kraju, a naturalną wadą ciągłe światła albo ronda. a najczęściej jedno i drugie, więc tego typu podróżowanie ciągnie się jak dobrej jakości guma, czyli do granic możliwości.. w każdym razie miło zatrzymać się w przydrożnym motelu, gdzie przed wejściem ze ścian zwisają dojrzałe winogrona, a w środku miejscowy lud pracujący w tradycyjnych koszulach i kapeluszach delektuje się zimnymi drinkami..

przed samą Coimbrą zjeżdżamy do Conimbrigi -- jednej z największych osad Rzymian poza terenem cesarstwa. w upale wrześniowego słońca przemawia do nas historia -- zachowane ruiny przedstawiają budynki, ogrody, place i fontanny, a także fragment rzeczywistej drogi, która stanowiła niegdyś jeden ze szlaków handlowych biegnących z Italii na zachód Europy. niesamowite kamienne rozwiązania (oraz np. łaźnie i kanały) świadczą o szerokiej wiedzy ówczesnych konstruktorów, a zachowane mozaiki i wzory podkreślają ich dbałość o gusta artystyczne. współcześni archeolodzy podkreślają, że odkryte ruiny to zaledwie ok. 10% całości. reszta zapomniana wciąż leży zasypana ziemią, przykryta wsiami i biegnącymi nieopodal autostradami. czeka na swój czas ujawnienia się współczesności. wszędzie tam skrywają się szczątki cywilizacji sprzed 2 i więcej tysięcy lat..

dojeżdżamy do Coimbry -- byłej stolicy Portugalii znanej głównie z najstarszego w tej części Europy uniwersytetu założonego w 1290 roku. dzisiejsza Coimbra niewiele ma nam jednak do zaoferowania: położone nad rzeką Mondego miasto liczy obecnie 150 tys mieszkańców i prawdopodobnie prezentuje się bardziej okazale podczas pełni roku studenckiego. podczas naszego pobytu problemem było już samo znalezienie knajpy na wieczór, nie mówiąc już o jakiejś lepszejszej restauracji. po przejściach znajdujemy restaurację 5. klasy, gdzie Agata pokłóciła się z dorszem, a mnie obraziła zupa rybno-ostrygowa, której zresztą nie zamawiałem. no dobra, zamawiałem, ale zostałem wprowadzony w poważny i niechlubny błąd przez zabieganego kelnera -- po 2 próbach podejścia kelner wymienił mi ten pływający z oczami na wierzchu wynalazek na świniaka z frytkami.. następnego dnia w upale zwiedzamy zabudowania uniwersyteckie, które, trzeba przyznać, prezentują się okazale. spacerujemy różnymi podejrzanymi uliczkami starego miasta, jednak nawet w południe trzeba uważać, bo w niektórych jest brudno, a w innych pachnie zepsutą rybą. ale jest klimat, z tym że dosyć specyficzny.. żegnamy się z miastem i jedziemy dalej, tym razem do Porto.. choć szczerze mówiąc dość już miałem tych miejskich klimatów..

Porto jednak nas nie zawodzi -- na pierwszy rzut oka widać, że TO miasto przewyższa Lizbonę. nocujemy w hotelu Universal, nieopodal miejskiego ratusza. tam też parkujemy, co później miało się okazać tragiczne w skutkach. ale to dopiero rano -- wieczór spędzamy jeszcze w fantastycznych humorach. uderzamy do dzielnicy Ribeira położonej na rzeką Douro. to miejsce wieczornych spotkań mieszkańców miasta, ładnie utrzymane, oświetlone i kolorowe. czyste nadbrzeże wypełnione statkami i swoistym morskim klimatem. po drugiej stronie rzeki dumnie pręży się Vila Nova de Gaia -- dzielnica, a właściwie osobne miasto, serce przemysłu winnego i wina Porto. wybraliśmy się tam tego wieczora w 4 osoby, 4 aparaty i 2 statywy: naświetlamy okolicę, a barcos rabelos (wykorzystywane przez setki lat do rzecznego transportu wina) prezentują się przebajkowo. pod charakterystycznym mostem z 1886 roku, projektu ucznia Gustawa Eiffla pijemy miejscową kawę, a o północy przybywa Tiago -- przedstawiony na fotoblogu bliski portugalski kumpel z czasów studenckich. spotkanie pozwala na przypomnienie sobie wszystkich głupich rzeczy, jakie wyprawialiśmy, wśród których fantastyczna gliwicka Krypta była tematem obowiązkowym. dwa lata spędzone prawie każdego dnia w tej knajpce usiadło nam na sumieniach i z nostalgią wspominaliśmy studenckie czasy. kończymy ok 4 nad ranem wycieczką po nocnym Porto. Tiago kierowca obwozi, opowiada i tłumaczy, choć po którymś z kolei kółku i tak było nam wszystko jedno, bo budynki i drogi zlewają się w jedną, nieodgadnioną całość..

dzień następny zaczyna się od afery -- rekwirują nam źle zaparkowane auto, a jego odbiór z policyjnego parkingu kosztuje nas 120E.. postanawiamy sobie jakoś zrekompensować emocje i dla odreagowania fundujemy sobie kilkugodzinne wycieczki po mieście: najpierw łódką po rzece Douro, później po winiarniach testując kilka gatunków wina, a następnie odkrytym autobusem, gdzie cholernie mnie przewiało. ale było warto, bo właśnie tam dostałem sms-a, że Górnik po 30 minutach gry prowadzi z Polonią Bytom 4-0 :) Vila Nova de Gaia to miejsce, w którym każdy szanujący się producent wina Porto ma swoją winiarnię połączoną z muzeum. crio -- znawca i wielbiciel win przoduje w wybranych gatunkach, a wszyscy kupujemy kilkunastoletnie wina, jako prezenty dla najbliższych. dopiero później miało się okazać, że dziadek nie zdążył i wina nie otworzył.. w każdym razie siedziba legendarnego Sandemana robi wrażenie, choć akurat tam byliśmy tylko w muzeum. zwiedzamy również ekstrawaganckie centrum życia kulturalnego Porto -- gmach 'Casa da Musica' co w tłumaczeniu na język polski znaczy Dom Muzyki.. Agata ma radochę, bo architektonicznie wygląda to na budynek rodem z innej planety. warto również wspomnieć, że od nazwy tego miasta z ok V w. wywodzi się nazwa całego kraju: po łacinie Portus Cale (czyli "Port Cale"), czyli Portugal..

po niespełna 3 dniach opuszczamy Porto -- do końca wyjazdu mamy dość miast, choć trzeba przyznać, że zrobiło ono na nas duże wrażenie. udajemy się na wschód, w kierunku Hiszpanii. niestety nie ma czasu na położone na północy góry, więc kolejnym krokiem wycieczki miało być kluczenie dorzeczem rzeki Douro. piękne, nasłonecznione wzgórza to mekka winiarni. ciągnąca się wzdłuż rzeki niewielka droga jest tyleż malownicza, co skomplikowana. czasem kluczy tak zaciekle, że po kilku godzinach kręcenia kierownicą odechciewa mi się całego tego piękna. wijemy się jak dżdżownice po deszczu: raz pod górę, raz stromo w dół, czasem mostami, czasem trafi się jakiś tunel. po prawdzie, żałowałem, że nie wybrałem prostej jak drut autostrady, jednak z perspektywy czasu, myślę, że warto było z bliska zobaczyć ten region. mijamy domy farmerów, mijamy również wille milionerów. czasem trafi się jakiś statek, który mozolnie acz wytrwale płynie w górę rzeki na kilkudniową wycieczkę turystyczną. zatrzymujemy się w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, a popołudniową kawę z lodami uzupełnia widok płynącej i połyskującej w świetle dnia rzeki oraz rozciągający się nad nią fantastyczny kamienny, stary jak świat most.. po wizycie w miejscowości Lamego (gdzie jemy pierwszą w Portugalii pizzę, bo rybnych dań mamy chwilowo dość) autostradą kierujemy się już bezpośrednio w stronę granicy. trochę błądzimy, gdyż wszystkie znaki kierują na ESPANHA, a nie na dane miejscowości. ok 22 po dniu spędzonym w większości w samochodzie, docieramy do Guardy, pierwszego miasteczka na trasie grodów-zamków po wschodniej stronie kraju. naświetlamy gotycką katedrę i parkujemy do snu -- dzisiaj noc spędzimy na parkingu najwyżej położonego miasta tego dalekiego kraju..