Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

12

lip
2007

przegięcie..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 16.00

podczas ostatniego wypadu do Royal Tunbridge Wells przeszedłem samego siebie. zawsze idę tam, gdzie inni dojść nie potrafią -- nie cofam się przed przeciwnościami, nie uwzględniam barier, zawsze szukam najlepszej pozycji do pstryknięcia zdjęcia. tym razem jednak lekko przegiąłem..

Tunbridge Wells West jest pierwszą stacją na linii zabytkowej kolejki parowej zwanej Spa Valley Railway. odrestaurowana kolej biegnie trasą na zachód, do miasteczka Groombridge. po drodze znajduje się przystanek High Rocks, miejsce znane z niezłych skałek wspinaczkowych. postanowiłem zrobić fotkę kolei, gdzieś na trasie przejazdu.. sama stacja w Tunbridge Wells nie pozwala na wiele -- peron jest wąski, a ja chciałem ustawić się gdzieś, gdzie widać większą przestrzeń. niestety poza miastem kolej biegnie gęstym lasem, więc musiałem kombinować. jakaś babka powiedziała mi, żebym szedł tą tu dróżką, bo dalej na bank będzie jakaś polana. no to poszedłem. po minięciu ostatnich zabudowań dróżka wciąż się zwężała, roślinność stawała się coraz bardziej bujna i uniemożliwiała przejście. ale szedłem. po pewnym czasie coś poruszyło się zza krzaka, a kilkanaście metrów dalej wyskoczyło na ścieżkę. sarna. stanęła na ścieżce, podobnie jak ja i zaczęliśmy się sobie przyglądać. trwało to dobrą chwilę: ona wpatrzona we mnie, ja z aparatem w plecaku wciąż nieruchomo. i trwaliśmy tak, jak w transie, jak gdyby żadne z nas nigdy nie widziało podobnego osobnika. po chwili sarna zdecydowała się spokojnie zagłębić w las i znowu byłem sam na swojej zwężającej się ścieżce. po przejściu kilkuset metrów ścieżka się skończyła -- najnormalniej w świecie zniknęła. w zamian pojawiła się ściana z roślinności, coś na wzór 5 metrowego żywopłotu, kompletnie uniemożliwiając dalszą wędrówkę. skręciłem w lewo, przedarłem się przez krzaki, ale po 10 metrach pokrzyw, bluszczu i innej dżunglowej roślinności zawróciłem. w krótkich spodenkach i bez żadnej broni w walce z natarczywą zielenią nie miałem szans. zawróciłem, lecz po jakieś minucie słyszę pociąg. zbliża się, zbliża i .. jest, przejechał jakieś 100 m od miejsca w którym stałem. nic nie widziałem, ale charakterystyczny pisk kolei parowej wywarł na mnie duże wrażenie, więc postanowiłem przedrzeć się przez te krzaki i dotrzeć w pobliże torów.. być tak blisko i zrezygnować to grzech. po kolejnej kilkumetrowej walce z zielenią byłem już nieźle podrapany -- do tego doszła mała górka, wpół zgięty, z liśćmi na całym ciele wyglądałem jak żołnierz amerykański walczący gdzieś w Wietnamie. skąd oni w Anglii wzięli taką roślinność? nic, idę, a w zasadzie czołgam się dalej: za chwilę pokrzywy sięgały mi już do pasa, ostre liany szarpały za wszystkie możliwe części ubrania, ale twardo walczę przy pomocy kija i mimo że doszczętnie pokłuty -- najgorsze za mną. po 2 metrach -- cholera, płot. stary drewniany płot, o wysokości jednego metra. skoczyłem, zahaczyłem kolanem, leci krew, wpadłem w dół, teraz pokrzywy sięgają mi już do szyi, kolce wbijają mi się w uda, jakiś wąż uciekł przed moją stopą. ja pierdolę, gdzie ja się wepchałem.. uff, przeszedłem, idę dalej. po 30 metrach -- strumyk. kurwa tutaj strumyk? szerokość lekko ponad metr, dość głęboki, niestety obydwa jego brzegi nachylone pod kątem 45 stopni, obrośnięte jakimś zielonym badziewiem uniemożliwiają rozpęd. stałem tak z 2 minuty, ale nie ma nawet którędy wracać. w końcu skaczę i jest, udało się, choć wiszę bezwładnie na stromym brzegu, trzymam się trawy, ręce ucierpiały, ale żyję i co najważniejsze -- kilka kolejnych godzin spędzę w suchych butach. idę dalej, koniec pola. ściana jeszcze bardziej szczelna niż poprzednio. myślę sobie: Wojtek Cejrowski przedziera się na boso przez dżunglę, a ja sobie nie poradzę w cywilizowanej Anglii? idę, gruby kij na początku pomaga, ale gdy wszedłem między poziome gałęzie drzew, wspierane pokrzywami, jakie zdarzało mi się widzieć tylko w dzieciństwie i .. bluszczem o grubości palca z centymetrowymi kolcami wijącym się wszędzie, musiałem sobie radzić samemu. już coraz bardziej nerwowo deptam wszystko co zielone, nie zwracam uwagę na zakrwawioną nogę, nie czuję już nawet kolejnych ukłuć pokrzyw. twardo i mechanicznie poruszam się naprzód z prędkością 1 metra na minutę. po pewnym czasie załamany planuję jednak zawrócić -- no nie da się, przecież nie jestem nienormalny, nie da się. ale zawrócić tym bardziej się nie da -- kolce trzymają moje włosy, koszulkę, uda. samych nóg nie czuję, nieprzyjemne mrowienie przypomina o 50 kg ostrych jak żyletka pokrzyw. kawałek gwoździa z płotu wciąż wystaje z kolana. stoję tak kilka minut, przecież nie będę tu nocował. idę dalej. tym razem nieczuły na ból, poświęcając koszulkę, raniąc ręce, przechodzę. uff, udało się, choć zakrwawione nogi nie służą mi już tak jak poprzednio. dotarłem do torów, teraz żeby tylko ten jebany pociąg jechał, bo mnie szlag trafi. siedzę tak 20 minut i słyszę -- jedzie. noo, chociaż pot i krew na coś się przydały. wychodzę na tory, robie kilka fotek, a z pociągu machają mi maszyniści. odmachuję im w przyjacielskim geście, choć za chwilę domniemywam sobie, że oni wcale mi nie machają, a próbują przegonić z torów! schodzę więc na bok i robię zdjęcia zza krzaka. pociąg zwalnia, w końcu zatrzymuje się koło mnie i takiego opierdolu jaki od nich zebrałem nie pamiętam od 20 lat, kiedy zebrałem niezłe wciry od taty za to, że nie chciałem odkurzać mieszkania i kazałem mu samemu to sobie zrobić. do tego wrzeszczą po angielsku, wszyscy pasażerowie w oknach -- 'he wanteeeeed to commit sucide!!!!', słyszę westchnięcia. maszyniści się drą, straszą kryminałem, mówią coś o jakimś Train Parku, a ja fotki tylko chciałem zrobić.. w końcu przeganiają mnie zupełnie i pociąg rusza. ja oczywiście wracam na tory i robię kilka dobrych ujęć zabytkowego pociągu, z tyłu podziwiając kłęby pary jaka mu towarzyszyła..

przegiąłem, wiem. ale najważniejsze są wrażenia, których tego dnia było pełno.. :)