Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

11

lip
2007

Kentish Tour de France

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 17.26

najbardziej znany światowy wyścig kolarski -- Tour de France, wzorem lat poprzednich wyjeżdża poza kraj ojczysty i zahacza o inne europejskie państwa. tegoroczna edycja rozpoczęła się w sobotę w Londynie, a po etapie czasowym przyszła pora na pierwszą jazdę szosową -- na południe w kierunku Francji. nafaszerowane sterydami chłopaki jechały do historycznego miasta Cantenbury, a ja przeciąłem ich tor nieco wcześniej, w miasteczku Tonbridge w hrabstwie Kent..

pierwsza zaskakująca sprawa: tłok w pociągach. wbrew temu co mówi Wiewióra (a co podobno pisali we francuskich gazetach), Angole tłumnie stawili się na trasie wyścigu, choć oczywiście nie mam pojęcia ile osób dopinguje kolarzy we Francji. w pociągach tłok, pot, przekleństwa i gorączkowe spojrzenia -- głównie przez to, że jajogłowi Angole nie wiedzą, że należy się przesunąć w stronę środka składu. wydaje mi się, że nie znają takiego pojęcia, jak zapełnione środki komunikacyjne i osobiście wiele dałbym, aby ujrzeć ich w pociągu z Katowic do Gliwic w godzinie szczytu.. miasteczka na trasie przejazdu pełne. trzeba im przyznać, że organizacja wspaniała: festyny, występy, prezenty, wsparcie informacyjne, ulotki, na każdym kroku woda..

jakieś 2h przed kolarzami trasa wyścigu zapełnia się tzw. public caravanem -- różnymi dziwnymi pojazdami, głównie sponsorów wyścigu. zewsząd muzyka, tańce i zrzucane z platform upominki. fajnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że 100% jadącej kolumny to samochody francuskie. widać oprawa weszła Żabojadom w krew i z roku na rok są coraz lepsi. to nie pierwszy rok, w który wyścig pojawił się na terenach Wielkiej Brytanii i widać to było po miejscowych, ryczących na nastolatki skaczące na platformach jak my na stadionie Górnika.. po caravanie postanowiłem opuścić miłe Tonbridge i udać się drogą przejazdu wyścigu w stronę Royal Tunbridge Wells, jakieś 10km. i właśnie po opuszczeniu miasteczka zobaczyłem piękną i subtelną różnicę. otóż wszystkie mijane wiochy wypełnione były Angolami, którzy na ten dzień wyprowadzali się z domu na ulicę. na chodnikach ustawiane były krzesła, stoły i grille. na płotach powiewały brytyjskie flagi, obficie lało się wino. widać było, że dla mieszkańców wiosek na trasie przejazdu to duże święto i każdy -- młody, stary, interesujący się kolarstwem, czy nie -- postanowił wziąć w nim udział..

sam przejazd trwał sekundy. najpierw pięciu kolarzy z grupy uciekinierów, po jakichś pięciu minutach przemknął cały peleton. za dużo z tego momentu nie pamiętam, bo skupiłem się na pstrykaniu zdjęć. po 20 sekundach było po wszystkim -- that's it, jak powiedziała jedna ze stojących obok mnie starszych pań. po przejeździe peletonu mijali mnie jeszcze amatorscy kolarze, którzy przemierzali trasę wyścigu po swoich bardziej znanych idolach. trasa opustoszała, ale bawiący się Angole przez długie godziny piekli kiełbaski, tłumnie wypełniali klimatyczne puby, ciesząc się fenomenem dnia.. plusy na hrabstwa Kent są podobno ogromne. najwyżej ceni się rozległe relacje i reklamę tego regionu -- Kent nazywane jest Ogrodem Anglii (Garden of England), a piękne widoki i rozległe zielone przestrzenie mają przyciągnąć turystów, którzy do tej pory skupiali się na Londynie. miejscowi zdawali sobie sprawę, jak medialne to wydarzenie, ale myślę, że takie momenty są głęboko zakorzenione w ich mentalność. część z mojej pieszej wędrówki przeszedłem z Nowozelandczykiem, który opowiadał, że cała otoczka wygląda fajnie, ale u nich, życie rodzinno-przyjacielskie jest kilka razy bardziej rozwinięte. nie chciałem mu mówić, jak to wygląda w moim kraju..