kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
starzy znajomi. wykreowała nas piłka.
07.03.2007; 12.53
z weekendu w Polsce wróciłem z wrażeniami i .. przeziębieniem. a ogólnie wiadomo, że na chore gardło najlepsze
jest zimne piwo, więc postanowiłem się wczoraj wybrać do knajpy na mecz Ligi Mistrzów. rozgrywki to elitarne, a
do tego niesamowicie prestiżowe. przepraszam, że piszę o sprawach tak oczywistych, jak wyższosć Ligi Mistrzów
nad czymkolwiek innym, ale mam dwa powody, w tym jeden ważny. po pierwsze, grał Liverpool, a takiej okazji
podziwiania angielskich fanów w akcji przegapić nie należało. po drugie, znacznie ważniejsze, na meczu tym
spotkałem starego dobrego kumpla. Łukasz wyjechał do Brighton 5 lat temu, minęły więc lata od naszego
ostatniego spotkania. był czas na wspomnienia, gdyż... hmm, ale po kolei:
Tomek Wałdoch. przyszedł do Górnika w 1989 roku, miał wówczas 19 lat. wysoki, utalentowany, bez reszty
oddany klubowi obrońca, od razu uzyskał miejsce w składzie silnego wówczas klubu. z uwagi na swoje
zaangażowanie i sumienność szybko też zyskał szacunek kibiców. zrobił później całkiem sporą karierę grając w
lidze niemieckiej w Bochum i Schalke Gelsenkirchen, choć oczywiście wtedy nie mogliśmy o tym wiedzieć. Tomek
był pierwszym moim piłkarskim idolem i to jego autograf wystałem po jednym z meczów Górnika. rozmawialiśmy, coś
się mnie zapytał, ale byłem zbyt stremowany, aby coś mądrego z siebie wydusić. i tak to się mniej więcej
zaczęło..
autografy. miałem już podpis mojego idola, należało zdobywać kolejne. na początku na luźnych kartkach,
później wraz z kumplami zaopatrzyliśmy się w odpowiednie zeszyty. każda drużyna miała swoje miejsce, z
telegazety spisywaliśmy składy, a potem z nieśmiałością zafascynowanego dziecka podchodziliśmy do piłkarzy: 'mogę prosić o autograf? proszę znaleźć siebie na liście'.
infantylnie, ale na tyle skutecznie, że po kilku sezonach mieliśmy autografy całej polskiej ligi i kilku gwiazd
międzynarodowych. polska reprezentacja grała wówczas wszystkie mecze w Zabrzu, więc w naszych zeszytach
pojawiły się podpisy takich graczy jak Zidane, Karembeu, Lama, Bierhoff, Hässler, Möller, Klinsmann, Hagi,
Popescu, Rosenthal.. byliśmy blisko Wielkiej Piłki, rozpoznawaliśmy twarze, a co najlepsze, po pewnym czasie
rozpoznawano nas. było to dla nas spore przeżycie, być wśród ludzi o których się pisze, którzy występują w
telewizorni. potrafiliśmy się nawet nielegalnie wkręcać na konferencje prasowe. fajne to były czasy..
Przemo, Łukasz i ja, wtedy jeszcze zdecydowanie nie tomxx. Przemo elokwentny, przybył na Śląsk skądś z Mazur, często udawał komentatora sportowego, z
czego my mieliśmy niezły ubaw, nigdy nie było mu zimno. Łukasz narwany, w wieku kilkunastu lat wyleciał przez
przednią szybę syreny, którą gdzieś po polach jeździli w 10 osób. do dzisiaj ma bliznę na lewym policzku. i ja,
chyba najbardziej oddany 'sprawie', choć rok od nich starszy. co prawda byli także inni, raz więcej, raz mniej
ich jeździło i zbierało autografy, lecz tak naprawdę istniała tylko nasza trójka. po latach nasze drogi się
rozeszły i do zeszłego tygodnia nie miałem z nimi kontaktu..
najpierw odezwał się Przemek. wygooglował moją stronę, trochę poczytał, pościemniał, że fajne fotki, pogratulował wierności ideałom. jak można się było tego spodziewać jest prawnikiem, po kolei zalicza ścieżki swojej kariery, osiadł we Wrocławiu -- mieście niesamowitego wzrostu gospodarczego i kolosalnych inwestycji. żartowałem, żeby piął się w górę, bo prędzej czy później będę potrzebował fachowej porady prawnej.
a Łukasza spotkałem wczoraj w pubie. wysoki, metr dziewięćdziesiąt, modnie obstrzyżony, w koszulce Liverpoolu, z Carlsbergiem w ręce. śpiewał z innymi kibicami i na dzień dobry kazał mi przypomnieć, któremu z brytyjskich klubów kibicował 10 lat temu. potwierdziłem, że właśnie Liverpoolowi. od kilku lat za granicą, co widać w zachowaniu. zrobił kurs ochroniarski i dzisiaj zna większość smutnych gości stojących na bramkach pubów i dyskotek tego miasta. jest zadowolony, modnie ubrany, podróżuje po świecie, do Polski na dłużej się nie wybiera..
trochę miałem im za złe, że zaczęli, jak chorągiewki, kibicować Piastowi Gliwice. ale taka była wóczas moda w
naszym mieście -- klub reaktywowano, wielu kibiców zaczęło ich otwarcie wspierać, a Górnik przeżywał słabszy
sportowo okres. ale to czasy minione. mam nadzieję, że przyjdzie nam się jeszcze kiedyś w trójkę wspólnie napić
piwa -- bo w okresie dynamicznie zmniejszającego się świata jest to bardzo prawdopodobne. tak sobie czasem
myślę o tej mojej Europie, jako o miejscu, w którym mimo pokonywanych odległości i granic, mimo zmieniających
się języków człowiek ma poczucie, jakby podróżował z Knurowa do Sośnicy. ludzkość wpadła na mnóstwo
przełomowych i fajnych pomysłów. koło, żarówka, spaghetti, westerny, gry komputerowe czy najgenialniejszy
spośród nich wszystkich -- tanie linie lotnicze -- zebrało się tego od groma, można by wyliczać przynajmniej do
pierwszego sędziowskiego gwizdka dzisiejszego meczu Ligi Mistrzów o 20.45. o przepraszam, u mnie o 19.45. Milan
- Celtic. gorąco polecam ;)
Miałem dziesięć lat,
Gdy usłyszał o nim świat..
Gdy usłyszał o nim świat..
Pocztówkowy szał,
Każdy z nas ich pięćset miał..
Każdy z nas ich pięćset miał..
Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew,
Ale jeden przyświecał nam cel..
W każdym z nas inna krew,
Ale jeden przyświecał nam cel..
najpierw odezwał się Przemek. wygooglował moją stronę, trochę poczytał, pościemniał, że fajne fotki, pogratulował wierności ideałom. jak można się było tego spodziewać jest prawnikiem, po kolei zalicza ścieżki swojej kariery, osiadł we Wrocławiu -- mieście niesamowitego wzrostu gospodarczego i kolosalnych inwestycji. żartowałem, żeby piął się w górę, bo prędzej czy później będę potrzebował fachowej porady prawnej.
a Łukasza spotkałem wczoraj w pubie. wysoki, metr dziewięćdziesiąt, modnie obstrzyżony, w koszulce Liverpoolu, z Carlsbergiem w ręce. śpiewał z innymi kibicami i na dzień dobry kazał mi przypomnieć, któremu z brytyjskich klubów kibicował 10 lat temu. potwierdziłem, że właśnie Liverpoolowi. od kilku lat za granicą, co widać w zachowaniu. zrobił kurs ochroniarski i dzisiaj zna większość smutnych gości stojących na bramkach pubów i dyskotek tego miasta. jest zadowolony, modnie ubrany, podróżuje po świecie, do Polski na dłużej się nie wybiera..
Poróżniła nas,
Za jej Poli Raksy twarz,
Każdy by się zabić dał..
Za jej Poli Raksy twarz,
Każdy by się zabić dał..
kategoria: pasje link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Montreal, czyli Kanada po raz pierwszy..
14.11.2009; 04:51
zaledwie 4 dni po powrocie z Karaibów firma wysłała mnie do Montrealu. moje 'dzień dobry Kanado' nastąpiło więc w prowincji Quebec, a nie jak można się tego było spodziewać w Kolumbii Brytyjskiej, od której dzieli mnie na co dzień zaledwie 150 km..
zaczęło się niemrawo -- pobudka przed 5 rano i senny dojazd na lotnisko Seattle-Tacoma. podczas check-inu wszyscy wiedzieli o zniesieniu przez rząd Kanady wiz dla Polaków oprócz maszyny, która zdecydowała się mnie nie przepuścić żądając dodatkowych dokumentów. sprawę załagodził telefon do urzędnika, który potwierdził, to o czym od początku było wiadomo. trzęsący lot do Newark pod Nowym Jorkiem trwał ok 5 godzin, a na miejscu okazało się, że połączenie docelowe do Montrealu jest opóźnione, przy czym opóźnienie rosło wprost proporcjonalnie do ilości wypitych przeze mnie kaw. zaczęło się od 40 minut, po czym tablice wskazały kolejno 1.5h, 2.5h, 4h na 4.5h opóźnienia kończąc. trochę kiepskawo, bo na czwartkowy wieczór miałem już spotkanie z przedstawicielami jednej z firm. wreszcie wystartowaliśmy i po 50 minutach byłem na miejscu. w Hiltonie, tuż przed północą, przywitano mnie dwiema wiadomościami: złą i dobrą. zła była taka, że zarezerwowany przeze mnie pokój nie jest dostępny, a hotel ma pełne obłożenie. dobra natomiast jest taka, że zarezerwowali dla mnie pokój w Mariocie (100m dalej) i że mam go zupełnie za free dorzucając do tego śniadanie i standard VIP-owski. dla mnie super. do tego przeprosili mnie z 15 razy i zaprosili ponownie jutro z samego rana..
Montreal jest piękny. nie widziałem jeszcze zbyt wiele, bo z samego rana miałem spotkania w oddalonym o 80km miasteczku Sainte-Adèle (gdzie zabrano mnie do fantastycznej lokalnej restauracji), ale przed chwilą wybrałem się na wieczorny spacer do historycznej dzielnicy. wszystko wspaniale odnowione i klimatycznie podświetlone. brukowane uliczki, mnóstwo kafejek i ten cudowny spokój wszędzie dookoła.. jest piątek, ale ruch niewielki, mało młodzieży, pewnie bawi się w innej części miasta. wszędzie na ziemi złote liście klonowe -- symbol Kanady. jest zimno, zmarzłem strasznie, szczególnie że kilka dni temu miałem 30 stopni więcej..
Quebec jest historyczną prowincją, w której od zawsze panowali Francuzi. począwszy od pierwszych europejskich osadników, język francuski był zawsze językiem urzędowym. dzisiaj miałem tego przykład -- wielu Kanadyjczyków słabo mówi po angielsku, albo nie mówią w tym języku wcale. znaki drogowe, informacje na ulicach, reklamy -- wszystko po francuskiemu. standard życia bardzo wysoki, podobnie jak w po drugiej stronie kontynentu w Stanach: świetne drogi, wypasione samochody, ludzie zadowoleni z życia. podobno mieszka tu sporo imigrantów, dużo Arabów. jutro zobaczę więcej, mam zamiar poszwendać się mniejszymi uliczkami, ma być fajna pogoda..










zaczęło się niemrawo -- pobudka przed 5 rano i senny dojazd na lotnisko Seattle-Tacoma. podczas check-inu wszyscy wiedzieli o zniesieniu przez rząd Kanady wiz dla Polaków oprócz maszyny, która zdecydowała się mnie nie przepuścić żądając dodatkowych dokumentów. sprawę załagodził telefon do urzędnika, który potwierdził, to o czym od początku było wiadomo. trzęsący lot do Newark pod Nowym Jorkiem trwał ok 5 godzin, a na miejscu okazało się, że połączenie docelowe do Montrealu jest opóźnione, przy czym opóźnienie rosło wprost proporcjonalnie do ilości wypitych przeze mnie kaw. zaczęło się od 40 minut, po czym tablice wskazały kolejno 1.5h, 2.5h, 4h na 4.5h opóźnienia kończąc. trochę kiepskawo, bo na czwartkowy wieczór miałem już spotkanie z przedstawicielami jednej z firm. wreszcie wystartowaliśmy i po 50 minutach byłem na miejscu. w Hiltonie, tuż przed północą, przywitano mnie dwiema wiadomościami: złą i dobrą. zła była taka, że zarezerwowany przeze mnie pokój nie jest dostępny, a hotel ma pełne obłożenie. dobra natomiast jest taka, że zarezerwowali dla mnie pokój w Mariocie (100m dalej) i że mam go zupełnie za free dorzucając do tego śniadanie i standard VIP-owski. dla mnie super. do tego przeprosili mnie z 15 razy i zaprosili ponownie jutro z samego rana..
Montreal jest piękny. nie widziałem jeszcze zbyt wiele, bo z samego rana miałem spotkania w oddalonym o 80km miasteczku Sainte-Adèle (gdzie zabrano mnie do fantastycznej lokalnej restauracji), ale przed chwilą wybrałem się na wieczorny spacer do historycznej dzielnicy. wszystko wspaniale odnowione i klimatycznie podświetlone. brukowane uliczki, mnóstwo kafejek i ten cudowny spokój wszędzie dookoła.. jest piątek, ale ruch niewielki, mało młodzieży, pewnie bawi się w innej części miasta. wszędzie na ziemi złote liście klonowe -- symbol Kanady. jest zimno, zmarzłem strasznie, szczególnie że kilka dni temu miałem 30 stopni więcej..
Quebec jest historyczną prowincją, w której od zawsze panowali Francuzi. począwszy od pierwszych europejskich osadników, język francuski był zawsze językiem urzędowym. dzisiaj miałem tego przykład -- wielu Kanadyjczyków słabo mówi po angielsku, albo nie mówią w tym języku wcale. znaki drogowe, informacje na ulicach, reklamy -- wszystko po francuskiemu. standard życia bardzo wysoki, podobnie jak w po drugiej stronie kontynentu w Stanach: świetne drogi, wypasione samochody, ludzie zadowoleni z życia. podobno mieszka tu sporo imigrantów, dużo Arabów. jutro zobaczę więcej, mam zamiar poszwendać się mniejszymi uliczkami, ma być fajna pogoda..


kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.