Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

04

sty
2007

idealizm i jego przeciwieństwo..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 15.06

przed wyjazdem na Wyspy czytałem trochę o moim nowym lądzie, szukałem informacji o fajnych miejscach w nadziei na klimatyczne wyprawy. w 'Turystyce' -- sobotnim dodatku Gazety Wyborczej przeczytałem na przykład bardzo ciekawy artykuł o Walii. autor pisał trochę po mojemu, czyli w nastroju pochwalno-wielebnym, trochę nostalgicznym, czasem humorystycznym. po czystej geografii i opisie najbardziej znanych zabytków Cardiff skupił się na nieznanych skrawkach tej historycznej celtyckiej krainy. poruszał sprawę odrębności Walijczyków, ich wkład w rozwój kraju; pisał także o swoich wrażeniach z wypraw do małych miasteczek, wiosek nawet. jedno takie miejsce wybrał jako przykład, jak to nazwał: 'wzorcowej walijskiej wycieczki'. pisał, że gdy już przyjedziemy do takiej wioski to oprócz lokalnych zabytków musimy koniecznie odwiedzić miejscowy pub. tam, gdy przy barze zdradzimy, że jesteśmy Polakami zyskamy sobie nowych przyjaciół wśród miejscowych rolników, napijemy się lokalnego piwa, usłyszymy historie z dawno minionych, zamierzchłych czasów, zostaniemy wprowadzeni w kulturę miejsca i jego obyczaje. być może dowiemy się o kilku mieszkańcach, którzy mają polskie korzenie, których dziadkowie walczyli w Anglii w ramach tworzonych tu dywizjonów lotniczych w trakcie II wojny światowej. pisał dalej autor, że miejscowi pewnie zaproszą nas do swojego domu, poczęstują posiłkiem, przenocują. że będą nam wdzięczni, że odwiedziliśmy ich dom.. fajnie pisał autor, no nie?

jakiś czas temu, przy piwie w Brighton, rozmawiałem z jednym Angolem z Birmingham, miasta leżącego w bliskim sąsiedztwie Walii. gdy wspomniałem mu o mojej lekturze, najpierw upewnił się, że z niego nie żartuję, a gdy zaprzeczyłem, zaczął się głośno, gardłowo i długo śmiać. po opanowaniu sytuacji wyjaśnił, że autor pisze bzdury. że kto jak kto, ale mieszkańcy brytyjskich Midlandów to banda konserwatywnych i zamkniętych w sobie egoistów. że w pubie małego miasteczka turyści nie są mile widziani, że miejscowi w życiu nie będą chcieli z nami rozmawiać, a i po twarzy możemy dostać. że walijscy rolnicy to gruboskórni brytole, wcale nieskorzy do poznawania obcych ludzi. ale w jednym mój angielski kolega zgodził się z autorem: że walijscy wieśniacy, to prawdziwy duch Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. tyle, że negatywny to duch..

w każdym razie nie ma co się łamać. gdy w końcu się tam wybiorę, napiszę jak jest naprawdę. bo lokalnego niepasteryzowanego piwa wręcz trzeba spróbować..