Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

17

gru
2006

Paryż

kategoria: podróże, link bezpośredni

Brighton, 21.09

weekend w Paryżu to w dużej mierze zasługa tanich linii lotniczych. w dawnych czasach półtora tysiąca kilometrów w linii prostej oznaczało dla człowieka mniej więcej tyle, że zabraknie mu sił na powrót. teraz można teoretycznie wybrać się drugi koniec Europy i wrócić tego samego dnia płacąc za przelot tyle, co za taksówkę w dużym mieście..

miasto: zespół miejski Paryża zamieszkuje ponad 11 mln mieszkańców, same miasto ok 2 mln. podzielono je na 20 dzielnic, a historyczne centrum Paryża stanowi wyspa Île de la Cité na Sekwanie, na której położona jest katedra Notre-Dame. tak ogromna struktura wymaga przemyślanego środka transportu -- w Paryżu króluje metro: działa kilkanaście linii, we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkie możliwe dzielnice, ale co najważniejsze: wszędzie można się dostać bardzo szybko.. bilety nie są tanie, my zapłaciliśmy 36 euro za bilet 3 dniowy ważny na 5 stref, czyli dokładnie tyle aby zwiedzić wszystko (bilet obejmuje przejazd metrem i koleją podmiejską 'RER'). przemierzaliśmy przeciągnięte do granic możliwości miasto, rozpieprzoną, wręcz zwielokrotnioną francuską stolicę, ale trwało to 6 czy 7 razy krócej, niż sugeruje rozsądek, niż wskazywałby na to rachunek kilometrów, pociągów i miejsc..

pierwsze wrażenie: ogromne. z jednej strony można powiedzieć miasto jak każde. bo jak wszędzie Turcy wywijają nożami w swoich budkach z kebabami, Polacy śpią w namiotach na nabrzeżu, Niemcy są głośni, Hiszpanie zadowoleni, Japońcy robią fotki, a Ruscy mają sygnety. z drugiej jednak strony na każdym kroku widać tu pomysł i historię. miasto jest czyste i zadbane; kamienice jakby świeżo otynkowane i pomalowane, choć jednorodne. wszystko ma swój sens, swoje miejsce, widać organizację i pomysł.. ludzie: metro jest miejscem, gdzie spotyka się ludzi reprezentujących wszystkie grupy społeczne. byliśmy pozytywnie zaskoczeni Francuzami. na każdym kroku widać tu dystynkcję, widać wytworność i elegancję w sposobie zachowania. na każdym kroku ktoś za coś cię przeprasza, jest dużo uśmiechu. tak jak w innych miastach zachodniej Europy widać dużą tolerancję, choć dziwnie to brzmi po jakimś roku od francuskich zamieszek na tle rasowym.. miejscowi wydali mi się pozytywnie nastawieni do obcych, choć oczywiście od każdej reguły są wyjątki. gorzej z językiem, choć młodzi ludzie najczęściej znają angielski. zdarzało się jednak i tak, że zaczepiony Francuz odpowiadał nam po swojemu, mówił długo i w ogóle się nie przejmował, że my nic nie rozumiemy. my odpowiadaliśmy po angielsku, także się nie przejmując. słuchał uważnie i znowu odpowiadał po swojemu. a ja pojawiłem się tam z czterema francuskimi słowami w głowie. i 8 hiszpańskimi, choć wiedzialem, że do niczego się nie przydadzą.. zabytki: jest ich za dużo. jak na jeden weekend, a nawet na dwa. te najbardziej popularne, jak Luwr (Musée du Louvre), wieża Eiffla (Tour Eiffel), Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) czy katedra Notre-Dame (Cathédrale Notre Dame de Paris) zobaczyć jednak należy. owszem, w samym Luwrze można spędzić nie weekend, a całe dwa tygodnie, choć standardowe wycieczki turystyczne prowadzą jedynie śladami największych arecydzieł tego muzeum. my spędziliśmy w Luwrze jakieś 8 godzin, skupiliśmy się na starożytnej Grecji i Egipcie oraz na najbardziej znanych dziełach malarstwa i rzeźby, jak Nike z Samotraki, Wenus z Milo i oczywiście Mona Lisa, która wydała mi się trochę .. mała.

z kolei katedra Notre Dame, tak jak się spodziewaliśmy tonęła w powodzi turystów. z jednej strony przemawiała historia, z drugiej w najlepsze trwała promocja jakiegoś napoju, z głośników leciał miejscowy hip-hop, a francuscy chłopcy na łyżworolkach slalomowali między ustawionymi słupkami, wcielając się w wyobraźni w swoich braci zza oceanu. warto wejść do środka oraz wjechać na wieże (to te od dzwonnika) skąd widać fajną panoramę miasta..

symbol Paryża, wieżę zaprojektowaną przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffela oglądaliśmy dwukrotnie: w nocy w piątek i rano w niedzielę. w piątek wysiedliśmy na Pont Mirabeau, gdzie panorama Pól Marsowych z oświetloną wieżą po środku robi kolosalne wrażenie. na moście Pont d'Iéna musieliśmy uciekać, bo całą szerokością chodnika, kilkoma rzędami sunęli na nas czarnoskórzy sprzedawcy kiczowatych pamiątek. mieli tylko wieże Eiffla, ale za to we wszystkich kolorach tęczy, w różnych odmianach metalu i plastiku, podświetlane, malowane, stojące, wiszące i Bóg wie jakie jeszcze. w niedzielę wjechaliśmy na górę. kolejki długie, bilet po 13 E, ale widoki wspaniałe. do tego przejaśniło się, wyszło słońce, można było robić fotki -- takie światło zdarza się tylko jesienią, tylko po burzy. Eiffel od środka to plątanina drutów i pajęczyna kolejowych szyn ustawiona pionowo. ale robi ogromne wrażenie. na 3 platformach porozrzucane są punkty widokowe, kafejki i sklepiki. jest też małe muzeum, gdzie można obejrzeć kilkunastominutowy film na temat obiektu.

no ale najpiękniejszy jest chyba zwykły spacer ulicami Paryża. warto się zgubić, zejść z utartych turystycznych szlaków. warto przejść się wzdłuż Sekwany (La Seine), bo tutaj nawet nuda przybiera formy nieco bardziej wyrafinowane. warto postać na moście (a jest ich tu wiele) i popatrzeć jak płynie woda. bo przecież woda jaka właśnie tu płynie parę dni temu była jeszcze na Wyżynie Langres a za kilkanaście godzin wpadnie do kanału La Manche.. spacer jest fajny, choć nam najczęściej przyszLo uciekać przed deszczem, bo tego weekendu na Sekwanę, na zabytki, na mosty, na wszystko runęło oberwanie chmury. padało na wszystko, bo przyroda także jest demokratką. ale to był listopad, miesiąc jesienny, miesiąc jak każdy inny i mimo takich warunków, uparcie i pokrętnie zwiedzaliśmy kolejne dzielnice, takie jak Saint-Germain, Bastille czy La Défense, z monstrualnym nowoczesnym Łukiem triumfalnym..

takie luźne podróżowanie po ogromnym mieście męczy, ale ma też swoje olbrzymie plusy, jak choćby możliwość ujrzenia prawdziwego ducha metropolii. wracając z Montmarte weszliśmy na tłumnie okupowaną naziemną stację metra. stali tam biali i czarni, ludzie w garniturach i w dresach, stały panienki i kolejarze, stali cwaniacy i sprzedawcy, stali ci, którym się spieszyło i ci, którym było wszystko jedno. jedym slowem, stali wszyscy i wszyscy patrzyli gdzieś w dal, w głąb nocy. wtedy i my, zmęczeni stanęliśmy i zaczeliśmy się patrzeć. komiczna sytuacja trwała jakies 15 minut, było to najdłuższe oczekiwanie na przyjazd metra. jedyne co można było usłyszeć to głośne gardłowe śmiechy grupki Murzynów..

podsumowując, Paryż zwiedzić warto, choćby na weekend. jak na razie to najpiękniejsze miasto w jakim byłem..