Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

02

lis
2006

Italia cz. IV -- Wenecja. by Misia Moja..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Gliwice, 23.46

ostatni niezdobyty przez nas bastion włoskiej przygody podeszliśmy od strony morza. statkiem turystycznym z miejscowości Fusina (tu na kampingu zostawiliśmy nasz samochód), nie dbając o bilet, wraz z innymi nam podobnymi zapaleńcami podpłynęliśmy do tej jednej z najsłynniejszych wysp, do najbardziej zachwycającego po dzień dzisiejszy i największego pomnika architektury na świecie. niegdyś rządy sprawowali tu wielcy Dożowie, a bagnista laguna z okolicznymi wysepkami dawała idealne schronienie przed najazdami i napadami plemion Germańskich. Wenecja pochłonęła nas już od portu w dzielnicy Del Academica. było wczesne popołudnie kończącego się powoli lata, gdy zaczęliśmy się przeciskać się przez wąskie uliczki tego państwa w mieście. uliczki pełne uroku i nostalgii za minionymi czasami świetności, gdyż przed podbojami kolonialnymi Wenecja stanowiła jedno z największych i najsilniejszych w Europie miast.

Wenecja podzielona jest na 6 dzielnic, zwanych sestieri. przechadzając się po malowniczych mostkach łączących sieć 118 wysepek, docieraliśmy do większych placyków gdzie w tamtych czasach skupiało się życie miasta. kanały tworzą sieć 'ulic', a kursujące po nich tramwaje wodne (zwane vaporetto) stanowią jedyny, ale bardzo dobry środek transportu. podobno Wenecję można przejść w ciągu godziny. i poniekąd jest to prawda. idąc za tłumem turystów wzdłuż głównych ciągów pieszych można z dumą i poczuciem spełnionego obowiązku opstrykać najważniejsze budynki i znane z widokówek miejsca. ale to grzech! magia Wenecji oczarowuje każdego i warto jej się na chwilę poddać i pozwolić by sama poprowadziła w zakątki znane tylko wenecjanom. warto choć przez chwilę poczuć ducha tego miejsca, pooddychać powietrzem pełnym glonów, posiedzieć przy opuszczonym kościółku nad kanałem La Grande, tam gdzie nie ma tłumu turystów, tylko tacy jak my zagubieni na chwile pasjonaci..

do Placu Świętego Marka dotarliśmy po zmroku. ulice opustoszały a zapalone światła ukazały ciepłe wnętrza starych kamienic. niesamowite uczucie przechadzać się nocą po tym wymarłym (gdyż większość właścicieli domów mieszka na lądzie), a jednak tętniącym życiem mieście. coś porównywalnego do przechadzania się o północy po Time Square w Nowym Jorku, kiedy zamiast spać, jak większość Twoich rodaków na drugim kontynencie, Ty spacerujesz po tym biznesowym centrum świata i przez chwile patrzysz z góry na te wszystkie polskie popisy i ani trochę nie chce Ci się tutaj wracać.

udało się nam pooddychać tym powietrzem, udało się posiedzieć na stopniu przy wejściu do czyjegoś domu i popatrzeć jak życie się tu toczy. powzdychać do siebie nawzajem na Moście Westchnień (Ponte dei Sospiri) też się udało.. i przeżyć całą tą podróż się udało.. a później wrócić znajomym statkiem bez biletu do samochodu.. się udało.