Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

24

gru
2013

O pochodzeniu i średniowiecznych korzeniach rodu Ankudowiczów..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Kłobuck, 22:48

od kilku lat prowadzę genealogiczną witrynę poświęconą mojemu nazwisku. średnio co kilka tygodni pojawia się nowy kontakt, kolejna osoba szukająca swoich korzeni. jakiś czas temu nawiązałem kontakt mailowy z p. Wiktorem Sybilskim, który, podobnie jak ja, tropił historię rodu Ankudowiczów. dotarł on do wspaniałych danych historycznych i całe opracowanie podesłał na moją skrzynkę. zanim wrzucę ją na genealogia.ankudowicz.com, przedstawiam tutaj. miłe czytadło, prawdziwa podróż w czasie, nie tylko dla wielbicieli dociekań genealogicznych. gorąco polecam:

Wiktor Sybilski, O pochodzeniu i średniowiecznych korzeniach rodu Ankudowiczów

Korzenie rodu Ankudowiczów herbu Sulima sięgają średniowiecza i związane są zeskomplikowanym procesem kształtowania się państwowości litewskiej. Ponieważ nie dysponujemy dużą ilością materiałów źródłowych nasz wywód ma charakter miejscami hipotetyczny, jednak część z jego założeń możemy przyjmować z dużą dozą prawdopodobieństwa. Część jego elementów ma zaś poświadczenie w dokumentach, których nie znali autorzy opracowań genealogicznych, stąd brak ich w dotychczasowych publikacjach. Pozostaje nadal wiele pytań, ale mam nadzieję, że niniejsze krótkie „robocze” opracowanie pomoże podsumować najważniejsze dane, którymi do tej pory dysponujemy i pozwoli na dalsze uzupełnianie i owocne poszukiwania.

Na początek chciałbym stwierdzić, że w mojej opinii teoria o tatarskim pochodzeniu Ankudowiczów wysnuta przez S. Dziadulewicza wydaje się być niesłuszna i nie poparta dowodami, dodatkowo przeczy tym dokumentom, które sami Ankudowiczowie przedkładali i cytowali przed komisjami wywodowymi. Historyk-amator jakim był Dziadulewicz co prawda używa sformułowania „niewątpliwie”, ale możemy je traktować jako ciekawostkę pokazującą ówczesne, jeszcze nierzadko fantastyczne, podejście do źródeł historycznych. Tylko jeden element z informacji Dziadulewicza możemy brać pod uwagę, ale na zasadzie podpowiedzi dopatronimicznej etymologii nazwiska, przy czym sam autor nie trudzi się nawet by ją wyjaśnić i tym samym choć spróbować przedstawić tok swojego rozumowania. Dziadulewicz najwyraźniej nie znał dokumentów legitymacyjnych Ankudowiczów, co doprowadziło go do błędnej konkluzji. Skojarzył jedynie imię Tatara puńskiego Akidzia vel Akudzia z nazwiskiem Ankudowicz. Miałby on więc być protoplastą rodu. Nie zgadza się jednak: 1. czas, 2. geografia (miejsce zamieszkiwania rodziny), 3. kwestia wyznania. O pochodzeniu tatarskim nie wspominają wreszcie żadne źródła, brak ich także w przekazach rodzinnych.

Stanisław Sawicz Ankudowicz herbu Sulima był według legitymujących się przedwileńską komisją wywodową w r. 1820 Ankudowiczów protoplastą rodziny „posiadał majętność Trynulce z własnego nabycia od Gaspra Paszkiewicza w roku 1500 sobie wydanym prawem”. Żyjący w 1526 Tatar Akudź nie mógł być więc nijak protoplastą rodu, nie przyjęła rodzina chrztu w XVI wieku, ponieważ nastąpiło to znacznie wcześniej, a jej proweniencja jest prawdopodobnie litewska i okolice zamku w Puniach jako rzekomego gniazda rodowego nie potwierdzają dostępne nam wiadomości o miejscach zamieszkiwania Ankudowiczów.

W aktach wywodowych z guberni witebskiej z r. 1832 cytowany jest przywilej króla Zygmunta Augusta dla Stefana i Łukasza Chrystoforowiczów (synów Krzysztofa) Ankudowiczów z 28 lutego 1564 r., w którym król powołuje się na wcześniejsze przywileje rodziny nadane przez: wielkiego księcia Witolda, Świdrygiełłę, królów Kazimierza Jagiellończyka i Aleksandra. Witold panował na Litwie w latach 1401-1430, Świdrygiełło natomiast w latach 1430-1432. Jasno wynika stąd, że ród Ankudowiczów funkcjonował na Litwie już w I poł. XV wieku. Nie był więc Stanisław Ankudowicz faktycznym założycielem rodu, a protoplastów należy szukać jeszcze wcześniej, lecz bliższych faktów ani dat życia ustalić nie możemy, choć nie można oczywiście wykluczyć odnalezienia kiedyś jakiegoś potwierdzającego hipotezę źródła.

Rodzina Ankudowiczów bierze swój początek od Ankudyna (wersja „potoczna” pochodząca od pierwotnej Akindin). Imię Akindin znane było w prawosławiu i ma proweniencję wschodnią i wywodzi się z greckiego Akindinos.[1] Stanisław Ankudowicz, jak jego imię wskazuje, był już katolikiem. Jego przodek Ankudyn Sawicz herbu Sulima musiał być zaś prawosławny, co wpisuje się w historię chrystianizacji elit litewskich, która, w uproszczeniu, najpierw następowała ze wschodu, dopiero zaś później wkroczył na Litwę katolicyzm. Ankudyn Sawicz był potomkiem, należącego do litewskich elit bojara o imieniu Sawa herbu Sulima. Mógł być Ankudyn jego synem, tego jednak nie wiemy, mógł być równie dobrze dalszym potomkiem, założyć więc jedynie możemy, że od Sawy wywodzi się ród Ankudyna Sawicza od którego początek bierze już dalej wyznająca katolicyzm rodzina Stanisława Sawicza Ankudowicza i jego potomków.

Przydomek Sawicz [2] (a de facto patronimik), później przez rodzinę już nie używany, który wymienia konsekwentnie dokument wywodowy Ankudowiczów z roku 1820 jest więc bardzo ważną wskazówką, co do pochodzenia rodu. Dokumentu tego nie znali autorzy herbarzy stąd brak u nich informacji o średniowiecznej historii rodziny lub też jak w wypadku Dziadulewicza błędny wywód. Dzięki informacjom z akt legitymacyjnych Ankudowiczów stwierdzić można więc, że wywodzą się od litewskiego rodu Sawiczów herbu Sulima. Są oni więc najwyraźniej jeszcze jedną gałęzią tego rodu obok Sawiczów Ryczgorskich herbu Sulima.[3] Można też wysnuć hipotezę, że gałąź Ankudowiczów jest starsza niż Ryczgorskich, ponieważ nazwisko to powstało już jako odmiejscowe, a nie patronimiczne. Nazwiska szlacheckie odmiejscowe na -ski, -cki były nowszym tworem na Litwie, niż patronimiki i pojawiły się wraz z umacnianiem się wpływów polskich wśród elit litewskich. Dlatego założyć można, że Ryczgorscy biorą swój początek już w czasie umocnienia się katolicyzmu wśród elit litewskich, a Ankudowiczowie jeszcze w okresie, gdy na Litwie prawosławie rywalizowało z katolicyzmem o prymat w państwie.

Skoro na lata panowania Witolda 1401-1430 przypadają przywileje dla Ankudowiczów (dokładnej daty nie znamy), to należy przypomnieć, że adopcja rodów litewskich do polskich herbów nastąpiła na mocy Unii Horodelskiej w roku 1413. Wówczas też do herbu Sulima został przyjęty przez Stanisława Gamrata z Klimontowa możny litewski Rodywił (Radvilas). Jest to więc ten okres, kiedy żyli przodkowie Stanisława Sawicza Ankudowicza. Czy już sam Rodywił został ochrzczony? Jest to bardzo prawdopodobne. Nie wiemy natomiast czy to właśnie on przyjął wschodnie chrześcijańskie imię Sawa czy może raczej jego syn. W każdym razie w tym wczesnym okresie kształtowania się państwowości litewskiej bierze swoje początki ród Sawiczów/Ankudowiczów herbu Sulima. Szkicowa, hipotetyczna, genealogia protoplastów rodu Ankudowiczów przedstawiałaby się następująco:

I. Rodywił h. Sulima, w. 1413

II. Sawa h. Sulima, ur. +­ 1420

III. Ankudyn Sawicz h. Sulima, ur. +­ 1450

IV. Stanisław Sawicz Ankudowicz h. Sulima, ur. +­ 1470, w. 1500

Jeśli zaś chodzi o gniazdo rodowe Ankudowiczów, to komisja wywodowa guberni witebskiej podaje powiat oszmiański jako miejsce skąd pochodziła rodzina. Wydaje się być to twierdzenie prawdziwe, zważywszy wiadomości jakie mamy o występowaniu jej członków, a przede wszystkim fakt istnienia miejscowości Ankudy, dziedziczonej przez Ankudowiczów w tym powiecie. Co ważne dekret wywodowy z guberni litewskiej wyraźnie pokazuje, że zarówno Ankudowiczowie zamieszkujący pod Oszmianą jak i ci z okolicy Duniłowicz, należą do jednego rodu. Można natomiast jedynie przypuścić, że Ankudy Duniłowickie są drugim, „młodszym”gniazdem Ankudowiczów. Ta kwestia nie była do tej pory badana i poszukiwania pana Tomasza Ankudowicza mogą rzucić nowe światło na to zagadnienie. Nadal nierozwikłana jest także zagadka, gdzie znajdowały się owe tajemnicze „Trynulce”, które zakupił Stanisław Ankudowicz.

Dokumenty wywodowe z guberni wileńskiej, kowieńskiej, witebskiej i mińskiej podają tak dużą ilość członków rodu Ankudowiczów, że wyłania się z nich obraz rodziny bardzo licznej, dlatego często może się zdawać, że poszczególne gałęzie nie są ze sobą powiązane, ale wymaga to za każdym razem dokładnego przestudiowania genealogii. W większości przypadków z dużą dozą ostrożności zakładać można pokrewieństwo (choć czasem bardzo dalekie) żyjących dzisiaj przedstawicieli rodu Ankudowiczów.

Na przykład jeden z najbardziej zasłużonych przedstawicieli familii Wincenty Ankudowicz (1792-1756) matematyk, profesor Uniwersytetu Petersburskiego wywodził się zgałęzi kowieńskiej.[4] Jego dzieci były wyznania prawosławnego i ich potomkowie zapewne żyją gdzieś jeszcze w Rosji. Natomiast znacznie już wcześniej Ankudowiczowie przenieśli się do ziemi witebskiej, połockiej i smoleńskiej. Jak podaje wywód Ankudowiczów z gub. Witebskiej, Stefan Ankudowicz (syn Krzysztofa; wspomniany wyżej) sprzedał część majątku Ankudy w pow. oszmiańskim i nabył majątek Ostrówki w pow. brasławskim. Fakt ten musiał mieć miejsce gdzieś na początku XVII wieku, skoro już w 1657 jego synowie nabyli od Konopackich dobra Dołhe pod Siebieżem.

Istnieją tutaj jednak rozbieżności pomiędzy genealogią sporządzoną dla komisji wywodowej mińskiej i witebskiej. Jest ona nieco inaczej ułożona i według pierwszej syn Stefana - Jan Ankudowicz, otrzymał nadanie obrębu ziemi w parafii duniłowickiej od Radziwiłłów w 1619 roku, natomiast z Metryki Litewskiej (uzupełnić przypis) wiemy, że w r. 1657 Bazyli Ankudowicz (syn Łukasza) otrzymuje od Jana Kazimierza nadania królewszczyzn w województwie połockim.

Choć rozwikłanie skomplikowanej genealogii wymaga jeszcze dalszych studiów, do których niezbędna będzie pomoc Krewniaków, to już z tych faktów widać, że nie tylko mówią one nam o przemieszczeniu się Ankudowiczów na wschód w kierunku Witebska na początku XVII wieku, ale być może potwierdzają także hipotezę o przeniesieniu się części rodziny z Ankud „starszych” oszmiańskich do „nowych” duniłowickich. Część Ankudowiczów z okolic Siebieża weszła w skład szlachty guberni tulskiej - również przedstawiciele tej gałęzi rodziny mogą żyć dzisiaj w Rosji. W wersji „brudnopisowej” można by wyliczyć następujące gałęzie rodu Ankudowiczów, które uznać można za główne czy też starsze i od nich dopiero wywodzą się młodsze pomniejsze:

I. Wileńska – pow. oszmiańskiII.
II. Kowieńska (czy tutaj Duniłowicze?)
III. Siebiesko-witebska (pow. siebieski, lepelski)
IV. Połocka (jeżeli osobno?)
V. Tulska - młodsza, wywodząca się od siebieskiej
VI. Petersburska – młodsza, wywodząca się od Wincentego Ankudowicza z gałęzi kowieńskiej

Wiktor Sybilski, marzec 2013.

przypisy:

[1] W języku rosyjskim istnieją wersje potoczne imienia - Ankudin, stąd w Rosji występuje nazwisko Ankudinow.

[2] Należy przestudiować książkę C. Sawicza „500 lat rodu Sawiczów herbu Sulima. Zbiór dokumentów”, Warszawa

[3] Niesiecki wymienia również Sawiczów Zabłockich, ale nie jest pewny ich powiązania rodzinnego. Fakt, że członkowie tej rodziny używali także herbu Łada może wątpliwość Niesieckiego potwierdzać.

[4] W jednym z XIX w. rosyjskich opracowań błędnie podano jako miejsce urodzenia gubernię kijowską zamiast kowieńskiej.

14

sty
2013

Dublin story..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Dublin, 19:53

amatorski, ale świetnie zrobiony filmik z Dublina. pomyślałem, że warto to wkleić, bo na filmie widać ścieżki, którymi się poruszamy, puby dzielnicy Temple Bar, ulice St Stephen's Green i przede wszystkim kolejkę LUAS, którą codziennie przyjeżdżam do firmy. good stuff!

13

paź
2009

Kanada pachnąca żywicą, Arkady Fiedler

kategoria: cudze, link bezpośredni

Seattle, 08:09

ten objaw -- czy raczej odprysk -- materialnego dobrobytu byłby imponujący, gdyby szedł tutaj w parze z ludzkim szczęściem i zadowoleniem. lecz czy szedł? miewałem wątpliwości i nigdy nie mogłem uwolnić się od myśli, że życie w tej bogatej Ameryce Północnej rozwijało się nie tak, jak należało.

mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani najdziwniejszymi ambicjami -- i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, po co i dokąd się tak śpieszyli. ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego..

05

paź
2009

z cyklu: znalezione w sieci: Weszlo.com

kategoria: cudze, link bezpośredni

Seattle, 22:06

poranna kawa już od dwóch miesięcy smakuje jakoś lepiej, a to dlatego, że do kilku stron od których zaczynam dzień dorzuciłem Weszlo.com. chłopaki są genialni, a ich ironia rozbraja mnie kompletnie. warto dodać, że wypowiada się tu spore grono (byłych) piłkarzy i innych ludzi świata piłki i tylko jeden Wojciech 'skończyłem 7 klas podstawówki' Kowalczyk nic nie kuma, ale tym półmózgiem i pseudo-redaktorem (to apropos Cafe Futbol na Polsacie) przejmować się nie warto. a to dwie próbki ich stylu:

Dziwny piłkarz jest z Antoniego Łukasiewicza. Posturę ma jak trzeba, czyli przypomina sportowca. Nie jest garbaty, nie ma wystaje mu łopatka, prosto biega, nie kuleje, nie ma nadwagi. Do tego dość silny fizycznie, z dobrym wyskokiem. Jak kopie piłkę - to zazwyczaj tak konkretnie, w jakimś mniej więcej zamierzonym kierunku i z siłą. Głupi też nie jest, raczej zalicza się do tych inteligentniejszych zawodników naszej ligi.

Ma tylko jeden problem - wszystko co robi, robi nie w tę stronę. Jak strzela - to na własną bramkę. Jedyne gole, jakie strzelił w całej karierze, były samobójcze (bodajże już pięć). No i kiedy notuje asystę, to też samobójczą. Jak w meczu z Polonią Warszawa. Albo jak dzisiaj, kiedy wyłożył piłkę Pawłowi Brożkowi na 1:0 dla Wisły.

Serio - nie wiemy, co z tym gościem zrobić. Kazać mu się przez 30 sekund kręcić w kółko, a dopiero potem - jak straci orientację w terenie - puścić do gry? Zawsze będzie jakaś szansa, że zaatakuje właściwą bramkę.


albo:

Natomiast Przyrowski to prawdziwy DRAMAT. Jemu się nie chce rzucać do piłek. Ilekroć piłka wpada do jego siatki, on sobie stoi. I rozkłada ręce. Jakim cudem ten leń jest powoływany do reprezentacji Polski - nie wiemy. Równie dobrze dostępu do bramki Polonii broniłby zwykły strach na wróble. Gol na 1:0 dla Wisły był podsumowaniem całej kariery Przyrowskiego.

albo:

W mediach poruszenie. Na Legii znaleziono niewypał. Hmm... Toż to przecież normalka. Tam niewypały zwozi się się ze wszystkich stron świata. Mieliśmy przecież:

- Arruabarrenę (aktualnie w trzeciej lidze hiszpańskiej)
- Descargę
- Tito
- Balbino
- Ekwueme
- Kumbeva

I tak dalej... Czytamy, że znaleziono niewypał i się zastanawiamy - co ten Trzeciak znowu narozrabiał? Ściągnął poganiacza bydła z argentyńskich stepów? Ale nie - wielkie halo o jakąś zakopaną bombkę z II Wojny Światowej. Toż to pierwszy niewypał ery Trzeciaka, który faktycznie miał szansę wypalić. Nie odbierajcie Mirkowi tego!

30

kwi
2009

Where the hell is Matt?

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12:53

no dobra, jeszcze jedna rzecz. padłem, jak to zobaczyłem po raz pierwszy. koleś ma na imię Matt, mieszka w Seattle (!) i zdarza mu się podróżować po świecie. więcej informacji na stronie jego projektu: http://www.wherethehellismatt.com/


29

kwi
2009

Smile Today..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 23:12

coś optymistycznego ;)




06

sty
2009

rok w 40 sekund

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 10.09

na powitanie nowego roku 40-sekundowa kompilacja z ostatnich 365 dni autorstwa Norwega Eirika Solheima:

12

gru
2008

tekst cudzy: Andrzej Stasiuk -- Fado

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 13.09

nie chcę bynajmniej powiedzieć, że my tu, na Wschodzie, jesteśmy trochę jak Cyganie -- choć to ciekawa i pociągająca metafora.
bynajmniej jednak trudno nam Europę, jako całość uznać za swoją własność, za swoją ojczyznę, za swoje dziedzictwo. jesteśmy w niej obcy, przychodzimy z zewnątrz, z krain, o których sama Europa ma mgliste pojęcie, traktując je raczej jako zagrożenie niż część siebie samej.
z nami też jest niewiele lepiej. przyglądając się wam, widzimy swoją przyszłość. w ten sposób nasze życie staje się nudne, pozbawione tajemnicy i ekscytacji. nie mogliśmy wam towarzyszyć w waszym rozkwicie i wzroście, lecz za to będziemy małpować wasz schyłek. jeśli jest coś fascynującego w tym, co ma nastąpić, to nasze własne błędy, które popełnimy. niewykluczone, że naszą kontynentalną misją jest deformacja waszych osiągnięć, ich rozkład, groteskowa przemiana i parodia, która przedłuży im życie.

#####

być może tak będzie wyglądała przyszłość: nasze ojczyzny, nasze kraje znikną jako duchowe, kulturowe punkty odniesienia. zniknie Polska, znikną Włochy, zniknie Francja. dlaczego nie? coraz więcej rzeczy znika i coraz więcej pojawia się nowych. zostanie Fiat, Coca-Cola, Microsoft, Nike i Johny Walker. potem i Fiat, i Ford znikną, zniknie nawet Nokia i nastaną ich przyszłe, doskonalsze wcielenia, do których będziemy się modlić, prosząc o pocieszenie i nadzieję.
bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób Zachód nareszcie połączy się ze Wschodem. bezdomność duchowych emigrantów stanie się na koniec wspólnym domem..

13

lis
2008

tekst cudzy: kibicowanie w latach 90' by DR. MARTENS

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 18.44

przeglądając starsze wpisy na forum kibiców Górnika natknąłem się na fantastyczny tekst obrazujący strukturę i zachowania polskich kibiców lat dziewięćdziesiątych. tekst jest mi bliski, choć ja wówczas dopiero zaczynałem moją przygodę z Górnikiem (mój pierwszy mecz przy ul. Roosevelta to 1991 rok, czyli wkrótce stuknie mi 20 lat na kibicowskiej drodze). tekst daje również do myślenia: kibicowanie znacznie zmieniło się przez ostatnie lata. na mecze wyjazdowe jeździ znacznie więcej ludzi, jest lepsza organizacja, wyższy poziom bezpieczeństwa.. powstają nowe stadiony, a po EURO2012 nic już nie będzie takie samo..

Kiedyś było inaczej-również kibicowsko. Szczególnie w pięknych latach 90-tych.

Wszyscy chodziliśmy w kurtkach typu fleyers (potocznie nazywanych bamberami), które na meczach obracało się na pomarańczową stronę. Często tą właśnie stronę kurtki malowano markerami herb klubu bądź jego nazwę. Ubieraliśmy się na dresowo bądź w stylu skinheads. Większość z nas goliła głowy na łyso albo nosiła charakterystyczne grzywki na popersa. Szaliki były tylko pasiaki, zazwyczaj robione własnoręcznie przez nasze mamy i babcie. Jeśli dwa kluby miały identyczne barwy np. Widzew i ŁKS, to rozróżniać je można było po frędzelkach. Jeśli Widzew miał je czerwone to ŁKS z kolei białe. Nasze górnicze 'trójkolorowe' pasiaki kończyły się białymi frędzelkami. Szaliki z napisami pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych i stanowiły prawdziwy rarytas. Sporo osób chodziło w szalach zagranicznych drużyn,które łatwiej można było zdobyć. Dominowały szale BVB, Liverpoolu, Schalke, Bayernu, Arsenalu.

Każdy kto zakładał szalik musiał się liczyć z tym,że ktoś będzie chciał mu go odebrać i zawsze być gotowym do obrony swych barw. Nie było jak obecnie podziałów na 'hooligans', 'ultras' czy pikników. Jechałeś na wyjazd, zakładałeś szal -- musiałeś liczyć się z konsekwencjami.

Na wyjazdy zawsze jeździło się bez biletów. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, by mieć (w razie wyrzucenia z cugu) w zapasie jeszcze kilka połączeń. Na wyjazdach wszyscy pili, wszyscy mieli szale, wszyscy w razie potrzeby bili się. Każdy wyjazd to była jedna wielka przygoda. Awantury, pijackie akcje, śmieszne sytuacje. To również ciągłe użeranie się z gliniarzami, kanarami i rewizorami. Najczęściej jeździliśmy w ok. 50 osobowej grupie. Czasami zdarzało się jechać w kilkanaście osób na mecze w środę lub na mało atrakcyjne sportowo i kibicowsko. Gdy gdzieś pojechaliśmy w grupie 100, 200 lub więcej osób to uważaliśmy to za sukces. Wyjątkiem były pojedynki derbowe, które mobilizowały nawet kilkutysięczną rzesze kibiców Górnika. Był to okres, w którym nasza drużyna sportowo dołowała. Jednak na wyjazdy jeździliśmy zawsze.

Opraw meczowych w zasadzie nie było. Czasami ktoś podprowadził lub załatwił wojskową świece dymną albo odpalało się kilogramy saletry. Młodzi kibice przynosili konfetti i tyle. Zgody umacniało się różnymi alkoholami, lecz najczęściej tanimi winami. Jeśli goszczony kibic porzygał się, to znaczyło że został dobrze przyjęty.

Policja dokuczała nam w zasadzie od zawsze. W sektorze 13 (tam znajdował się nasz młyn) kolegium można było dostać za palenie papierosa, stanie na ławce, użycie wulgarnego słowa, bądź bez wyraźnej przyczyny. Często bez powodu policja pacyfikowała cały nasz sektor. Podczas wyjazdów policjanci lubili wyrzucać z pociągu pojedyncze osoby na poszczególnych stacjach. Każdy wyjazdowiec posiadał kolekcje kredytów i kolegium. Szczególnie dokuczał nam pewien funkcjonariusz na którego mówiliśmy 'Rumburak'. Starsi kibice wiedzą o kim mowa.

Flagi robiło się własnoręcznie. Zazwyczaj były to pionowe lub poziome trójkolorowe pasy. Napisy były malowane farbami lub sprayami (rzadziej wyszywane) z nazwą klubu, miasta bądź dzielnicy. Dominowały napisy typu 'KSG KING'. Nie było internetu, kolorowych gazetek. Informacje o kibicach czerpało się z gazet sportowych, a niektóre osoby wycinały je i wklejały do zeszytu. Lata 90-te to również okres pojawienia się zinów kibicowskich powielanych na ksero.

Mógłbym tak jeszcze długo wspominać,ale komu by się to chciało czytać. Nie mniej jednak bardzo się ciesze, że miałem okazje jeździć na mecze w tamtym okresie czasu. Pozostały piękne wspomnienia i przyjaciele do dnia dzisiejszego, którzy towarzyszyli mi (bądź nadal towarzyszą) w tej przygodzie z Górnikiem Zabrze.

18

sie
2008

Redukuję biegi by Agata

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 22.01

dostałam zadanie do wykonania z reprymendą, że mam to robić wolniej! wyobrażacie to sobie??

tak, mój boss Wolfgang szukając nowego zadania dla mnie, bezradnie rozłożył ręce i z kumplowskim uśmiechem wydusił: 'yeah Agata, the problem is that you are too fast!!'. (osoby, które mnie znają, wiedzą, że do tytanów pracy nie należę. O ho ho są znacznie lepsiejsi ode mnie bez zbędnego wyliczania wszystkich perełek.. oszczędźmy sobie tego. większość i tak doskonale je zna, a ci co nie, niech śpią spokojnie i się cieszą, że nie nabawią się przy takich zbędnych kompleksów).

zastanawia mnie tylko jak oni to robią? w jaki sposób tak powolne tempo pracy może napędzać tak dobrze rozwiniętą gospodarkę?? a właśnie diabeł tkwi w szczegółach: oni po prostu nie popełniają błędów! patrzą sie na te wszystkie rysunki godzinami, aż do znudzenia poprawiają najmniejsze szczegóły, łącznie z poprawną wielkością czcionki i wyjustowaniem do prawego boku, ale prawda jest taka, że z biura nie wyjdzie ani jeden rysunek z błędem. to troska nie tylko o dobre imię pracowni, ale również o sam projekt. brytyjscy architekci mają tutaj raj na ziemi. mają czas na rozwijanie swoich pasji, swojej tężyzny fizycznej, o czym później nawijają podczas co dniowego 'tea time', mają wolne weekendy, stać ich dosłownie na wszystko. co więcej, mają bezstresową pracę, bo czym sie tu stresować, gdy wszystko jest wygłaskane i wychuchane przez sztab ludzi, a inwestor nie depcze im po piętach, bo czasu mają pod dostatkiem. oczywiście nie wszędzie -- mówię o tym z czym sie spotkałam. ah..

no i co teraz? wracać czy nie wracać?

a notka ta powstała oczywiście w godzinach pracy. spowalnianie tempa nie wychodzi mi najlepiej, więc muszę sie ratować innymi środkami :)

29

lip
2008

WWO -- każdy ponad każdym

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 00.23

podaję za Mupim -- ciekawa niekonwencjonalna piosnka hip-hopowa (choć sprzed 4 lat) i bardzo dobry teledysk. więcej o WWO tutaj.

18

maj
2008

tekst cudzy: prof. Bartoszewski o Polakach..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.31

kilka mądrych słów prof. Bartoszewskiego z wywiadu na TVN24:

'.. bo zasadą człowieka doświadczonego jest to, żeby nie znał się na wszystkim. pod tym względem nie jestem prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak zna się absolutnie na wszystkim, nawet na polityce, prawda, na sporcie, na ekologii, na komunikacji miejskiej, na budowie dróg, na znajomych, na nieznajomych, na kobietach, na mężczyznach, na Niemcach, na Żydach, na Polakach i na Niechrześcijanach. na wszystkim. otóż ja się nie znam na wszystkim i stąd mankament mojego życia..'

22

lut
2008

tekst cudzy: tacy byliśmy -- dzieciństwo w latach.. - autor nieznany

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.33

poniżej cudzy tekst z oryginalnej prezentacji (krążąca obecnie w Sieci jest jej kopią ze zmienionymi latami na osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte), która świetnie wpasowuje się w nasz okres dorastania, bo .. mówi o nas całą prawdę i przypomina nasze najlepsze lata.. przeczytajcie, koniecznie przy dźwiękach utworu Eldo 'Dzieciństwo':

'dorastaliście w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych...???
jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, no i żadnych airbagów!!! na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie..
łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem.
niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, a butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone.
można było jeździć na rowerze bez kasku.
a ci, którzy mieszkali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach .. panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu.
niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. nikogo nie wysyłano do psychologa. nikt nie był hiper aktywny ani dyslektykiem. po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni..
piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł.
nie mieliśmy Playstation, Nintendo, X-Box'a, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom?ów w internecie... lecz przyjaciół!
mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada.
można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. nie było komórek... i nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!! nieprawdopodobne!!!
tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! całkiem bez opieki! jak to było możliwe?
graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. nie był to koniec świata ani trauma.
mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy, NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu.
nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko.
mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. i uczyliśmy się dawać sobie radę!
pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale..

..kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi!!!

Czyż nie ?'

piękne. w moim przypadku z tylko z tą różnicą, że ja miałem komputer i .. byłem uczulony ;)

12

lis
2007

tekst cudzy: Ernest Hemingway -- 'komu bije dzwon'

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 14.43

jesteśmy istotami połączonymi wspólnym losem. jeśli umiera ktoś, także i ty, jako człowiek, ponosisz stratę. ty też kiedyś musisz umrzeć. dlatego nie pytaj, komu bije dzwon, on bije Tobie..

31

lip
2007

z cyklu: kultowe cytaty..

kategoria: cudze, link bezpośredni

Brighton, 12.32

jakoś tak się zawsze składało, że wszędzie miałem blisko. do przedszkola rzut beretem, do podstawówki i liceum to samo. studia to co prawda 5km do Zabrza, ale już Helion znowu był blisko, a obecnie, idąc do NCsoft na godz 9.30, wychodzę o 9.32.. dla tych, którym nigdzie nigdy nie jest blisko, kultowy cytat z 'Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz' Barei:

'Ja, to proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony. Bo golę się wieczorem,śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
- No, ubierasz się pan.
- W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
- A fakt.
- Do PKS mam 5 kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
- I zdążasz pan?
- Nie... ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka... i potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w Elektryczny do stadionu. A potem to już mam z górki. Bo tak. W 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, znaczy w robocie i jest za piętnaście siódma to jeszcze mam kwadrans to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu... I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać.'