Małgorzata:

'jeśli myślimy o tym samym Piłsudskim to to w zapisie będzie 2xs'
[więcej]

13

lip
2014

mój siódmy finał mistrzostw świata..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Dublin, 00:49

przed dzisiejszym finałem tego wspaniałego turnieju w Brazylii myślę sobie, że historia właśnie zatacza koło. mistrzostwa świata od zawsze były stałym elementem w kalendarzu moich piłkarskich pasji, najważniejszą sportową imprezą, sensem tej dyscypliny sportu. co cztery lata zasiadałem przed coraz to nowszymi modelami domowych telewizorów, wciąż z tym samym fanatyzmem w oczach, a jednak z coraz to poważniejszą twarzą. umysł co cztery lata rejestrował trochę inne emocje, a dzisiaj, podczas spaceru z moich 2.5 letnim synkiem, zastanawiałem się, co z tych ostatnich 7 wielkich turniejów we mnie zostało..

bo to już 7 wielkich turniejów, które osobiście zakodowałem. mundialu w Meksyku w 1986 roku nie pamiętam, choć jestem pewny, ze tata oglądał tą niezapomnianą meksykańską falę na naszym potężnym Rubinie w dużym pokoju. o tych mistrzostwach wiem wszystko -- jestem w końcu z pokolenia w którym to Maradona a nie Pele jest królem futbolu.., ale cała ta moja wiedza pochodzi wyłącznie z telewizyjnych skrótów i powtórek. pierwszy mecz, który rzeczywiście wydobywam z pomroków mojej pamięci to finał Pucharu Europy rozegrany 27. maja 1987 roku między Porto a Bayernem, w którym Madjer strzelił gola piętką. ciemny pokój, mój tata i jego przyjaciel, i radość, bo nasz rodak, Młynarczyk, sięgnął po puchar. mam to wydarzenie bardzo dokładnie przed oczami, a po tym meczu każdy na naszym podwórku chciał strzelać bramki w ekwilibrystyczny sposób.

tak więc pierwszymi mistrzostwami, które osobiście bardzo przeżywałem i które do dzisiaj mają u mnie ogromny sentyment, to finały we Włoszech, Italia 90. pamiętam z niego cudowną piosenkę otwarcia, pamiętam wspaniały Kamerun z Rogerrem Millą, wspominam Holandię z van Bastenem, Gullitem i Koemanem. Brazylię z Careką, Włochów z królem strzelców Schillacim, wiecznie pechowych Anglików z Linekerem. mam w głowie całą listę wybijających się bohaterów naszych dziecięcych lat. no i ten finał, dramatyczny pojedynek Argentyny i Niemców, i płacz Diego Maradony po porażce. odwrócenie ról, bo ten sam boski Diego wznosił ręce w geście zwycięstwa 4 lata wcześniej. to były niesamowite mistrzostwa i ich przebieg na zawsze pozostanie mi głęboko w pamięci.

zabawne jest, że właśnie z turnieju gdy byłem tylko 10-letnim chłopakiem, zapamiętałem najwięcej. jednym tchem potrafię wymienić wszystkie kolejne mistrzostwa, ale zupełnie nie przypominam sobie wyników, nie rozróżniam gwiazd, nie kojarzę otoczki kolejnych turniejów. jakieś urywki, strzępki, pojedyncze wrażenia. z USA 1994 bardziej przypominam sobie dyskusję o roli futbolu w tym kraju, niż jakieś sportowe wydarzenie. no może mecz gospodarzy z Brazylią, wspaniałą postawę Bułgarii ze Stoichovem w składzie i urywek finału -- pamiętam, że oglądałem go na wakacjach w Międzyzdrojach i zasnąłem na nudnej jak szlag dogrywce. z Francji 1998 (uwaga, wkraczam w pełnoletność) wyciągam natomiast zakodowany sygnał cyfrowego Polsatu. po raz pierwszy mecze nie były dostępne w publicznej telewizji, stąd też wiele mi wtedy uciekło. przypominam sobie pocałunek w głowę Bartheza, Rumunię z Hagim i Munteanu, i bardzo silną Chorwację. Kazik później śpiewał nawet: to źle mi robi, Chorwacja - Niemcy trzy do zera..

kolejne mistrzostwa (a jest to już era, powiedzmy, nowożytna) w Korei w 2002 roku wspominam z powodu pierwszego za moich świadomych czasów występu Polaków. byłem studentem, na mecz z Portugalią jechałem prosto z egzaminu w bardzo deszczowe, szare popołudnie. i bardzo przeżyłem tą wielką klapę. w 2002 roku wiele się działo w moim życiu, imprezy odbywały się przynajmniej 4 razy w tygodniu i może właśnie dlatego oprócz kręcących sędziów niczego więcej nie zapamiętałem. po latach, gdy pracowałem już w koreańskiej firmie, jeden z wyższych menadżerów z Korei zapytał się mnie o ten mecz z Polską i wspólnie powspominaliśmy to wydarzenie. a w 2006 roku pojechałem do Dortmundu, aby spod stadionu przeżywać mecz Polaków z Niemcami. pracowałem już wówczas w Helionie, zdobywałem pierwsze doświadczenie w pracy zawodowej, poznawałem nowych ludzi i .. wciąż pasjonowałem się piłką. z tej imprezy zachował się już nawet mój fotoblog, bo były to już czasy moich wyskoków z aparatem fotograficznym w ręku. finałów z 2010 roku właściwie nie pamiętam w ogóle: pracowałem w Stanach i jakoś różnica czasowa między Pacyfikiem a Południową Afryką nie zachęcała do oglądania. dziwne to uczucie, gdy najnowsze mistrzostwa najszybciej umykają z pamięci..

a dzisiaj znowu staną na przeciw siebie Niemcy z Argentyną. historia mojej wielkiej pasji zatacza koło, choć dzisiejsze gwiazdy nijak mają się do Caniggi, Maradony, Mattheusa czy Vollera. tamci byli moimi legendami, dali mi kopa ambicjonalnego, spowodowali, że kolejne 10 lat mojego życia spędziłem na zielonym boisku. a gwiazdy dzisiejsze w większości są ode mnie zdecydowanie młodsi. ale i tak zasiądę przed telewizornią, obejrzę wielki finał i pomyślę o Italii 1990..

21

paź
2013

priorytety..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Los Angeles, 07:26

nudą coś ostatnio powiewa z tej mojej flagowej witryny, nie? brak akcji i treści jakoś niewiele. już pal licho fakt, że podtytuł strony nijak ma się do miejsca, w którym aktualnie pomieszkujemy. martwić może jednak stagnacja, z którą w poprzednich latach tak uparcie walczyłem i, poprzez to moje wewnętrzne samozaparcie, całkiem efektywnie pchałem ten wózek do przodu. heh, te setki godzin spędzonych w edytorze tekstu lub na analizie zdjęć z kolejnych wypraw. przyznam, że zawsze byłem dumny z tego mojego miejsca w sieci i jak tylko mogłem, starałem się coś nowego odkrywać, stawiać kolejne kroki. kiedyś nawet, ale było to już wiele lat temu, więc się nie liczy, wymyśliłem sobie, że otoczenie patrzy na mnie przez pryzmat tej strony, że własne miejsce w sieci robi różnicę. głupi byłem, owszem, ale nigdy nie żałowałem tego ogromu czasu spędzonego nad rozwojem tej strony. od zawsze dawała mi dużo radości.

i nadal daje, nie przeczę. problem jednak w tym, że trochę pozmieniały mi się priorytety. że wartości trochę się wypaliły, że wszystkie te hasła w stylu łap plecak i heja dookoła świata straciły na swojej wyrazistości. rozleniwiłem się i, co może martwić, chwilowo straciłem zainteresowanie. chociaż, gdyby tak się poważniej zastanowić, to piszę te słowa z hotelu w Los Angeles, więc karuzela podróżnicza kręci się nadal. jest połowa października, a ja już w tym miesiącu byłem i w Polsce, i w Rosji, i w Irlandii i teraz w Stanach. materiału mam dużo, w tym roku przecież znowu byliśmy na Karaibach, a ja z aparatem wędrowałem brudnymi i śmierdzącymi zaułkami dominikańskich miasteczek, do których statystyczny Europejczyk z reguły się nie zapędza. tak, mam takie zrywy podczas których pędzę do przodu jak dawniej. słucham, czuję, oglądam, ale niestety nie zapisuję. a doznania się rozpływają, zacierają w natłoku zdarzeń.

może więc chodzi o czas? pamiętam kolegę hiTowera, który za każdym razem pytał się mnie, kiedy ja na to wszystko znajduję czas. a ja nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, bo przecież na pasję czas znajdzie się zawsze. teraz tego czasu nie mam, bo praca bardziej wymagająca, bo stres, zmęczenie, a po godzinach wolę Jakubka wziąć do parku na trawę, czy obejrzeć z Agatą film. bo jest tysiące innych spraw, które jakoś tak z kolejnymi latami wywindowały się ponad nowe treści na tomxx.net. zmiana wartości przychodzi jednak naturalnie.

nie ma też zresztą powodów do siania paniki: lada dzień przedłużę domenę na kolejne 10 lat i dalej będę się wirtualnie zabawiał. piszę to jednak, jako pewnego rodzaju wytłumaczenie: że aktualizacje są rzadsze, że treści mało odkrywcze, że zdjęcia nie wnoszą niczego nowego. mam takie wrażenie, że wszystko już było, że mało w tym wszystkim oryginalności. myślę, że też to zauważyliście. chciałbym w końcu przestawić się na opis sytuacji, procesów, a nie miejsc. od zawsze miejsca wyznaczały pory roku na mojej stronie, były rozdziałami tej długiej podróży. chciałbym skończyć z tandetnymi pocztówkami odwiedzanych miejsc, spojrzeć głębiej, coś ciekawego powiedzieć. ale w zamian wkrótce znowu zafunduję wam kilka obrazków z karaibskiej plaży i widokówkę z Placu Czerwonego. i wszystko zostanie jak dawniej, choć ze zdecydowanie mniejszą częstotliwością..

16

lis
2012

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Dublin, 10:21

panuje u nas w kraju głębokie i graniczące z pewnością przekonanie, że przeprowadzka jest złem ostatecznym. z gór nad morze, z Wrocławia do Warszawy, ze wschodu na zachód -- nie chce nam się, nie potrafimy, nie mamy w zwyczaju. tymczasem zmiana miejsca zamieszkania jest na Zachodzie rzeczą powszechną. Stany są poza wszelką konkurencją, bo jak ktoś kiedyś wyliczył, statystyczny Amerykanin w trakcie swojego życia średnio dwunastokrotnie zmienia miejsce zamieszkania. ale również mieszkańcom zachodniej Europy podróż za pracą przychodzi zdecydowanie łatwiej niż nam. ja łamię pewien stereotyp, bo w ostatnich 6 latach przeprowadzałem się już .. sześciokrotnie. z kraju do kraju, przez ocean, z kilkoma przesiadkami -- warto w kilku zdaniach streścić nasze wrażenia..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

na czym więc polega mityczne przesiedlenie się z jednego na drugi koniec kuli ziemskiej? nie na samej podróży, bo ta zamyka się w 24-godzinach spędzonych w niewygodnych fotelach w samolocie, i tych jeszcze mniej wygodnych na zatłoczonych lotniskach. również nie na odległości, bo te znaczenia nie mają żadnego, ani nie na sentymencie danego miasta czy kraju, bo miejsca poznajemy, przywiązujemy się, ale z drugiej strony zawsze jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do nowej lokalizacji. przesiedlenie się to sztuka kompromisu, a dokładniej sztuka racjonalnego odpowiedzenia sobie na pytanie co ze sobą zabrać, a z czym się pożegnać. są rzeczy bez których nie wyobrażamy sobie życia -- przeprowadzki natomiast łamią w nas tą regułę i powodują, że spoglądamy na rzeczy materialne z pewnym dystansem..

po podjęciu decyzji o powrocie do Europy mieliśmy raptem 10 dni na spakowanie naszych rzeczy. mieliśmy samochód, cały domowy dobytek, wszystkie rzeczy kuchenne, łóżka, stoły, biurka, plecaki, śpiwory, namiot. zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko co mamy będzie nam potrzebne w naszym nowym miejscu. problem w tym, że tego naszego nowego miejsca nie znaliśmy, więc zaczęło się ostre cięcie. decyzja numer jeden: sprzedajemy wszystko, co da się sprzedać. na początku rozpoczęliśmy handlowanie meblami za pomocą portalu craigslist: poszło wszystko, co prawda za bezcen, ale za 40-50% wartości Amerykańcy pozbawili nas tego całego ikeowskiego kłopotu. zdarzało się, że przyszedł ktoś kupić stół, a wyszedł ze stołem, dwoma krzesłami, lampką i kompletem talerzy. że o kocie nie wspomnę. potem wyprzedaliśmy nasz sprzęt biwakowy, na którym mimo jego używania, nic nie straciliśmy. nasza Mazda poszła po tygodniu, jeszcze tylko wybraliśmy się na ostatnie wycieczki i nasz pewny i zadbany samochodzik znalazł nowych właścicieli. niech ich ręka lekką będzie, bo za autem naszym będziemy tęsknić. sprzedaliśmy więc wszystkie rzeczy niemobilne, a resztę .. resztę trzeba było jakoś spakować..

i tu przechodzimy do kompromisu numer dwa: połowę rzeczy przeznaczonych do zapakowania wyrzuciliśmy na śmietnik, albo rozdaliśmy znajomym za free. jeśli zastanawiacie się, ile tego było to spróbujcie spakować cały swój dobytek do kilku kartonowych pudeł. nie da się. szybko się o tym przekonaliśmy i po przestawieniu jakiejś klapki w naszych umysłach, zaczęliśmy wyrzucanie. to do pudła, to do kosza. to do walizki, to można kupić w Europie. to za ciężkie więc nie idzie, to weźmiemy, ale wyrzucimy opakowanie. nie powiem, mam naturę kolekcjonerską, więc było mi szczególnie ciężko zrezygnować z rzeczy praktycznych, ale dobijająca nas presja czasu wymogła w nas drastyczne cięcia. decyzje podejmowane były w locie i takim oto sposobem wszystko co mieliśmy udało nam się zapakować do 8 pudeł, z czego elektronika zajęła pewnie ze trzy. to doświadczenie nauczyło nas, że rzeczami materialnym niepotrzebnie w ogóle zaprzątamy sobie głowę..

po zapakowaniu się przyszła pora na fizyczną część przeprowadzki. w 2009 roku do Ameryki pudła popłynęły statkiem, co trwało 3 miesiące i spowodowało, że już zapomnieliśmy, co w tych pudłach się znajduje. teraz zrobiliśmy trochę inaczej: wszystkie kartony zostawiliśmy w Renton w garażu naszych przyjaciół, Marzeny i Damiana, a dopiero po podpisaniu kontraktu z Riotem i po poznaniu kraju docelowego, wynajęliśmy firmę przewozową, która zajęła się samą przesyłką. tu warto jeszcze wspomnieć, że na zachodzie ludzie nie bawią się w pakowanie własnoręczne -- tam istnieje cała masa firm, których pracownicy stawią się w naszym domu i w białych rękawiczkach spakują wszystko, co zażądamy. my natomiast jesteśmy z Polski i w dupie mamy takie usługi. spakowaliśmy się sami i pomyśleliśmy nad przewozem. i tu ciekawostka cenowa: 3-miesięczna podróż statkiem do dowolnego miejsca w Europie kosztowała ok $3 000 (tak drogo, bo z portów zachodnich Stanów statek musi płynąć przez Kanał Panamski), natomiast przesyłka lotnicza Fedexem była prawie 50% tańsza. my znaleźliśmy jeszcze lepszy deal: poprzez amerykańską firmę, która szczyci się biznesową umową z Fedexem uzyskaliśmy tą samą usługę (5-9 dni do dowolnego miejsca w Europie) za $1250. i tym oto sposobem pudła dotarły do nas w ciągu dwóch tygodni. okej, były jeszcze przejścia z panami celnikami, ale po przedstawieniu dowodów zamieszkiwania w Stanach w poprzednich latach, a następnie dowodów stałego zamieszkania w Irlandii, udało się aferę załagodzić.

i teraz najlepsze: po rozpakowaniu tych naszych 7 pudeł (bo jedno poleciało od razu do Polski), Agata zająknęła, że i tak za dużo zabraliśmy, że znowu zagraciliśmy sobie mieszkanie.. bo po co nam stare ubrania, skoro nowe można kupić za kilkanaście euro? może przeprowadzka powinna być takim naszym materialnym katharsis, oczyszczeniem się z zagracenia, pozbyciem się władzy rzeczy materialnych nad naszym życiem? nie wiem, ale lubię przestronne wnętrza, lubię jak jest mniej.

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..o przeprowadzaniu się na drugi koniec świata -- słów kilka..

23

paź
2012

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Dublin, 23:53

doszukując się powodów słabości polskiej piłki nożnej mądre głowy dochodzą co jakiś czas do wielce odkrywczego wniosku, że dzisiejsza młodzież nie ma już czasu na kopanie piłki. że internet i playstation wyparły tak ważne dla mojego pokolenia momenty wspólnego czasu na świeżym powietrzu. tego kopania piłki od bladego świtu po zachód słońca, tych wielu godzin spędzonych z kumplami, za których kiedyś oddalibyśmy życie. tego wspaniałego czasu naszej młodości, naszych pasji, namiętności, walki do upadłego. tych bramek z kamieni albo z plecaków, tych skomplikowanych wyliczanek według których wybieraliśmy składy, poobijanych nóg, trzepaków do siatkonogi i wody z kranu lejącej się na nasze rozgrzane głowy. kiedyś było nam wszystko jedno kto wygrywa, bo walczyło się sercem, a wynik był przecież sprawą drugorzędną. i nie przeszkadzał nam brak komórek, bo każdy wiedział, że drugiego zawsze znajdzie się na boisku. okej, były już pierwsze komputery, było Atari i Commodore 64, a później nawet Amiga, ale przed ekranami siadaliśmy tylko w przerwach między kolejnymi podwórkowymi meczami. tego już nie ma, nasza młodość umyka, zacierają się wspomienia, odchodzą ludzie...

warto przynajmniej zapamiętać te miejsca -- każdy z was ma takie w swojej pamięci. naszym miejscem był stadion Kolejarza Gliwice. to tu się wychowaliśmy, pod tymi dwoma kominami elektrociepłowni, między torami gliwckiej wąskotorówki, a główną śląską magistralą kolejową, na tych dwóch boiskach A-klasowego wtedy klubu wychowaliśmy się my. w każdej porze roku i o każdej porze dnia ten stadion będzie miał swoje miejsce w naszych głowach. to tu nauczyłem się tego co w piłce kiedyś umiałem i tego czego nigdy nie umiałem. więc to dla Was, chłopaki, ten post. dla wszystkich tych, dla których piłka była czymś więcej. dla Konia, Maga i Przema. dla Kano, Budynia, Łukiego i Rostala. dla Ziela, Bobana i Prezesa. dla Grubego, Jara, Kotleta, Józka i Grześka. dla Pęczaka, dla Mydlaka i dla Rafała i jego brata Pisia, co do teraz kręci wałki sędziując niższe ligi. dla Krzyśka, Posła małego i dużego i wszystkich czterech braci Lechów. dla Hera, Kropy, Stępnia i Bonca. dla braci Donatów, Wilczyńskich i Szymanków, niedyś naszych największych podwórkowych gwiazd. dla Krzyśka, Arka i Piekarza. dla Karola o niespotykanej wtedy technice, który potrafił przejść nas wszystkich z zamkniętymi oczami, ale który już tak dobrze w dorosłym życiu sobie nie poradził. dla Smolarka, który już od nas odszedł i w końcu dla Marka, który jako jedyny z nas został księdzem. i dla wielu innych, o których w tym momencie nie pamiętam, a którzy spędzili ze mną te pierwsze kilkanaście lat życia. to miejsce jest takie samo jak wówczas. tylko trawa jakaś bardziej zielona, niewydeptana. w naszych czasach to byłoby nie do pomyślenia..

a wszystko to oczywiście przy TEJ piosence Elda:


KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

KKS Kolejarz Gliwice -- tu się wychowaliśmy..

30

mar
2012

pożegnanie kolegi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 21:12

dzisiejszy piątek był ostatnim dniem pracy jednego z moich kolegów w NCsofcie. był z nami od ponad 10 lat, od samego początku utworzenia oddziału NC w Ameryce. Najpierw Austin w Teksasie, potem Seattle, tutaj w WA. napisał fajnego maila pożegnalnego, nie tam żadne pierdolenie bez sensu jak bardzo będzie mi was brakowało, po prostu prawdziwe, mądre przesłanie idealnie podsumowujące jego dekadę w jednej firmie. zacytuję je poniżej, każdemu się przyda do swoich własnych celów:

Life is about the relationships you have with those around you. Not the pictures you paint or the code you write. Over the past 10 years I have had the pleasure of working with some of the most amazing people and I'm leaving the best team a person could ask for. As crazy as this place can be I will focus on the good times I had and there were plenty. All I can say is, treat people like how you want to be treated and remember you work for a game company, have fun and don't be so damn serious!

i... jakkolwiek dziwnie mogłoby to zabrzmieć, to ja jestem teraz jedną z osób z najdłuższym stażem w firmie. Polak w Stanach z najdłuższym stażem? leci mi już 6 rok, a kultura pracy tutaj jest inna: popracować trochę i dalej w długą do innej firmy. zresztą my też już zdecydowaliśmy -- ten rok będzie naszym ostatnim rokiem w Stanach. swoją drogą, choć ciężko to policzyć, liczba ludzi z którymi pracowałem przez ostanie 6 lat, nieuchronnie zbliża się, albo już przekroczyła, trzy setki.

01

gru
2011

5 lat poza granicami Polski..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 00:57

pięć lat temu opuściłem Polskę. dokładnie przed pięcioma laty rozpocząłem kolejną, tym razem już poważną, pracę za granicami naszego kraju, a niekontrolowany rozwój wypadków pchnął mnie w to miejsce po drugiej stronie świata, w którym teraz się znajduję. pięć lat temu rozpocząłem swój zachwyt nad światem. bo bez wątpienia jestem rozemocjonowany, zachwycony, wiecznie zdziwiony. i wszystko mi jedno czy przebywam wśród tysiącletnich kamiennych miasteczek południowej Anglii, czy ich pustych jak kartonowe pudełko odpowiedników po drugiej stronie Oceanu. zachwycam się i dziwię, chłonę i zapamiętuję. ale dzisiaj nie będzie o podróżach, bo jak mawia klasyk, celem naszych podróży nigdy nie jest miejsce, a raczej nowy sposób postrzegania rzeczy, inny sposób widzenia świata. a postrzeganie to zmieniło się u mnie w sposób diametralny..

5 lat poza granicami Polski..

po pierwsze zniknęły uprzedzenia. owszem, pojawiło się kilka nowych, ale takie typowe podejście, że Niemiec traktuje innych z wyższością, Rusek pije za trzech, a Amerykanin nie wie gdzie leży Polska dawno już wyparowały z mojego świata. ludzie wszędzie są tacy sami: ogromna większość Niemców z którymi pracuję bądź pracowałem to ludzie na poziomie -- wielu z nich traktuję jako bliskich znajomych, z częścią wspólnie rechoczę z dowcipu o 'odwiedzeniu Polski, bo wasze samochodu już tu są', z innymi dyskutuję o wyższości ich czołgu Tiger II nad rosyjskim T-34. to samo mogę powiedzieć o każdej z trzydziestu-kilku innych nacji na którą się natknąłem. kulturalnie bardzo wysoko oceniam Francuzów, a w piłkę na konsoli najlepiej grało mi się z Murzynem z Gujany Francuskiej. o filmach najchętniej rozmawiam z Hiszpanem, pokerowe zagrywki chętnie ćwiczę z kolesiem z Hong-Kongu, w szachy lubię pograć przeciwko Irakijczykowi, jedna z najlepszych NCsoftowych koleżanek pochodzi z Iranu, ale z nikim tak szybko nie złapałem kontaktu, jak z Rosjanami podczas wypadu na Euro 2008 do Austrii. dwójka najbliższych mi współpracowników z Wielkiej Brytanii jest tak od siebie różna, że aż grzech w ogóle myśleć o postawieniu między nimi znaku równości. podziwiam Koreańczyków za ich poświęcenie i oddanie wyższym celom, a mimo to jednego z nich do dzisiaj oceniam jako największego skurwysyna, którego przez te lata spotkałem. bez zbędnego generalizowania -- ludzie wszędzie są tacy sami, a pijąc w firmowej kuchni kawę postrzegam drugą osobę jako człowieka -- totalnie bez uprzedzeń. z jednymi rozmawia mi się dobrze, z drugimi nie rozmawia mi się wcale, jak to w życiu..

po drugie: ludzie na świecie emanują sympatycznością. po kilku latach człowiek uczy się, że Amerykanin zadający pytanie 'how are you doing?' wcale nie pyta o nasze samopoczucie, a mając taką wiedzę łatwo rozszyfrować ich rzeczywiste podejście do drugiego człowieka. nauczyłem się rozmawiać z nieznajomymi w windzie, w pubie, czy dowolnym innym miejscu. podchwyciłem miły zwyczaj dziękowania i życzenia miłego dnia kierowcy autobusu. zacząłem odwzajemniać uśmiech nieznajomych na ulicach. podczas odwiedzania różnych zakątków świata, od zimnej Kanady, przez zacofane Białoruś i Kubę, po upalny Meksyk i Gwatemalę spotkałem na swojej drodze tak wielu sympatycznych ludzi, że moja wiara w pozytywne myślenie w kontaktach z innymi jest już na zdecydowanie wyższym poziomie. owszem, w każdym z tych miejsc spotkałem takich, którzy chcieliby nas orżnąć, obłupić i wykorzystać, jednak byli oni w zdecydowanej mniejszości..

po trzecie: obcowanie z innymi kulturami i próby ich codziennego zrozumienia wzmogły u mnie poczucie polskości. dumą napełnia mnie fakt bycia Polakiem. w zasadzie nigdy nie poczułem się w stu procentach obywatelem innego kraju. nieprzerwanie prowadzi mnie ten osobisty lokalny patriotyzm, który każdego dnia każe sprawdzać wydarzenia krajowe, obserwować 'co tam panie w polityce', czy słuchać nocnych programów Trójki. mój umysł jest zbyt przeniknięty racjonalizmem i materializmem, aby wczuć się w ten ich konsumpcyjny świat i w pełni pojąć duchowość i metafizykę bycia Brytyjczykiem czy Amerykaninem. głoszę polskość za granicami i z tego jestem naprawdę dumny. staram się być ambasadorem, w takiej mojej mikroskali, naszego kraju, i jak tylko mogę opowiadam zainteresowanym o Polsce, chwalę, ganię, zachowując przy tym zdrowy rozsądek. cieszy mnie fakt, że kilkadziesiąt różnych nacji dowiedziało się czegoś nowego o tym naszym kraju i jeśli za kilka lat Polska będzie się im kojarzyła ze mną to nieskromnie uznam to za sukces.

po czwarte: niejako rozwijając punkt poprzedni, postanowiliśmy wrócić do kraju, a przynajmniej zrobić wszystko co w naszej mocy, żebyśmy wrócili. Anglia wciąż wchodzi w grę, ale Polska jest priorytetem. zdajemy sobie sprawę z problemów jakie na nas czekają -- przez pięć lat żyliśmy w państwach dobrobytu, jeździliśmy idealnymi drogami, wydawaliśmy na życie niewielki procent naszych zarobków, korzystaliśmy z czystych i zadbanych miejsc publicznych. bierzemy pod uwagę chwilową depresję, któa może nas dopaść, gdy świat dookoła ulegnie zmianie. ale.. chyba jesteśmy zdecydowani..

po piąte: przyjąłem i zaakceptowałem wiele lokalnych wzorców zachowań. dobrze mi z nimi i nie mam zamiaru się ich pozbywać. chodzenie do lokalnych kafejek i obserwowanie miejscowych artystów-pisarzy, zabieranie kawy do samochodu, próbowanie różnych potraw (w naszej dzielnicy jest przynajmniej 20 różnych restauracji serwujących dania z całego świata), długie samochodowe podróże (400km w tą i z powrotem podczas jednego dnia , żeby zobaczyć jakąś tam atrakcję na końcu drogi? nie ma sprawy..), wysoka kultura drogowa, stane imprezy, świadomość ekologiczna i segregowanie wszystkiego co się da.. inną sprawą jest kultura biznesu, w której wymaga się aktywnego, energicznego i ekspansywnego podejścia do codziennej pracy. przystosowałem się, choć oczywiście łatwo nie było..

po szóste: wartość przyjaciół i bliskich znajomych w dużej mierze docenia się dopiero z dystansu. pięć lat to długi okres i powoli dochodzę do momentu, w którym większość moich znajomych stanowią obcokrajowcy. z drugiej jednak strony jest to pewnego rodzaju naturalny filtr naszego otoczenia: ludzie z którymi wciąż utrzymujemy kontakt to te prawdziwe bratnie dusze, nie? tak jak w tym znanym powiedzeniu, że 'szedłem z przyjacielem na spacer i przez dwie godziny milczeliśmy. jak to przyjaciele', doceniam fakt utrzymywania kontaktu z ludźmi mimo dłuższych lub krótszych przerw. jeśli z kimś dobrze się dogaduję to nawet roczny brak kontaktu nie powoduje jego przerwania. wystarczy mail czy telefon i relacja trwa nadal. z drugiej jednak strony śmieję się z anglojęzycznego postrzegania tego terminu, gdyż u nich każdy znajomek jest przyjacielem. przyjaciela ma się jednego w porywach do dwóch. i to powinno wystarczyć.

po siódme: nie ma czegoś takiego jak kicz. pojęcie obciachu nie istnieje, w zamian świat proponuje nam 'oryginalność'. w Stanach, a tym bardziej w Wielkiej Brytanii, jest rzeczą całkiem normalną ubranie białych butów do czarnych spodni, tenisówek do garnituru, dwóch różnych par butów, wściekle jaskrawej kurtki, za dużej czapki, garnituru z późnych lat 30-stych i wszystkiego, co można wygrzebać na targu staroci. nie ma mody, jest poczucie dobrego samopoczucia. jak kto woli, nikt nie ocenia, nikt nie obgaduje, pełny freestyle..

pięć lat to całkiem długi okres czasu. coraz gorzej mówię po polsku, coraz więcej problemów sprawia mi zgrabne zebranie słów, przedstawienie punktu widzenia, obojętnie czy werbalnie czy na papierze. wcale przy tym nie okazałem się gwiazdą języków obcych, a mój akcent rozpoznawany jest po wypowiedzeniu dwóch liter słowa 'Hi'. ale wcale się tym nie przejmuję..

09

sie
2011

wywiad..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 02:34

z Przemkiem Paszowskim, felietonistą, redaktorem i sprawozdawcą, o pasji podróżowania, Stanach Zjednoczonych i Górniku w wywiadzie na jego stronie. polecam cały blog Przemka na paszowski.cba.pl -- interesujące podejście do aktualnych wydarzeń ze świata sportu i mediów..

05

cze
2010

weselicho!

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 10:36

za oknem upał i niesamowity błękit nieba. za kilka godzin biorę ślub, a potem bawimy się przez dwa dni. w takich momentach moje emocje wyrazić może tylko grupa Kowalski..

12

maj
2010

30! welcome to the future..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 02:22

uśmiecham się czasem przypominając sobie tę notkę. napisałem ją dokładnie 6 lat temu, w dniu moich 24-tych urodzin. z prostej matematyki wynika, że dzisiaj okazja do notki jest zdecydowanie donioślejsza: właśnie teraz, w tejże chwili, przekraczam trzydziestkę, porządny level-up, jak mawiamy w slangu gier MMO..

tym razem jednak nie będzie o pasjach, wyzwaniach i planach. będzie o przyszłości, czyli czasie w którym obecnie żyjemy. pamiętam siebie w latach 80-tych i ten prosty świat z perspektywy trzepaka. rok 2010 wszystkim wydawał się tak daleką przyszłością, czasem niemożliwym do sprecyzowania i zdefiniowania, coś na kształt filmowej Odysei Kosmicznej. oczywiście wizja mojego życia była jeszcze bardziej zamazana: kim się stanę, jakie wartości będę wyznawał, czym dane mi będzie się zajmować.. wiedziałem tylko, że chcę być piłkarzem, reszta miała być tworzona w locie i .. jak można się tego było spodziewać, życie brutalnie obeszło się z moimi młodymi planami.. przez te 30 lat świat tak bardzo się zmienił, historia zapisała tak wiele wydarzeń, byliśmy świadkami tylu zmian, przełomów i tragedii. przeszliśmy przez dynamiczny rozwój każdej z istotnych dziedzin życia i, co istotne, rozwój ten trwa i z każdym okresem, podobnie jak w przypadku rozwoju mikroprocesora, przyspiesza dwukrotnie..

idealnie ujął to bez przerwy puszczany w amerykańskim radiu Brad Paisley i to jego 'welcome to the future' chcę słuchać w dniu moich urodzin. za każdym razem gdy słucham tekstu tej piosenki przechodzi mnie swoisty dreszcz podniecenia i nostalgii. wake up Martin Luther, welcome to the future:


And I'd have given anything
To have my own Pac-Man game at home
I used to have to get a ride down to the arcade
Now I've got it on my phone

My grandpa was in World War 2
He fought against the Japanese
He wrote a hundred letters to my grandma
Mailed them from his base in the Philippines
I wish they could see this now
Will they say it's changed a note
'Cause I was on a video chat this morning
With a company in Tokyo

Hey, look around it's all so clear
Hey, wherever we were going, well we're here
Hey, so many things I never thought I'd see
Happening right in front of me

PS. a jeśli metaforą mojego życia ma być właśnie 12 maja to chyba lepiej już trafić nie mogłem. z pomocą przychodzi kalendarium i dwa światowe święta obchodzone w dniu moich urodzin: Światowy Dzień Ptaków Wędrownych, bo moje życie od kilku lat przypomina podróż, i Światowy Dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia, jako obraz biznesu naszych czasów i stanu, w którym wszyscy bez przerwy tkwimy..

PS2. stronę tomxx.net ciągnął będę do końca. ciekawe, czy wrócę do tej notki w, powiedzmy, roku 2040? w dniu mojej sześćdziesiątki?

PS3. wygrzebane w rodzinnych albumach, zapraszam do tomxxcikowskiego wehikułu czasu :)

cóż, początki nie były łatwe..




ale później się rozkręciło. kobiety, te prawdziwe..


i te mniej prawdziwe, za to tańsze w utrzymaniu:




agresja:


od tych płotów zaczęło się chuligaństwo stadionowe:


miłość do piłki kopanej:


wielkie przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy:


i rodzina, jak wartość najważniejsza.


z dziadkiem przez 28 lat znajdywaliśmy wspólne tematy:


z rodzicami chrzestnymi:


zdjęcie rodzinne:


z mamą:


z pierwszym rodzinnym maluchem i kuzynką:


i pierwsze podrywy:

11

lut
2010

nie zapomnij skąd tutaj przybyłem..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 01:18

moja emigracja od samego początku miała raczej wymiar czasowy. jestem zbyt sentymentalny i za bardzo przywiązany, aby na stałe żyć poza Polską. i choć ta niezdefiniowana przestrzeń czasowa niebezpiecznie się rozciąga, i choć coraz dotkliwiej kłują w oczy piękne miasta, życzliwsi ludzie i prostsze życie poza granicami Polski, decyzja o powrocie nie ma prawa się zmienić. termin owszem, ale nie podstawowe założenia osobistej przyszłości. i oczywistym jest, że w równym stopniu chodzi o rzeczy fundamentalne, jak rodzina czy przyjaciele, co o rzeczy błahe, jak rozbita kostka brukowa, zapamiętane od małego drzewo czy zimny Lech na rynku po parasolami.. bo gdy opadnie gorączka podróży, gdy kombinację podniecenia, lęku i oczekiwań przysłonią wydarzenia dnia codziennego, zaczyna się normalne życie. jak ono wygląda poza granicami kraju? to oczywiście zależy, czy na dzień dobry emigrant próbuje stać się Brytyjczykiem/Niemcem/Norwegiem lub innym Irlandczykiem, czy wprost przeciwnie -- głośno i dobitnie głosi skąd pochodzi i dokąd, w jakiejś tam przyszłości, zmierza. tych pierwszych szanuję, choć zdecydowanie bliżej mi do opcji drugiej -- stąd też będzie o takich małych elementach polskości na obczyźnie..

kojąco działa na mnie polskie radio. nic nie przebije osobliwego klimatu Trójki wczesnych godzin rannych i takiego na ten przykład 'trójkowego budzika'. u mnie to dopiero wieczór, ale niezwykle miło posłuchać jak tam daleko, osiem i pół tysiąca kilometrów na Wschód, Polska budzi się do życia. koło piątej powoli kończą się ciche utwory nocne, ich miejsce przejmują pierwsze poranne niusy, rzeczowe rozmowy i wszystkie te detale serwowane przez słuchaczy, z odgarnianiem śniegu włącznie. do tego nasza rodzima muzyka, jako nieśmiertelna część nowego dnia..

nie wyobrażam sobie również dnia bez polskiej literatury. mimo 3 lat posługiwania się na co dzień językiem angielskim, w ogóle nie podchodzi mi czytanie książek w tym języku. ani w żadnym innym (mój zardzewiały niemiecki był kiedyś całkiem wporzo).. pisałem ostatnio na blogu o różnych czytnikach e-booków -- z takimi maszynkami i tysiącem pozycji w elektronicznych archiwach żadna obczyzna nie jest straszna.. ostatnio wracam do klasyki, bo to już najwyższa pora zabrać się za nigdy nie czytaną Trylogię..

od 3 lat nie posiadam telewizora, co oczywiście nie przeszkadza mi być na bieżąco z wszelkimi polskimi produkcjami filmowymi. polskie seriale są coraz lepsze (vide Czas Honoru czy Tajemnica twierdzy szyfrów) a internet coraz szybszy. ostatnio trochę stanął projekt polskiej telewizji publicznej oficjalnie streamowanej przez iTVP czy PLiPTV.PL dla widzów zza granicy, ale oglądanie polskich kanałów przez protokoły typu Sop: nie nastręcza żadnych problemów. nie mówiąc już o fakcie, że nigdy wcześniej nie oglądałem tak wielu meczów ligi polskiej.. i to lajf..

ale to wszystko to tylko dodatki. najważniejsze są kontakty z Polonią, o które nawet w tak odległym od naszego kraju miejscu nie jest trudno. w Seattle mieszka kilka tysięcy Polaków, począwszy od tych 70-80 letnich pamiętających drugą falę emigracji (pierwsza grupa Polaków przybyła w te okolice jeszcze w drugiej połowie XIX wieku) po tych najmłodszych. największą grupę stanowią ludzie, którzy wyemigrowali tu w latach '80-tych uciekając przed złym systemem -- dzisiaj mają po 40-50 lat i stanowią serce ruchu polonijnego w tej okolicy. istnieje polska parafia, dom polski (organizujący koncerty naszych rodzimych umuzykalnionych inaczej gwiazd), polskie spotkania, obiady, kluby książkowe, drużyna piłkarska i inne takie.. nie wspominam o Anglii i Brighton bo tam język polski słyszany był wszędzie..

do napisania tego krótkiego tekstu skłoniła mnie hala Prudential Center w Newark podczas ostatniej walki Tomka Adamka. 12 tysięcy miejsc i 11 i pół tysiąca fanatycznych polskich kibiców. biało-czerwone New Jersey tego dnia nie było niczym szczególnym. i ten szał gdy naszej nowej wschodzącej gwieździe boksu zawodowego puszczono jego hymn -- utwór 'Pamiętaj' kieleckiego rapera Funky Polaka na stałe mieszkającego w Chicago. w takich warunkach zawsze dopada mnie dreszcz polskości..

12

sie
2009

o miejscowych..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 02:42

jestem bardzo mile zaskoczony Amerykańcami. miałem średnie doświadczenia z 2004 roku, choć zdawałem sobie sprawę, że wpływ na to miało ściśle wakacyjne miejsce. po pierwszym miesiącu przysłowiową głupotę miejscowych można włożyć między bajki. jak wszędzie, spotyka się tu całe masy zdrowo trzepniętych ludzi, ale generalne odczucia są pozytywne. z każdym napotkanym miejscowym można rzeczowo i otwarcie porozmawiać, opowieści z umiejscawianiem naszego kraju w Ameryce Płd również się tu nie zdarzają.. ludzie, z którym każdego dnia się tu spotykam, cechują się kreatywnością, szybkim działaniem i błyskotliwością. wiedza wielu z nich szeroko wychodzi poza to, czym zajmują się w firmie. pisarz naszych tekstów jest zapalonym muzykiem, producent półzawodowo zajmuje się grafiką i renderowaniem filmów, a tester potrafi programować. jednak szczególnie ujmuje mnie fakt, że każdy każdego traktuje tutaj na równi. nowe, czasowo przyjęte osoby czynnie uczestniczą w spotkaniach, ludzie słuchają się nawzajem i zadają pytania nie robiąc przy tym głupich min. zero wyższości, otwarcie na świat. każdy mówi innym angielskim, a miejscowi z uporem lepszej sprawy nie łamią się łamaniem ich rodzinnego języka. z jednej strony luz, z drugiej dążenie każdego z osobna do pomyślnego załatwienia sprawy. tak jest u nas, choć na ulicy spotkać można podobnych ludzi. nie wiem, czy wpływ na to ma fakt, że w Seattle mieści się główna siedziba wiele światowych korporacji, od Microsoftu po Amazon.com, od Starbucksa po Nordstrom, od Boeinga po RealNetworks. na chodnikach ścisłego centrum przewija się cała masa garniturowców i wypachnionych panienek, a między nimi, dodając z poczucia obowiązku, przesuwa się cała reszta, w tym szaleni bezdomni i otumanieni nie-wiadomo-czym nastolatkowie. do tej pory trzykrotnie spotkałem tu Polaków: raz na lotnisku, 2 razy na chodniku Polaków odbywających staż, albo wymianę, w Microsofcie. ale wracając do sprawy: napotkani przez ten miesiąc Amerykanie są bardzo w porządku. na górskich szlakach Mt Rainier spotkaliśmy kilkanaście osób, każdy zainteresowany naszym światem, każdy gotowy do niesienia pomocy. przyciąga ich jakaś magia bycia z innej części świata. mnie osobiście strasznie to kręci i czuję się tu dobrze.

23

gru
2008

coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 18.04

grudzień strzelił jak z bicza i szybciej niż to było planowane zostałem wujkiem! Daniel, syn mojej sys i Lucka, ma się dobrze, śpi i nie ryczy jak niektórzy z naszej familii. na dzień dobry młodzi rodzice zapodali sobie lustrzankę i każdy dzień zaczyna się wyjątkową sesją zdjęciową. zawsze w ten sposób myślałem o swoim potomku -- możliwość przedstawienia świata dziecka z perspektywy upływających dni... Daniela ujrzę już za kilka dni, muszę mu powiedzieć, żeby się nie wygłupiał i jak każdy szanujący się Gliwiczanin zaczął kibicować zabrzańskiemu Górnikowi. no ale pewnie nie będzie jeszcze wiedział, o czym ja rozmawiam.. w każdym razie, Danielu Aleksandrze, z tego tu miejsca, witam Cię serdecznie, ufnie i wesoło na tym ziemskim padole. i niech się wiedzie! a ponadto dookoła masa pracy -- Koreańcy dają nam nieźle popalić, AION w swoim premierowym tygodniu na rynkach azjatyckich pobił wszelkie rekordy i jest już hitem namber łan! szykuje się jakaś delegacja za ocean, ale nie wiadomo jeszcze czy Wschód, czy raczej Zachód (siedziba główna NC West to Seattle, tam wysoko, gdzie zimno i widać granicę kanadyjską..). do tego dopadają mnie wciąż goniące terminy artykułów dla Bermud i projektów stron dla wszystkich dookoła. dopiero co skończyliśmy stronę grupy WS Finance (Olek, właściciel, nieźle sobie radzi. nawet już więźniowie dla niego pracują -- jak to wszystko jest zorganizowane, autokary jakieś popodstawiali..), a już pojawił się Pietruch, jeden z bardziej aktywnych kibiców Arki Gdynia, z planem własnej witryny poświęconej kolekcji szali klubowych.. w końcu witrynka powstała (główny nacisk na bazę danych) i jest dostępna na stronie pietruch-szale.tk. żółta czcionka na niebieskim tle to typowy must-be fanatyka piłkarskiego, dla którego barwy własnej drużyny są wszystkim. Pietruch jest także fanem zabrzańskiego Górnika i londyńskiego Millwall, na którego meczu ostatnio razem byliśmy. jak można się było spodziewać, zlało nas strasznie, choć przed meczem mieliśmy całkiem fajną imprezkę w angielskim pubie, rodem z Football Factory..

święta. kolejna sentymentalna podróż do domu i tekst 'travel home for Chrismtas' w statusie gg. to już w sumie trzeci raz wracam z UK i z marszu zasiadam z rodziną przy wigilijnym stole. myślę sobie, że takie chwile już na zawsze będą istotą życia. czymś, co pamiętamy z okresu dzieciństwa i co nierozerwalnie kojarzy nam się z ciepłem własnego domu.. rodzina w święta i przyjaciele po świętach. znowu nie widziałem ich już kilka miesięcy i znowu poleją się metry piwa w jednym z pubów na gliwickim rynku. a może i jakieś wino na ławce w parku, jak przed laty na przywitanie wiosny? choć nie, zimno chyba.. ponownie wzniesiemy kufle, ponownie posypią się opowieści o dawno minionych, osiedlowo-szkolno-wypadowych czasach. zjawi się Łuki, którego wydarzenia pognały aż do Norwegii, a który nawet na krańcu świata będzie mi bratem. stawi się Misiek robiący karierę w austriackiej firmie logistycznej, również pierwszoplanowa postać w moim dwudziestoośmioletnim już życiu. z Rokitnicy wiatr przygna Dara, aktywnie poszukującego swojego miejsca na ziemi.. swego czasu turlaliśmy się pod stołami knajpowymi, sączyliśmy najlepiej na świecie smakujące piwo akademikowe, a na jedym z dawnych zimowych wypadów (Szczyrk?) przez kilka godzin chodził po nim kot, a biedny Daru nie miał sił się bronić.. pojawi się Maras, doktorant nauk różnych, zdecydowanie najynteligentnijeszy z nas wszystkich -- coraz bliższy tytuł doktora i miłość do ostrej jazdy metalowej nie przekszadza mu w snuciu kolorowych planów o wspaniałym życiu emigracyjnym.. trzeba odwiedzić Józka Bluesa, który nigdzie się nie wybiera, niczego nie poszukuje, nigdy nie ma pieniędzy, ale którego lubią wszyscy, bo mówi dużo i bez sensu. u niego od zawsze to samo: stare utwory bluesowe, poezja Stachury, papierosowy dym, alkohol i playstation do późnych godzin rannych. przez jego dom przewinęło się chyba z pół Gliwic: głównie nasi starzy załoganci, ale były też kobiety, dzieci, dorośli i paru artystów kombinatorów. poszukamy Grzesia, starego punk-rockowca z kapeli ROZŁAM (ew Rozłam-Ones), któremu najlepsze teksty utworów zawsze przychodziły na myśl późną nocą, przy spowolnieniu, nostalgii i w chwilach zadumy. z wizytą wpadnie Pisiu, którego kariera sędziowska nabiera rozpędu w miarę rozwoju korupcji w polskiej piłce. jest już wysoko, gwiżdże, drukuje i wciąż wisi mi gotówkę za wspólny, nieudany interes.. z Holandii zjadą Ziele, Bobek i inni, którzy od lat jarają trawę i bawią się swoim życiem w różnokolorowych narkotykowych zwidach.. nie wiem co u Maga, który po wyjeździe do Dublinu zupełnie urwał się z naszej okołodzielnicowej więzi. Adaś z kolei poznał wreszcie swoją miłość i mam wrażenie, że może być nieuchwytny.. w porywach szczęścia spotkam się z Tomkiem, który nigdy nie mógł zrozumieć fenomenu zbiorowej wyobraźni, wspólnych wyskoków, które nakazywały współbiesiadującym w miarę jednakowe zachowania..

ponownie przejdę się szarymi dzielnicowymi uliczkami. osiedle z roku na rok jakby się uspokajało, statkowało. wszyscy z podobnych mi roczników albo porozjeżdżali się po świecie, albo najhuczniejsze wyskoki mają już danwo za sobą i rozkręcają się dosyć rzadko. do głosu dochodzi młodzież w wieku lat szesnastu -- kolejne pokolenie gówniarzy z kapturami na głowach, z pustką w sercu i tęsknotą za aktywnością chuligańską. ale to kompletne świry i już od pewnego czasu chowają w swych dresowych spodniach ostre jak brzytwa noże. na murach pojawia się coraz więcej haseł PIAST GKS i JEBAĆ KSG, ale to łatwe do przewidzenia następstwo awansu Gliwiczan do ekstraklasy. spróbuję sobie przypomnieć nasze i tylko nasze zaułki i wszystkie te czasy, w których bawiliśmy się w policjantów i złodziei. koniecznie odwiedzę klasyczny sklep na Modrzejewskiej -- to wciąż największa szansa trafienia jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś ziomala, który nie uciekł, nie umiał, nie potrafił, albo mu się nie chciało. tych, którzy uciekli, a przyjechali, jak ja, z daleka łatwo rozpoznać. pełznąc po ciemnych zakamarkach mojej dzielnicy nie trzeba być bystrym obserwatorem, aby określić, co się zmieniło. zmieniło się dużo, dzielnica wypiękniała, ale na dobrą sprawę to wciąż takie samo zadupie, jak za naszych czasów. jedna linia autobusowa nadal kursuje tu 3 razy na godzinę, aby dojść do przystanku tramwajowego trzeba przejść przez teren kompletnie ześwirowanych, przepitych załogantów, z których tylko nieliczni dociągają do pięćdziesiątki.. policja tutaj nie bywa, straż miejską widać tylko podczas poranków.. ale to piękne, że przy okazji świąt można tutaj powrócić..

Merry Christmas 2008!

4.

0.
008;

dwa zdjęcia..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 3.16

robię coraz więcej zdjęć. nie dopuszczam myśli, że mógłbym się wypuścić gdzieś dalej bez aparatu. z setek, tysięcy ujęć czasem wybiorę coś lepszego. czasem coś się trafi. i mimo że nie chcę w tym momencie nawiązywać do przysłowiowej kury, to jednak coraz częściej dostrzegam płytkość tej mojej pasji. stawiam na kadr, walczę o jakość, czaruję w Photoshopie oszukując siebie samego i wszystkich dookoła. jednak bezsenną nocą dociera do mnie, że fotografia wcale nie polega na jowialnych krajobrazach, na pustych, a jednocześnie do perfekcji podciągniętych kadrach. bo kto powiedział, że ma być ładnie, ostro i wyraźnie? że niebo ma być pięknie błękitne, a twarz uśmiechnięta. coraz bardziej dociera do mnie, że moje zdjęcia mijają się z prawdą. i rzeczywistością, o czym pisał kiedyś Pedro Meyer. zastanawiając się dalej, czy fotografia nie jest aby zwyczajnym kłamstwem? po raz pierwszy dotarło to do mnie podczas przeglądania nagrodzonych zdjęć w konkursie World Press Photo. jednym ze zwycięzców został Rafał Milach za swój fotoreportaż o emerytowanych cyrkowcach. przekaz, myśl, intencje!! zamysł, próba przekazania czegoś -- to w rzeczywistości ważna rzecz przy ocenie fotografii. oczywiście, są różne kategorie, płaszczyzny. podwójne dno nie jest przecież przepustką do raju. a jednak obraz, który nie wzbudza uczuć, wrażeń, nie przywołuje doświadczeń, jest tylko kolejnym zlepkiem pikseli. a przecież można ciekawiej, choć zupełnie prosto, jak tutaj..

podczas wizyty w Bośni zrobiłem dwa zdjęcia prawdziwe. i to właśnie te dwa przypadkowe strzały tłumaczą mi niewielką wartość wszystkich pozostałych. na brukowanej uliczce Mostaru siedzi starszy szczupły mężczyzna. na oczach ma ciemne okulary, w ręku trzyma laskę. siedzi w cieniu na niewielkim składanym krześle. kiwa głową w odpowiedzi na moje pytanie o możliwość zrobienia mu zdjęcia. podczas moich przygotowań i ustawienia ekspozycji nawet nie drgnął, nie przesunął się, nie poprawił. odniosłem wrażenie, że jest smutny. jednak gdy dzisiaj patrzę na gotowe zdjęcie wyraźnie widzę, że mężczyzna nie jest smutny -- ba, on się uśmiecha zawadiacko. i nie jest to uśmiech wymuszony potrzebą chwili, który ma poprawić samopoczucie zbłąkanego turysty.. drugie ujęcie przedstawia kobietę, również nie pierwszej młodości. prawdopodobnie jest ona Muzułmanką, choć pewności co do tego nie mam. w odświętnym, tradycyjnym stroju wspina się w pełnym słońcu, a o roku 2008 przypomina tylko i wyłącznie kawałek plastykowej torby. w tym przypadku nie pytałem o pozwolenia na zrobienie fotografii, a po prostu (swoim skrywanym sposobem) udawałem, że celuję gdzieś powyżej. gdy jej oczy zetknęły się z moją optyką nacisnąłem spust migawki, a jej spojrzenie osiadło na światłoczułej matrycy. i mimo słońca i ostrych cieni wyraźnie widać powagę na jej twarzy. w takich momentach nie ma miejsca, czasu (ani w jej przypadku ochoty) do lakonicznego uśmiechu. i może o to właśnie chodzi?

26

lip
2008

żul angielski jaki jest każdy widzi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 00.23

dawno dawno temu naiwnie ubzdurałem sobie, że menelstwo jest domeną Polski i innych krajów Europy Wschodniej. brnąc dalej w nieświadomej naiwności wizualizowałem sobie Zachód, jako życiowy raj, gdzie alkoholizm może być problemem, ale ogranicza się do rozdętego brzucha niemieckiego pięćdziesięciolatka, czy knajpowo-whiskey-owej posiadówie w jakiejś zapadłej dziurze na północy Szkocji. jest wiele pozytywnego w kraju, w którym pomieszkuję już od prawie dwóch lat, jednak problem bezrobotnych alkoholików nie jest tu wcale mniejszy od tradycyjnego polskiego podwórka. ba, alkoholizm i narkomanizm w Anglii przerasta wszelkie dopuszczalne granice. oczywiście nie generalizuję. dookoła mnie pełno inteligentnych Brytoli -- większość uzdolniona, pomysłowa, twórcza. co prawda zdecydowanie brakuje im empatii, ale generalnie mam o nich jak najbardziej pozytywne zdanie. tym razem będzie jednak o tej głupszej i śmierdzącej części angielskiego społeczeństwa..

angielski żul z nadkanałowego Brighton ma się tak do podsklepowego żula z Gliwic, jak dobrze odżywiony pies domowy, do bezdomnego i wychudłego kundla. angielski menel ma gdzie spać, ma co jeść, ma za co wypić, nie musząc przy tym pracować. rozbudowana brytyjska opieka socjalna tak poważnie namieszała w mentalności miejscowych, że najniższa klasa społeczna postanowiła olać system, by każdego dnia radośnie cieszyć się życiem. za niechodzenie do pracy mogą otrzymać nawet do 800 funtów miesięcznego zasiłku dla bezrobotnych (Jobseeker's Allowance), że o dotacjach na mieszkanie, czy grupowo produkowanym potomstwie nie wspomnę. zresztą dopłaty na dzieciaki są tu wyjątkowo intratnym zajęciem, a na ten genialny pomysł poprawienia swojej sytuacji materialnej wpada coraz więcej 15-latek. warunkiem jest oczywiście samotne wychowywanie dzieciaków, a samotna matka może od rządu otrzymać nawet 10 tysięcy funtów rocznie. no i po co tu komu instytucja małżeństwa? no ale do rzeczy..

menel angielski ma pieniądze. ma również czas i wyszczekaną (oczywiście bezzębną, bo kto z nich płaciłby za dentystę) spoconą gębę. angielski menel grupuje się tłumnie na trawnikach ok 9 rano, by o 9.30 przejść na najbliższy uliczny róg. angielskiego żula cechuje tanie, sprzedawane w 2,5 litrowych plastikowych butelkach, piwo z lokalnego supermarketu oraz dresopodobny strój. nie ma tu natomiast podziału płciowego: szansa spotkania wypitej 60-letniej kobiety o poranku jest tu równie duża, co szansa na bliski kontakt z 30-letnim mężczyzną o podkrążonych oczach. angielski menel ma niespodziewanie dużo do powiedzenia -- to była chyba pierwsza ich cecha, która rzuciła mi się w oczy. niekończący się bełkot jest tyleż głośny, co pozbawiony składu: wykładają sobie wzajemnie prawdy ogólne, komentują lokalne (czytaj Mathew nawija o Samie, a Kathie obgaduje Merry) wydarzenia dnia poprzedniego, choć na dobrą sprawę, mam poważne problemy ze zrozumieniem ich nieartykułowanych, chamsko-brytyjskich akcentów.. angielki żul niezwykle chętnie lgnie do kościoła. oczywiście nie do środka, bo ołtarza nie poznałby nawet gdyby ów ołtarz wyskoczył zza krzaka i znienacka kopnął go w rzyć, ale do przykościelnej bramy. chłodne schody przy wejściu są ich oazą, są oparciem dla zmęczonych umysłów -- to tu najlepiej się pije, krzyczy, sika i wymiotuje. znaczna część żulostwa angielskiego wegetuje przy supermarketach w oczekiwaniu na koszyki z jednofuntówką w środku. tego nie lubię najbardziej, bo żul angielski śmierdzi poważnie, a wiadomo, że nikt nie chce w takiej atmosferze dokonywać śmierdzących zakupów.. choć dla nich rachunek się zgadza, bo 3 koszyki z prostej matematyce przekładają się na dwa i pół litra plastikowego sikacza..

ostatnią, ale najważniejszą ich cechą jest wysoki poziom agresji. Anglia, a przynajmniej część w której ja mieszkam, jest liberalna. wiele razy wracałem po nocach, nikt tu nikogo nie zaczepia, jest spokojnie i bezpiecznie. angielski menel jednak przegina i to kolejny element, który odróżnia go od żula polskiego. pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale uważam, że z polskim menelem można się dogadać. moje 25-letnie doświadczenie zdobyte w wyjątkowo obskurnej dzielnicy robotniczej Gliwic nauczyło mnie, że najczęściej wystarcza takiemu 3 piniondz w gotówce, bo gdy jest alkohol, jest i impreza, jest spokój, swoiste katharsis. polski menel jest zmęczony życiem, zbieraniem złomu, łączeniem końca z końcem. angielski brudas w wersji miejskiej otwarcie szuka konfliktów. niejednokrotnie byłem świadkiem krótkich, krwawo kończących się spięć, z czym miejscowa kulturalna policja nie radzi sobie zupełnie. agresywnością nie odstają przepite kobiety -- potrafią przyłożyć z pięści na zatłoczonym chodniku, a upadającemu przeciwnikowi poprawić z kopyta. wszechobecne *fucking* i *bitch* i *count* dopełniają sprawy..

coś jeszcze miałem napisać, bo dzisiejsza akcja z dwoma karetkami, 4 wozami policyjnymi zrobiła na mnie wrażenie, ale wyleciało mi z głowy. jak sobie przypomnę to napiszę..

14

sty
2008

fenomen nasza-klasa.pl

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Brighton, 22.55

'nasza klasa', czyli nasza-klasa.pl bije rekordy. mimo przenosin na najszybsze polskie serwery (w Poznaniu, te same, na których leżą pliki allegro.pl) serwer wciąż muli, a czasem mamy nawet szansę zobaczyć niepowtarzalnego pana Gąbkę. miliony odwiedzin dziennie, niesamowity przyrost zarejestrowanych użytkowników (mówi się o 30 tys. dziennie), miliony złotych zarobku dla twórców. każda wzmianka o portalu przyciąga internautów, a administratorzy firmowych sieci zaczęli już masowo blokować dostęp do portalu, bo zaaferowani starymi znajomościami Polacy grupowo przestali pracować. w telewizorni mówią o Naszej Klasie, w radiu mówią o Naszej Klasie, a w prasie dla odmiany piszą o .. Naszej Klasie. wydaje się, że przyszłość naszego narodu zależy od prędkości porannego otwierania się witryn serwisu. znalazłem kiedyś na dużym portalu informacyjnym komentarz (zupełnie nie związany z omawianym tematem): 'mam 30 lat i tylko 33 znajomych na Naszej Klasie. czy to znaczy, że przegrałem życie?'. łatwo przewidzieć, jaką odpowiedź dostał pytający od przyjaznych rodaków. Nasza Klasa to hicior, a kogo nie ma w serwisie, ten podobno nie jest trendy.. znam jednak ludzi, którzy owe 'dodawanie się do kontaktów' traktują jako zło konieczne -- w sumie racja, w kontaktach powinniśmy mieć ludzi, z którymi kiedyś spędzaliśmy dłuuugie godziny na nudnych lekcjach historii czy przydługich dziełach Mickiewicza. a nie wszystkich, jak leci, bo kiedyś się widzieliśmy na ulicy. jeden mój dobry kolega (tzn on twierdzi czasem, że dobry, czasem, że niezbyt) otwarcie pisze do byłych znajomych: 'dlaczego chcesz mnie dodać do swoich kontaktów? przez tyle lat nawet słowem się do mnie nie odezwałeś, nawet nie zapytałeś co porabiam, a teraz chcesz, żebym był twoim kolegą? wybacz, ale ja nie chcę mieć takich kolegów.' i odrzuca zaproszenie. i to ta druga strona medalu -- czasem przez lata nie chce nam się nawiązać z dawnymi przyjaciółmi kontaktu i jeden klik w naszej-klasie tego życiowego podejścia nie zmieni..