kategorie notek: wszystkie :: zapiski :: podróże :: pasje :: przemyślenia :: humor :: cudze
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. III -- impresje Palouse..
06.09.2010; 08:08
kategoria: podróże link bezpośredni
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. II -- Palouse County..
02.09.2010; 21:35
są takie miejsca na Ziemi o których się filozofom nie śniło.. o Palouse nie śniło się również francuskim traperom, którzy w XVII wieku dotarli do wschodnich obszarów dzisiejszego terytorium stanu Waszyngton. jedna z teorii, mówi iż to właśnie oni nazwali ten obszar Palouse -- od francuskiego pelouse oznaczającego trawę, trawnik. druga z teorii, nieco bardziej romantyczna, mówi, iż nazwa obszaru (i miasteczka) pochodzi od zamieszkujących te obszary od tysiącleci Indian Sehaptin, a dokładnie od ich głównej wioski, zwanej Palus..
o Palouse nie śniło się również mnie -- owszem, o miejscu dowiedziałem się w 2007 roku z tego zdjęcia na trekearth, ale w życiu nie przypuszczałem, że kiedyś osobiście tu dojadę. było to kilka lat przed decyzją o przeniesieniu się do Stanów i dopiero w Seattle wykluła się myśl, aby podczas wyprawy do Yellowstone zrobić sobie tu przerwę.. hrabstwo Palouse znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od granicy Waszyngtonu z Idaho, blisko autostrady I-90, którą jak przecinak mknęliśmy na Wschód przez ponad 800km..
najlepszym miejscem do podziwiania malowniczego pofałdowania terenu jest park stanowy Steptoe Butte. pierwsze z poniższych zdjęć zrobiłem już o 3.30 nad ranem -- cały trik polegał na przybyciu na miejsce w nocy, tak aby zabawę rozpocząć przed wschodem słońca. na wzniesienie dojechaliśmy ok 1 w nocy, 2 godziny snu i zacząłem rozkładanie statywu. na miejscu był jeszcze jeden fotograf (również ze Seattle), a po wschodzie słońca, ok 4.30, przyjechało kolejnych dziesięciu. rozpoczęło się malowniczo: słońce wzeszło jak przewidział Kopernik, później niestety grube chmury zabrały całe jego ciepło. dopiero ok 5, dosłownie na 15 minut słońce znowu się przebiło i z tego momentu pochodzi większość poniższych zdjęć. czapka, rękawiczki, solidny statyw i długi obiektyw (ja miałem 200mm z 1.5 cropem) to podstawa -- na górze wieje i jest dosyć zimno..















o Palouse nie śniło się również mnie -- owszem, o miejscu dowiedziałem się w 2007 roku z tego zdjęcia na trekearth, ale w życiu nie przypuszczałem, że kiedyś osobiście tu dojadę. było to kilka lat przed decyzją o przeniesieniu się do Stanów i dopiero w Seattle wykluła się myśl, aby podczas wyprawy do Yellowstone zrobić sobie tu przerwę.. hrabstwo Palouse znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od granicy Waszyngtonu z Idaho, blisko autostrady I-90, którą jak przecinak mknęliśmy na Wschód przez ponad 800km..
najlepszym miejscem do podziwiania malowniczego pofałdowania terenu jest park stanowy Steptoe Butte. pierwsze z poniższych zdjęć zrobiłem już o 3.30 nad ranem -- cały trik polegał na przybyciu na miejsce w nocy, tak aby zabawę rozpocząć przed wschodem słońca. na wzniesienie dojechaliśmy ok 1 w nocy, 2 godziny snu i zacząłem rozkładanie statywu. na miejscu był jeszcze jeden fotograf (również ze Seattle), a po wschodzie słońca, ok 4.30, przyjechało kolejnych dziesięciu. rozpoczęło się malowniczo: słońce wzeszło jak przewidział Kopernik, później niestety grube chmury zabrały całe jego ciepło. dopiero ok 5, dosłownie na 15 minut słońce znowu się przebiło i z tego momentu pochodzi większość poniższych zdjęć. czapka, rękawiczki, solidny statyw i długi obiektyw (ja miałem 200mm z 1.5 cropem) to podstawa -- na górze wieje i jest dosyć zimno..















kategoria: podróże link bezpośredni
wschodnia część stanu Waszyngton -- cz. I -- pustynia..
30.08.2010; 06:37
Góry Kaskadowe dzielą stan Waszyngton na wilgotną, mokrą wręcz, część zachodnią, suche, spalone słońcem obszary centralne i na rolnicze, prawie w całości porośnięte trawami i zbożami, tereny Wschodu. o Zachodzie piszę bez przerwy -- począwszy od oceanu, to Płw. Olimpijski, przez Seattle i czyli wszystko znajdujące się po prawej stronie Kaskad. w część centralną i wschodnią po raz pierwszy zapuściliśmy się przy okazji drogi do Yellowstone -- stan jest duży, jego powierzchnia to ok. 60% powierzchni Polski, więc przejechanie trasy ze Seattle do granicy z Idaho zajmuje przynajmniej ok. 5 godzin..
w tej notce kilka słów o części centralnej: po przejechaniu gór teren powoli opada, a jego klimat drastycznie się zmienia. po kilkudziesięciu milach znikają drzewa, a całą roślinność, aż po sam horyzont, stanowią suche i niskie krzewy. pagórkowaty step ciągnie się przez długie mile po obu stronach autostrady I-90, a po pewnym czasie i te krzewy znikają, a obszar przemienia się w kamienną pustynię. jednym z nielicznych urozmaiceń jest tu rzeka Columbia -- ogromna, wolno płynąca woda, której źródła wybijają w Kanadzie, a dorzecze stanowi obszar porównywalny z terenem Francji.. brzegi rzeki, przez miliony lat wyżłabiane przez wodę przypominają mi w pewnym stopniu Wielki Kanion -- ten sam rodzaj skały, podobna geologia, nawet nazwa rzeki podoba..












w tej notce kilka słów o części centralnej: po przejechaniu gór teren powoli opada, a jego klimat drastycznie się zmienia. po kilkudziesięciu milach znikają drzewa, a całą roślinność, aż po sam horyzont, stanowią suche i niskie krzewy. pagórkowaty step ciągnie się przez długie mile po obu stronach autostrady I-90, a po pewnym czasie i te krzewy znikają, a obszar przemienia się w kamienną pustynię. jednym z nielicznych urozmaiceń jest tu rzeka Columbia -- ogromna, wolno płynąca woda, której źródła wybijają w Kanadzie, a dorzecze stanowi obszar porównywalny z terenem Francji.. brzegi rzeki, przez miliony lat wyżłabiane przez wodę przypominają mi w pewnym stopniu Wielki Kanion -- ten sam rodzaj skały, podobna geologia, nawet nazwa rzeki podoba..












kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. VII -- Mammoth Hot Springs..
19.08.2010; 23:55
to już ostatnia część naszej yellowstonowskiej przygody. mógłbym tak jeszcze długo pisać o tych miejscach, ale powoli fotki mi się kończą, a i już czas na kolejne wyprawy.. docieramy do gorących źródeł Mammoth znajdujących się w północno-zachodniej części parku. sporą część obiektów wartych zwiedzenia stanowią tarasy (od Mammoth Terraces), czyli zespół wzgórz pokrytych osadami wapienia wytrąconymi z wybijającej tu wody. śnieżnobiałe tarasy powstawały przez tysiące lat, gdy wypływająca z wnętrza ziemi woda o temperaturze ok 77st C ochładzała się wytrącając węglan wapnia..
w czasie naszego pobytu tarasy w większości pozostawały suche. dopiero później doczytałem, że źródło, które przez lata stworzyło to cudo zostało przesunięte na skutek niewielkiego wybuchu wulkanu. podobne rzeczy zdarzały się w historii wielokrotnie, stąd Mammoth Hot Spirings są tak bardzo rozległe. przez cały obszar źródeł prowadzą drewniane kładki, a szczególne wrażenie robią na nas obumarłe przed laty drzewa. kiedyś był tu las, o którym dzisiaj przypominają nam tylko pojedyncze zasuszone w wapieniu kawałki drzew.
obok źródeł znajdują się największe zabudowania w parku. oprócz fortu Yellowstone wybudowano tu dość spory Mammoth Hotel, więc my uciekamy od razu po obejrzeniu źródeł. nasz kemping znajdował się nad jeziorem Yellowstone w południowej części parku, mamy więc do pokonania prawie całą trasę z północy -- w sumie prawie 2 godziny jazdy.




















w czasie naszego pobytu tarasy w większości pozostawały suche. dopiero później doczytałem, że źródło, które przez lata stworzyło to cudo zostało przesunięte na skutek niewielkiego wybuchu wulkanu. podobne rzeczy zdarzały się w historii wielokrotnie, stąd Mammoth Hot Spirings są tak bardzo rozległe. przez cały obszar źródeł prowadzą drewniane kładki, a szczególne wrażenie robią na nas obumarłe przed laty drzewa. kiedyś był tu las, o którym dzisiaj przypominają nam tylko pojedyncze zasuszone w wapieniu kawałki drzew.
obok źródeł znajdują się największe zabudowania w parku. oprócz fortu Yellowstone wybudowano tu dość spory Mammoth Hotel, więc my uciekamy od razu po obejrzeniu źródeł. nasz kemping znajdował się nad jeziorem Yellowstone w południowej części parku, mamy więc do pokonania prawie całą trasę z północy -- w sumie prawie 2 godziny jazdy.




















kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. VI -- cały ten dymiący świat..
17.08.2010; 02:17
no dobra, dochodzimy do elementów z których Yellowstone słynie w świecie. bo umówmy się, zwierzęta i piękne widoki to nie atrakcje decydujące o randze tego miejsca. Yellowstone słynie z gejzerów, zarówno tych wodnych, jak i błotnych, oraz gorących źródeł. hot springs to miejsca, w których podziwiamy kolorystykę nadaną gorącej wodzie przez florę bakteryjną, gejzery natomiast zaskakują swoją siłą, i co warto podkreślić, regularnością..
jesteśmy w południowo-zachodniej części parku -- to tu znajduje się jedna z największych atrakcji tego miejsca: Old Faithful. stary wierny, w dosłownym tłumaczeniu, gejzer zyskał taką nazwę już w 1870 roku, gdy badacze jednej z ekspedycji zauważyli niezwykłą regularność jego erupcji. co 90 minut woda dochodzi do poziomu wrzenia i wystrzeliwana jest w powietrze. nie jest to ani najefektowniejszy, ani nawet największy gejzer w parku, jednak jego regularność sprawia, że od dziesiątek lat gromadzi on publikę na swoje kilkuminutowe show.. dookoła umieszczono kilka rzędów ławek -- stary wierny gejzer jest tu przecież głównym aktorem tego widowiska..
idziemy dalej, w najbliższej okolicy znajduje się jeszcze kilka ciekawych miejsc. mijamy castle geyser, którego budowa i wysokie ścianki rzeczywiście przypominają zamek. zresztą takich obrazowych nazw jest tu jeszcze sporo -- w końcu wszystkie te strzelające mechanizmy trzeba jakoś wyróżnić. jest więc heart spring, sawmill geyser czy giantess geyser. w końcu dochodzimy do dwóch bajkowych gorących źródeł: liberty pool ze swoją wielkością idealnie wpasuje się w mój szerokokątny obiektyw oraz, najbardziej znany, morning glory pool. ten ostatni wygląda imponująco -- wygląda dzisiaj, bo przez kilka ostatnich lat prezentował się bardziej szarawo. mądrzy turyści wrzucali do środka monety i inne butelki, co spowodowało zmiany w jego wewnętrznej strukturze, a w pewnym momencie zablokowało wręcz całe źródło.. dobra, nie nawijam już i zapraszam do zdjęć -- podane w kolejności zgodnej z opisem.












jesteśmy w południowo-zachodniej części parku -- to tu znajduje się jedna z największych atrakcji tego miejsca: Old Faithful. stary wierny, w dosłownym tłumaczeniu, gejzer zyskał taką nazwę już w 1870 roku, gdy badacze jednej z ekspedycji zauważyli niezwykłą regularność jego erupcji. co 90 minut woda dochodzi do poziomu wrzenia i wystrzeliwana jest w powietrze. nie jest to ani najefektowniejszy, ani nawet największy gejzer w parku, jednak jego regularność sprawia, że od dziesiątek lat gromadzi on publikę na swoje kilkuminutowe show.. dookoła umieszczono kilka rzędów ławek -- stary wierny gejzer jest tu przecież głównym aktorem tego widowiska..
idziemy dalej, w najbliższej okolicy znajduje się jeszcze kilka ciekawych miejsc. mijamy castle geyser, którego budowa i wysokie ścianki rzeczywiście przypominają zamek. zresztą takich obrazowych nazw jest tu jeszcze sporo -- w końcu wszystkie te strzelające mechanizmy trzeba jakoś wyróżnić. jest więc heart spring, sawmill geyser czy giantess geyser. w końcu dochodzimy do dwóch bajkowych gorących źródeł: liberty pool ze swoją wielkością idealnie wpasuje się w mój szerokokątny obiektyw oraz, najbardziej znany, morning glory pool. ten ostatni wygląda imponująco -- wygląda dzisiaj, bo przez kilka ostatnich lat prezentował się bardziej szarawo. mądrzy turyści wrzucali do środka monety i inne butelki, co spowodowało zmiany w jego wewnętrznej strukturze, a w pewnym momencie zablokowało wręcz całe źródło.. dobra, nie nawijam już i zapraszam do zdjęć -- podane w kolejności zgodnej z opisem.












kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. V -- Grand Prismatic Spring..
11.08.2010; 02:19
Grand Prismatic to największe w Stanach i trzecie co do wielkości na świecie źródło termalne. jest jedną z największych atrakcji parku Yellowstone. do samego źródła prowadzi stosunkowo długa i podniesiona na drewnianych palach ścieżka, a podczas drogi niejednokrotnie toniemy w kłębach pary. wydobywająca się z głównego źródła woda spływa z delikatnie nachylonego wzgórza, co powoduje, że obszar Grand Prismatic zdecydowanie się powiększa.
niezrównane kolory tego miejsca to zasługa bakterii pokrywających ścianki tego źródła termalnego, głównie z powodu bardzo bogatej w minerały wody. bakteria tworzy barwniki (od zieleni do czerwieni), a ich występowanie i natężenie zależy w dużej mierze od temperatury wody. kolorystykę źródła najlepiej widać na zdjęciach zrobionych z wysokości: z samolotu, ale też z sąsiadującego z tym miejscem wzgórza. w necie znajduje się cała masa bajkowych kolorystycznie fotek -- zachęcam do pogooglania, bo moje fotki tego nie pokazują..
odwiedzając te źródła po raz pierwszy w Yellowstone (to był już nasz trzeci dzień) spotkaliśmy Polaków. i to od razu hurtowo -- w sile 40 głów. ekipa naszych rodaków wybrała się tu autobusem z Chicago z polskiego biura podróży ;)








niezrównane kolory tego miejsca to zasługa bakterii pokrywających ścianki tego źródła termalnego, głównie z powodu bardzo bogatej w minerały wody. bakteria tworzy barwniki (od zieleni do czerwieni), a ich występowanie i natężenie zależy w dużej mierze od temperatury wody. kolorystykę źródła najlepiej widać na zdjęciach zrobionych z wysokości: z samolotu, ale też z sąsiadującego z tym miejscem wzgórza. w necie znajduje się cała masa bajkowych kolorystycznie fotek -- zachęcam do pogooglania, bo moje fotki tego nie pokazują..
odwiedzając te źródła po raz pierwszy w Yellowstone (to był już nasz trzeci dzień) spotkaliśmy Polaków. i to od razu hurtowo -- w sile 40 głów. ekipa naszych rodaków wybrała się tu autobusem z Chicago z polskiego biura podróży ;)








kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. IV -- wielki kanion..
10.08.2010; 01:20
The Grand Canyon of Yellowstone wygląda imponująco. szczególnie w ciepłym popołudniowym słońcu wyciągającym z pionowych wręcz ścian wszystkie możliwe barwy i odcienie. tajemnica kontrastujących ze sobą żółci i czerwieni leży w pierwiastkach żelaza, które przez miliony lat ulegały przeróżnym zmianom termalnym. dno kanionu było niegdyś gejzerem -- siłą, która przez wieki podgrzewała okoliczne skały powodując wytrącenie się różnych składowych żelaza..
kanion liczy niecały kilometr, jego głębokość sięga do 250 metrów, a geolodzy są zgodni, że jego powstanie wiąże się z erozją, a nie wpływem lodowca, który zresztą przykrywał kiedyś te tereny. w jego początkowej (zachodniej) części znajdują się dwa wodospady -- górny i dolny -- na zdjęciach poniżej uwieczniłem tylko ten pierwszy. dnem kanionu Yellowstone płynie, jakże by inaczej, rzeka Yellowstone. na całej długości znajdują się punkty widokowe -- w tym ten najefektowniejszy: Artists Point, równoległy do wodospadu, na którym panuje tłok jak w czasie weekendu na Krupówkach. drugi ze znanych spotów to Inspiration Point -- gołym okiem widać, że sto lat temu nazwy te wyszły spod rozmarzonych spojrzeń dusz artystycznych.. dookoła pobudowano kilka parkingów, więc Amerykanie się zbytnio nie zmęczą chodzeniem -- my zeszliśmy prawie na samo dno kanionu korzystając ze ścieżki wujka tomka (Uncle Tom's Trail) -- to stąd pochodzi naświetlane przez dwie sekundy zdjęcie aksamitnego wodospadu..








kanion liczy niecały kilometr, jego głębokość sięga do 250 metrów, a geolodzy są zgodni, że jego powstanie wiąże się z erozją, a nie wpływem lodowca, który zresztą przykrywał kiedyś te tereny. w jego początkowej (zachodniej) części znajdują się dwa wodospady -- górny i dolny -- na zdjęciach poniżej uwieczniłem tylko ten pierwszy. dnem kanionu Yellowstone płynie, jakże by inaczej, rzeka Yellowstone. na całej długości znajdują się punkty widokowe -- w tym ten najefektowniejszy: Artists Point, równoległy do wodospadu, na którym panuje tłok jak w czasie weekendu na Krupówkach. drugi ze znanych spotów to Inspiration Point -- gołym okiem widać, że sto lat temu nazwy te wyszły spod rozmarzonych spojrzeń dusz artystycznych.. dookoła pobudowano kilka parkingów, więc Amerykanie się zbytnio nie zmęczą chodzeniem -- my zeszliśmy prawie na samo dno kanionu korzystając ze ścieżki wujka tomka (Uncle Tom's Trail) -- to stąd pochodzi naświetlane przez dwie sekundy zdjęcie aksamitnego wodospadu..








kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. III -- zwierzęta..
06.08.2010; 01:51
najlepszym miejscem do obserwacji fauny w Yellowstone jest Dolina Lamar (Lamar Valley na północnym wschodzie parku). jest to naturalne środowisko na jednych gatunków, a dla drugich docelowe miejsce wędrówki do wieczornego wodopoju. właśnie wieczorem oraz wczesnym rankiem spotyka się tu największą liczbę bizonów, łosi, jeleni i wapiti. oczywiście park aż tętni od zwierząt i można spotkać je praktycznie wszędzie. kiedy widzi się zastój na drodze to można być pewnym, że samochody zatrzymały się z uwagi na jakieś zwierzęta. największą furorę robią oczywiście niedźwiedzie -- my spotkaliśmy je dwukrotnie: najpierw samicę grizzly z dwoma potomkami w okolicy Mount Washburn (zachodnia część ósemki), następnie niedźwiedzia czarnego na północy, w drodze nad Mammoth Hot Springs. wdzięcznym obiektem fotografowania są bizony -- w Dolnie Lamar spotkaliśmy całe stado, które po jakimś czasie postanowiło przekroczyć drogę. to właśnie z tego miejsca pochodzi większość poniższych fotek. ja fotografuję obiektywem o ogniskowej 200mm, co przy mojej matrycy daje zoom o długości 300mm. trochę to mało, szczególnie w przypadku zwierząt płochliwych. w innym miejscu spotkałem pasjonatów fotografii ptaków, ale tamci mieli lufy wielkiego kalibru, min 500mm..
3 tygodnie od naszego powrotu na jednym z północnych kempingów niedźwiedź w nocy zaatakował kilka osób. nie wiadomo co spowodowało taką agresję o zwierzęcia, zginęła jedna osoba.. pełny artykuł tutaj..

















3 tygodnie od naszego powrotu na jednym z północnych kempingów niedźwiedź w nocy zaatakował kilka osób. nie wiadomo co spowodowało taką agresję o zwierzęcia, zginęła jedna osoba.. pełny artykuł tutaj..

















kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. II -- samochodem po parku..
05.08.2010; 02:27
po parku podróżuje się samochodem. dla Europejczyków brzmi to irracjonalnie, ale większość Parków Narodowych Ameryki jest tak rozległa, że własne auto lub motor to jedyne rozwiązanie. spójrzcie na mapkę poniżej -- charakterystyczna sieć dróg w kształcie ósemki sprawia, że do każdej z atrakcji parku można szybko i sprawnie dotrzeć własnym środkiem transportu. szybko jest tu pojęciem względnym, bo objechanie całego parku trwa godzinami. i nie chodzi tu o wymiary parku, a raczej o ograniczenie prędkości do 35 mil na godzinę (56km/h). drogi są tu wspaniałe, ale zwierzęta, które są tu wszędzie, bardzo często przecinają drogę, więc trzeba jeździć bardzo ostrożnie. już po pierwszej godzinie po wjechaniu do Yellowstone widzieliśmy dwa groźne wypadki, prawdopodobnie po zderzeniu ze zwierzętami..

pierwsza relacja to głównie ogólne widoki z parku, nie powiązane z żadnym konkretnym miejscem. oprócz typowych dla parku atrakcji -- gejzerów, wulkanów, wód termalnych -- to właśnie to dzikie piękno, czyli współistnienie jezior, rzek, gór, lasów, zieleni wzbudza największy podziw. na nasza bazę wypadową wybraliśmy kemping Bridge Bay nad Jeziorem Yellowstone. pobyt trzeba było wcześniej zarezerwować, bo kempingi są zwykle pełne podczas długich weekendów. doba dla dwóch osób i namiotu kosztuje 22 dolce, sarny i łosie included.. zresztą w lecie przewijają się tu .. miliony odwiedzających. lato jest krótkie -- trwa zaledwie 2 miesiące, jesień jeszcze krótsza, a zimą park jest bardzo nieprzyjazny. owszem, jest piękny, bo o każdej porze roku park wygląda inaczej, ale temperatury spadają tu do 30-40 stopni poniżej zera..
















pierwsza relacja to głównie ogólne widoki z parku, nie powiązane z żadnym konkretnym miejscem. oprócz typowych dla parku atrakcji -- gejzerów, wulkanów, wód termalnych -- to właśnie to dzikie piękno, czyli współistnienie jezior, rzek, gór, lasów, zieleni wzbudza największy podziw. na nasza bazę wypadową wybraliśmy kemping Bridge Bay nad Jeziorem Yellowstone. pobyt trzeba było wcześniej zarezerwować, bo kempingi są zwykle pełne podczas długich weekendów. doba dla dwóch osób i namiotu kosztuje 22 dolce, sarny i łosie included.. zresztą w lecie przewijają się tu .. miliony odwiedzających. lato jest krótkie -- trwa zaledwie 2 miesiące, jesień jeszcze krótsza, a zimą park jest bardzo nieprzyjazny. owszem, jest piękny, bo o każdej porze roku park wygląda inaczej, ale temperatury spadają tu do 30-40 stopni poniżej zera..















kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. I i jedna druga -- 1400km do celu..
04.08.2010; 17:10
kategoria: podróże link bezpośredni
Yellowstone cz. I -- here we come..
02.08.2010; 23:51
zawsze chciałem zobaczyć Yellowstone. są na świecie miejsca magiczne -- miejsca, które swoimi nazwami lub narastającymi przez lata legendami, wywołują pociągające skojarzenia. od
zawsze przecież gejzery, gorące źródła, ale przede wszystkim niedźwiedzie kojarzyły nam się z tym sławnym, dalekim i niedostępnym Yellowstone. ale jak tam jest w rzeczywistości? o co
chodzi z tymi żyjącymi między ludźmi, a przecież zupełnie dziko, zwierzętami? i czemu ten najstarszy ze wszystkich światowych parków narodowych jest taki szczególny? przecież już w
2004 roku poznałem Yosemite, odwiedziłem Grand Canyon, a szczęka opadała mi jeszcze kilkukrotnie zwiedzając Death Valley, Zion, Bryce, arizońską pustynię i wszystkie te szczególne
miejsca na podróżniczej mapie Stanów. a jednak do zwieńczenia dzieła i zapięcia klamrą zachodniego piękna Stanów Zjednoczonych brakowało tego jednego Parku. brakowało Yellowstone. cel
zrealizowaliśmy w lipcu 2010..

nim jednak zaleję Was informacjami o samym parku i jego atrakcjach, słów kilka o samej podróży. park znajduje się głównie na terytorium stanu Wyoming i samo dojechanie tam jest już sporym wyczynem. od naszego Seattle to prostą jak drut autostradą i kilkoma mniejszymi drogami odległość 800 mil, czyli niespełna 1300km! to coś, jak podróż z Gliwic do Mediolanu, czyli 13-14 godzin ciągłej jazdy. wyruszając w środę o 6 po południu, dopiero ok 1 w nocy dotarliśmy do granic stanu Waszyngton. kilka godzin (ja dokładnie 2) śpimy w samochodzie w pobliżu miasteczka Colfax i wczesnym rankiem ruszamy dalej. mkniemy przez górzystą północ stanu Idaho, wkraczamy do Montany i długie godziny kierujemy się na południe. jestem pod wrażeniem mijanych okolic -- Montana jest NIESAMOWITA, cała pokryta jakby zielonym wypłowiałym dywanem. jechaliśmy autostradą I-90, potem mniejszymi, przecinającymi wysokie góry drogami, a następnie otwartymi przestrzeniami przypominającymi prerię. z boku, nad nami i pod nami ciągnęły się majestatyczne tereny pokryte zieloną tkaniną zbitej i gęstej trawy. tereny ciągnące się przez setki kilometrów, wciąż tak samo wyblakle zielone, ogromne, bez granic, jak morze, jak cała zachodnia część kontynentu. znaczna część obszaru przez który przejeżdżamy pozbawiona jest wysokich drzew; królują niskopienne krzewy, poskręcane jak na pustyni. z tą różnicą, że wszystko tu jest zielone, pagórkowate i piękne. wypłowiała zieleń wczesnego lata zwala z nóg. tzn z kół, bo nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i porobić fotki. dopiero ok 4pm mijamy granicę z Wyoming, a godzinę później wjeżdżamy do Parku. muszę pochwalić moją żonę, bo dzielnie zmieniała mnie za kierownicą, a bez drugiego drajwera przejechanie takiej odległości byłoby istną mordęgą..
przed wyprawą trochę poczytałem, poszperałem w necie i, przede wszystkim, obejrzałem świetny film dokumentalny BBC, który wyjaśnił fenomen Yellowstone. w ogromnym skrócie chodzi o to, że niezwykle płytko, jakieś 8km pod powierzchnią parku, znajduje się ogromna, stale przesuwająca się, komora magmowa. w przeszłości (miliony i setki tys. lat temu) dochodziło w tym miejscu do eksplozji superwulkanu, ale dopiero kilkadziesiąt lat temu dowiedziono, że właściwie cały obszar parku znajduje się w niecce -- jest więc ogromnym, o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, czynnym wulkanem. i pewnego dnia pieprznie znowu, o tym mówi nam historia tego miejsca..
to tyle tytułem wstępu. w paru następnych notkach przedstawię kolejne z licznych atrakcji parku. bo dzisiaj -- już na spokojnie, kilka tygodni po powrocie -- nadal uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory odwiedziłem. stunning, jak mawiają miejscowi..

nim jednak zaleję Was informacjami o samym parku i jego atrakcjach, słów kilka o samej podróży. park znajduje się głównie na terytorium stanu Wyoming i samo dojechanie tam jest już sporym wyczynem. od naszego Seattle to prostą jak drut autostradą i kilkoma mniejszymi drogami odległość 800 mil, czyli niespełna 1300km! to coś, jak podróż z Gliwic do Mediolanu, czyli 13-14 godzin ciągłej jazdy. wyruszając w środę o 6 po południu, dopiero ok 1 w nocy dotarliśmy do granic stanu Waszyngton. kilka godzin (ja dokładnie 2) śpimy w samochodzie w pobliżu miasteczka Colfax i wczesnym rankiem ruszamy dalej. mkniemy przez górzystą północ stanu Idaho, wkraczamy do Montany i długie godziny kierujemy się na południe. jestem pod wrażeniem mijanych okolic -- Montana jest NIESAMOWITA, cała pokryta jakby zielonym wypłowiałym dywanem. jechaliśmy autostradą I-90, potem mniejszymi, przecinającymi wysokie góry drogami, a następnie otwartymi przestrzeniami przypominającymi prerię. z boku, nad nami i pod nami ciągnęły się majestatyczne tereny pokryte zieloną tkaniną zbitej i gęstej trawy. tereny ciągnące się przez setki kilometrów, wciąż tak samo wyblakle zielone, ogromne, bez granic, jak morze, jak cała zachodnia część kontynentu. znaczna część obszaru przez który przejeżdżamy pozbawiona jest wysokich drzew; królują niskopienne krzewy, poskręcane jak na pustyni. z tą różnicą, że wszystko tu jest zielone, pagórkowate i piękne. wypłowiała zieleń wczesnego lata zwala z nóg. tzn z kół, bo nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i porobić fotki. dopiero ok 4pm mijamy granicę z Wyoming, a godzinę później wjeżdżamy do Parku. muszę pochwalić moją żonę, bo dzielnie zmieniała mnie za kierownicą, a bez drugiego drajwera przejechanie takiej odległości byłoby istną mordęgą..
przed wyprawą trochę poczytałem, poszperałem w necie i, przede wszystkim, obejrzałem świetny film dokumentalny BBC, który wyjaśnił fenomen Yellowstone. w ogromnym skrócie chodzi o to, że niezwykle płytko, jakieś 8km pod powierzchnią parku, znajduje się ogromna, stale przesuwająca się, komora magmowa. w przeszłości (miliony i setki tys. lat temu) dochodziło w tym miejscu do eksplozji superwulkanu, ale dopiero kilkadziesiąt lat temu dowiedziono, że właściwie cały obszar parku znajduje się w niecce -- jest więc ogromnym, o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, czynnym wulkanem. i pewnego dnia pieprznie znowu, o tym mówi nam historia tego miejsca..
to tyle tytułem wstępu. w paru następnych notkach przedstawię kolejne z licznych atrakcji parku. bo dzisiaj -- już na spokojnie, kilka tygodni po powrocie -- nadal uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, które do tej pory odwiedziłem. stunning, jak mawiają miejscowi..
kategoria: podróże link bezpośredni
Mt Fremont hike..
20.07.2010; 21:57
w ten weekend ponownie uderzyliśmy w góry i zrobiliśmy Mount Fremont trail w Mt Rainier NP. duża zmienność terenu: od lasów, przez śniegi, po księżycowy krajobraz wulkanicznej lawy. najwyższy punkt -- 2194 metry, a obok niego budka parkowych rangersów. z tego miejsca podobno widać już Seattle, ale tam, na dole, jak zwykle mnóstwo chmur. druga połowa lipca, a spora część trasy przykryta jest jeszcze lodem. nakręciłem film, wrzucę niebawem, na razie w większości zrobione i obrobione przez Agatę fotki:
















































kategoria: podróże link bezpośredni
Zmierzch w Forks..
16.07.2010; 01:49
przemierzając Półwysep Olimpijski zahaczyliśmy o Port Angeles i o Forks -- dwa miasteczka w których toczy się akcja powieści Stephenie Meyer. jej saga Zmierzch jest na topie, bije rekordy popularności, pod jej wpływem zmienia się młodzieżowa kultura, nastolatki wzdychają, ale .. ja się nie wypowiem -- nie znam, nie czytałem. wniebowzięta jest natomiast Agata, bardziej powieścią, niż filmami.. w samym Forks niewiele się dzieje -- do niedawna znane było tylko z faktu, że jest to najbardziej deszczowe miasteczko w kontynentalnej części Stanów. jednak od 2005 roku każdego dnia zjawia się tu zgraja fanów powieści, dzięki czemu miasteczko się rozwinęło, a turystom pokazuje się miejsca znane do tej pory tylko z fikcji Stephenie. podobał mi się samochód Belli, samej Belli nie spotkałem. wampirów też nie..






kategoria: podróże link bezpośredni
o plażach Pacyfiku słów kilka..
14.07.2010; 01:31
nasz pierwszy kontakt z oceanem w stanie Waszyngton nastąpił późnym popołudniem. nasz namiot rozbiliśmy kilkaset
metrów od plaży, na campingu Mora, a gdy pojawiliśmy się nad wodą
słońce chyliło się już ku zachodowi. aby dostać się na plażę Rialto należy przedrzeć się przez kilka spiętrzonych
metrów wyrzuconych tu przez ocean pni drzew. drewniane kłody regularnie, co wiosnę, spływają tu z bliższych lub
dalszych pasm górskich porywane siłą wartkich rzek. przez lata tworzy się z tego całkiem spora bariera -- unikalny
wytwór wysokich, skutych lodem i pokrytych wysokim iglastym lasem gór i bliskiego oceanu.. malownicze, trochę
przypominające gigantyczną rozgrywkę w bierki, składowisko..
mimo swojej surowości, wiatru i zimnej wody wybrzeże sprawia przyjemne wrażenie. może nie jest to to specyficzne uczucie, które odczuwamy nad naszym rodzimym Bałtykiem (bo nie ma tu smażalni, papierowych talerzy i tłustych frytek. a ponadto tego cudownego piasku, zapachu morza i kiczowatych pamiątek), ale z pewnością jest tu jakiś inny rodzaj wyjątkowości. wieczorami kręci się tu całkiem sporo ludzi -- część z nich spaceruje (co z uwagi na niewielkie kamienie wcale nie jest odpoczynkiem), inni rozpalają ogniska, czy odpoczywają w zachodzącym słońcu. jakaś para rozbija namiot i zamierza tu spędzić noc -- nie jest to do końca legalne, ale kto ich tam na takim pustkowiu znajdzie.. wieje wiatr, non stop, czasem chce urwać głowę..
drugą plażą przy której się zatrzymujemy jest Ruby Beach. miejsce to znane jest ze swoich kolumn -- geologicznych pozostałości brzegu, który cofając się, od milionów lat toczy niekończącą się walkę z oceanem. to stąd pochodzi większość wrzuconych w poprzedniej notce fotek. jesteśmy tu w czasie odpływu -- plaża jest szeroka, piaszczysta, a ocean odsłania mnóstwo wyrzuconych tu z głębin roślin. wystające z piasku kolumny, a nawet całe, porośnięte drzewami kilkusetmetrowe wyspy, tworzą bajkowy, fantastyczny krajobraz. surowości dodają spływające tu do oceanu rzeki i strumienie. przerzuca się przez nie walające się tu kłody i tak, od mostku do mostku, posuwa się naprzód. miejsce to zwykle przykryte jest gęstą mgłą, ale my jak zwykle cieszymy się błękitem i ciepłym wiosennym słońcem.. takie szczęście weekendowych podróżników..
mimo swojej surowości, wiatru i zimnej wody wybrzeże sprawia przyjemne wrażenie. może nie jest to to specyficzne uczucie, które odczuwamy nad naszym rodzimym Bałtykiem (bo nie ma tu smażalni, papierowych talerzy i tłustych frytek. a ponadto tego cudownego piasku, zapachu morza i kiczowatych pamiątek), ale z pewnością jest tu jakiś inny rodzaj wyjątkowości. wieczorami kręci się tu całkiem sporo ludzi -- część z nich spaceruje (co z uwagi na niewielkie kamienie wcale nie jest odpoczynkiem), inni rozpalają ogniska, czy odpoczywają w zachodzącym słońcu. jakaś para rozbija namiot i zamierza tu spędzić noc -- nie jest to do końca legalne, ale kto ich tam na takim pustkowiu znajdzie.. wieje wiatr, non stop, czasem chce urwać głowę..
drugą plażą przy której się zatrzymujemy jest Ruby Beach. miejsce to znane jest ze swoich kolumn -- geologicznych pozostałości brzegu, który cofając się, od milionów lat toczy niekończącą się walkę z oceanem. to stąd pochodzi większość wrzuconych w poprzedniej notce fotek. jesteśmy tu w czasie odpływu -- plaża jest szeroka, piaszczysta, a ocean odsłania mnóstwo wyrzuconych tu z głębin roślin. wystające z piasku kolumny, a nawet całe, porośnięte drzewami kilkusetmetrowe wyspy, tworzą bajkowy, fantastyczny krajobraz. surowości dodają spływające tu do oceanu rzeki i strumienie. przerzuca się przez nie walające się tu kłody i tak, od mostku do mostku, posuwa się naprzód. miejsce to zwykle przykryte jest gęstą mgłą, ale my jak zwykle cieszymy się błękitem i ciepłym wiosennym słońcem.. takie szczęście weekendowych podróżników..
kategoria: podróże link bezpośredni
wietrzne wybrzeże Pacyfiku..
10.07.2010; 07:43
kategoria: podróże link bezpośredni
NOTKA LOSOWA: Meksyk cz. III -- Chichén Itzá
29.10.2009; 04:37
dosyć leżenia na plaży -- zaczynamy aktywne zwiedzanie. na pierwszy rzut poleciały najbardziej znane ruiny cywilizacji prekolumbijskiej -- Chichén Itzá, co w języku Majów, twórców tego miasta, oznacza Źródła Ludu Itzá. miejsce to obok stolicy i karaibskich plaż stanowi dzisiaj centralny ośrodek meksykańskiej turystyki, nie dziwią więc tłumy zwiedzających i .. tłumy naganiaczy pamiątkowych. pierwsze budynki powstały ok 700 roku, a te najbardziej znane, czyli El Castillo (świątynia Kukulkana), Templo de los Guerreros (świątynia wojowników) oraz boisko do gry w piłkę (pelota) datuje się na XI-XII wiek. trafiliśmy dosyć dobrego przewodnika, który wyjaśnił, ze Majowie byli bardzo kumaci jeśli chodzi o wiedzę i rozwój (architektura, sztuka, astronomia) natomiast średnio byli skorzy to bitki, przez co podbiło ich plemię (kultura?) Toltekow. podobno to wraz z nimi przyszedł zwyczaj składania ludzi w ofierze bogom, przez co piramidy Majów na długi czas skąpały się we krwi nieszczęśników. szacunek należy się chłopakom za perfekcyjne rozeznanie w astronomii, co możemy dzisiaj podziwiać w zbudowanym przez nich obserwatorium (okna ułożone w odpowiedni dla ruchu planet sposób) oraz przez położenie samej piramidy Kukulkana, gdzie w dniach przesilenia wiosennego i zimowego, cienie idealnie padają na ściany świątyni tworząc efekt pełzającego węża. mi osobiście spodobało się boisko do gry w piłkę (jakże mogłoby być inaczej..) -- ma to to 150 metrów, z 4 stron ograniczone jest wysokimi ścianami, a na środku dłuższych boków umieszczone są kamienne obręcze (widoczne na fotkach poniżej). grano po 7 chłopa, a celem było przerzucenie piłki przez obręcz, co mogło być wykonane tylko przez jednego zawodnika poszczególnej drużyny -- kapitana. i teraz uwaga: nie można było piłki dotykać rekami ani nogami. grano innymi częściami ciała, czyli barkami, piersią, udami, a osiągniecie celu (obręcz wisi dobre 5-6 metrów ponad nasypem wzdłuż boiska) przy bardzo niskim wzroście Majów było rzeczą bardzo trudną. ba, wręcz niemożliwą, bo piłka nie mogła dotknąć obręczy. doprowadzało to do tego, iż jeden mecz mógł trwać nawet 10 miesięcy (z przerwami na noc), a zawodników zmieniano kilkudziesięciu krotnie. nagrodą dla zwycięskiej drezyny była za to .. śmierć. tak, obcinano głowę kapitanowi zwycięzców, gdyż Majowie głęboko wierzyli w życie pozagrobowe i wygrana miała być przepustką śmiertelnika do krainy wiecznej szczęśliwości. niesamowite.
na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..













na miejsce można dojechać wynajętym samochodem (40 USD/dzień), ale my zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowana (50 USD/osoba). chodziło głównie o przewodnika, bo średnio wiedzielibyśmy o co biega, ale i o wygodę samą w sobie -- prowadzenie samochodu w Meksyku nie należy do najprzyjemniejszych. wstęp do Chichen Itza to 10 USD. dowiedzieliśmy się, że teren miasta należy do prywatnej osoby (kupił ją jakiś krewny 9 pokoleń do tyłu) i to ona wydzierżawia miejsca setkom sprzedawców pamiątek. to duży minus -- naganiaczy jest tak wielu, są tak głośni, napastliwi, agresywni (jeśli chodzi o marketing handlowy, bo nikt nie chciał nam tam zrobić krzywdy), ze ciężko jest niekiedy o chwile spokoju i refleksji. drugim minusem jest również odgrodzenie sznurkiem wszystkich miejsc, przez co niemożliwe jest wspięcie się na jakikolwiek budynek. wspinanie się na świątynie uniemożliwiono 3 lata temu, po tym jak 70-letnia kobieta spadła z 80 schodka i zmarła. ciekawym faktem jest również to, że do tej pory odkryto zaledwie 7% powierzchni miasta -- cala reszta to wciąż dżungla. główną przyczyną były względy ekonomiczne, jak również brak kamienia -- hiszpanie kilka setek lat wstecz rozkradli co się dało na swoje kościoły. szkoda, bo to co widzimy dzisiaj to wierna, ale jednak, rekonstrukcja..

kategoria: podróże link bezpośredni
więcej notek w archiwum. ogólna liczba wpisów: 416.




















