znalezione w internecie:

'sylwester jest dla ludzi, którzy raz w roku sie bawią..'
[więcej]

18

maj
2012

podróżnik Kuba w Los Angeles..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 00:59

jakaś taka niemoc mnie dopadła w newsach na stronie. niemoc i zmęczenie materiału, bo to i upały i w firmie ciężko, jakiś rygor koreański narzucony. w każdym razie śmignęliśmy sobie z rodzinką do LA, Kuba podróżnik już się więcej nalatał samolotami niż ja przez 25 lat. w LA słońce i pogoda, choć to dopiero wiosna -- Kuba zwiedził kilka miejsc, m.in. plaże Santa Monica, gdzie Słoneczny Patrol biegał w czerwonych strojach kąpielowych. a ta fajna Kuby czapka to od cioci Any i wujka Steffano z samego Londonu. a Pacyfik nic się nie zmienił, nadal słony i zimny jak cholera..

a ta niemoc to jakaś poważna sprawa jest -- bo ja już nawet zdjęcia robię komórką, a nie aparatem, w dalekie strony ciężkich obiektywów nie zabieram! zawsze się śmiałem z takich ludzi, co to celują aparatem fotograficznym, a potem chwalą się takimi wątpliwej jakości fotami. zdjęć otoczenia też w ogóle nie robiłem, prawdziwy chill out w ciepłych krajach. podejrzane to i groźne, chyba się starzeję, trzeba z tym walczyć, bo przecież wkrótce nowe podróże. nowy rok, nowe wyzwania.

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

podróżnik Kuba w Los Angeles..

09

maj
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- przegląd gier piłkarskich na C64..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:30

artykuł dla magazynu Komoda nr 6

Jako że do EURO 2012, największej i historycznej dla naszego kraju imprezy piłkarskiej, pozostało już nieco ponad 2 miesiące, jest to dobry okres aby przyjrzeć się grom piłkarskim na naszego Commodorka. Do wyboru mamy sporo tytułów, w końcu jest to najbardziej popularna dyscyplina sportu na świecie. Serwis Gamebase64 opisuje aż 127 gier scharakteryzowanych jako "Sports - Football/Soccer (Arcade)", natomiast Lemon64 wymienia ich 84. Pomyślałem więc, że jest w czym wybierać i ochoczo zabrałem się do przyjemnej, acz wymagającej i długotrwałej pracy. Niestety, przyjemność skończyła się po kilku godzinach walki -- dotarło do mnie po raz wtóry, że ogromna większość piłkarskich (ale również np. hokejowych) produktów na Komodę jest słaba, niedopracowana, anemiczna, wręcz niegrywalna. Piłkarski król jest jeden, wiedzą o tym wszyscy commodorowcy, to oczywiście Microprose Soccer z roku 1988. Potem następuje pustka wypełniona przez dwa, w porywach do czterech, w miarę grywalnych tytułów, a potem znowu nic, bardzo długo nic, zakończone całym tym topornym i frustrującym wysypiskiem piłkarskich bajtów. Jednak fakt istnienia niewielu dobrych gier sportowych jest powszechny, choć wciąż trochę zagadkowy: aż tak trudno było zrobić sportową gierkę na C64? Pewnie tak, przecież wielu próbowało, a wyniki są bulwersujące. Klasycznego rankingu gier piłkarskich więc nie będzie, będzie za to ranking alternatywny, tak trochę z przymrużeniem oka. Wybrałem 15 kategorii, spędziłem kilka bardzo długich wieczorów przekopując archiwa, na przemian śmiejąc się, rozczarowując i nostalgicznie wzdychając. Wynik moich eksperymentów obejmujący tylko gry strickte piłkarskie, nie menadżerskie, możecie zobaczyć poniżej.

Najstarsza Kopanina - International Soccer, Commodore, 1983
przegląd gier piłkarskich na C64

Najstarszy istniejący produkt piłkarski był swego czasu niezwykle popularny z uwagi na dołączanie go na kartridżu do zestawów naszego komputera. Obecnie jest to tytuł trochę zapomniany, choć trzeba wspomnieć, że w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych była to jedyna w miarę grywalna i całkiem solidna piłka. I to jeszcze od samego wujka Commodore! Sentyment jest duży, bo dla nas była to przecież pierwsza gra sportowa na C64. Z perspektywy czasu jednak jest to dość wolna, schematyczna i bardzo ograniczona symulacja piłki kopanej. Ciężko się podaje, AI komputera jest mierne, a strzały oddawane z pewnego miejsca zawsze wpadają do siatki. Jednak staruszkowi, protoplaście gier piłkarskich na C64 należy przecież oddać szacunek!

Pozytywne Zaskoczenie - I Play: Football Champ, Simulmondo, 1992
przegląd gier piłkarskich na C64

Nieklasyczne podejście do piłki nożnej, boisko widzimy bowiem z perspektywy trzeciej osoby (TPP, third-person perspective), całkiem jak Larę Croft, tyle że tu mamy spoconych facetów. W grze tej, która jest następcą wydanej rok wcześniej I Play - 3D Soccer, kierujemy tylko jednym zawodnikiem, co zresztą może sugerować już sam tytuł. Gra jest płynna i jak najbardziej grywalna, 21 komputerowych graczy biega we wszystkie strony, walczy, strzela, a czasem nawet podaje. Podoba mi się możliwość celowania: w momencie oddawania strzału przez naszego napastnika na zarysie bramki pojawia się prostokąt określający miejsce celowania. Poza tym na uwagę zasługuje cała oprawa gry -- dobra grafika, ligi europejskie z oryginalnymi składami z tamtych lat (np. w lidze niemieckiej znalazłem Andrzeja Rudego, Jana Furtoka czy Marek Leśniaka). Jeśli chodzi o symulację piłki nożnej to ten produkt jest całkiem udany, oczywiście akceptując wszystkie ograniczenia naszego komputera. Zdaję sobie jednak sprawę, że tego typu gierka nie wszystkim przypadnie do gustu, dla mnie jednak jest to miła niespodzianka. Z minusów trzeba wspomnieć o dość nieczytelnym radarze, co powoduje, że czasem biegamy bez sensu w zupełnie innym rejonie boiska. Ekran jest bowiem wycentrowany na nas, a nie jak to zwykle bywa, na piłce. Drugim pozytywnym zaskoczeniem, choć już mniejszym, jest gra Manchester United Europe, szczególnie pamiętając nieszczególną wersję amigową.

Mistrzostwa Świata - "Italy 1990", US Gold, 1990
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii gier osadzonych w realiach Mistrzostw Świata (to te zawody, gdzie Polacy zawsze dostają w trąbę w pierwszych dwóch meczach) wygrywa Italy 1990. Gra wygląda jak klon samego Microprose’a (to ofkors naturalny zwycięzca również tej kategorii), oferująca podobną grywalność, świetny scrolling ekranu oraz ciekawą grafikę. W Italy 90, grze naprawdę bliskiej commodorowemu ideałowi, mamy ponadto faule, kartki, karne i fajnie rozbudowane menu. Zdecydowanie brakuje mi tu radaru, przez co trzeba kopać piłkę do przodu i liczyć, że ktoś się nią tam zajmie. Gra jest trudniejsza niż Microprose, piłka nie zawsze trzyma się nogi, przez co, z drugiej strony, możliwe są dryblingi. Nigdy wcześniej się z tą grą nie zetknąłem, a z radości natknięcia się na nią 22 lata po premierzeumieszczam ją jako drugą w moim subiektywnym rankingu piłek na Komodę! Jakoś tak się złożyło, że większość commodorowych kopanin osadzonych jest w realiach pamiętnych mistrzostw we Włoszech w 1990 roku, pierwszych po latach, w których nie występowała reprezentacja Polski. Kolejna związana z MŚ gra tego samego wydawcy zatytułowana World Cup Carnival: Mexico '86 nie jest już nawet warta waszego czasu.

Zmarnowany Potencjał - Graeme Souness International Soccer, Zeppelin Games, 1992
przegląd gier piłkarskich na C64

Grą, która mogła, a nawet powinna być zdecydowanie lepsza, jest piłka firmowana przez Greame'a Sounessa, byłego wspaniałego piłkarza szkockiego. Mamy tu widok jak w amigowym Sensible Soccer, z dobrą jak na owe czasy grafiką, dynamiczną animacją ekranów, z pięknymi (kocimi, jak powiedzieliby w “Chłopaki nie płaczą”) ruchami bramkarza, z bardzo trudnym poziomem komputera, a jednak... zdecydowanie czegoś mi w niej brakuje. To mógł być prawdziwy hit, może nawet na miarę Sensible'a zachowując oczywiście wszelkie proporcje, a niestety produkt ten nie ma najważniejszego: grywalności. Gra się bardzo topornie, co szybko odstrasza i po krótkiej chwili nudzi. Bardzo denerwuje system zmiany zawodników, piłki nie da się przytrzymać przy ciele (choć sama idea takiego zachowania jest jak najbardziej w porządku). Szkoda, bo to naprawdę mogła być bardzo solidna gra piłkarska, a tak pozostał nam po niej duży niedosyt. Gra powstała przecież u schyłku kariery Komody, należy więc oczekiwać od niej zdecydowanie więcej.

Piłka Halowa - Major Indoor Soccer League, Mindscape, 1987
przegląd gier piłkarskich na C64

Zdecydowanie najlepsza piłka halowa na C64, nie licząc oczywiście halowej wersji Microprose. Oceniam ją stosunkowo wysoko, jako że gra oferuje wszystko czego oczekujemy od tego typu produktu: w miarę dobra grywalność, świetne animacje postaci, szybkość i dynamikę. Mnóstwo ciekawych opcji, można np. grać zawodnikiem w polu (tylko jednym, graczy nie można zmieniać!), bramkarzem, trenerem lub wszystkimi nimi jednocześnie. Są zmiany, łatwo dostępne modyfikacje taktyk, możliwość tworzenia własnych zespołów, transfery zawodników, treningi, a wszystko to 1987 roku było zapewne niemałą rewolucją. Do tego dochodzą perełki w stylu faulu blokowania bramkarza lub przewinienie przekroczenia 3 linii w piłce halowej. Kolejna gra w tej kategorii, Five A Side, mimo że z samplowanymi dźwiękami, to jednak pozostaje bardzo daleko w tyle.

WTF? - Wheelchair Football, nieopublikowany
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii What The Fuck? (czyli po naszemu "O co biega?") bezdyskusyjnie wygrywa nigdy nieopublikowany Wheelchair Football. Gra w której 7 facetów na wózkach inwalidzkich staje, tzn. siada, do walki z drużyną takich samych klientów jest tyleż nieoczekiwana, co wręcz zabawna. Nie wiem, czy to jakiś chory żart, ale produkt ten ewidentnie wygląda na zhackowany International Soccer z podmienionymi sprite'ami. W każdym razie grywalność tego cuda jest taka sama jak oryginału, czyli mając piłkę na głowie można z nią wbiec, tzn. wjechać, do bramki. Grać się w to co prawda nie da, jedyną jej wartością może być humor, porównywalny z resztą z grą Bonduelle Soccer, gdzie zamiast piłkarzy biegają konserwowane warzywka tej firmy. No cóż, niecierpliwie będę wyczekiwał portu na PC, że też do dzisiaj nikt nie podchwycił tej idei...

Najoryginalniejszy tytuł - Peter Shilton's Handball Maradona, Grandslam Entertainment, 1986
przegląd gier piłkarskich na C64

Tytuł gry nawiązuje do słynnego zagrania ręką Diego Maradony w meczu rozegranym 22 czerwca 1986 roku na MŚ w Meksyku w pojedynku Argentyny z Anglią. Ręka, później nazwana "boską", przez wiele lat była wyjątkowym tematem frustracji Brytyjczyków, a fakt, że nazwano tak nawet grę komputerową, frustrację tę potwierdza. Sama gra jest całkiem ciekawa: w zasadzie jest to bramkarska mini-gierka, w której wcielamy się w postać samego Petera Shiltona, legendarnego bramkarza Lwów Albionu broniącego w tym pamiętnym meczu. Naszym oczywistym celem jest obrona bramki, a sterowanie oparte jest na 5 klawiszach: Q, A oraz O, P, a także SPACJI. Gra jest trudna, na początku ciężko cokolwiek obronić, ale z biegiem czasu każda wyłapana piłka jest małym sukcesem. Warto dodać, że rozbudowana jest liga angielska, bierzemy udział w wielu meczach, których wynik w dużej mierze zależy od naszych interwencji. Dla lubiących tego typu gry polecam również pokrewną Penalty Soccer z 1990 roku.

Wyrób Piłkarskopodobny - Kick Off, Bubble Bus, 1983
przegląd gier piłkarskich na C64

W kategorii gier niby piłkarskich, a jednak nie bardzo, zdecydowanym zwycięzcą (co cieszyć autorów zdecydowanie nie powinno) jest gra Kick Off, jednak nie tych z Anco Software, a tych z Bubble Bus. Ekipa ta stworzyła symulację klasycznych piłkarzyków znanych z co drugiej polskiej knajpy, niestety całkowicie niegrywalną. Gra pochodzi z roku 1983, a więc wiekowo porównywalna jest z International Soccer, niestety podobieństwa na tym się kończą - gracze umieścili ją na 35 miejscu w rankingu najgorszych gier na C64 w zestawieniu Lemona. Jedynym pozytywnym aspektem tej gry jest jej tytuł, który kilka lat później przerodził się w serię najlepszych gier piłkarskich. No, przynajmniej na Amidze. Skoro jednak jesteśmy już przy Kick Offie to zapraszam to następnej kategorii, negatywnego zaskoczenia.

Negatywne Zaskoczenie - seria Kick Off - Kick Off I, 1989 i Kick Off II, 1990, Anco
przegląd gier piłkarskich na C64

Od Anco, tak wspaniałego twórcy piłkarskich kopanek wymagamy bardzo dużo. A commodorowe Kick Offy zaskakują negatywnie, wrecz rozczarowują, szczególnie mnie, jako że amigowa wersja Kick Offa II to dla mnie i dla wielu innych po dziś dzień najlepsza komputerowa piłka w historii. Ja rozumiem, że to nie 16 bit, akceptuję również fakt, że końcówka lat 80-tych to początki pracy chłopaków z Anco, jednak seria tych gier jest prawie całkowicie niegrywalne! Odsłona pierwsza od wielkiego dzwona może się jeszcze jakoś obronić -- boisko widzimy z boku, a nie z góry, czasem można nawet celnie podać, natomiast Kick Off II, który miał być przełomem w piłkarskich produktach na C64, nie nadaje się do niczego. Nie ma co się rozpisywać o słabych grach, w zamian ciekawostka: przez pewien czas firma Anco pracowała nad usprawnioną wersją Kick Off II, która miała być wydana na kartridżu, jednak do jej premiery nigdy nie doszło. Ukończona została natomiast muzyka, która po dziś dzień leżakuje sobie spokojnie w archiwach HVSC (szukajcie autora Moppe, czyli Frederika Segerfalka). W 1991 roku wydano tylko wersję na Nintendo Game Boy'a pod tytułem: Super Kick Off. Może śmiesznie to zabrzmi, ale już chyba lepszym klonem amigowego Kick Offa jest włoski Dribbling z 1992 roku. Kultową wręcz postacią i autorem tej serii gier na Amigę jest Dino Dini, Brytyjczyk obecnie zajmujący się muzyką (koncertuje w jednym z londyńskich pubów) i prowadzący bardzo ciekawego bloga o technicznych aspektach tworzenia gier komputerowych. Co ciekawe, sam Dino piłki nożnej nigdy nie lubił.

Piłka Uliczna - 4 Soccer Simulators, Codemasters, 1989
przegląd gier piłkarskich na C64

Spośród kopanin ulicznych, czyli klasycznego Street Soccera, na którym przecież wszyscy się wychowaliśmy, w zasadzie tylko jedna gierka jest w miarę godna polecenia. Choć mówiąc dosadnie, ćwiartka jednej gierki, bo tylko tyle zalicza się do piłki ulicznej. W 4 Soccer Simulators, jeśli już musimy przy niej spędzić chwilę czasu, właśnie boisko podwórkowe zasługuje na uwagę. Mamy tu domki, murki, ogrody, samochody i wszystkie inne elementy klasycznego osiedla, zmieniające nasz obszar gry. Boisko zamiast prostokątnego staje się więc kanciaste, co wpływa na strategię, o ile taka w ogóle istnieje. Grafika może się podobać z uwagi na takie elementy jak bramka wymalowana na murze, a cieszyć może również możliwość podstawienia przeciwnikowi nogi (szkoda, że nie dodano strzału pięścią.) Irytują trochę błędy, bo gdy piłka wpadnie na taki np. samochód, to pozostaje nam tylko czekać na końcowy gwizdek niewidzialnego sędziego.

Najnowsza Kopanina - Block Soccer, Manic Mailman Designs, 2007
przegląd gier piłkarskich na C64

Najnowsza gra piłkarskopodobna autorstwa dudka o ksywce "The Fall Guy" wydającego zresztą inne, całkiem fajne gry, jest przeze mnie wspomniana tylko z uwagi na rok powstania. 2007 robi wrażenie, od dawna nikt nawet nie podejmował się tworzenia opisywanych tu produktów. Sama gra jest bardzo prosta, zajmuje tylko 17 bloków i wydaje się być napisana w pośpiechu. Zresztą, po odpaleniu przekonujemy się, że również tak wygląda. Autor prawdopodobnie jest Niemcem, bo rozgrywka toczy się między drużynami z Dortmundu (pozdro dla naszej mistrzowskiej trójki) i Gelsenkirchen. Dla niewtajemniczonych: to wielkie derby Zagłębia Ruhry, coś na kształt naszych derbów Górnika z Ruchem.

Najlepsza Gra Z Piłkarzem W Tytule - Emlyn Hughes International Soccer, Audiogenic Software, 1988
przegląd gier piłkarskich na C64

Całkiem przyjemna, jak na ówczesne możliwości, gra piłkarska z bardzo rozbudowanym menu, całym mnóstwem opcji i akceptowalną grywalnością. Produkt ewidentnie opiera się na ulepszonej idei International Soccer, tyle że zawodnicy poruszają się z gracją, są szybsi, potrafią robić wślizgi, a bramkarz jest mniej ciamajdowaty. Idea EHIS była później portowana na wiele innych komputerów domowych, co w tamtych latach mogło napawać dumą byłego wspaniałego piłkarza Emlyne'a Hughesa. Konkurencja w tej kategorii była stosunkowo duża, bo gry firmowane były nazwiskami Garego Linekera, Paula Gascoigne'a, Emilio Butragueño czy Anders Limpara. Wszystkie one jednak są absolutnym zaprzeczeniem jakiejkolwiek grywalności i aby nie przynosić wstydu swoim patronom powinny być jak najszybciej zapomniane.

A Miało Być Tak Pięknie - ADIDAS Championship Football, 1990, Ocean
przegląd gier piłkarskich na C64

Ta gra to prawdziwa huśtawka nastrojów. Zaczyna się cudownie: świetna prezencja, losowanie grup turniejowych, komentarze, ciekawe opcje do wyboru w menu meczowym, a nawet rzut monetą przed samym spotkaniem. Wszystko to może trwa trochę zbyt długo, ale towarzyszy temu miła dla oka grafika i świetna, wpadająca w ucho, muzyka. A potem zaczyna się mecz i w kilka sekund pryska całe to pozytywne wrażenie. Człowiek uzbrojony w dwie ręce i joystick do tej gry się zupełnie nie nadaje. Wszystko jakoś wolno, na stojąco, z kulejącym i migoczącym przewijaniem ekranu. Zawodnicy poruszają się jakby rozdawali na ulicach ulotki, a nie grali w piłkę; do tego bramkarz w niczym nie pomaga, wpuszcza wszystko, co tylko leci w stronę bramki. Całkiem jak nasza rodzima liga polska. Nie rozumiem, jak można było włożyć tak wiele wysiłku w dopracowanie najmniejszego szczegółu intra, a przy tym zupełnie olać samą grę, czyli to co w komercyjnym produkcie najważniejsze. Porażka, a była to jedna z pierwszych gier sportowych sponsorowanych przez Adidasa.

Najgorsza Gra Piłkarska Na C64 - ciężko wybrać jedną...
przegląd gier piłkarskich na C64

Z tą kategorią będzie problem natury subiektywnej, przyjmijcie jednak mój punkt widzenia, bo w przeciwnym przypadku będziemy tu mieli dobrą pięćdziesiątkę produktów. No więc słabych gier jest całe mnóstwo, jest na przykład Italy '90 Soccer firmy Simulmondo, jest Match Day nieudolnie przeniesiony ze Spectruma, jest toporny jak kopanie cegły Super Soccer i jeszcze gorszy, w co nawet ciężko uwierzyć, European Soccer. Ja jednak postanowiłem negatywnie nagrodzić wyjątkowo nieudaną grę firmowaną przez całkiem dobrego piłkarza. Wyboru więc wielkiego nie mam - najgorszą grą piłkarską w historii zostaje... A nie, jednak jest wybór. Kenny Dalglish Soccer wydany w roku 1990 przez Impressions czy Anders Limpar's Proffs Fotboll z roku 1989, Empire Software? Obie są beznadziejnie niegrywalne, obie frustrują bezradnością. Metodą losowania pada jednak na Kenny Dalglish Soccer, który nie dość, że od magazynu Commodore Format otrzymał notę zaledwie 4% (chyba najniższa nota w historii), to jeszcze podobnie słabo jest oceniany przez użytkowników portalu Lemon64. Zresztą obie te gry są tak słabe jak żart z Familiady.

Najlepsza Gra Piłkarska Na C64 - Microprose Soccer, Microprose, 1988
przegląd gier piłkarskich na C64

przegląd gier piłkarskich na C64

przegląd gier piłkarskich na C64

Najlepsza piłka nożna na Komodę została opublikowana przez firmę Microprose, jednak za samo jej powstanie odpowiedzialne jest, co pewnie nie wszyscy wiedzą, studio Sensible Software. Tak, tak, to ci sami, którzy w kolejnych latach oszołomili świat takimi cudami jak Mega Lo Mania, Sensible Soccer czy niezapomniany Cannon Fodder. Sympatyk komputera innej marki (pamiętacie te wojny Commodorowców, Atarowców i innych PeCeciarzy z lat 90-tych?) powiedziałby, że wśród ślepców i jednooki jest królem, ale byłoby to powiedzenie nad wyraz: ta jedna gra broni przecież możliwości technicznych naszego komputera. Microprose Soccer jest idealny, jest wciągający nawet po latach, a niesamowita muzyka Martina Galwaya jest już niemal klasykiem. Z rzeczy ciekawszych warto dodać, że w Stanach gra była wydana pod tytułem "Keith Van Eron's Soccer", że oprócz boiska trawiastego można również grać na hali (!!), natomiast jedna z grup scenowych -- włoski AEG Soft, co cztery lata wydaje zhackowaną wersję bazującą na aktualnych MŚ! Były już więc wersje USA '94, Korea/Japonia 2002, Niemcy 2006 i Południowa Afryka 2010. Skontaktowałem się z nimi przed tym artykułem, niestety wersja EURO 2012 nie jest planowana, chłopaki ograniczają się do MŚ. Ponadto, na oryginale wzorowało się wielu producentów gier kopanych, z klonów Microprose warto również spojrzeć na opisywany tutaj Italy 1990 oraz intrygująco dynamiczny England Championship Special.

a dla wytrwałych podaję również linka do pięknie złożonej przez Jarka z book-design company wersji PDF.

04

maj
2012

z cyklu: pograjmy jak za dawnych lat -- cz. IV. Silicon Warrior, 1983

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:31

artykuł dla magazynu Komoda nr 6

W bieżącym wydaniu Komody przyjrzymy się kolejnej grze wydanej w pierwszym, tym jakby pionierskim, okresie życia naszego komputera. Mowa o Silicon Warrior z roku 1984. Zdecydowaliśmy również, że dział Dinozaury zmieni nazwę na Mid 80', a w każdym wydaniu naszego magazynu opisywać będziemy tu grę napisaną przed przed końcem roku 1985. Postaramy się odkurzyć kilka perełek z tamtych lat, bo gry wtedy tworzone zbliżają się już do swojej trzydziestki...

Firma Epyx (pamiętacie jeszcze tą legendarną w latach osiemdziesiątych markę? To wydawcy Impossible Mission, Summer Games, IK i dziesiątek innych wspaniałych gier...) zaprasza nas na wędrówkę w czasie do roku 2084. Agresywny rozwój Doliny Krzemowej (ang. Silicon Valley, stąd nazwa gry) pchnął korporacje IT w kierunku zupełnie nowego wyzwania: zdobycia informacji na temat budowy Super Komputera Dziesiątej Generacji wynalezionego przez Syborgów -- futurystyczną rasę nadludzi. Sekrety struktury tego przepotężnego komputera, który uznaje się za istotę o niezmierzonym wręcz poziomie sztucznej inteligencji, będą nagrodą dla zwycięzcy niezwykłych, osadzonych w przestrzeni kosmicznej, zawodów. Stowarzyszenie Ziemskich Władz Nowych Technologii, podobnie jak kilka innych odległych cywilizacji, wydelegowało więc swoich najzdolniejszych wojowników, aby stanęli w szranki w futurystycznej bitwie, której stawką jest siła obliczeniowa, nigdy wcześniej nieosiągalna dla naszych ziemskich braci.

Biorąc do ręki joya stajesz się przedstawicielem naszej planety w walce o rozkwit nowej ery ludzkiej technologii, jak patetycznie motywują nas sami twórcy gry. Twoim zadaniem będzie pokonanie przeciwników poprzez zaprogramowanie w jednej linii pięciu chipów kosmicznego komputera. Pamiętacie kółko i krzyżyk katowane przed laty do znudzenia w szkolnych ławkach? A Gomoku, w którym należy skreślić w jednej poziomej, pionowej lub przekątnej linii pięć kolejnych punktów? Właśnie na tej prostej idei bazuje Silicon Warrior. Gra jednak, a właściwie odniesienie w niej zwycięstwa, nie jest już taką prostą sprawą. Komputerowy AI jest całkiem solidny, a w przeciwieństwie do klasycznego Gomoku, raz zajęte pole może zostać odebrane. Gra rozwija się więc w kierunku stopniowego zajmowania własnych pól, przy jednoczesnym odbieraniu strategicznych chipów przeciwnikowi. Warto dodać, że proces zajmowania pojedynczego chipa w stosunku do prędkości poruszania się po pseudo-trójwymiarowej siatce jest stosunkowo długotrwały, łatwo jest więc w odpowiednim czasie przenieść się w sporne miejsce.

Standardowa plansza 5x5 to jednak nie wszystko -- dodatki do niej wprowadzają nową jakość, ale i nowe strategie gry. Autorzy gry wprowadzili więc: czarne dziury (jeden z 25 chipów losowo znika z planszy pochłaniając na chwilę stojącego na nim gracza), lasery (zawodnicy mogą strzelać zmiatając przeciwnika z całej lini pól) oraz tarcze (chroniące od ognia lasera). Zabawa staje się wówczas trochę nieprzewidywalna i jeszcze bardziej wymagająca. Aby wygrać całe zawody, o których rozpisałem się trochę w pierwszym paragrafie, będziemy musieli przejść wszystkie kolejne kombinacje plansz, w każdej grając do 5 zwycięstw. Oczywiście możemy również zagrać z inną osobą, a także odpalić grę z większą ilością graczy, np. 2 ludzi i komputer, bądź my i 3 Commodorki. 25 pól na 3 uczestników to chaos, ale trudny i bardzo wciągający.

Na koniec trochę ciekawostek, które zawsze będę się starał wynajdywać do naszych mid 80's. Za grę odpowiedzialny jest Jim Connelley i jego studio developerskie The Connelley Group. Jim był jednym z założycieli Epyxu, jednak z biegiem lat postanowił odejść z korporacji i ponownie zbudować coś od zera. Zabrał więc kilku swoich najlepszych programistów i rozpoczął pracę nad pierwszymi tytułami. Epyx, swoje pierwsze dziecko, uczynił jednak wydawcą nowych gier. W późniejszych latach Jim doradzał jeszcze ludziom z Activision. Silicon Warrior znany jest również pod alternatywną nazwą -- Silicon Syborgs, pod którą to gra została po raz kolejny wydana w 1988 roku na kartridżu Super Games obejmującym również takie klasyki jak Colossus Chess i International Football. Wydana rok wcześniej wersja na Atari nosiła tylko pierwszą z tych nazw. Twórcy osadzili grę w roku 2084, co jak łatwo zauważyć, stanowiło dokładnie okres stu lat po premierze. Dzisiaj mamy już tylko nieco ponad 70 lat do tej magicznej daty, pewnie młodsi czytelnicy Komody będą mieli szanse zagrać w Silicon Warrior w roku 2084 ;)

Silicon Warrior, 1983

Silicon Warrior, 1983

Silicon Warrior, 1983

30

kwi
2012

żeby lepiej się jeździło..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 01:22





i aby sławić tą naszą unijną polskość na autostradach pacyficznych..

Mazda 3 Polska

29

kwi
2012

Flickr Links Extractor

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 07:26

rozczarowany jakością dynamicznego skalowania zdjęć z Google Picasy postanowiłem, choć częściowo, przenieść się na Flickr. skalowanie zdjęć w tym serwisie działa bardzo dobrze i choć jest to delikatnie wbrew ich regulaminowi, rozpoczynam osadzanie zdjęć z Flickr-a, co mogliście zobaczyć już w poprzedniej notce. statyczne linki do danych zdjęć są tam jednak trudno dostępne, a ręczne wyciąganie kilkunastu z nich do każdej notki wymagałoby sporo pracy. kierowany więc moim wrodzonym lenistwem napisałem mały skrypt wyciągający właśnie te linki.

skrypt dostępny jest pod adresem http://ankudowicz.com/flickr-links-extractor.

Flickr Links Extractor

Flickr Links Extractor jest oparty o web API serwisu, napisany jest w php, a jego zadaniem jest generowanie przyjaznego kodu html do zbudowania własnej galerii zdjęć. poświęciłem na to trochę więcej czasu niż na analogiczny Picasa Links Extractor i tak skrypt ten oferuje wyszukiwanie zdjęć na podstawie photostreama (czyli wszystkie zdjęcia danego użytkownika), tagów lub numeru id photoseta (można go wciąż np z adresu url danego seta, choć w przyszłości stworzę może jakieś bardziej przyjazne wyciąganie tego numeru). za pomocą menu można generować linki do zdjęć różnych rozmiarów, a ustawienia w większości zapisywane są w sesji przeglądarki, żeby za każdym razem nie musieć podawać ich od nowa. dodałem również mały formularz w którym można podać podstawowe atrybuty galerii, np klasy czy alt i rel. osadzenie fotek, przynajmniej dla mnie, będzie teraz trwało kilka sekund..

27

kwi
2012

znajdź 10 różnic..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:06

tego typu zestawienie chciałem właściwie zrobić od zawsze, tylko .. brakowało mi syna. nienaturalnie duża głowa na moim zdjęciu z września 1980 roku od zawsze budziła uśmiech. na zdjęciu dolnym z kwietnia 2011 roku Kuba co prawda za żadne skarby nie chciał podobnie ułożyć głowy, ale przecież gołym okiem widać nasze podobieństwo i zestawienie i tak godne jest publikacji. znajdź 10 różnic, chciałoby się powiedzieć..

znajdź 10 różnic..

a tu jeszcze dwa ujęcia samemu, do archiwów dziejowych. ale byłby numer, gdybyśmy te zdjęcia zestawili kiedyś z jego synem..

znajdź 10 różnic..

znajdź 10 różnic..

25

kwi
2012

20 lat z Górnikiem..

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 01:46

20 lat temu, 25. kwietnia 1992 roku, po raz pierwszy siedząc na plastikowych ławkach stadionu przy ulicy Roosevelta w Zabrzu, oglądałem na żywo mecz Górnika. dwadzieścia lat, a ja wciąż pamiętam ten dzień: chłodna pochmurna sobota, Górnik gra ze Stalą Mielec i remisuje 1-1, choć bramek jakoś nie mogę sobie przypomnieć. doskonale pamiętam za to naszych graczy, bo przecież oni byli wtedy dla mnie największymi idolami: Marek Bęben, Grzegorz Dziuk, Tomasz Wałdoch, Piotr Jegor, Marek Piotrowicz, Krzysztof Zagórski, Ryszard Staniek, Dariusz Koseła, Mieczysław Agafon, Andrzej Orzeszek, Henryk Bałuszyński, Ryszard Kraus. to była ta moja pierwsza drużyna, którą po raz pierwszy ujrzałem w wieku niespełna 12 lat i która tak bardzo zawróciła mi w głowie. drużyna w niebieskich strojach z białymi wstawkami, najpierw bez reklamy, a później z napisem Legro, a w kolejnych latach EB, na piersi. mój Górnik Zabrze od którego wszystko się rozpoczęło.

dwadzieścia lat emocji, nerwów, wybuchów radości i chwil zwątpienia. uśmiech po zwycięstwach i smutek po porażkach. piękne chwile i momenty, kiedy piłka nożna była całym moim światem, a zapach trawy był mi milszy niż własny pokój. pierwszy szalik, zdarte gardło, obite przez policjanta plecy, podróżowanie na mecz w nabitym jak nigdy wcześniej autobusie linii 32 z Gliwic do Zabrza. chwile, które w dłuższej perspektywie rodzą pasję. pasja, która trwa już od 20 lat i prawdopodobnie trwać będzie do końca.

25. kwietnia 1992 roku było już jednak moim drugim spotkaniem na stadionie Górnika. pierwszym meczem było spotkanie reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika z Danią 25. marca 1991 roku. Polska zakwalifikowała się do IO, a potem w Barcelonie pokazała całemu światu wspaniałą piłkę i wykreowała nowe pokolenie polskich zawodników (pisałem o tym tutaj). no więc wtedy w Zabrzu po raz pierwszy zobaczyłem puściutki oświetlony stadion. weszliśmy z Krzyśkiem kilka godzin przed meczem, kiedy na stadionie było raptem kilkadziesiąt osób, i wtedy po raz pierwszy poczułem atmosferę stadionu, wyjątkowość obiektu sportowego na którym miały rozegrać się zawody transmitowane na cały kraj. adrenalina i atmosfera stadionu miała mi później towarzyszyć przez kolejne lata.

dlaczego Górnik? ciężko w to uwierzyć, ale pierwszy mecz oglądany na żywo to spotkanie Piasta Gliwice z GKS-em Tychy, jakoś ok 1987 roku. pamiętam, że była niedziela, druga liga, że Piast przegrał 0-2, że na mecz wyciągnął nas przyjaciel mojego taty, p. Józek, rodowity Tyszanin. pamiętam, że mnie nie wciągnęło, że wyszliśmy ze stadionu jeszcze przed końcem meczu, żeby zdążyć na niedzielną dobranockę. Górnik zrodził się jakoś przypadkiem: jeżdżąc do babci kilka razy w tygodniu pokonywaliśmy trasę pod samą bramą stadionu z ogromnym napisem: KS GÓRNIK ZABRZE. budowla z monumentalną tablicą produkcji węgierskiej i ogromnymi masztami, niekiedy oświetlonymi. i jeszcze sportowa niedziela, gdzie w latach 80-tych prezentowali tabelę i Górnik zawsze był na czele. pamiętam, że kiedyś czekałem kilka godzin, żeby zobaczyć na którym miejscu jest Górnik i kiedy wreszcie wyświetlono aktualną ligową tabelę i Górnik był drugi, to czułem się rozczarowany. piłka nożna już wtedy musiała mnie interesować, bo pierwszym oglądanym meczem jaki sobie przypominam było spotkanie FC Porto z Bayernem Monachium w 1987 roku, kiedy to drużyna portugalska z naszym Młynarczykiem w bramce zdobyła Puchar Europy Mistrzów Krajowych. jednostronna miłość musiała wtedy zakiełkować -- dwa niewiele ze sobą związane elementy oraz samo uwielbienie sportu, a piłki nożnej w szczególności, wpłynęły na to, że moje serce do dzisiaj jest biało-niebiesko-czerwone.

myślę, że jestem fanatykiem. bo jak inaczej nazwać fakt, że od kilkunastu lat świadomie nie ominąłem żadnego spotkania Górnika? że jeśli nie mogę go oglądać na żywo, to siadam przed telewizorem? a wcześniej, gdy mecze nie były transmitowane spędzałem godziny z uchem przy radiu szukając jakiejkolwiek wzmianki o aktualnym wyniku? że odświeżałem telegazetę co pół minuty, gdzie czasem podawali wynik na bieżąco? że jeśli wyniku nie znałem, a mecz się skończył to zakrywałem kartką wynik, żeby najpierw zobaczyć czy padały bramki do przerwy, a potem poznać całość? że boli mnie serce gdy wynik jest niekorzystny? że cieszę się jak dziecko, gdy Górnik wygrywa? że minęło dwadzieścia lat, a ja nadal podniecam się tą naszą marną ligową kopaniną, a głęboko w dupie mam wszystkie te Premiership, Barcelony, czy inne Milany? że pamiętam prawie każdy wyjazdowy mecz Górnika, że kiedyś nawet w drodze do Łęcznej kierowałem (!!) pociągiem z kibicami? że nie zniósłbym faktu, żeby mój syn kibicował jakiejś innej drużynie, a przecież wiele się na to zapowiada, jeśli po powrocie do Polski wylądujemy, powiedzmy, w takim Wrocławiu?

a gdybym tak miał wybrać 3 mecze Górnika, które najbardziej zapadną mi w pamięci? hmm, pamiętam wiele, przypominam sobie ewidentnie sprzedany u siebie mecz Siarce Tarnobrzeg w roku 1995, a także mój pierwszy i jak dotąd jedyny, mecz Pucharu UEFA, w którym graliśmy z Admirą Wacker Wiedeń. pamiętam te już sławne jupitery w Katowicach, mecz z Jagiellonią Białystok w 1993 roku kiedy na stadionie w Zabrzu było nas łącznie ok 500 osób, a także deal z Polonią Warszawa, w którym oni nam puścili punkty w lidze, a my im finał Pucharu Polski. ale te 3 najważniejsze spotkania, które będę pamiętał już zawsze to zdecydowanie:
- 6. kwietnia 1998, u siebie z Legią Warszawa. na meczu byłem o kulach, do połowy uda w gipsie po naciągnięciu torebki stawowej. byłem z Przemkiem i Kano, a skazywany na porażkę Górnik prowadził do przerwy 2-0 po bramkach Marka Szemońskiego i Mariusza Nosala. po przerwie Legia z Piszem wyrównała na 2-2, a w ostatniej minucie sędzie podyktował rzut karny, który na bramkę zamienił Darek Koseła. wygrywamy 3-2, sensacja, wspaniały mecz!
- kolejny wyjazd na Ruch Chorzów, 27. lipca 1996 roku. Ruch wtedy wchodził z drugiej ligi i w pierwszej kolejce pojechało nas tam wtedy 2 tysiące. środek lata, upał, następnego dnia jechaliśmy już z rodzicami na wakacje do Borowego Młyna, a Górnik wygrywa 2-1 po bramce w ostatniej minucie Marka Szemońskiego. byłem dumny jak paw, na wakacje jechałem w mojej pierwszej koszulce Górnika.
- najczarniejszy z wszystkich moich meczów, 30. maja 2009 roku, ostatni mecz tego feralnego sezonu, przegrywamy u siebie z Polonią Warszawa 0-1 i spadamy z ligi. mecz oglądałem z Maćkiem w Brighton, leżeliśmy na dywanie u Mateja i wspólnie przeżywaliśmy największą w życiu porażkę. na zewnątrz upał, a ja potem mówiłem, że jak coś tak strasznego mogło się stać pod tak pięknym niebem... potem chodziłem smutny przez kolejne kilka godzin, a wieczorem Maciek nakupował alkoholu i mówi: wiesz co? ja już się nie smucę. potem piliśmy i śpiewaliśmy piosenki klubowe przez cała noc, pół Brighton dowiedziało się, że bójcie się chamy, za rok do ligi wracamy...

dobrym podsumowaniem tych dwudziestu lat jest poniższy wywiad, którego udzieliłem Magazynowi Górnik. jakoś tak się szczęśliwie złożyło, że magazyn ten wyszedł w tym miesiącu i mogłem klamrą spiąć wszystkie te moje zwariowane emocje. przeczytajcie, nie będę się powtarzał, ale wiele przeżyłem, wiele widziałem. oczywiście za czasów mojego kibicowania Górnik jeszcze niczego nie wygrał, choć był blisko tytułu mistrza i jeszcze bliżej Pucharu Polski. no ale za kilkanaście miesięcy będziemy mieli nowy stadion, a wtedy wszystko przed nami. i wiem, że doczekam się Mistrza Polski z moim Klubem, że to nieodwołalne, jak otaczające nas podatki. i jeszcze jedno, tak na sam koniec. te moje emocje dorosłego faceta oparte są na tych pierwszych wspomnieniach, gdy jako dziecko po raz pierwszy pojawiłem się na stadionie. to tylko udowadnia, że pewnych wartości nie da się zbudować z dnia na dzień, że to właśnie ten pierwotny instynkt, ta iskra zapalna, wywołuje w nas tą obsesyjną pasję.

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

20 lat z Górnikiem..

19

kwi
2012

kibice..

kategoria: humor, link bezpośredni

Seattle, 07:54

jeszcze muszę mu wyjaśniać pewne detale, np. że nasz bramkarz ma 20 lat, ale generalnie to już większość rozumie. poniżej wspólnie oglądamy skrót z Wielkich Derbów Śląska pomiędzy Ruchem a Górnikiem (0-0) ;)

16

kwi
2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 06:48

jak co roku na wiosnę ruszyliśmy w trasę! tym razem jednak już w trójkę.. o Skagit Valley dużo mówiłem w poprzednich notkach z 2010 roku: zdjęcia kwiatów i jeden z pierwszych nakręconych przez nas filmów możecie znaleźć tutaj. warto tylko wspomnieć, że nasz poprzedni wyjazd w to miejsce odbył się w .. dniu katastrofy smoleńskiej, stąd też dokładnie pamiętam każdy szczegół tej wyprawy. po dwóch latach pojechaliśmy już z Kubkiem, a zapis naszej kwiatowej zabawy możecie znaleźć poniżej. kilka z fotek aż prosi się o nadanie im nazw: pierwsza więc to zdecydowanie: tomxx on tour again. tym razem jednak jest to już tomxx i wózek, choć nadal do przodu w kierunku przygody. z kolei zdjęcia Agaty z małym to 'sztuka latania' i 'sztuka chodzenia'. Kuba po raz pierwszy w swoim życiu wykonał kilka niezgrabnych ruchów nogami ;)
cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012



cali w kwiatach -- Skagit Valley 2012

07

kwi
2012

z cyklu mój pierwszy raz: destruction derby!

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 00:09

na pierwsze w moim życiu demolition derby wybrałem się do miejscowości Monroe, 40 minut jazdy (wiem, gadam, jak Amerykaniec określając odległość w jednostce czasu) na północ od Seattle. impreza ta odbywa się przez większość część roku na torze Evergreen Speedway, natomiast charakter wydarzenia za każdy razem jest inny. ja wybrałem się na taką kompilację 10 różnych eventów, z tym najatrakcyjniejszym, tytułową destrukcją samochodów biorących udział w zawodach, na samym końcu.

wieczór zaczyna się klasycznie, czyli od odśpiewania narodowego hymnu. nieważne, czy to wydarzenie sportowe, czy inna rozpierducha, hymn musi być. podobnie zresztą jak tłusty kurczak z KFC, którym, obok palonej gumy oczywiście, pachniało na całym stadionie. po hymnie rozpoczęły się wyścigi samochodów po klasycznej ósemce i po dużym torze. nie ma tutaj zderzania, są za to duże prędkości i ciągłe oczekiwanie zderzenia na przecięciu się ósemki. po samochodach sportowych przyszedł czas na autobusy, a następnie tzw boat racing, czyli auta z podoczepianymi do nich łódkami. wygrywa ten, czyja łódka na końcu wciąż będzie przypominała obiekt pływający. w międzyczasie organizowane są przerywniki w postaci próby bicia rekordu w największej liczbie przewróconych jak domino samochodów, skoku przez auta po ówczesnym rozpędzeniu się przez całą długość toru, czy wybuchu bomby pod vanem. a koniec, o czym już wspominałem, to najbardziej widowiskowa impreza -- destruction, zwane również demolition derby. jest to impreza w której wygrywa ten, kto na końcu ma jeszcze zdatny do jazdy samochód. auta zderzają się ze sobą we wszystkich możliwych konfiguracjach, a walka trwa to upadłego. po chwili arena pokryta jest wodą i wyciekającym olejem, co z kolei sprzyja klasycznym obrotom. hamowanie tutaj nie występuje. po raz pierwsze zetknąłem się z tym w grze Destruction Derby w roku 1997, teraz przeżyłem to na żywo i gorąco polecam. na koniec można wyjść na tor i przyjrzeć się z bliska skali tego zniszczenia...

30

mar
2012

pożegnanie kolegi..

kategoria: przemyślenia, link bezpośredni

Seattle, 21:12

dzisiejszy piątek był ostatnim dniem pracy jednego z moich kolegów w NCsofcie. był z nami od ponad 10 lat, od samego początku utworzenia oddziału NC w Ameryce. Najpierw Austin w Teksasie, potem Seattle, tutaj w WA. napisał fajnego maila pożegnalnego, nie tam żadne pierdolenie bez sensu jak bardzo będzie mi was brakowało, po prostu prawdziwe, mądre przesłanie idealnie podsumowujące jego dekadę w jednej firmie. zacytuję je poniżej, każdemu się przyda do swoich własnych celów:

Life is about the relationships you have with those around you. Not the pictures you paint or the code you write. Over the past 10 years I have had the pleasure of working with some of the most amazing people and I'm leaving the best team a person could ask for. As crazy as this place can be I will focus on the good times I had and there were plenty. All I can say is, treat people like how you want to be treated and remember you work for a game company, have fun and don't be so damn serious!

i... jakkolwiek dziwnie mogłoby to zabrzmieć, to ja jestem teraz jedną z osób z najdłuższym stażem w firmie. Polak w Stanach z najdłuższym stażem? leci mi już 6 rok, a kultura pracy tutaj jest inna: popracować trochę i dalej w długą do innej firmy. zresztą my też już zdecydowaliśmy -- ten rok będzie naszym ostatnim rokiem w Stanach. swoją drogą, choć ciężko to policzyć, liczba ludzi z którymi pracowałem przez ostanie 6 lat, nieuchronnie zbliża się, albo już przekroczyła, trzy setki.

29

mar
2012

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 22:07

zbiór fotek z niedzielnego spaceru po naszej dzielnicy. na każdym kroku odkrywam freaków -- wyluzowanych dudków pokroju tych z Brighton... Fremont, dzielnicę Seattle, opisywałem w kilku poprzednich notkach, do których zdjęcia zrobiła Agata: tutaj, tutaj i tutaj. w niedzielne popołudnia mamy pod domem targ staroci połączony z kilkoma kuchniami pod otwartym niebem. fotki poniżej są takim pozytywnym freestylem -- dawno już nie pstrykałem tak bez jakiejś większej idei, tak dla samego robienia zdjęć. pamiętam, że w Brighton wychodziłem z domu z aparatem, pstrykałem ludzi na ulicach, lanesy, gdzie zawsze tłok, kolory i gwar do późnego wieczora (tutaj przykładowe archiwum fotobloga z lutego 2008 roku, choć tego rodzaju twórczości w poprzednich latach było zdecydowanie więcej). dzisiaj wspominam te czasy z dużym sentymentem.

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

Seattle Fremont -- kilka fotek ze spaceru..

26

mar
2012

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

kategoria: podróże, link bezpośredni

Seattle, 19:33

Columbia River Gorge to kanion rzeki Kolumbia osiągający miejscami głębokość do ponad kilometra. płynąca przez Kanadę i Stany (łącznie ponad 2000 km) woda tworzy największą w Ameryce Płn. rzekę wpadającą do Oceanu Spokojnego. rzekę tę przecinaliśmy wielokrotnie, pisałem o tym między innymi w notce o pustynnych obszarach stanu Waszyngton. w skrócie taka nasza Wisła w swoim dolnym biegu, może niekiedy trochę szersza, ale podobnie nieuregulowana i poprzecinana wysepkami i osadami piaskowymi. w wolnym tłumaczeniu wąwóz rzeki Kolumbia to rozległe obszary będące granicą pomiędzy stanami Waszyngtonu i Oregonu, jako że są to stosunkowo wilgotne obszary, ściany kanionu są naturalnym miejscem powstawania różnorodnych wodospadów. wybraliśmy się więc ok 350km na południe (mapa dojazdu), a sławne (ok, nie dla wszystkich, ja o nich wcześniej słyszałem) oregońskie wodospady były jednym z naszych celów. była to również pierwsza kilkudniowa wycieczka Kuby.

wodospadów i wodospadzików są tysiące, ale największe ich skupisko znajduje się ok 60km na wschód od miasta Portland. woda spływająca z wyżyn dorzecza Kolumbii (and. Columbia Plateau, swoją drogą przepiękne, bogate w roślinność tereny, przynajmniej w swoim południowym obszarze) przedziera się przez nieregularne ściany kanionu, sącząc się przez poszarpane brzegi, skalne załomy, wpływając wreszcie do samej rzeki. tereny wodospadowe są miejscem aktywnego wypoczynku -- niektóre miejsca są łatwo dostępne, a dojście znajduje się z samej drogi (obecnie istnieją dwie: stara 30-stka i nowoczesna dwupasmówka, highway 84), cała reszta położona jest wysoko na ścianach kanionu, a dojście do nich jest utrudnione. skorzystałem z map dostępu do wodospadów znajdujących się na stronie www.waterfallswest.com i poświęciłem dwa dni wspinając się w deszczu, błocie i wilgoci takiej, że się w głowie nie mieści. poniżej podsumowanie wyprawy na zdjęciach z wodospadów: Multnomah Falls (dwuczęściowy, ten z mostkiem pośrodku), Elowah Falls (ten wysoki, tu również robione są zdjęcia z poziomu wody), Ponytail Falls oraz Fairy Falls (ten szeroki).

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

Columbia River Gorge -- wodospady Oregonu..

22

mar
2012

17 lat później..

kategoria: zapiski, link bezpośredni

Seattle, 23:53

ja rozumiem, że dla zdecydowanej większości wpis ten nie będzie miał większej wartości emocjonalnej. jest sprawą jasną, że standardowa przeszłość obcej osoby jest tak pociągająca jak polskie seriale obyczajowe, jednak dla kilku z was będzie to prawdziwa podróż w czasie -- podróż do wspaniałych lat dziecięcych, do pierwszych przyjaźni, do naszej szarej szkoły podstawowej nr 36 w Gliwicach na ulicy Robotniczej. ile to już lat? siedemnaście? przez cały ten czas, od tego niezwykle słonecznego roku 1995, nie byłem w budynku naszej pierwszej szkoły. kręciłem się tu i tam wielokrotnie, przecież to blisko, nigdy jednak nie zdecydowałem się na ten wielki, choć jakże niepewny, krok wstecz. bywałem za granicą, przylatując na święta szkoła bywała zamknięta, było zresztą milion innych spraw na głowie. teraz postanowiłem zmierzyć się z przeszłością!

na pierwszy rzut oka dopada mnie zmiana kolorystyczna -- szary masywny moloch zamienił się w kolorowy, jakby wyszczuplony wizualnie, budynek. to wciąż ta sama budowla, ale pastelowe kolory nadały mu nowe oblicze; zadbano ponadto o główne wejście (które w dobie publicznego zagrożenia już nie jest główne) i nasz przyszkolny placyk ładnie wyłożony nową kostką, gdzie Grzesiek Reichel stłukł mnie kiedyś strasznie. wejście znajduje się obecnie od strony boiska z betonowych płyt -- wchodzi się przez szatnię, a na drzwiach widnieje napis: z uwagi na zaostrzone względy bezpieczeństwa uprasza się osobom nieuprawnionym o niewchodzenie na teren szkoły. ostro, dobry początek. pani na portierni jest w porządku, prosi o wpisanie się na listę osób i kieruje do pokoju nauczycielskiego, bo ... ona nie jest pewna czy to tak można.. przechodzę przez szatnie -- nasze szatnie ani w jednym procencie niezmienione od moich lat (1987 - 1995). te same kraty, te same wystające rury, haki na ubrania na których wieszaliśmy szczuplejszych od nas, ściany koloru nijakiego. to tu Daniel wybił sobie zęba o wystający drut, to tutaj Bartek gwoździem prawie nie wybił mi oka przez dziurkę od drzwi do pokoju ZPT, tutaj graliśmy palantówką (tak się jeszcze nazywa piłkę do tenisa?) jestem w niebie, emocje się podnoszą, a to dopiero początek mojej wycieczki. na górze ponownie witają mnie kolory nowoczesności -- niebieski, zielony i żółty, jakby w ten właśnie sposób polskie szkolnictwo odcinało się od czasów zamierzchłych. spotykam młodego nauczyciela wf-u, szybko przechodzimy na formę ty, on staje się dla mnie pierwszym źródłem zmian w kadrze nauczycielskiej, w końcu przejął pozycję po p. Magdziarzu, naszym wiecznie pijanym nauczycielu sportowym, który ze sportem nie miał za bardzo do czynienia. dowiaduję się, że wszystkie moje nauczycielki, do których kiedyś czułem zdecydowaną niechęć, a teraz wspominam je z sentymentem, odeszły na emeryturę przed czterema laty. że spośród wszystkich nauczycielek będących tu w roku 1995 zostały tylko trzy -- co prawda żadna nie uczyła mnie, ale dobre i to. uderzam się do p. Wiendlochy, obecnej wicedyrektor, która wita mnie bardzo radośnie, bo oczywiście zapamiętała takiego uśmiechniętego blondyna z dawnych lat. opowiadam o mojej wędrówce, o Stanach, o Anglii, o sentymentach i dawnych kolegach. idziemy razem do dyrektora -- dostojnego i szacownego pana, który o Seattle, owszem, słyszał i który pozwolił mi robić zdjęcia szkolnych korytarzy (bez pstrykania fotek dzieciom, bo to ..wie pan jakie teraz czasy......

i tak sobie wędrowałem samotnie po mojej dawnej szkole nostalgicznie wspominając najcudowniejsze lata dzieciństwa. tutaj leżeliśmy pod klasą, tu rzucaliśmy się plecakami, tam z kolei prałem się bez ustanku z Mariuszem Mikulskim (co się teraz z nim dzieje?) odwiedziłem pierwsze piętro, gdzie mieliśmy pokój biologii i chemii, gdzie kiedyś Zbyszek Kmieć rzucił ampułkę z brzydkim skunksowym zapachem, przez co nasza lekcja została przerwana, a gdzie teraz znajduje się szkolna biblioteka. zahaczyłem o pokój 204 -- nasz własny pokój klasy C, gdzie urządzaliśmy klasowe dyskoteki.. wszedłem do toalet, tak samo brudnych jak kiedyś, tylko elegancko wykafelkowanych, gdzie kiedyś laliśmy się wodą i robiliśmy jeszcze inne, znacznie gorsze rzeczy. chłonąłem każdy detal, łącznie z tymi samymi poręczami barierek na których zjeżdżaliśmy kiedyś z zastraszającą prędkością, tym samym radio-węzłem, klasowymi drzwiami z takimi samymi numerami namalowanymi wg formy, kawałkami ścian przy których przepychaliśmy się wystawiając po raz pierwszy na próbę nasze mięśnie. wszedłem do klasy gdzie na ławkach z Krzyśkiem Hryniem rysowaliśmy różne śmieszne rzeczy, a gdzie Kamol rzeźbił scyzorykiem swoje inicjały (a może mi się to przewidziało?) dotarłem na stołówkę, dotarłem do miejsca gdzie rozgrywaliśmy setki meczów mini-piłkarskich (pozdrowienia dla Krystiana Piekarza, to dzięki nim jestem dziś fanem, fanatykiem wręcz, piłkarskim!), a także na salę gimnastyczną -- do miejsca gdzie Mupi prezentował owłosienie na nogach i gdzie miał się odbywać wf, a których to zajęć w prawdziwej formie prawie nigdy nie mieliśmy. podziwiałem również tył szkoły -- nasze asfaltowe boisko, na których spędzałem tysiące godzin w Przemkiem Szpytką i Pawłem i Robertem Szymankami. to były czasy, tu czułem się naprawdę wolny, tu również poleciałem kiedyś ze schodów skręcając staw skokowy, który dokucza mi do dzisiaj.. gdzie jest teraz Heniek Bogdziewicz? gdzie Rafał Zipper, gdzie Rafał Rafalski? czy jeszcze żyją?

nowe są kolory, nowa jest kadra nauczycielska, nowy jest również zakres szkoły, bo kiedyś chodziliśmy tu 8 lat, a teraz dzieci idą do gimnazjum znacznie wcześniej. kiedyś, w ustronnym miejscu za szkołą, starsze chłopaki paliły papierosy i biły młodszych od siebie z prawie taką samą częstotliwością. dzisiaj miejsce to jest czyste, nie ma ani papierosów ani młodszych chłopaków do bicia. są inne czasy, czasy 5 pokoi informatycznych, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć (my mieliśmy pierwsze PCty 386 z dosem, sokobanem i norton commanderem na pokładzie. ludzie, z którymi wtedy chodziłem do jednej klasy lub klas równoległych, w zdecydowanej większości już stąd wyjechali, co widać po niedzielnych mszach w kościele. jeszcze nigdy, wcześniej i przez ostatnie lata, kiedy to kursuję między różnymi miejscami na świecie, nie spotkałem w kościele nikogo z podstawówki. no, raz, Marcina Brzostowskiego, ale to w przelocie i pośpiechu. no więc oczami wyobraźni widzę sobie przed tablicą z rękami upapranymi rozmoczoną kredą, widzę siebie wyskakującego przez okno, krzyczącego i śmiejącego się do upadłości. przypominam sobie te piękne czasy, a jedyny wspólny mianownik z teraźniejszością -- moja szkoła podstawowa -- emocje te potęguje.

poniżej kilka wybranych fotek, cała reszta znajduje się w zewnętrznym albumie na Picasie.

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17 lat później..

17

mar
2012

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II.

kategoria: pasje, link bezpośredni

Seattle, 00:50

miło mi poinformować, że nasz prężny indie game dev team (w składzie moja żona i ja) zakończył właśnie alpha testy levelu 2! o projekcie pisałem już wcześniej w tym miejscu prezentując krótki filmik z levelu 1, kto nie widział, odsyłam.

no więc level 2 jest trochę bardziej skomplikowany, bo oczywistym jest, że gry zbyt proste szybko się nudzą. tak jak zamierzaliśmy, motywem przewodnim jest tu woda, która przypływa i odpływa w rytm faz księżyca umożliwiając tym samym dostęp do kanistrów z gazem. długo zastanawiałem się jakie zachowanie balonu wprowadzić w momencie zetknięcia się z wodą i wydaje mi się, że wypadło optymalnie: w momencie zetknięcia z taflą wody rozbrzmiewa odpowiedni dźwięk, coby dać znać, że jest niefajnie, przy czym fale delikatnie, acz stanowczo wciągają nasz zagubiony balon pod wodę. w tym momencie balon ma jeszcze szansę się wydostać, z tym że trzeba będzie użyć trochę więcej gazu. jednak w przypadku zalania tego czegoś co zieje ogniem, wydostanie się jest już niemożliwe, co zakomunikuje brzęczący odgłos zalanego palnika. czyli do pewnego momentu okej, dalej już wcale nie okej. zastosowałem przy tym mały unik, czyli jeśli wciągnięty pod wodę balon zetknie się najpierw z butlą gazu, a jest taka szansa w prawym odcinku jaskini, to zdrowo i szczęśliwie wraca do punktu wyjścia. czyli butla z gazem jest zaliczona.

okej, poniżej zrzut ekranu z levelu 2, a pod nim z levelu 1, bo z tego było tylko video. otwórzcie sobie to w pełnej wielkości, bo natywna rozdzielczość tego typu gier to 1280 na 720. mamy już nawet pierwszego alhpa testera -- Jarek zgłosił się dzisiaj a wersję grywalną upublicznimy po dokończeniu levelu 3, wkrótce też zamierzamy wejść na giełdę (ale to juz z kolejnym projektem, który od kilku dni kiełkuję w mojej głowie.)

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II. level 2

Projekt Balloon Rescue! -- cz. II. level 1