siadłem sobie 2 tygodnie temu i napisałem grę..
projekt ratowania balonu z mroku śmiercionośnych jaskiń chodził po mojej głowie już od kilku lat. jeszcze w Brighton zabrałem się za zrobienie tej gry we Flashu, ale projektu nigdy nie dokończyłem. po 3 latach postanowiłem zrobić coś kreatywnego w nowym kierunku i zacząłem kodowanie od nowa. Balloon Rescue! napisany jest w C# w oparciu o środowisko i biblioteki XNA. zaletą tego frameworka jest fakt, że znając sam język dość łatwo przyszło mi poznanie możliwości i wymagań nowego środowiska. gra jest oparta o grafikę 2D, choć pewnie za jakiś czas będę starał się projektować w 3D, ma w sobie coś z miłości do platformowych gier na ośmiobitowce. za grafikę odpowiedzialna jest Agata i bardzo jej dziękuję za wkład, bo przesiedziała wiele godzin klikając w niewidoczne dla ludzkiego oka piksele, aby gra ładnie się prezentowała. w projekcie wykorzystuję przekonwertowaną muzykę z chipa SID Commodore 64 włoskiego artysty o nicku Nata. był on kiedyś członkiem polskiej grupy scenowej Samar, a jego dźwięki dawno temu przypadły mi już do gustu..
po 2 tygodniach pracy ukończyłem główną pętlę gry, w której skład wchodzą:
- pełny GameState obsługujący wszystkie ekrany gry
- klasę menu, choć graficznie trzeba nad nią popracować
- klasę sound obsługującą muzykę i dźwięki sytuacyjne
- pełną fizykę poruszania się balonu (grawitacja vs gaz)
- wyświetlanie intra do poszczególnych etapów i skromny fading, który być może powielę na inne ekrany
- kilka bitmap obsługujących fonty (możliwe jest wykorzystywanie tradycyjnych fontów, ale chcąc dodać do nich efekty należy stworzyć bitmapę znaków)
- klasę levels odpowiedzialną za stworzenie poszczególnych etapów
- pełną obsługę kolizji w oparciu o porównanie pixel-to-pixel. funkcja kolizji wykorzystywana jest do obliczeń zderzenia sprajta z teksturą skał oraz do obliczeń dwóch sprajtów (balon i paliwo)
- animacja sprajta w oparciu o kilkuklatkową teksturę. w tym momencie animacja obejmuje efekty ognia i katastrofy
- pełną obsługę klasy input, czyli sterowanie, pauza, wyłączanie dźwięków, itp
- klasę HUD, choć pewnie graficznie ulegnie ona jeszcze zmianie
- obsługę tekstur podwójnego backgroundu: tła i skał
- pełną pierwszy etap, tak więc gra jest w tej chwili grywalna
- pełny zapis pozycji sprajta umożliwiający odtworzenie jego ruchów w odwrotnym kierunku
- i cała masę niewymienialnych obiektów i funkcji udowadniającą, że nawet najmniejsza gra tego typu wymaga porządnego QA
do zrobienia pozostaje:
- kolejne 9 etapów z unikalną grafiką. dużo roboty przed Agatą, choć mamy sporo tekstur do wykorzystania, m.in z naszych zdjęć z Antelope Canyon z Arizony
- cały system shaderów w oparciu o język HLSL (jeszcze tego nie dotknąłem, a custom lighting pozwoli na wprowadzenie fajnych efektów świetlnych, np światła bijącego z balonu)
- poprawa graficznych i dźwiękowych elementów, które występują na razie w formie tymczasowej
- całą masę przeszkadzajek urozmaicających grywalność. w oryginale z 1983 roku jest to gra precyzji, ale myślę że miło będzie dodać jakieś nietoperze, czy wodę przeszkadzającą w osiągnięciu celu
- system high score
- konfiguracja klawiatury
- system gry sieciowej dla Xbox Live (o tym poniżej)
Balloon Rescue! wyświetlany jest w stałej rozdzielczości 1280x720 pikseli, co umożliwi idealny port tej gry na Xboksa, będę tylko musiał pozmieniać trochę w klasie input. możliwe jest też łatwe wydanie gry na Windows Phone, ale o tym na razie nie myślę. piszę do szuflady dla przyjemności, ale jeśli projekt dobrze się rozwinie to kto wie, czy nie wrzucę tego na platformę Live, co z kolei będzie wymagało wprowadzenia obsługi sieci. z myślą o karierze międzynarodowej (hehe) piszę na razie tylko w j. angielskim... nagrałem dzisiaj krótkie demo gry, które możecie zobaczyć poniżej:
artykuł dla magazynu Komoda nr 5
Życie Maklera jest tekstową grą ekonomiczną zamieszczoną w drugim wydaniu magazynu ‘Informatyka, Komputery, Systemy’ (dodatku do Żołnierza Wolności) z 1986 roku. IKS wyróżniał się na, raczkującym dopiero polskim rynku czasopism komputerowych, publikacją listingów autorskich programów, przez co starano się propagować naukę tworzenia oprogramowania na maszyny ośmiobitowe. BASIC-owy listing gry obejmuje zaledwie 110 wierszy, jednak Życie Maklera broni się pomysłem i oryginalnością.
tytułowy makler nie handluje papierami wartościowymi (no tak, nasza rodzima Giełda miała dopiero powstać za 5 lat), lecz porusza się w prężnym, choć kapryśnym i nieprzewidywalnym jak kobieta w ciąży, przemyśle górniczym. zadaniem gracza jest jak najdłuższe zarządzanie kompanią wydobywczą, realizowanie celów ekonomicznych i stawianie czoła przeciwnościom. będziemy więc handlowali kopalniami, zatrudniali i zwalniali pracowników, podejmowali decyzję o stanie zapasów, a wszystko to w oparciu o zmienny i rozhuśtany cenowo rynek. giełdowe ceny rudy, podobnie zresztą jak koszt wyżywienia pracowników, co roku kształtują się na innym poziomie, więc od naszych decyzji zależeć będzie rentowność naszego przedsiębiorstwa. siła robocza to nasz główny koszt, jednak nie wolno na niej oszczędzać - wyższy poziom życia górników gwarantuje wzrost wydajności oraz stały przyrost naszej kadry, niższy natomiast wywołuje strajki. tu uwaga: w każdym roku w jednej kopalni nie może pracować mniej niż 10 górników, a niedopilnowanie tego warunku skutkuje natychmiastowym krachem naszej korporacji. w przemyśle wydobywczym nie sposób jednak przewidzieć wszystkiego tak więc, po osiągnięciu pewnego poziomu wydobycia, może nastąpić kryzys produkcji, a wypadki losowe mogą zdziesiątkować kadrę naszych dzielnych przodowników pracy.
wady gry sprowadzają się do jej prostoty: handel jednym surowcem, skrupulatne wyliczanie pensji pracowników (kalkulator to podstawa), brak możliwości powrotu do poprzedniej operacji kupna/sprzedaży, przez co najmniejszy błąd czy nieopatrzne przeskoczenie jednego z pytań kończy całą zabawę. nie wymagajmy jednak zbyt wiele od gry mieszczącej się na dwóch stronach czasopisma sprzed 25 lat. warto jeszcze nadmienić, że Open source’owa forma (no dobra, trochę przesadzam) sprzyjała dalszej rozbudowie programu, a także konwersjom na inne komputery. gra doczekała się wersji na ZX Spectrum i, z niewielkimi zmianami, na Atari. nawet autor tej krótkiej recenzji napisał kiedyś wersję Amigową wypuszczoną w świat pod tytułem Sen Maklera, jednak ostatnia działająca kopia prawdopodobnie zaginęła już w pomroce dziejów.
nie dobudowując więc zbędnej ideologii do tej, prostej przecież, tekstówki zachęcam do spróbowania swych sił w kierowaniu potężną firmą wydobywczą i przejrzenia kodu gry. niech twórcy z IKS-a wiedzą, że to co robili ćwierć wieku temu miało sens i w jakimś stopniu ukierunkowało nasze młode wtedy głowy.
grę na C64 możecie pobrać stąd.

wraz z nową pozycją zmieniłem biurko, a co za tym idzie mam nowy widok przez okno ;) tym razem spoglądam centralnie na Zachód, pod moimi stopami jest kawałek downtown z historycznym Pike Place Market, trochę wyżej zatoka Puget Sound, a zaraz za nią półwysep dzielnicy West Seattle. a potem już pasmo Gór Olimpijskich, a za nimi Pacyfik. no i te zimowe zachody słońca. nie do przebicia i przysięgam, barwy nie są nadane żadną obróbką.



artykuł dla magazynu Komoda nr 5
historia gier komputerowych pełna jest produktów kultowych. są wśród nich zarówno gry ponadprzeciętne, wyznaczające nowe horyzonty czy wręcz kształtujące zupełnie nowego gatunki, lecz także takie, do których z niewyjaśnionych powodów czujemy ogromny sentyment. przyciągające grywalnością, oryginalnością, nostalgią czasu naszej młodości -- jestem pewien, że każdy dojrzały gracz ma kilka takich perełek w swoim archiwum. dla mnie osobiście tego typu grą jest Jack Attack, jedna z pierwszych gier jakie odpaliłem na mojej Komodzie, popularna z powodu dołączania jej na cartridge'u do niektórych zestawów komputerów firmy Commodore. mimo iż od tego momentu minęło okrągłe 20 lat to wciąż wracam do tej niezwykle wciągającej, zaledwie 16-kilobajtowej gierki z roku 1983, która moim zdaniem jest jedną z ikon naszej nieśmiertelnej mydelniczki.
Jack Attack jest zręcznościową platformówką w klimacie wczesnych lat osiemdziesiątych. zadaniem naszego głównego bohatera, będącego swoistym skrzyżowaniem chrząszcza z cukierkiem M&M'sa w czerwonej polewie, jest pozbycie się 8 niewygodnych, ruchliwych i cholernie natrętnych głów. Jack może samemu zmiażdżyć głowę po prostu na nią naskakując lub może do tego celu wykorzystać jedną z cegieł, które znajdują się na wyposażeniu większości plansz. cegły można popychać i ciągnąć oraz zrzucać z wysokości, siejąc tym samym lęk i zniszczenie w szeregach otaczających nas przeciwników.
na naszego bohatera czekają 64 zróżnicowane plansze, od tych najprostszych na początkowych etapach, po bardziej skomplikowane w miarę postępu w grze. dodatkowym elementem rozgrywki są platformy, za których zdobycie otrzymujemy odpowiedni bonus punktowy. zastosowanie tego elementu wprowadza do gry aspekt łamigłówki, rozszerzając tym samym dość prostą mechanikę gry. zdobycie wszystkich platform nie jest zresztą sprawą prostą, a osiągnięcie wszystkich z nich wymaga niekiedy przyjęcia odpowiedniej strategii. platformy mogą bowiem być nieosiągalne (Jack potrafi podskoczyć tylko o 3 poziomy do góry), odgrodzone wodą lub kompletnie przykryte cegłami. trudności dopełnia fakt, iż platformy znikają po upływie określonego na dany etap czasu (jeśli zakończymy daną planszę przed upływem czasu to również dostajemy dodatkowe punkty), co może być niebezpieczne z uwagi na spadające z wysokości cegły. Jack panicznie boi się wody, która z kolei jest sprzymierzeńcem naszych uśmiechniętych przeciwników. z pomocą ponownie przychodzą nam tu cegły, którymi sprawnie można załatać dziurę i suchą owadzią stopą przejść na drugą stronę planszy.
gra obsługuje tryb dwóch graczy, jednak grają oni naprzemiennie. sterowanie jest bardzo proste (góra, lewo, prawo i fire), a samą rozgrywkę możemy zacząć na jednej z 9 pierwszych plansz. szata grafika jest skromna, co oczywiście odpowiada realiom tamtego okresu, ale kolory i graficzną przejrzystość z pewnością można zaliczyć do zalet tego produktu. dźwięk występuje tylko na poziomie funkcjonalnym, choć efekty miażdżenia przeciwników, czy irytujący odgłos zgładzenia samego Jacka na długo zapadają w pamięci.
ogromną zaletą gry jest jej niesamowita grywalność, którą autorzy osiągnęli poprzez wprowadzenie elementu losowości w poruszaniu się naszych przeciwników. gra z czasem staje się bardzo wymagająca, a różne skale trudności definiowane są przez szybkość poruszania się przeciwników, ich liczbę jednocześnie spadającą na naszego bohatera oraz ... ich inteligencję. tak, tak, już w 1983 roku programiści przewidywali pewną nieliniowość i reakcję programu na ruchy naszego bohatera. zarówno kierunek ruchu, jak i prędkość poruszania się przeciwników mogą w każdym momencie ulec zmianie, dlatego za wszelką cenę należy unikać miejsc, z których ciężko jest się wydostać. o skali trudności niech świadczy fakt, iż na prawdziwej Komodzie nigdy nie udało mi się przejść 40 etapu, a finalną, 64-tą planszę (bez platform i cegieł, tylko 8 jednocześnie spadających na naszego Jacka głów) o jakże wymownym tytule 'Fair Fight' ujrzałem dopiero na emulatorze.
na koniec mała ciekawostka. gra została pierwotnie napisana na VIC-20 przez dwójkę studentów i pod tytułem 'Alien Attack' wpadła w ręce ludzi z działu sprzedaży firmy Commodore. produkt tak przypadł pracownikom CBM do gustu, że postanowili wykupić licencję i wydać go pod własnym tytułem w setkach tysięcy egzemplarzy (wyszły wersje na Plus/4, C16 i C64). utrzymuje się, że tytuł produktu nie był przypadkowy i postanowiono w ten sposób upamiętnić nagłe ataki histerii ówczesnego szefa firmy, Jacka Tramiela. Jack znany był z porywczego charakteru i częstego strofowania swoich podopiecznych. Jack Attack jest więc swoistą zemstą programistów na swoim szefie, o czym zresztą po latach wspominają sami zainteresowani.
gorąco zachęcam do wcielenia się w Jacka i spróbowania swoich sił w nierównej walce z wrogami. w 2001 roku wyszedł co prawda sequel zatytułowany Jack Attack 2, ale mimo dodatkowych opcji grywalność tego produktu była niska, a oficjalna strona gry już nawet nie istnieje. zresztą, po co komu nowoczesna wersja pecetowa, skoro oryginalny Jack Attack po prawie 30 latach istnienia wciąż uzależnia i tak jak dawniej potrafi przykuć do ekranu na długie godziny.
grę możecie pobrać stąd.





niewiele nowoczesnych, czyt. wydanych na pecety, gier komputerowych zawładnęło mą wyobraźnią w sposób
szczególny. owszem, całymi miesiącami zagrywałem się w pierwsze dwie części Age of Empires, po kablu
mojej osiedlowej sieci SportNet męczyliśmy z kolegami Unreal Tournament oraz jego mod Tactical Ops,
wałkowałem w końcu całe sezony w Championship Managera zdobywając z moim Górnikiem Puchar Europy. to
już nie te lata, nie tak grywalne produkcje jak w przeszłości. ale w końcu, po wielu latach, ponownie
znalazłem swoją grę, która poprzez połączenie kilku ważnych dla mnie elementów ponownie przybiła mnie
do monitora na długie, hmm, miesiące. owymi ważnymi elementami są: MMO, czyli współzawodnictwo (bo
niezmiennie i niezmiernie miło jest przeciwnikowi strzelić prosto w czajnik), strategia i taktyka (bo
lubię spokój i gry z głową), konflikt (wojna, jako podstawa problemu) i stosunkowo krótki czas
pojedynczej rozgrywki (to chyba zostało mi po C64). a wszystko to zapakowane w najnowsze osiągnięcia
komputerowych rozwiązań graficznych..
Panie i Panowie, grą tą jest World of Tanks -- produkt zza naszej wschodniej granicy, rodem z Białorusi (pomyślałby ktoś), gra darmowa, oparta na coraz popularniejszym modelu mikropłatności. nie będę zagłębiał się tu w zalety tej gry, odsyłam na strony WoT, wiki i Tuby, gdzie możecie zobaczyć rzeczywisty gameplay w formacie HD. nadmienię tylko, że gram w to cudo od ponad pół roku i że jest to jedyna z moich pasji, która nijak nie może się pogodzić z oczekiwaniami mojej żony, co do spędzania wolnego czasu. a jeszcze dziwniej wypadam w jej oczach mówiąc do monitora, bo działam nawet w polskim klanie (Armia Krajowa, AK, jakżeby inaczej) i miło jest pograć z chłopakami używając do tego mikrofonów. lubię pograć radzickimi niszczycielami czołgów (jak np SU-100), czy też niemieckimi czołgami średnimi (jak klasyczna Pantera).
notka ta pewnie w ogóle by nie powstała, bo przecież gram już w WoT bardzo długo i wcześniej tego typu reklama do głowy mi nie przyszła. ale dzisiaj pobiłem mój osobisty rekord i ustrzeliłem 11 wrogich czołgów podczas jednej gry, co jest wynikiem budzącym szacunek. zapraszam więc do gry, mój nick to oczywiście tomxx.

pół roku po zapowiedzi nowego działu na mojej stronie wreszcie możemy wystartować! pograjmy jak za dawnych lat będzie dosyć nieregularną rubryką prezentującą legendarne gry komputerowe, które z jakichś tam powodów utkwiły mi w pamięci. będą filmy, filmiki z gier, screeny i trochę ciekawych opisów. zaczynamy od klasyki, czyli gry Asteroids.
nie jestem tego już dzisiaj do końca pewny, ale prawdopodobnie Asteroids był pierwszą grą komputerową, jaką ujrzały moje oczy na żywo. nie pamiętam dokładnie, czy był to PONG na jednej z bałtyckich plaż przy budce ze smażoną rybą, czy właśnie ASTEROIDS w jednym z hotelów w polskich górach. po latach wrażenia przebijają pamięć i oba te wydarzenia widzę jakby za mgłą na osi czasu mojej młodości. przyjmijmy jednak, że był to Asteroids. no więc jest zima roku 1985, z rodzicami przyjeżdżamy ciemną nocą do dużego PRL-owskiego hotelu w górach (w Ustroniu albo Szczyrku), a przy wejściu w lobby stoi klasyczny arcade z asteroidami na pokładzie. maszyna działała na duże 20-złotówki, a ja byłem zbyt młody, żeby skutecznie poradzić sobie z całym tym kosmicznym śmietnikiem..
jako że ma być nietypowo, to opuszczę historię samej gry i skupię się na światowym rekordzie. oryginalna wersja gry, jak wiele wczesnych produkcji, ma kilka niezdiagnozowanych przez programistów błędów. jednym z nich jest kierunek strzelania statku kosmicznego, który celuje tylko w stronę naszego pojazdu. ekran nie ma barier, tak więc wychodząc poza ekran z lewej strony pojawiamy się z prawej, to samo odnosi się do strzelania. wykorzystując tą lukę zręczny gracz mógł nabijać nieskończoną ilość punktów grając nieskończoną liczbę godzin na pojedynczym 'kredycie'. licznik punktów Asteroidsa zatrzymuje się na 99 999, jednak zapaleńcy potrafią wielokrotnie go przekręcić. 13 listopada 1982 roku 15-letni Scott Safran z New Jersey ustanowił światowy rekord zdobywając 41,336,440 punktów (oczywiście w filmie musiałem się pomylić). jego wyczyn postanowiono nagrodzić w 1998 roku i specjalna organizacja ds wyników gier komputerowych rozpoczęła poszukiwanie championa z planem wręczenia mu nagrody. dopiero 4 lata później odkryto, że rekordzista od dawna już nie żyje, że zginął wypadając z mieszkania w Los Angeles próbując ratować swojego kota, 7 lat po ustaleniu rekordu (źródło). nie zraziło to natomiast szacownego grona i nagroda dla najlepszego gracza Asteroids została wręczona rodzinie zmarłego gracza 27 kwietnia 2002 roku. jego rekord został pobity dopiero w 2010 roku, kiedy to John McAllister po 58-godzinnej transmitowanej na żywo przez internet grze zdobył 41,338,740 punktów poprawiając 27-letni rekord. ciekawy materiał o tym wyczynie znajdziecie z kolei na YT pod tym adresem.
Asteroids wydano oczywiście na większość platform komputerowych, a dzisiaj możecie w niego zagrać nawet przez przeglądarkę internetową pod tym adresem.
ostatnia notka w tym roku niech będzie optymistyczna! co prawda jesień w górach i dolinach była u nas jakieś półtorej miesiąca temu, ale co tam... wszystkiego najlepszego w 2012, wielu wrażeń, wyzwań i nowych podróży!














sprawą mojego wariactwa kibicowskiego zainteresowała się Agora i powstał z tego mały reportażyk na śląskich stronach portalu sport.pl. niestety zamówiony artykuł został diametralnie okrojony i dłuższa opowieść przekształciła się w skromny pokaz zdjęć z różnych wypraw. materiał dostępny jest tutaj. poniżej pełna wersja zamówionego artykułu, u mnie w formie świątecznej opowieści:

Z Górnikiem 9 tysięcy kilometrów od domu
jestem pasjonatem. angażuję całego siebie w projekty informatyczne, z którymi zmagam się każdego dnia w pracy, z zapałem poświęcam się fotografii i krótkim klipom filmowym, aktywnie tworzę mapy bieżących i przyszłych wypadów podróżniczych, poznaję ludzi i staram się zrozumieć otaczające nas różnice kulturowe. ale przede wszystkim jestem pasjonatem futbolu, fanatykiem zabrzańskiego Górnika. i mimo iż los rzucił mnie na przeciwległą półkulę globu, mimo faktu, że przez dwadzieścia lat mojego kibicowania Górnik nie wygrał absolutnie niczego, moje serce pozostaje biało-niebiesko-czerwone, a sylwetkę Naszego Klubu staram się rozsławiać w świecie.
sobota, godzina 14.30, ligowy mecz Górnika. dla mnie to środek nocy, między Polską a strefą Czasu Pacyficznego jest 9 godzin różnicy. wstaję kilka minut po piątej, na dworze jeszcze ciemno. ubieram koszulkę, na szyję zakładam szalik i siadam przed monitorem. pod niebiosa wychwalam rozwój technologii, który pozwala mi być na bieżąco z informacjami klubowymi, wydarzeniami ze
świata kibiców i, przede wszystkim, transmisjami z meczów Górnika. naszym piłkarskim gwiazdom zapewne w głowie się nie mieści, że ktoś po drugiej stronie kuli ziemskiej trzyma za nich kciuki. dla nich to kolejny szary ligowy mecz do odbębnienia, dla mnie to całe spektrum fanatycznych emocji piłkarskich.
rozpoczęło się niespełna 20 lat temu. pierwszy mecz przy Roosevelta? 25 marca 1992 roku, eliminacje do IO w Barcelonie, mecz Polski z Danią. pierwszy mecz Górnika już miesiąc później, 23 kolejka sezonu 1991/92, Górnik gra ze Stalą Mielec, remisujemy 1-1. tego się nie zapomina. potem potoczyło się już szybko: hurtowo oglądane mecze u siebie, autografy gwiazd tamtych czasów z
Wałdochem, Kłakiem, Jegorem i Bałuszyńskim na czele, stopniowo budowane przywiązanie do klubu, kształtowanie się wartości opartych na wielkim sentymencie. godziny spędzone przy głośniku studia S-13, katowicki Sport katowany w poniedziałek na szkolnych lekcjach i w końcu mecze wyjadowe, jako naturalne następstwo rozwoju kibica piłkarskiego. na początku te bliskie, do Katowic i Chorzowa, później już tysiące kilometrów przejechane za swoim klubem po całym kraju. poznawanie podobnych mi ludzi i wspólne wrażenia: zgaśnięcie jupiterów na Gieksie, 48-godzinna wyprawa do Olsztyna, wielkanocne podróżowanie na Wisłę i wspólne życzenia z prezesem Płoskoniem, przypieczętowanie spadku Śląska we Wrocławiu, niewpuszczenie na stadion Legii, niezapomniany turniej w Spodku w 1998, pierwszy mecz na nowoczesnym polskim obiekcie w Kielcach i przylot na Wielkie Śląskie Derby samolotem z Anglii, gdzie wtedy już mieszkałem. inwestowanie własnych pieniędzy, własnego czasu, w zamian za magiczne momenty wielkich emocji, poświęcenia i przyjaźni, których przeżycia życzę każdemu młodemu człowiekowi.
nieśmiertelne są w Zabrzu słowa Bolka Niesyto o ściągnięciu butów przed wejściem do świątyni polskiego sportu. to głos przeszłości, podkreślenie poświęcenia się pewnej idei. mój sposób na sławienie Górnika to opowiadanie o moim Klubie. to dzięki mnie kibic Norymbergi co poniedziałek sprawdza wyniki ligi polskiej, fan Manchesteru United wie kim jest Zahorski, kibic Sevilli potrafi określić położenie Zabrza na mapie Europy, a amerykańscy przyjaciele ze Seattle Sounders mówią już na piłkę football, a nie soccer. osobną historię stanowią moi koledzy Koreańczycy (pracuję w korporacji koreańskiej), z których kilku było nawet na meczu naszych reprezentacji podczas MŚ w 2002 roku. wielu z nich żywo interesuje się piłką nożną i zdarza im się nawet zgłębianie wiedzy o Górniku czytając jego historię na anglojęzycznej Wikipedii. szalik i koszulka zawsze znajdują się w plecaku podczas naszych z żoną podróży. nie ma znaczenia czy to Europa czy Ameryka, upalna Portugalia czy zimna Kanada, zacofana Kuba czy bajkowe Hawaje, wilgotna dżungla gwatemalska czy amerykańskie bezdroża Arizony i Nevady -- symbole Górnika zawsze podróżują z nami. satysfakcję sprawia mi rozpoznawanie magii Górnika w świecie: zwiedzając kataloński Camp Nou zostałem zaczepiony przez starszego Szwajcara pamiętającego nasze mecze w latach 70-tych, a w Vancouver po złotym medalu Justyny Kowalczyk spotkałem Tomasza Zimocha, który usłyszawszy, że jestem z Torcidy wyciągnął dyktafon i przeprowadził ze mną krótki wywiad..
kolejny pobyt w Polsce zaplanowałem bardzo starannie: w sam raz na inaugurację wiosny 2012 i mecz u siebie z Legią. bo podobne jak tysiące innych kibiców Górnika ja wciąż wierzę, że przyjdą dla nas lepsze czasy. że Górnik naznaczony fatalizmem ostatnich lat wreszcie coś osiągnie, że klub bliski tak wielu Polakom, wrośnięty w pejzaż miasta jak ceglana konstrukcja kościoła Św. Józefa, zacznie grać na miarę swoich fanów. powiecie, że dzisiejszy Górnik jest słaby? oczywiście, że jest. że jest to miłość zdecydowanie nieodwzajemniona? jasna sprawa. że wieloletni tragiczny sposób zarządzania pchnął ten kklub w otchłań długów? nie da się temu zaprzeczyć. nie bardzo mi to przeszkadza i jeszcze bardziej mnie to hartuje, a takich jak ja, najpierw kibicującym sercem, a dopiero później rozumem jest przecież wielu -- bo Górnik to w końcu kibice, podobni do mnie pasjonaci. nie działacze, nie trenerzy, ani wcale nie piłkarze. oni wszyscy za swój udział w tym teatrze biorą pieniądze, a gdy tych nie ma składają zażalenie do odpowiednich związków. oni wszyscy odejdą, przeminą, a kibice będą z tym klubem na zawsze. W Argentynie mawia się, że w trakcie swojego życia możesz zmienić żonę, kochankę, miejsce zamieszkania czy zawód. nie zmienisz tylko swojej matki i drużyny, której kibicujesz. dlatego bądźcie dumni ze swoich klubów, razem twórzcie historię.
kolejny z moich letnich górskich wypadów solowych zaprowadził mnie nad jezioro Blanca. to bajkowe miejsce znajduje się w obrębie chronionego obszaru Henry M. Jackson Wilderness w Górach Kaskadowych. jezioro znajduje się w dolince pomiędzy trzema wysokimi szczytami, a swój turkusowy kolor (słowo harcerza, to nie photoshop!) zawdzięcza wodom okolicznych lodowców.
do tego miejsca można dotrzeć tylko szlakiem: początek Blanca Lake Trail znajduje się na wysokości 579 metrów, a najwyższym jego punktem jest Virgin Lake (dziewicze jezioro, w sensie położone w nieskażonym ludzką stopą miejscu ;) znajdującym się na poziomie 1402 m. od tego momentu należy zejść 200 m w dół i dojść do jeziora Blanca. z uwagi na swoje położenie jezioro to pozbawione jest pokrywy śnieżnej tylko 2 miesiące w roku, więc należy się tu kierować w okolicach sierpnia. szlak jest często uczęszczany, ja na miejscu byłem już ok 6.30 rano, więc na swojej drodze w kierunku jeziora spotkałem raptem 7 osób. idąc z powrotem mijały mnie już jakieś zorganizowane grupy. Blanc Lake to taki przedsmak przyszłorocznej wycieczki do parków narodowych Banff i Jasper w Kanadzie.













Granite Mountain to jeden ze szczytów w Środkowych Kaskadach w pobliżu przełęczy Snoqualmie. przez samą przełęcz przebiega autostrada nr 90 (widoczna na zdjęciach poniżej, o której kiedyś pisałem w ramach notek o podróży do Yellowstone), tak więc dojazd pod samo pasmo gór jest idealny. godzinka drogi ze Seattle, parking u podnóża szczytów i już można zacząć wspinaczkę. szlak jest dość stromy, początkowo prowadzi przez pachnące Kanadą świerki, przecina kilkanaście małym strumyków, po godzinie wspinaczki wychodzi się już na kamienne i trawiaste wzniesienia, by tą część zakończyć na malowniczej polance z dwoma małymi jeziorkami. z tego miejsca rozciąga się świetny widok na stronę wschodnią. później już ostatni, mega pionowy odcinek, który kończy się skalistym szczytem Granite, na którym w roku 1955 wybudowano budkę wypatrywania pożarów -- nie wiem jak to na polski przetłumaczyć, po prostu fire lookout. co prawda ostatni pożar w tej części Kaskad miał miejsce aż w 1865, ale tego typu budowle (materiały dowożono helikopterem) są stałym elementem szczytów w Górach Kaskadowych. na samej górze rewelacja -- widoczność świetna, kilkadziesiąt kilometrów w każdym kierunku, w oddali widać wulkan Mt Rainier, po drugiej stronie, na północy, bielą emanuje Mt Baker. patrząc na zachód gołym okiem widać ogromną powłokę chmur: to okolice Seattle, a ja w takich chwilach jestem szczęśliwy, że tam na dole jest szaro i pochmurno, a tutaj idealny błękit. robię fotki, w tym panoramę z 10 ujęć widoczną poniżej. całość wspinaczki to 6.5km w jedną stronę, podejście ok 1200m (szczyt jest na wysokości 1715m), 3 godziny pod górę i ok 2 w dół, z tym że ja mam słabą kondycję, a i zatrzymuję się co chwilę robiąc zdjęcia, więc szlak można zrobić trochę szybciej. Granite Mountain jest idealnym punktem treningowym dla zapaleńców planujących wejść na wulkany Rainier lub Baker..











w niedzielę, 18 maja 1980 roku, w 6 dni po moich narodzinach, północno-zachodnią częścią Stanów Zjednoczonych targnęła spektakularna erupcja. pieprznął wulkan Mount St. Helens, a siła jego wybuchu była 20 tysięcy razy większa od pierwszej bomby zrzuconej na Hiroszinę. słup wyrzuconego popiołu osiągnął wysokość 18 kilometrów, a miasta w odległości setek kilometrów na wschód przykryła gruba wulkanicznego kurzu. niedziela, mimo że była dniem słonecznym, przypominała noc -- widoczność była zerowa, a po opadnięciu gorącego i trującego pyłu świat wyglądał zupełnie inaczej..





odwiedziliśmy to miejsce 30 lat po erupcji, żeby na własne oczy przekonać się, jak wielka była skala zniszczeń. erupcja była przewidziana przez wulkanologów, jako że wulkan zmieniał swój kształt już na kilka miesięcy przed wybuchem, tak więc zdążono ewakuować większość okolicznych mieszkańców. najbardziej jednak ucierpiał okoliczny krajobraz Gór Kaskadowych, jak i sam wulkan, który stracił 400 metrów swojego masywu. 400 metrów góry wyleciało w powietrze, 600 km² lasu zostało zmiecione z powierzchni ziemi, drzewa kładły się jak zapałki, a kilometry kwadratowe ziemi zostały zmienione nie do poznania. powstało całkiem nowe jezioro, a poprzednie po prostu zniknęło..
mimo że minęły już trzy dekady to właściwie nic się tu nie zmieniło. owszem, teren ten powoli się zazielenia, lasy zaczynają się odradzać, przyroda krok po kroku odbudowuje swoją potęgę. jednak połamane i w połowie przykryte pyłem kikuty drzew wciąż dominują nad krajobrazem, a w najbliższej okolicy wulkanu znajdują się szerokie rowy wydrążone przez wrzącą lawę. jak wyschnięte koryta prastarych rzek.. obszar dookoła wulkanu jest dzisiaj pomnikiem narodowym (national monument), którego sercem jest centrum edukacyjne, jak to zwykle bywa w tym kraju, świetnie zorganizowane. spędzamy w centrum kilka godzin, załapujemy się na prelekcję parkowego rangersa, oglądamy film z samej erupcji, oglądamy ciekawe zbiory muzealne. w połowie naszego tu pobytu załamuje się pogoda, więc film, który nakręciłem, został prawdopodobnie 'zblokowany' przez szalejący tam na górze wiatr.
















bajkowe wzgórza Kaskad w Parku Narodowym Mt. Rainier. niech nikogo nie zwiedzie upalne lato -- niestety nie znajdujemy się na południowej półkuli -- zdjęcia pochodzą z sierpniowej wyprawy weekendowej. szczyt z którego zrobiłem większość z tych zdjęć widać na ostatniej fotce w lewym górnym rogu kadru..














przez naszą rozciągniętą w czasie wyprawę samochodową zupełnie rozjechały się opowieści z lokalnych wypadów -- a w okresie od lipca do grudnia tego roku było ich sporo.. jak co roku zaliczyłem kilka ciekawych wypadów w góry Kaskadowe, najczęściej w region Alpine Wilderness, choć były też wycieczki na wulkany Mt Rainier i St. Helens. dzisiaj pierwsza z nich, szlakiem na Hyas, Tuck i Robin Lakes..
szlak na Tuck Lake jest dosyć męczący, ale po wejściu na grań i dotarciu do tego bajkowego, położonego w niewielkiej kotlince jeziora, jak zwykle w takich przypadkach stwierdzamy, że wspinaczka warta była tego wysiłku. w góry wybrałem się z Damianem, chłopakiem o dwa razy lepszej kondycji niż moja. szlak ten położony jest w samym sercu regionu, przez co po zjechaniu z autostrady I90 w rejonie Cle Elum i Roslyn, jedziemy jeszcze szutrową drogą przez jakąś godzinę. ok 5 km przed początkiem szlaku drogę przedzieliła nam .. rzeka -- wezbrane potoki przelewały się przed nami, tak więc auto musiałem zostawić przed nią i dalej udać się na piechotę. na szczęście szybko łapiemy stopa, bo rzeka była przejezdna dla samochodów z wysokim zawieszeniem. w aucie poznajemy się z parą architektów, również ze Seattle, którzy wybierają się w to samo miejsce. wspinaczka trwa ok 3 godzin, pierwszą godzinę idziemy po równej leśnej drodze a nad naszymi głowami połyskuje szczyt Cathedral Rock. później, już za Hyas Lake, wspinamy sie lekko pod górę wśród pachnących jodeł i cedrów, a ostatni odcinek to strome podejście, które wydaje się, jakby trwało wieki. jest środek lata, ale szczyty dookoła nas pokryte są jeszcze warstwą śniegu. my również kilkukrotnie przechodzimy przez białe zmrożone pasy śniegu, co nijak nie komponuje się z pełnym słońcem nad naszymi głowami. na Tuck Lake odpoczywamy i próbujemy zdobyć kolejne jezioro -- Robin Lake, niestety nie potrafimy odnaleźć drogi. kilkadziesiąt minut chodzimy wśród głazów, ale wejścia na kolejną grań nie odnajdujemy.. świat tam na górze jest piękny, nieporównywalny, cichy. ach, chciałbym tak kiedyś z namiotem przez tydzień pokręcić się po tym regionie, byłoby to coś niepowtarzalnego. wracamy na dół późnym popołudniem, na szczęście są to najdłuższe dni w roku. na koniec kolejna fajna przygoda -- łapiemy powrotnego stopa i jedziemy na pace pick-upa, razem z naszymi znajomymi z trasy. szlak przeznaczony jest na 2- lub 3-dniową wyprawę, ale my jesteśmy twardzi zawodnicy i 18-kilometrową trasę trzepnęliśmy jednego dnia! niestety, drugie tyle widoków pewnie nam uciekło..














każda wycieczka musi się kiedyś skończyć -- naszym ostatnim wartym odnotowania miejscem było Salt Lake City, stolica stanu Utah.
miasto znane jest w świecie przynajmniej z dwóch powodów. po pierwsze, siedzibę tu mają światowe władze mormonów, czyli Kościoła
Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. po drugie, organizowano tu w 2002 roku Zimowe Igrzyska Olimpijskie, przez nas
zapamiętane głównie z powodu dwóch medali Adasia Małysza..
noc z soboty na niedzielę spędzamy w motelu w tekturowym miasteczku, którego nazwy już nie pamiętam, a do Miasta nad Słonym
Jeziorem wjeżdżamy w pogodny niedzielny poranek. planowo chcieliśmy zjeść śniadanie i wypić dobrą kawę, jednak wszystko, ale to
absolutnie wszystko, było w tym mieście pozamykane. wówczas dotarł do nas fakt, że przecież to miasto opiera się na religii, że
niedziela jest dniem świętym i w ogóle nie mamy tu na co liczyć. ulice były puste. nie wiem, czy widzieliście kiedyś puste ulice
wielkiego miasta, ale miejsca takie robią wrażenie. proste jak świeca ulice bez ludzi wyglądają dziwnie, przywodzą na myśl
post apokaliptyczny świat, lub świat przedstawiany w filmach o wampirach. oprócz tego w oczy rzucała się niewyobrażalna czystość
chodników, ulic, trawników i budynków. połysk i biel, ład i porządek..
dziwne wrażenie odosobnienia prysło gdy zbliżyliśmy się do głównej świątyni miasta, nazwaną po prostu Świątynią Salt Lake. w jednej chwili otoczyły nas grupki
odświętnie przystrojonych rodzin, gdzie mężczyźni niezależnie od wieku nosili się pod krawatem, a kobiety, również niezależni od
wieku, ubrane były w długie jasne suknie. do kościoła wejść nie mogliśmy, ale uderzyliśmy do położonego na obszarze kościelnym
muzeum historii mormonów. fajne miejsce, piękne zbiory, czysta historia. wtedy to właśnie zaświeciła mi się w głowie żarówka
genealogiczna. przecież mormoni mają fioła, podobnie zresztą jak ja, odnośnie szukania korzeni rodzinnych! przecież to właśnie oni
skanują odpisy aktów urodzin, ślubów, chrztów z większości kościołów na całym świecie. to tu mogłem dotrzeć do zaginionych odpisów
z parafii mojej rodziny ze strony taty, niestety, biblioteka ta otwarta miała być dopiero we wtorek, dwa dni po naszej wizycie.
odwiedzamy jeszcze kilka innych miejsc na tym obszarze, ale później przychodzi kryzys głodu -- my naprawdę nic tego dnia nie
jedliśmy, a tu jak na złość nie ma niczego otwartego. w końcu oszukujemy ten mormoński świat i jedziemy w pobliże stadionu, na
którym dokonywano otwarcia Igrzysk Olimpijskich. znicz jeszcze stoi, a dla mnie osobiście to kolejne miejsce (po Lillehammer,
Turynie, Innsbrucku i Vancouver) zimowych IO, które odwiedzam. tam też znajdujemy otwartego Subwaya, i wycieczka znowu nabrała
sensu..
wyjeżdżając z miasta zahaczamy jeszcze o Wielkie Jezioro Słone -- wbijamy się na jedną z plaż, gdzie przed nami przyjechało już pięćset tysięcy samochodów wyładowując siedem milionów spragnionych soli mieszkańców okolicy. przypominam, jest lipiec, środek lata i typowe dla Utah temperatury nie do zniesienia. trochę się moczymy i ofkors stwierdzamy, że woda rzeczywiście jest słona (3 do 5 razy większe zasolenie niż w oceanach, co powoduje, że W jeziorze nie występują ryby, a największym wodnym zwierzęciem tu występującym jest artemia.) grubo po południu opuszczamy to miejsce i autostradą nr 84, przez północną część Utah, południowe Idaho, skrawek Oregonu i prawie cały Waszyngton, kierujemy się do domu. przed nami kawał drogi, ale jesteśmy już zahartowani -- zrobiliśmy mega trasę, pomyślnie wykonaliśmy naszą życiową trasę i z głowami pełnymi emocji kierujemy się na północ..














