szukając wrażeń na południu Włoch trafiamy do Sermonety -- średniowiecznej kamiennej wioski zbudowanej na samym szczycie ciężko dostępnego wzniesienia. dość długo pniemy się zakosami i po dobrej godzinie ostrej wspinaczki na pierwszym i drugim biegu naszego wypożyczonego Fiata Punto, docieramy do niewielkiej, sennej mieściny. jest późne popołudnie, wieczór prawie, ale czujemy, że trafiliśmy w dobre miejsce. wszystko z kamienia, żadnych tam wypalanych cegieł -- klasyczny placyk z fontanną, dwa sklepy, kilka punktów z pamiątkami. w większości zresztą wszystko pozamykane.
a wcześniej wcale tak pięknie nie było. wypożyczamy samochód i próbujemy prowadzić po Rzymie. ciężkie to zajęcie, niebezpieczne, Włosi prowadzą agresywnie, bez świateł, przyspieszają i nagle hamują. taka szkoła jazdy, jakiej oczekuje się po południowcach, ale bardziej tych z mniej cywilizowanych miast. w takim chaotycznym świecie kierowców tacy amatorzy jak ja grzęzną beznadziejnie. pojawiają się nerwy i ostra chęć skorzystania z autobusu. potem mkniemy autostradą i mijamy kilka strasznie brzydkich miasteczek z idiotyczną, pomarańczową barwą tynków, która może przyprawić o depresje. do tego jakieś warsztaty, wysypiska, składownie metalu i innych dupereli. wcale mi się to południe nie podobało.
no ale potem wreszcie odnajdujemy tą Sermonetę -- miejsce, o którym usłyszałem od jednego znajomego Włocha, który reklamował je jako charming, medieval village. powoli zapada już zmrok, ale spacer po takich osadach zawsze wlewa do mojego serca sporo otuchy. historia, kamienna architektura, brak turystów, spokój. rewelka jednym słowem, gdyby nie fakt, że w miasteczku było tylko jedno miejsce, w którym mogliśmy się przespać. do tego w cenie 90 euro za dobę, za to w starym XVII wiecznym zamku przerobionym na hotel. trochę to za dużo jak za noc, więc wpadam na pomysł wręcz spartański w swojej prostocie i zaczepiam przyglądających się nam miejscowych. niestety na 8 osób żadna nie mówi słowa po angielsku, ani nawet nie rozumie. w końcu ktoś ciągnie nas za rękaw wąskimi uliczkami, coś opowiada nieskładnie, aż wreszcie doprowadza pod hostel z ceną 25 euro. fajnie, tylko miejsca brak. był za to nasz rodak, ale wcale nie pogadany i niechętny do udzielenie swoim braciom jakiejkolwiek pomocy. spoko, wracamy więc do naszego zamku i tam spędzamy noc. tej nocy jesteśmy tu zresztą chyba jedynymi klientami.
bywaliśmy już w takich miejscach w Portugalii. najlepsze są poranki -- ciche, rześkie, klimatyczne. spacerujemy uliczkami, do góry, w bok i na dół. czasem się gubimy, ale miasteczko ma 200 na 300 metrów, więc ciężko o jakieś tam przygodowe szaleństwo. gdziekolwiek by się nie szło i tak zawsze trafiamy na główny placyk. tu pijemy poranną kawę za 1 euro i przyglądamy się lokalnym facjatom. na pierwszy rzut oka cechuje je wrodzona, naturalna niedbałość wobec dóbr doczesnych. mężczyźni po prostu siedzą, palą papierosy, ubrani są nieszczególnie. kilka młodych osób, ale większość to emeryci, przyglądający się światu z wysokości 257 metrów, na jakiej położona jest Sermoneta. detalem odróżniającym miasteczko od tych znanych nam z Portugalii jest fakt istnienia tu małego posterunku policji. chociaż w Portugalii widzieliśmy bankomat wmurowany w ścianę zabytkowej fasady.

































przemierzając południe kraju natykam się na kilkunastu miejscowych płci głównie męskiej. w niewielkich miasteczkach bezczynnie mitrężą swój czas. siedzą na ławkach lub stoją oparci o ścianę. w każdym odwiedzanym miejscu znajdziemy kogoś stojącego bez celu, obserwującego okolicę i, mówiąc łagodnie, prezentującego swobodny, a nawet lekceważący stosunek do czasu. jest to cecha ogólna wszystkich światowych kultur i niezależnie, czy jesteśmy w u nas w kraju, czy może w Stanach, Chorwacji, czy na Kubie, mężczyźni zachowują się podobnie i prezentują podobnie dobroduszną szczerość na gębach. róźnią ich detale -- u nas piją piwo, inni sączą rum lub piją kawę. ci dżentelmeni poniżej nałogowo palili papierosy, a jeden z nich pracował nawet w Polsce w epoce PRL-u. wśród Włochów to duża rzadkość. zjawisko bardziej wyjątkowe niż tygrys ussyryjski..









po raz drugi odwiedzamy Włochy. pierwsza podróż z roku 2006 ograniczała się do jeziora Garda, Mediolanu i Wenecji, teraz zwiedzamy Rzym, a następnie kierujemy się na południe, jeszcze za Neapol, nad wybrzeże Amalfi.
poniżej trochę fotek i dziennego życia ze stolicy. ciężko uciec poza turystyczny kicz, poza te tłumy ludzi oblegających Rzym przez wszystkie miesiące w roku. Rzym jest miastem zatłoczonym, miastem ścisku, krzyku i tumultu. ale jest również miastem, w którego zaułkach można odnaleźć spokój, można wypić kawę, zjeść obiad w cieniu i popatrzeć na ludzi. z murów codziennego Rzymu bije ciepło -- budynki poza stary miastem pomalowane są farbą w kolorze wyblakłych mandarynek, co dla nas, mieszkańców Dublina, wprowadza miłą odmianę. jednak tym, co urzekło mnie najbardziej, jest włoskie jedzenie. przyznam się, nigdy nie jadłem tak smacznych serów i wędlin. uroku dodawał fakt, że mieliśmy świetnych włoskich przewodników (nie w sensie turystyki, a w sensie włoskich przyjaciół), którzy zabierali nas tylko do swoich sprawdzonych miejsc, najlepszych restauracji, niekoniecznie tych w dzielnicach turystycznych. świeży chleb, oliwa, sery, wędliny. do tego wino. rewelka.



















artykuł dla magazynu Komoda nr 7
Słońce nie zdążyło jeszcze rozproszyć porannej mgły, gdy oczom jeźdźca ukazała się rozległa, rozzieleniona późną wiosną dolina. Przystanął i z uczuciem wzruszenia delektował się niezwykłym widokiem krainy swojego dzieciństwa. Rozciągający się poniżej kamienny trakt, pachnące żywicą lasy, podmokłe łąki pełne rozśpiewanego ptactwa i roziskrzona ostrym porannym blaskiem rzeka budziły emocje. Sprzyjały wspomnieniom. Pamięć szczęśliwego dzieciństwa, dawniej znanych ludzi i minionych zdarzeń, w jednej chwili uprzytomniły rycerzowi misję, jaką ma do wypełnienia. Po latach niebezpiecznych wypraw wracał na ziemie ojczyste, do krainy rządzonej niegdyś przez jego ojca, a teraz opanowanej i uciskanej ręką zdradliwego wuja. Wracał z misją odbicia korony z ręki tyrana, ale aby to uczynić musiał najpierw pozyskać zaufanie i przychylność miejscowej ludności. Pogodny i ciepły czerwcowy dzień dopiero budził się do życia, gdy rycerz skierował konia wprost na zachód, na mało uczęszczany szlak wiodący przez okryte borem wzgórza ku dolinie swojej młodości.
Tu właśnie rozpoczyna się nasza rola w Iron Lord -- przygodowej grze z 1990 roku francuskiej firmy Ubi Soft, prekursora dzisiejszego Ubisoft Entertainment. Grze wybitnej, która wiele lat temu ujęła mnie od pierwszego wejrzenia i która wyprzedzała swoją epokę na tyle, że w owym czasie mógł się z nią równać jedynie Defender of the Crown. Iron Lord proponuje nam bowiem prześliczną grafikę, rozbudowaną i pełną intryg przygodową fabułę, a także rewelacyjne średniowieczne ścieżki muzyczne.
Naszym celem będzie stawienie czoła wujowi i zdobycie korony na polu walki. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że na początku jesteśmy zupełnie sami, a naszym jedynym przyjacielem i pierwszym przewodnikiem jest stary pustelnik zamieszujący niewielką chatkę po południowej stronie doliny. To właśnie z jego ust dowiadujemy się, iż naszym zadaniem będzie zdobycie szacunku przedstawicieli kilku miejscowych grup społecznych, którzy zgodzą się nam pomóc w walce tylko w przypadku spełnienia kilku ich próśb i życzeń. Każda z gildii wspomoże nas wówczas swoimi żołnierzami, a jeśli zbierzemy ich odpowiednią ilość, będziemy mogli stawić czoła armii wroga.
Poznawanie krainy rozpoczniesz od swojego rodzinnego zamku, który przez lata niestety popadł w ruinę. Po zamku, jak i innych tego typu miejscach, można się poruszać, wówczas widzimy naszego bohatera z lotu ptaka. W zamku odnajdziesz wieżę, która odtąd będzie twoim miejscem dowodzenia. Odwiedzisz niewielką wioskę Chatenay, w której to po raz pierwszy przekonasz się, jak wielu sprzymierzeńców ma twój wuj: zostaniesz zaatakowany przez nieznanego rycerza i w walce na śmierć i życie sprawdzisz swoje umiejętności szermierki. Walka polega na odpowiednim parowaniu ciosów przeciwnika i zadawaniu własnych w odpowiednim momencie. Tego typu pojedynków odbędziesz sporo, ważne, abyś wychodził z nich z maksymalnym poziomem zdrowia. Następnie odnajdziesz zielarza, a później udasz się na coroczny turniej rycerski, w którym oczywiście weźmiesz udział. Strzelanie polega na dobraniu odpowiedniego kierunku, kąta i siły strzału, przy czym położenie tarczy oraz siła wiatru przy każdej serii ulegają zmianie. W położonym dalej na zachód miasteczku Lorando spotkasz sklepikarza o złej sławie, z którym jednak warto ponegocjować, gdyż dysponuje on unikalnymi w tej krainie przedmiotami. W gospodzie dowiesz się sporo o produkcji miejscowego wina, oraz o niechęci współpracy lokalnego opactwa wytwarzającego najlepszy trunek w tej części świata. W malowniczo położonym nad rzeką młynie porozmawiasz z ubogim młynarzem i obiecasz mu swoją pomoc w odzyskaniu należności za dostarczoną barmanowi mąkę. Z kolei w położonym na północy opactwie dowiesz się o chorobie nękającej klasztornych mnichów, a także spróbujesz przekonać dzielnego rycerza zakonu do przyłączenia się do twojej misji. Na północnym wschodzie doliny odnajdziesz architektoniczną perełkę -- miasteczko Torantek, w znacznej części zamieszkiwanego jednak przez zbirów i różnoraki element bandycki. Zdobycie zaufania tej grupy społecznej jest jednak obowiązkowe, staniesz więc z najemnikami do zawodów siłowania się na rękę, a stan swojego mieszka podreperujesz (lub nie) zasiadając do gry w kości. Właśnie tego typu przygodowe, sportowe i zręcznościowe atrakcje, a w końcowej fazie także spora dawka bitewnej strategii czekają na ciebie w walce o odzyskanie korony.
W założeniu gra miała być początkowo wydana na Atari ST, jednak złożony proces produkcyjny spowodował, że wersje na Amigę i Commodore 64 powstawały równolegle. Głównym programistą wersji na C64 był Yves Grolet, znany później z prac m.in nad grą Far Cry, a jeden z grafików, Franck Sauer, wspominał po latach, że z uwagi na ówczesne ograniczenia sprzętowe i systemowe konwersja obrazów z Atari ST była niemożliwa, tak więc całość ręcznie tworzonej grafiki na Komodę powstawała niemal od zera. Autorem fantastycznej ścieżki dźwiękowej jest z kolei Jeroen Tel (znany również z założenia grupy Maniacs of Noise) i po dziś dzień muzyka ta jest uznawana za arcydzieło gier ośmiobitowych. Jeroen nadał SID-owe brzmienie rzeczywistym utworom renesansowym, które 500 lat wcześniej zawarto w Śpiewniku Pałacowym – Cancionero de Palacio, manuskrypcie zawierającym dawną muzykę katolickiej Hiszpanii. I tak utworem będącym częścią intra Iron Lord jest Pase el agoa, a muzyką niezmiennie cieszącą nasze zmysły podczas samej rozgrywki jest Gaudete, polecam przesłuchanie ich zarówno w grze, jak i w wersji oryginalnej na YouTubie. Wiele innych z kilkuset utworów manuskryptu wykonywanych jest na całym świecie do dzisiaj, a w grach komputerowych wykorzystywano je również później, m.in. w Europa Universalis II. Sam muzyk, z pochodzenia Holender, do dzisiaj tworzy muzykę do gier komputerowych, a jego bogate portfolio obejmuje ponad 100 różnych produktów.
Iron Lord, jak na czasy, w których królowały proste zręcznościówki czy strzelanki, było produkcją wybitną. Klimat gry odczuwalny jest również dzisiaj, 20 lat później, w dobie zaawansowanych technologicznie przygodowych RPG-ów, jak nasz rodzimy Wiedźmin, czy Assassin Creed, wywodzący się w linii prostej od naszego Iron Lorda. Gra jest niezwykle wymagająca i szczerze mówiąc nie znam nikogo, komu udałoby się ją ukończyć. Niemniej również dzisiaj warto w nią zagrać, mnogość mini-gierek i prawdziwy średniowieczny klimat zapewniają świetną zabawę.












będąc w Polsce wybrałem się na wyjazd naszych Orłów do Wrocławia. kiedyś, jakieś 10 lat temu, wyjazdy to była normalka, co dwa tygodnie, czasem co miesiąc, cały czas z tymi wariatami. teraz, z uwagi na fakt, że od dawna mieszkam poza granicami kraju, rzadko zdarza mi się stawić na obiekcie innego zespołu i jechać z dopingiem przez 90 minut. ostatnio byłem chyba aż na Wielkich Derbach na Stadionie Śląskim, całe lata temu...
do Wrocławia natomiast się wybrałem. na dworcu spotkałem kolegę Łukasza, z którym swego czasu byliśmy w Niemczech na mistrzostwach świata. ten przedstawił mnie swoim kumplom, więc mieliśmy fajną paczkę wyjazdową. zawsze miło jest spędzić kilka godzin w pociągu rozmawiając o starych wyjazdach, nietypowych zgodach, akcjach chuligańskich, czyli standardowych tematach kibicowskich. oprócz nich rozpoznałem może z 10 innych twarzy -- starych wyjazdowiczów, których pamiętam jeszcze z lat 90-tych. cała reszta, a jechało nas 1500 osób to ludzie nowi. ich twarze nie mówią mi nic i mógłby to być wyjazd dowolnego innego teamu, efekt byłby podobny.
pojechałem również dlatego, aby zobaczyć nowy stadion we Wrocławiu. fajnie to wszystko wygląda już od strony nowe dworca Wrocław-Stadion. podziemne przejścia, później bezproblemowe wejście na sektory, w środku sklepik z jedzeniem, napojami. nawet piwo jest do kupienia w tej naszej nowoczesnej Polsce. kulturka, gdyby nie ceny, które były 3 razy wyższe niż poza bramami stadionu. na sektorze jesteśmy 1.5h przed pierwszym gwizdkiem i marzniemy w oczekiwaniu na mecz. samo spotkanie w pierwszej połowie pod dyktando Górnika, prowadzimy do przerwy 1-0 po golu Nakoulmy. w drugiej Śląsk nas miażdży i wygrywa całe spotkanie. doping fajny, jedziemy non-stop, a w pewnym momencie pada komenda -- rozbieramy się! większość grupy bez koszulek, przy temperaturze 2-3C bawi się śpiewająco. kilka chwil dopingu na moim filmiku poniżej:
a tak się prezentowaliśmy po strzelonej bramce:

będąc w Los Angeles zostaliśmy zabrani na koreańską kolację przez jedną koreańską Amerykankę z firmy. cała istotą takiego barbeque, czyli grilla, jest przygotowanie sobie kolacji własnoręcznie, na rozpalonej płycie pośrodku okrągłego stołu. dania są różne, ale głównie są to mięsa (wołowina w dużych ilościach i wieprzowina na kilka sposobów) i owoce morza. z tych ostatnich mieliśmy rewelacyjne krewetki, i mówię to bez przekory, bo ja zwykle krewetek nie jadam, ale i małe ośmiorniczki. te z kolei były hitem obiadu już z samego faktu dziwnego poruszania się podczas przypiekania. nagrałem z tego nawet film dostępny poniżej. z reguły nie boję się takich eksperymentów, więc spróbowałem i ośmiornicę, ale zachwycony być nie mogłem: mięso pachnie oceanem, jest miękkie, ciągliwe i gumowe, i chyba nie uderza w melodię kubków smakowych Europejczyków. moje dwie irlandzkie koleżanki też nie były tym zachwycone. poza tym cała masa koreańskich przystawek, rzeczy głównie marynowane, duszone i podawane na surowo, a do tego koreańskie piwo i alkohol mocniejszy, taki 20% sikacz stojący gdzieś na pograniczu wódki i wina. z przewagą wina.
zabawa byłą fajna, najadłem się strasznie, ale ważniejszą od samego jedzenia była chyba cała ta otoczka kuchni azjatyckiej. po pierwsze własne grillowanie z atrakcjami typu cięcie płatu mięsa nożyczkami, po drugie fakt, że w pierwszej minucie naszego pobytu w restauracji otoczyłą nas zgraja niewysokich kelnerów i kelnerek, którzy nie opuścili nas już do końca. co kilka minut przychodzili sami donosząc kolejne specjały, aż do naszego skinienia ręką, że już wystarczy. większość tego typu restauracji działa na zasadzie eat as much as you want, czyli za $25 na osobę jemy do upadłego. zdjęcia z telefonu, jakościowo słabe..
















nowy rekord w pracy. 18.5h, od 4 nad ranem do wpół do jedynostej, bez większych przerw. kiedyś, dawno temu, oraliśmy z kolegami na wschodzie Stanów po 12-14 godzin dziennie. to były maratony pracy fizycznej, ale były to również inne czasy, człowiek był młodszy i chciało mu się więcej. teraz, tym razem na zachodzie Stanów, takie akcje dzieją się rzadko, ale jednak czasem obowiązki nie pozwalają odejść sprzed komputera.. bo jestem znowu w Los Angeles, tym razem na dwa tygodnie sync-up'u z moim teamem..
to w ogóle jest bardzo napięty czas, bo od 5 tygodni na dobrą sprawę nie miałem dłuższej chwili dla siebie. najpierw była wyprawa do Kolonii, potem chwilowy powrót do Dublina i znowu wyprawa do Niemiec, tym razem do Hanoweru. ten wypad na Cebit zapamiętam z uwagi na nie wykonanie ANI JEDNEGO zdjęcia miasta. miałem aparat, ale nie trzepnąłem ani jednego zdjęcia, oprócz tych z samych targów. potem znowu Dublin, później Rzym na nasz League of Legends Italian Launch, a po tym evencie mieliśmy tygodniowe wakacje na południu Włoch, pod Neapolem. tu oczywiście fotki już robiliśmy, ale trochę potrwa zanim je zaprezentuję. z deszczowej Italii polecieliśmy do śnieżnej Polski, tutaj święta, kilka dni z rodzinką i lot do Kalifornii. za 10 dni powrót do Irlandii i może zdarzy się tak, że usiądę sobie na sofie wieczorem i obejrzę jakiś film z Agatą. fajnie by było..
dawno już nie odbyliśmy weekendowej wycieczki podmiejskim autobusem. ostatnio jakieś 4 lata temu w Anglii na klify w Eastbourne, a teraz poza Dublin do miasteczka Dún Laoghaire. wpakowaliśmy wózek z Kubą do piętrowego autobusu linii Dublin Bus i za zawrotną kwotę 2.40 euro na osobę pojechaliśmy na wybrzeże. niewiele pogodnych dni mieliśmy tej zimy w Irlandii, ale ta sobota była w miarę słoneczna. nazwa osady oznacza fort Laoghaire i bierze swoją nazwę od historycznego fortu wzniesionego w tym miejscu już w V wieku w celu obrony przed najazdami Brytyjczyków i Francuzów. obecnie Dún Laoghaire jest przyjemnym, jakby wakacyjnym, miasteczkiem, który nam osobiście w pewnej części przypominał nasze angielskie Brighton. oprócz podobnego położenia nad wodą i stosunkowo dużej mariny, mamy tu sporo kamiennych budynków, szeregi kolorowych kamieniczek, masę restauracji i szerokie pasma zieleni. widoczny na zdjęciach poniżej port oferuje główne w Irlandii połączenie promowe z Wielką Brytanią..











kilometr dalej od średniowiecznych zabudowań monastycznych z jednej z notek poniżej docieramy do doliny Glendalough. jest to bardzo przyjemne i spokojnemiejsce, z obydwu stron zamknięte stosunkowo stromymi zboczami. w środku znajdują się dwa jeziorka, a na obu wzgórzach rozciagają się fajne trasy widokowe. z wózkiem oczywiście na górę nie udało nam się wejść, ale zostawiamy to na następny wypad. ci mili ludzie prowadzący Jakubka za obie ręce to Antonio, Włoch z mojej firmy wraz ze swoją żoną Eleną, rodem z Ukrainy.
















od początku tygodnia siedzę w Hanowerze, gdzie na targach CeBIT rozgrywamy finał Intel Extreme Masters. wcześniej, relacjonowałem z Katowic, trwały eliminacje, dzisiaj rozegra się wielki finał o 150 kawałków dolarów amerykańskich uesde. no więc tkwię tutaj na hali, głośno strasznie, ale kilka razy udało mi się wyskoczyć i coś tam pooglądać. polskie stoiska prezentują się fajnie, tylko ludzi jakoś mało się przy nich zatrzymuje, prawdziwą furorę robi chińskie badziewie: setki niewielkich stoisk przeróżnych azjatyckich wytwórców, wszystko w celach b2b, może kupić wszelkie rozmaitości, od opakowań na telefon z własnym zdjęciem, przez zdalnie sterowane telefonami samoloty po poważną elektronikę. cała masa tabletów dziesiątek wykonawców, każdy chce w Europie upolować potencjalnych odbiorców. a z polskiego ogródka najbardziej doceniłem dostawę świeżych ... krówek -- z takimi pysznymi cukierkami Europa uklęknie u naszych polskich stóp. a w tej chwili mój największy problem to to, gdzie obejrzę jutrzejszy mecz Górnika z Lechem. neistety mam lot o 19, więc będę misiał znaleźć jakieś łącze na lotnisku. a z tym jest kiepsko..
ten tydzień cały w Hanowerze, ale później wcale nie będzie łatwiej. po weekendzie jestem w Irlandii i pracuję przez 10 dni, później lecimy do Rzymu na imprezę promujacą wydanie League of Legends po włosku. do Rzymu doleci także Agata, która zostawia Kubę w Polsce u dziadków (Jakub po raz pierwszy będzie świadomie spędzał czas bez rodziców na zimowisku w Polsce!!), a potem robimy sobie tygodniowe wakacje objazdowe po środkowo-południowej części Italii. potem lecimy na Śląsk na święta, zostajemy tydzień, a następnie, bezpośrednio z PL, ja lecę do Stanów na 2-tyg wizytę w HQ w Santa Monica. do domu zawitam więc pewnie koło maja. ale, ale, to ważne, Agata do Irlandii zabiera rodziców, więc w rodzinie szykuje się duża wymiana geograficzno-osobowa ;)
po kilku miesiącach dublińskiego życia wyruszyliśmy w irlandzki świat. pierwsze wrażenie jest dosyć oczywiste: 10 minut drogi poza Dublin i okolica zmienia się w przestrzenną zieloną wieś. zaczyna pachnieć bydłem i trawami, a małe murki rozciągają się na długości całych kilometrów pofałdowanego terenu..
uderzamy do Glendalough, średniowiecznej osady położonej w Parku Narodowym Gór Wicklow (ang. Wicklow Mountains National Park). Glendalough to również nazwa malowniczej doliny, w której owa osada jest położona, a słowo to wywodzi się z języka irlandzkiego (również zwanego iryjskim, Gaeilge), i oznacza dolinę dwóch jezior. o jeziorach i spacerze po dolinie opowiem w kolejnej notce, teraz kilka słów o osadzie. jest to jedno z najbardziej znanych miejsc kultu religijnego w Irlandii, założono je w VI wieku jako centrum monastyczne kościoła iroszkockiego (celtyckiego). kościół ów, jak podaje wiki, ukształtował się na przełomie V i VI wieku wskutek przerwania kontaktów z kościołem rzymskim w wyniku anglosaskiego najazdu na Brytanię. charakteryzował się własnymi obyczajami, niehierarchiczną, opartą na monastycyzmie formą organizacji i własnym sposobem wyznaczania daty Wielkanocy. klasztor w Glendalough został założony przez Świętego Kewina, pustelnika, później opata i służył kościołowi do roku 1398, w którym osada została zburzona przez atakujące oddziały brytyjskie.
dzisiaj osada jest zrekonstruowana i stanowi fajne miejsce wypadu za miasto. w oczy rzuca się przede wszystkim kamienna wieża (ang. round tower) -- typowa dla irlandzkiej architektury średniowiecznej. moim pierwszym skojarzeniem były gry na Amigę w których wędrowało się przez druidzkie okolice i od czasu do czasu można było się natknąć na tego typu wieże. ta tutaj jest wysoka na 32 metry z wejściem na wysokości 3,6 metra od ziemi i położona jest na starym celtyckim cmentarzu. jak widać na zdjęciach poniżej, panuje tu spory chaos, nagrobki w większości są przekrzywione i malowniczo pokryte róznego rodzaju roślinnością i mchami. również na cmentarzu mieszczą się dwa największe budynki: pozbawiona sklepienia katedra z nagrobkami rozrzuconymi na ziemi oraz najlepiej zachowany kościół św. Kevina, czyli kamienna budowla z kamiennym dachem, widoczna na zdjęciach poniżej. spędzamy tu trochę czasu, fotografujemy co bardziej malownicze zabytki, a potem udajemy się poza osadę, gdzie wykonuję zdjęcia budynków z oddali, m.in. znad przepływającego przez osadę strumyka z pobliskiego jeziora..











jakiś czas temu wziąłem Kubę na spacer nad morze i po raz pierwszy przekonałem się, jak kapryśna może być tu pogoda. gdy obudziłem się rano na niebie pełny błękit. godzina spaceru, na niebie pełny błękit. nagle pojawiają się trzy tęcze i nie wiadomo z czego zaczyna padać deszcz. po 2 minutach od tych kropel cały horyzont zmienił barwę na granatową i jak trzepnęło wodą, to padało przez godzinę. w międzyczasie byliśmy świadkami przekomicznej sytuacji, bo z jednej strony ulewa i taki wiatr, że ciężko ustać, a z drugiej słońce tak razi, że chciałoby sie poopalać. a po godzinie ostrego deszczu i przemoczeniu mnie do suchej nitki, znowu pełne słońce. ciężko tu cokolwiek planować, przynajmniej fajne z tego fotki wychodzą. te poniżej zrobione są w jednej z południowych dzielnic Dublina i było to pierwsze przywitanie Jakubka z Morzem Północnym..





